piątek, 30 kwietnia 2010

Pensjonat - Piotr Paziński

Tytułowy pensjonat to miejsce wypoczynku "na linii otwockiej" odwiedzane lata temu przez żydowskich gości. Powraca do niego narrator opowieści, który w ośrodku bywał jako dziecko. Podróż sentymentalna? Nie do końca. Mężczyzna chyba sam nie jest pewny, czego tutaj szuka:

Moja przeszłość tkwi we mnie głęboko, lecz kiedy staram się do niej dotrzeć, natrafiam na wydrążoną pustkę, jakbym urodził się wczoraj, a wszystko, co dawniej się wydarzyło, było gąszczem cienistych obrazów, zetlałych i rozsypanych w drobiny atomów. (...) Natłok tych obrazów stwarza iluzję pamięci i podobnie jak mnogość fotografii staje się namiastką życia. (s. 101)

I rzeczywiście sporo pustki wyziera z mini-powieści Pazińskiego. Niby z każdego kąta wyłaniają się postacie z przeszłości, ich rozmowy, anegdoty i kłótnie, a jednak ich brak staje się przez to bardziej odczuwalny na każdym kroku. Wszystko nosi oznaki zniszczenia i zapomnienia, a sam pensjonat przywodzi na myśl rupieciarnię. Jest tu pewna melancholia, ale dość ciężko zalęgająca na duszy. Nie mogłam też podczas lektury uwolnić się od zapachu stęchlizny i kurzu.

Krótka historia (ledwie 135 stron), niemniej bardzo mi się dłużyła i kilkakrotnie chciałam książkę odłożyć. Niestety autor nie oczarował mnie swoim mrocznym światem duchów z dzieciństwa, a zakończenie wydało mi się tandetne. Tym bardziej Paszport Polityki przyznany książce w tym roku bardzo mnie dziwi.

Moja ocena: 6/10

Piotr Paziński, "Pensjonat", Wydawnictwo Nisza, 2009

środa, 28 kwietnia 2010

Jazz - Toni Morrison

Jeśli przyjąć, że jazz to gatunek muzyczny stworzony w początkach XX w. na południu Stanów Zjednoczonych przez potomków niewolników, charakteryzujący się rytmem synkopowanym, a także dużą dowolnością interpretacyjną i aranżacyjną oraz tendencją do improwizacji, to trzeba przyznać, że powieść Morrison jest bardzo jazzowa.

Główna historia toczy się w Mieście (czyli Nowym Jorku) na przełomie 1925 i 1926 r. Pięćdziesięcioletni Joe nawiązuje romans z młodziutką Dormac, a kilka miesięcy później strzela do niej. Zdradzana żona Joego, Violet posuwa się do desperackiego czynu. Inne wątki rozgrywają się głównie w stanie Virginia na przestrzeni lat 1896-1920. Czytelnik dostaje w ten sposób - w tle, ale jednak - ciekawą lekcję historii z życia czarnych na początku ubiegłego wieku. Segregacja rasowa, migracja na północ kraju, lincze, rozruchy, stopniowe przenikanie do społeczeństwa białych - to wszystko tu jest.

Rytm powieści jak w jazzie jest nierówny. Narratorów jest kilkoro, nie wszystkich można rozpoznać. Opowiadają nie tylko o miłosnej tragedii (podając własną wersję), ale również o wydarzeniach pozornie nie mających związku z głównym wątkiem. Opowieści często są oderwane od siebie, niechronologiczne. Słowem - improwizacja i kakofonia. Książka przypomina mi kłębek kolorowych nici - w zależności od tego, za który koniec pociągniemy, taką historię otrzymamy: o nieszczęśliwym zauroczeniu, miłości małżeńskiej przechodzącej wzloty i upadki, o sztuce wybaczania czy o prześladowaniu czarnych. Autorka wielokrotnie pisze także o samym Mieście, które ma niesamowitą moc przyciągania i wiele do zaoferowania swoim mieszkańcom. W rezultacie powstał prawdziwy pean.

Trudno pisać o tej powieści - jest w niej coś nieuchwytnego, coś niepoddającego się prostym definicjom. Z pewnością warta jest lektury, bo ciekawie oddaje odległe czasy, a przede wszystkim pozwala na spotkanie ze znakomitą prozą Noblistki. We mnie wzbudziła także zainteresowanie Nowym Jorkiem. Dodatkowym smaczkiem jest okładka projektu Waldemara Świerzego - dzisiaj rzadkość.

Moja ocena: 8/10

Toni Morrison, "Jazz", Świat Książki, 1996

poniedziałek, 26 kwietnia 2010

Ex Libris - Anne Fadiman

Nie dziwią mnie zachwyty czytelników nad "Ex Librisem". Przeczytać eseje Anne Fadiman o jej pasji do książek to jak znaleźć bratnią duszę. A napisać, że jest bibliofilką, to nic nie napisać. Ona jest po prostu książkową fanatyczką;)

Autorka miała niesamowite szczęście dorastać w rodzinie żyjącej literaturą i pasję zamienić w profesję. Jej erudycja jest doprawdy imponująca, a co ważne - potrafi o książkach pisać interesująco. Także o tych, o których nikt nigdy nie słyszał. Fadiman potrafi zresztą dostrzec literaturę absolutnie wszędzie - nawet w katalogach sprzedaży wysyłkowej czy w instrukcji obsługi samochodu.

