wtorek, 30 listopada 2010

Duch wychodzi - Philip Roth


Tytuł powieści zaczerpnięty został z "Makbeta" Szekspira, a dokładniej - z didaskaliów do sceny z duchem zamordowanego Banka. Autor przyznaje, że wybór był dość przypadkowy, ale trudno odmówić mu celności. Za ducha można bowiem uznać 71-letniego Zuckermana, który po latach nieobecności wraca