Sporo mówi się tu o zwyczajach czytelniczych np. o dedykacjach, poszanowaniu książki jako przedmiotu, zapędach korektorskich czy ustawieniu zbiorów na półce. Okazuje się bowiem, że podział literatury na obszary geograficzne to mało, można jeszcze ustawiać książki chronologicznie. A ustawianie według koloru i wysokości tomów to w niektórych kręgach prawdziwy nietakt. Są tu również teksty o czytaniu w miejscach opisywanych w danej książce, o plagiatach oraz o wpływie dobrego pióra na jakość utworu. Osobny temat godny doktoratu to m.in. opisy potraw spożywanych przez bohaterów książek.

Z pewnością dzięki Fadiman można poszerzyć nie tylko wiedzę o literaturze, ale także zasób słownictwa. Oto lista słów wypisanych z jednego tomu autorstwa niejakiego Van Vechtena, które były autorce (i nie tylko) całkiem obce, a które później złożyły się na swoisty quiz wśród jej oczytanych znajomych: monofizyta, mefityczny, calineries, diapazon, grimoire, adapertile, retromingent, perllan, kupelacja, adyton, sipaj, subadar, paludalny, apozemiczny, camorra, ityfalliczny, alkad, aspergilium, agathodemon, kakodemon, goetyczny i opoponaks (s. 21). Konia z rzędem temu, kto zna znaczenie wszystkich.

Czyta się te eseje z prawdziwą przyjemnością, czasem rozbawieniem, ponieważ autorka zdaje sobie sprawę ze swego "skrzywienia" i ma do własnej osoby dystans. Na uwagę zasługują również fachowe przypisy Jana Gondowicza. "Ex libris" to prawdziwa gratka dla moli książkowych i cieszy niezmiernie fakt, że książkę niedawno wznowiono.

Moja ocena: 8/10

Anne Fadiman, "Ex libris. Wyznania czytelnika", Świat Literacki, 2003

sobota, 24 kwietnia 2010

Póki rekin śpi - Milena Agus

Lekki ton powieści jest początkowo mylący, z czasem dopiero się okaże, że historia rodziny Sevilla Mendoza z Sardynii jest niewesoła. Matka jest malarką-amatorką cierpiącą na depresję, ojciec marzy o pomaganiu biednym w Ameryce Południowej, syn, nad którym znęcają się w szkole koledzy, ucieka w świat muzyki. Nie lepiej jest z narratorką - jeszcze maturzystka, a już pozostaje w związku z żonatym mężczyzną o skłonnościach sado-masochistycznych. Jest także ciotka, która mimo swej niezwykłej atrakcyjności nie potrafi zbudować trwałej relacji damsko-męskiej.

Powyższy opis mógłby sugerować kiepską powieść, której autorka postawiła na tanie chwyty polegające na skomasowaniu dziwactw. Na szczęście tak nie jest - portret rodziny wyłania się powoli, stopniowo. Krótkie rozdziały przywodzą na myśl krótkie sceny w filmach. Historia jest przedstawiana na chłodno (znamienne, że nie poznajemy nawet imion bohaterów) i ma zdecydowanie gorzki wydźwięk. Ale w końcu takie są opowieści o ludziach niespełnionych, a także niedojrzałych i zagubionych. Uderza, jak mało wiedzą o sobie poszczególni członkowie rodziny. Kochają się, są ze sobą zżyci, a jednak nie dostrzegają w porę problemów. Czasem trzeba sięgnąć dna, żeby móc się odbić i wypłynąć na powierzchnię życia.

Książka znacznie lepsza od "Bólu kamieni" tej samej autorki, może faktycznie debiuty są bardziej udane od swoich następców. Dla mnie było to miłe zaskoczenie, zwłaszcza, że początek powieści nie rokował dobrze. Zaznaczam, że lektura nie jest tak przygnębiająca, jak mogłaby to sugerować powyższa recenzja.

Moja ocena: 8/10

Milena Agus, "Póki rekin śpi", W.A.B., 2009

piątek, 23 kwietnia 2010

Fotoplastikon - Jacek Dehnel

Bardzo się ucieszyłam, kiedy zobaczyłam "Fotoplastikon" na bibliotecznej półce. Lubię pisarstwo Dehnela, lubię stare fotografie w kolorze sepii. Lubię też pięknie wydane książki, a ta z pewnością do takich należy. Niestety moja radość dość szybko się skończyła.

Okazuje się, że nie wystarczy do każdego starego, często anonimowego, zdjęcia dopisać zmyśloną historyjkę. Trzeba to jeszcze zrobić na tyle ciekawie, żeby czytelnik zainteresował się również tekstem. Tymczasem po kilku stronach zrobiło się nudno. Co więcej, styl Dehnela - miejscami protekcjonalny, miejscami staroświecki - zaczął mnie drażnić. Mini-eseje autora ostatecznie na tyle mnie zniechęciły, że skupiłam się na fotografiach.

Być może "Fotoplastikon" należy sobie dawkować i ma wówczas większy urok. Być może. Mnie album mocno rozczarował. Nie przeczę - zdjęcia oglądałam z przyjemnością, niektóre historyjki były bardzo udane, ale oczekiwałam znacznie więcej.

Moja ocena: 6/10

Jacek Dehnel, "Fotoplastikon", WAB, 2009

środa, 21 kwietnia 2010

Matka odchodzi - Tadeusz Różewicz

Jak sam autor wyznaje, "Matka odchodzi" to żebracze treny. Na książkę składają się wiersze poety, fragment jego pamiętnika, luźne teksty oraz wspomnienia autorstwa matki i dwóch braci. Postać wyłaniająca się z tych skrawków to kobieta pracowita, zaradna, a przede wszystkim - dobra, kochana mama. Z lektury można wnioskować, że z synami łączyła ją bardzo silna więź; notatki Różewicza zapisane wiele lat po jej śmierci świadczą z kolei o niekłamanej, głębokiej miłości synowskiej.

Stefania Różewicz (1896-1957) w książce wypowiada się dwukrotnie: we wspomnieniach z wczesnego dzieciństwa na wsi w okolicach Wielunia oraz wspomnieniach z okresu narodzin syna Tadeusza. Pierwszy tekst ma niesamowitą wartość poznawczą i śmiało można go włączyć do programu szkolnego jako lekturę uzupełniającą, ponieważ znakomicie pokazuje życie wiejskie na początku XX wieku. Można dowiedzieć się, co dokładnie znaczy być biednym, jak przerażająco nikła była wiedza chłopów na temat higieny czy wagi szkolnictwa, jak niewiele znaczyła dla nich Polska. Dla mnie odkryciem był np. fakt, że jedzenie składało się głównie z ziemniaków i kapusty oraz mącznych roztworów, natomiast jarzyn, a tym bardziej owoców, w ogóle nie uprawiano. Drugi tekst opowiada o najwcześniejszych latach, a właściwie - latkach - Tadeusza Różewicza. Okazuje się, że dość wcześnie wykazywał się nietuzinkowym postrzeganiem otoczenia:

Sprawiał nam zawsze dzieciak wiele radości swoimi różnymi odruchami i powiedzeniami, które tylko ono w swoim świecie widzenia i myślenia rozumiało. W polu, jak chciał zerwać kłosek zboża, a nie mógł, krzyczał do kłoska: puść, puść. Myślał pewnie, że tam w ziemi ktoś trzyma. A jak się o co obraził wchodził pod stół i wołał: poszedłem w świat. Jeszcze dzieciak nie miał dwóch lat, jak dostałam atak nerki. Pamiętam, jak przyszedł do łóżka i płacząc mówił: musia, niech cię boli, a nie umieraj. W ogóle bardzo się wszystkim interesował, a najwięcej zwierzętami. (s. 39)

Zupełnie w innej tonacji są wypisy z dziennika poety (V-VII 1957 r.) rejestrujące tytułowe odchodzenie matki. Bardzo intymne i szczere, odzwierciedlają rozdarcie autora pomiędzy chęcią zatrzymania ukochanej osoby a ulżenia jej w cierpieniu. Do tego bezsilność, niekiedy skrępowanie, ale przede wszystkim - ogromna miłość. Nie co dzień się zdarza, że syn cierpliwie pielęgnuje umierającą matkę. Jego uczucia przez lata naturalnie ewoluują, ale matka nadal pozostaje ważną postacią. Świadczą o tym także wiersze, niejednokrotnie poświęcone właśnie jej. Oto jeden z nich - "Fotografia", którego ostatnie dwie zwrotki znakomicie obrazują wzajemną dbałość i empatię:

dziś z dalekiego kraju
otrzymałem starą kartkę
widokówkę Erbalunga

Nigdy nie słyszałem tej nazwy
nie wiem gdzie to jest
i nie chcę wiedzieć

Erbalunga

wczoraj otrzymałem
ocaloną fotografię matki
z roku 1944

matka na tej fotografii
jest jeszcze młoda piękna
uśmiecha się

ale na drugiej stronie
odczytałem wypisane
jej ręką słowa
"rok 1944 okrutny dla mnie"

w roku 1944
został zamordowany
przez gestapo mój starszy brat

skryliśmy jego śmierć
przed matką

ale ona nas przejrzała
i ukryła to
przed nami.

Najlepiej postać matki Różewicza podsumował młodszy brat poety, Stanisław (reżyser filmowy): To, co w naszym domu było najdroższe i najpiękniejsze, to Mama. (s. 133) Ojciec oczywiście jest również obecny we wspomnieniach, ale to już osoba o innym charakterze i powinnościach. Przede wszystkim nie tak ciepły i wyrozumiały, więc i odbierany nieco inaczej.

Z pewnością "Matka odchodzi" to pozycja wyjątkowa w polskiej literaturze, jak najbardziej godna polecenia. Z jednej strony przejmująca i wzruszająca, z drugiej - zmusza do refleksji. Przede wszystkim oswaja doświadczenie, przez które większość z nas będzie musiała kiedyś przejść. Czy słusznie zasłużyła na nagrodę Nike w 2000 r., trudno mi ocenić. Wiem jedno: na długo pozostanie w mojej pamięci.

Moja ocena: 9/10

Tadeusz Różewicz, "Matka odchodzi", Wydawnictwo Dolnośląskie, 2000

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Wszystko jest iluminacją - Jonathan Safran Foer

Cudowna książka. Trafiłam na nią przypadkiem przez wyszukiwarkę tematyczną w www.librarything.com sprawdzając hasło "Holokaust". Streszczenie było dość kuriozalne, a fragmenty recenzji na tyle entuzjastyczne, że postanowiłam powieść przeczytać. Ze wszech miar warto było.

Młody amerykański Żyd przyjeżdża na Ukrainę szukać kobiety, która podczas wojny uratowała życie jego dziadkowi. Główny trop to zdjęcie i nazwa wioski: Trachimbrod. Jonatanem Safranem Foerem (sic!) opiekuje się jego rówieśnik z Odessy Aleks vel Szapka vel Sasza, który na zlecenie ojca, właściciela biura podróży, ma być tłumaczem podczas podróży. W wyprawie bierze również udział dziadek Aleksa (jako kierowca) oraz jego wierna, acz nadpobudliwa suczka Sammy Junior, Junior. Dodam, że angielski młodego Ukraińca pozostawia wiele do życzenia, a dziadek ma problemy ze wzrokiem i jest stetryczały. Dużo zabawnych sytuacji wywołują różnice kulturowe.

Akcja powieści toczy się na trzech przeplatających i uzupełniających się poziomach. Pierwszy to relacja Aleksa z podróży, spisana jego niepoprawną pod względem stylistycznym, ale dzięki temu bardzo zabawną, angielszczyzną. Chłopak sporo miejsca poświęca także własnej osobie i - jak się z czasem okaże - nie stroni od konfabulacji. Drugi poziom to fikcyjne dzieje przodków Jonatana i samego Trochimbrodu czyli powieść w odcinkach powstająca głównie podczas poszukiwań. Historia jest po prostu urocza, jej postaci zostały przedstawione z humorem i fantazją, choć często są to osoby o smutnym życiorysie. Jeśli ktoś lubi humor żydowski, to na pewno znajdzie tu jego echa. Ostatni poziom narracji to listy Aleksa do Jonatana komentujące powieść i ważne wydarzenia.

Książka zachwyca (nie waham się użyć tego stwierdzenia) bogactwem tematów; autor pisze o miłości, winie, przebaczeniu, pamięci, tożsamości, prawdzie historycznej. Wszystko podane dyskretnie, jakby mimochodem, często żartobliwie i dopiero po zakończeniu lektury dociera powaga opowiedzianej historii. Forma również jest urozmaicona - mamy tu listy, sprawozdania i klasyczną powieść; elementy humorystyczne i dramatyczne, fragmenty poetyckie, fragmenty z wykorzystaniem strumienia świadomości (niesamowita opowieść dziadka). Sam styl Aleksa jest niezwykle atrakcyjny: niebywale pompatyczny, a zarazem naiwny, ewoluuje w kierunku bardziej poprawnego i dojrzałego. Podejrzewam, że tłumacze stanęli przed trudnym zadaniem podczas przekładu powieści, potrzeba bowiem niezwykłych zdolności, aby oddać wszystkie niuanse specyficznego "dialektu" chłopaka.

Niesamowita lektura, chyba po raz w pełni zgadzam się z zachwytami recenzentów i pisarzy przytoczonymi na okładce. Z pewnością postaram się o własny egzemplarz, a za jakiś czas sięgnę po polską wersję, żeby porównać wrażenia. Dla mnie bomba.

******************
Dla zainteresowanych: spore fragmenty dostępne są tutaj. Książka doczekała się również ekranizacji.

******************

Film udało mi się obejrzeć 9.6.2010 r., wrażenia tutaj.


Moja ocena: 10/10

Jonathan Safran Foer, 'Everything is Illuminated', Penguin Books, 2003

.

sobota, 17 kwietnia 2010

Teraz - Agnieszka Drotkiewicz

Po ukazaniu się książki w ubiegłym roku czytałam głównie niepochlebne recenzje na jej temat, toteż do lektury podeszłam dość sceptycznie. Pierwsze dwa rozdziały, będące monologiem skierowanym do nieobecnej przyjaciółki (przypuszczam, że to jednak alter ego głównej bohaterki), wydały mi się dość pretensjonalne i chaotyczne. Na szczęście z chwilą, kiedy Karolina Pogorska zaczyna opowiadać o sobie, powieść staje się znacznie lepsza.

Narratorka jest 36-letnią pracownicą naukową w Instytucie Kultury w Kryzysie, mieszka w wynajętym mieszkaniu na Kabatach i cierpi z powodu bycia singielką. Jak sama o sobie zgryźliwie mówi: Samotna kobieta po rewolucji feministycznej. Zaczyna piątkami z polskiego, a kończy, jedząc resztki w pojedynkę. (s. 76) Jej frustracja narasta, kobieta jest coraz bardziej zmęczona swoim życiem:

A przecież, tak mi się wydaje, jeszcze nie tak dawno byłam osobą, na którą ktoś patrzy, której ktoś słucha. Chcę być osobą! Człowiek jest w końcu istotą społeczną, rodzi się w relacji z kimś drugim. A ja liczę się tylko wtedy, kiedy ktoś zacytuje mój artykuł albo zarobię pieniądze. (s. 93)

Po przymusowej przeprowadzce do kolegi z pracy, który od lat beznadziejnie i bez wzajemności podkochuje się w Karolinie, jej życie nieco się zmienia i staje się mniej stresujące. Kobieta powoli godzi się ze skromną i przyziemną egzystencją z niechcianym (bo żałosnym) Szymonem, co więcej, odkrywa wreszcie, co mogłoby dać jej szczęście:

Dom mógłby być moją religią. Dom, w którym mogłabym ustawić swoje książki alfabetycznie. Który mogłabym sprzątać i ozdabiać na święta. Kwadrat domu, trójkąt dachu, serpentyna dymu i słońce wychylające się zza chmury. Dom: świat w świecie, enklawa. (s 129)

I rzeczywiście, kiedy ponownie przeprowadza się, tym razem do luksusowego mieszkania koleżanki, odnajduje swoje tu i teraz. Kończy się wewnętrzna szamotanina i bunt, ton narratorki z sarkastycznego staje się łagodny. Może zacząć się cieszyć grą w badmintona, obiadem z kolegami czy patrzeniem w niebo. Tylko czy o to właśnie w życiu chodzi?

W moim odczuciu autorka sugeruje, że to stan posiadania gwarantuje szczęście. Nawet nie partner, ale właśnie cztery kąty wypełnione przedmiotami, jakie można znaleźć w milionach innych domów. Cóż, to SĄ rzeczy ważne, ale trudno mi uwierzyć, że akurat one pozwoliły spełnić się inteligentnej doktorantce. I dlatego nie mogę zgodzić się z wydźwiękiem tej powieści.

Co do samego stylu książki, język wydaje mi się kalką czegoś, co już czytałam w polskiej literaturze wiele razy. Nie za bardzo przekonuje mnie również narzucanie powieści ducha "Pani Bovary" Flauberta (od początkowego cytatu po dalsze drobne nawiązania). Mimo wszystko nie jest to zła książka, przeczytać nie zawadzi.

Moja ocena: 7/10

Agnieszka Drotkiewicz, "Teraz", W.A.B., 2009

czwartek, 15 kwietnia 2010

Dżamila - Czingiz Ajtmatow

Piętnastoletni chłopiec opowiada historię nieszczęśliwej miłości Dżamili i Danijara. Nieszczęśliwej, bo dziewczyna ma męża, który walczy na froncie, a chłopak to wędrowny parobek. Miłość wybucha nagle i niepostrzeżenie, oboje są nią onieśmieleni i skonsternowani, ponieważ doskonale zdają sobie sprawę z niesprzyjających okoliczności.

Równorzędnym bohaterem opowieści jest kirgiski step. Autor niezwykle barwnie go odmalowuje (niemal dosłownie) - są tu nie tylko kolory, ale dźwięki i zapachy. Świat stepu jest niezwykle egzotyczny, a zarazem prosty: życie oparte na prostych zasadach wypełnione jest przede wszystkim pracą. To miejsce oddalone od dużych skupisk ludzkich, nawet wielka historia omija je bokiem, a czas płynie tu inaczej. Podczas lektury często przychodził mi na myśl film "Tulpan" opowiadający o stepie kazachskim. Życie koczowników najwyraźniej diametralnie się nie zmieniło przez te kilkadziesiąt lat.

Opowiadanie jest krótkie, ale świadczy o niezwykłym kunszcie pisarskim Ajtmatowa. Z pewnością świadczy także o miłości autora do stepu - tylko człowiek przywiązany do rodzimej ziemi potrafi z taką wprawą oddać niuanse otoczenia. Książeczce dodają uroku grafiki Jana Marcina Szancera (przykład obok). Szkoda, że dzisiaj tylko wydawnictwa dla dzieci zasługują na ilustracje;)

Moja ocena: 7/10

Czingiz Ajtmatow, "Dżamila", PIW, 1960

wtorek, 13 kwietnia 2010

Tylko sam siebie możesz ofiarować - Magda Szabo

Budapeszt, 1966. Trzy rodziny przygotowują się do ślubu, który bardziej przypomina pogrzeb niż radosną ceremonię. Nikt się nie cieszy, wszyscy wydają się zrezygnowani i osamotnieni, nawet młodzi, którzy z premedytacją doprowadzili do takiej sytuacji. Ciąża i małżeństwo miały być bowiem przepustką do wolności, jaką jest życie bez toksycznych rodziców.

Chcieliśmy mieć wyspę, gdzie nie będzie ani starych, ani dorosłych, ani złych, ani dobrych wspomnień, gdzie nie będzie nic poza nami.Chcieliśmy mieć dom, gdzie nikt się niczego nie boi, gdzie w pamięci mieszkańców nie ma bólu, cierpienia i nędzy, gdzie nie musimy nikogo żałować ani brać z nikogo przykładu, gdzie możemy być tacy, jacy jesteśmy, swobodni i weseli albo smutni.(...) I chcieliśmy mieć własne plany, wielkie lub małe, doniosłe lub zwyczajne, ale żeby wszystkie pochodziły od nas samych i żebyśmy nie musieli realizować tego wszystkiego, co nie udało się starym i dorosłym. (s. 134-135)

Życie węgierskiej młodzieży przedstawione przez Szabo jest nie do pozazdroszczenia: ciągłe pretensje, narzekania i wypominanie poświęceń na rzecz niewdzięcznych dzieci. Nic dziwnego, że te najchętniej uciekłyby jak najdalej, nawet kosztem uczuć innych. To mali egoiści i nie chcą żyć jak ich rodzice, którzy częstokroć byli wtłaczani w ustalone ramy życia przez swoich ojców i matki. Nawet jeśli średnie pokolenie zauważa, że wyrządza dzieciom krzywdę, jakiej zaznali od własnych rodziców, nie waha się przed realizacją planu. Tym bardziej, że najstarsi wciąż patrzą im na ręce.

Autorka zarysowała bardzo ciekawy problem i czytelnikowi pozostawia odpowiedź na pytanie: lepiej być bezwzględnym, nieposłusznym, ale w przyszłości zapracować na szczęście czy podążać za nakazami rodziców i skazać się na wieloletnią frustrację. Odpowiedź bynajmniej nie jest oczywista, jako że młodzi - choć osiągnęli swój cel - nie wydają się szczęśliwi.

Książka ma bardzo ciekawą formę: narratorami są niemal wszystkie osoby dramatu, dzięki czemu niektóre fakty można ujrzeć w różnym świetle. Duże wrażenie robi użycie przez autorkę strumienia świadomości. Całość nawiązuje do starotestamentowej historii Abrahama, który miał złożyć w ofierze swego syna Izaaka. Historia spina klamrą całą powieść, a przy czym głosy młodych zgromadzono w rozdziałach pt. Izaak, a starszych - w rozdziale pt. Abraham.

Moja ocena: 7/10

Magda Szabo, "Tylko sam siebie możesz ofiarować", PIW, 1974

niedziela, 11 kwietnia 2010

Nielegalne związki - Grażyna Plebanek

Jonathan mieszka w Brukseli, ma żonę prawniczkę, Megi i dwójkę kilkuletnich dzieci. Ma także romans z Andreą, dziennikarką telewizyjną. Trójkąt interesujący, bo niestereotypowy. Ta trzecia (sama pozostająca w nieformalnym związku) jest na tyle silną osobowością, że poniekąd uzależnia od siebie kochanka i dyktuje warunki. Małżeństwo Jonathana należy do tych nowoczesnych, gdzie głównym żywicielem jest żona (Megi pracuje w Komisji Europejskiej), a mąż zajmuje się domem i dziećmi, od czasu do czasu pracując jako wykładowca na kursie twórczego pisania.

Romans Jonathana i Andrei opiera się na namiętnym seksie i przez dłuższy czas zadawałam sobie pytanie: na czym jeszcze? Skoro dwoje ludzi spotyka się (z przerwami) ze sobą przez ok. 3 lata i każde spotkanie jest niesamowicie intensywne, to chyba musi łączyć ich coś więcej? Dopiero na str. 139 pojawia się wyjaśnienie:

Byli podobni do siebie - znali języki, z łatwością odnajdywali się w kolejnych krajach, ich myślenia nie determinował narodowy kanon lektur. Nigdy nie mówili, jak Megi: "bo u nas" albo "patrz, jak oni..." Jonathan i Andrea wiedzieli, co to znaczy myśleć w dwóch lub trzech językach jednocześnie. Wiedzieli, co znaczą rozstania, i jak bolesne potrafią być powroty. (s. 139)

Nieszczególnie mnie to przekonuje, a nawet, gdy w pewnym momencie kochankowie mówią o miłości, dostrzegam w tym związku zaledwie seks, którego jest tu naprawdę dużo, aż do przesytu. Zresztą w ogóle postaci tej powieści są dla mnie mało przekonujące, są wręcz nudne. Jedynie Andrea - osoba o dużym seksapilu, inteligentna i niezależna, choć niezbyt sympatyczna - wydaje się ciekawa. Przyznam, że w miarę lektury bohaterowie coraz bardziej mnie nużyli i rozstałam się z nimi z ulgą.

Dużym plusem powieści jest pokazanie życia ojca na urlopie wychowawczym, to rzadkość w literaturze. Świetnie pokazano zmianę nastawienia zdradzającego męża do żony: od drobnych wyrzutów sumienia po rozdrażnienie i głęboką niechęć. Podobał mi się również finał historii. Żałuję natomiast , że autorka częściej nie skupiała narracji na Megi; nieliczne opisy jej odczuć są świetnym kontrapunktem dla poczynań męża. Cóż, Plebanek - jak informuje na okładce - chciała uczynić mężczyznę głównym bohaterem romansu i tak też zrobiła. Mam jednak wrażenie, że nie do końca udało jej się wejść w męską psychikę, choćby dlatego, że rozdarcie Jonathana pomiędzy rodziną a kochanką zupełnie nie porusza.

"Nielegalne związki" pozostaną dla mnie historią seksualnego zauroczenia; pisanie o historii miłosnej byłoby w moim odczuciu nieco na wyrost (naturalnie to moje bardzo subiektywne zdanie). Niestety lektura rozczarowała mnie, zdecydowanie wolę, kiedy autorka pisze o kobietach.

Moja ocena: 6/10

Grażyna Plebanek, "Nielegalne związki", W.A.B., 2010

sobota, 10 kwietnia 2010

...


Jestem w szoku.

R.I.P

czwartek, 8 kwietnia 2010

Dom z papieru - Carlos Maria Dominguez

Pierwsze zdanie brzmi następująco:

Wiosną 1998 roku Bluma Lennon kupiła w pewnej księgarni w Soho używany egzemplarz Poezji Emily Dickinson i kiedy doszła do drugiego wiersza, na skrzyżowaniu potrącił ją samochód. (s. 9)

Za jakiś czas na adres zmarłej przychodzi z Urugwaju przesyłka z egzemplarzem "Smugi cienia". Dalsza część to zapis poszukiwań nadawcy książki, jak się okaże nadzwyczajnego bibliofila.

Myślę, że wątek śledczy był tylko pretekstem do przedstawienia zapatrywań autora na temat książek. Mamy tu uwagi dotyczące tworzenia bibliotek, wydawania nowości, obchodzenia się z książkami, a przede wszystkim przemyślenia o roli literatury w życiu człowieka. Dla niektórych - jak się okazuje - literatura jest nie tylko sprawą życia, ale i śmierci.

Najbardziej spodobała mi się taka refleksja:

Założyć bibliotekę to jak stworzyć życie. Nigdy nie jest to suma poszczególnych książek. (...) Zgłębiamy rozmaite tematy i po pewnym czasie przekonujemy się, że definiujemy świat czy, jeśli pan woli, szkicujemy trasę jakiejś podróży, z tą przewagą, że możemy zachować jej ślady. Nie jest to proste. To proces, w którym kompletujemy bibliografie; zaniepokojeni wzmianką o jakiejś książce, której nie mamy, zdobywamy ją, pozwalamy prowadzić się do innej. (s. 43)

"Dom z papieru" to lektura dla miłośników literatury i pięknych przedmiotów, bo takim może stać się przecież dana książka. Z pewnością każdy odnajdzie tutaj coś ze swoich upodobań (np. pisać na marginesie czy nie?) lub nową inspirację (np. żeby literaturę XIX-wieczną czytać przy świecy, wszak elektryczności wówczas nie znano;)). Przyjemna książeczka na jedno popołudnie.

Na okładce bardzo adekwatnie wykorzystano reprodukcję "Księgarza" Arcimboldiego.



Carlos Maria Dominguez, "Dom z papieru", Świat Książki, 2007

wtorek, 6 kwietnia 2010

Fototapeta - Michał Witkowski

Po niezłej "Barbarze Radziwiłłównie z Jaworzna-Szczakowej" i znacznie słabszej "Margot" przyszła pora na "Fototapetę". Jest to zbiór kilku opowiadań, w myślach nazwanych przeze mnie podróżnymi, jako że wiążą się z różnymi miejscami: a to z Wrocławiem, a to z Lipskiem, a to z Kijowem.

Witkowski nie ukrywa swojej fascynacji rzeczami pośledniejszego gatunku:

Wierzyłem święcie w świat cekinów, kalejdoskopu i cyrku, nie podejrzewałem żadnych sztuczek, nie obskrobywałem niczego paznokciem, żeby sprawdzić, czy prawdziwe. Bo nie wolno niczego skrobać ani sprawdzać. Bo jak się tylko świat trochę poskrobie, to zaraz cały zaczyna się paskudzić jak rozgrzebana ranka, i już jest do wyrzucenia. Wszystko zżera gangrena. (s. 101)

O przedmiotach brzydkich potrafi pisać doprawdy zachwycająco; coś, co mogłoby wydawać się śmieciem, staje się nagle atrakcyjne. To tak, jakby przywracać do życia porzucone rzeczy, pokazywać na nowo ich dawny blask. Kryształowa karafka w barku, wielkie suszarki do włosów lub beret z kikutkiem - oto obiekty zachwytu autora. Najlepsze wydaje się pod tym względem opowiadanie "Mosina" o pobycie u babci w małym miasteczku w czasach PRL-u. Fantastyczne są opisy handlu wymiennego pani doktor, wizyt u fryzjera czy wyjścia do kościoła. Podobnie jest w "Psim Polu", gdzie po raz kolejny zadziwia spostrzegawczość autora i zdolność zaczarowywania tandetnej rzeczywistości:

Po lewej stronie mam lombard i solarium, po drugiej - tanie przejazdy do Berlina i Londynu. Ale po co wyjeżdżać?! Kiedy jest lato, z Psiego Pola bez większych kosztów da się zrobić słoneczną Kubę. Te lodówki z lat pięćdziesiątych powystawiane przed kamienice! Ci brzuchaci faceci chodzący w samych spodniach, z szelkami na gołe ciało! Da się to wszystko opchnąć w tanim biurze podróży obok mojego kantorka. (s. 286)

Jest w tym wszystkim jakieś niekłamane ukochanie "zwietrzałych" przedmiotów i klimatów i ja Witkowskiemu wierzę. Podoba mi się jego dowcip (zwłaszcza w "Kolaboracji")i żonglerka słowna, a przede wszystkim skojarzenia ocierające się niekiedy wręcz o poezję, jak np. takie zdanie:

Gdzieś tak w połowie października o zachodzie zużyte słońce nad Psim Polem zaskwierczało i przepaliło się na dobre. (s. 285)

albo:

I tak stały koło siebie latami fryzjernia "Helena" i golarz "Włodzimierz", jak w koncercie życzeń. Bo też było to wzorcowe małżeństwo, bez szans na rozwód - ona w lokach i kokach, on - krótko, po żołniersku, czasami z bokobrodami, w tle klapanie końskich kopyt i zapach szarego mydła, nad nimi w godle - brzytwa, pędzel i ostry jak kosa księżyc. (s. 129)

Jedynym zgrzytem było dla mnie opowiadanie "Pierroty", wydało mi się nieprzystające do reszty, choć warsztatowo jest bez zarzutu. Nie przekonała mnie historia Uwego zbudowana całkowicie z domysłów. Cała reszta jest dla mnie wyśmienita.

Moja ocena: 9/10

Michał Witkowski, "Fototapeta", W.A.B., 2006

sobota, 3 kwietnia 2010

Chmury i łzy - James Ngugi

Kenia, lata 50-te. Młodziutki Njoroge z małej wioski bardzo chce się uczyć, ponieważ tylko w ten sposób będzie mógł w przyszłości zadbać o biedną rodzinę. Niestety jego plany pokrzyżuje historia - czarni zaczynają burzyć się przeciwko białym osadnikom, rodzi się ruch wyzwoleńczy. Krwawe wydarzenia nie ominą rodziny Njoroge, który będzie zmuszony szybciej dorosnąć.

Autor w powieści wykorzystał własne doświadczenia, niestety niezbyt umiejętnie. Dorastanie chłopca miało, jak sądzę, obrazować dojrzewanie nowego państwa. Pomysł świetny, ale zmarnowany. Całości brakuje przede wszystkim napięcia, a przecież opisywane wydarzenia i życie Njoroge były dramatyczne. Wszechwiedzący narrator tłumaczy podstawowe sprawy, co w rezultacie nadaje książce naiwny wydźwięk. Na domiar złego tłumaczenie dalekie jest od doskonałego - Zofia Kierszys ewidentnie miała kłopoty z szykiem zdania oraz nadmiarem zaimków osobowych.

Lektura mocno mnie rozczarowała, spodziewałam się czegoś głębszego. Być może tak pisało się dawniej ("Chmury i łzy" ukazały się w 1964 r.), być może to kwestia różnic kulturowych - nie wiem. Faktem pozostaje, że powieść niezbyt mnie poruszyła, a szkoda. Zdecydowanie bardziej wolę twórczość Chimamandy Adichie, która pisze o podobnych problemach, aczkolwiek z perspektywy Nigerii.

Moja ocena: 6/10

James Ngugi, "Chmury łzy", PIW, 1972

piątek, 2 kwietnia 2010

I była miłość w getcie - Marek Edelman

Tym razem Marek Edelman skupił się nie na okrucieństwie wojny, ale na jej jaśniejszym aspekcie czyli miłości. A dokładniej - na różnych odmianach miłości, nie tylko między kobietą i mężczyzną. Są tu historie o córkach idących z własnej woli za matkami do wagonu, o wychowawczyniach, które razem z podopiecznymi pojechały do obozu koncentracyjnego, choć mogły zostawić je na pastwę losu. Jest opowieść o lekarce, która popełniła samobójstwo, aby córce oddać tzw. numerek życia. Nie brakuje tu wspomnień o osobach odmawiających ucieczki, ponieważ chciały do końca przeżyć swoje nagłe i kruche szczęście z partnerem.

Słusznie autor zauważył, że (...) nienawiść dużo łatwiej wzbudzić, niż skłonić do miłości. Nienawiść jest łatwa. Miłość wymaga wysiłku i poświęcenia. Musimy uczyć w szkołach, w przedszkolach, na uniwersytetach, że zło jest złem, że nienawiść jest złem i że miłość jest obowiązkiem. (s. 25-26) Można się tylko pod tym podpisać.

Edelman opowiada o wydarzeniach znanych już m.in. z książki Hanny Krall "Zdążyć przed Panem Bogiem", ale porusza także zupełnie nowy - przynajmniej dla mnie - temat, a mianowicie wrogość AK-owców do żołnierzy żydowskich podczas powstania warszawskiego. Przytacza taką oto historię:

Na wieść o wybuchu powstania Jurek wziął broń i wyszedł z mieszkania, żeby się przyłączyć. Zaledwie zszedł na dół, zatrzymał go oddział powstańczy. Rozstrzelali go natychmiast jako Żyda, który - skoro ma broń - musi być prowokatorem. (s. 127-128)

Porażające. Tym bardziej ponura staje się wizja osamotnienia Żydów podczas Holokaustu, znikąd pomocy. W jednym z filmów dokumentalnych podano, że uratowanie 1 Żyda podczas wojny wymagało zaangażowania ok. 25 osób. To pocieszające, że mimo wszystko znaleźli się i tacy, którzy ze zwykłej ludzkiej przyzwoitości pomagali.

Na końcu książki Edelman zamieścił krótkie noty biograficzne osób, które znał z imienia i nazwiska, a których - jak się obawiał - nikt już prawdopodobnie nie wspomni. Trzeba, żeby został po nich jakiś ślad. (s. 163) Piękny gest.

Marek Edelman, "I była miłość w getcie", Świat Książki, 2009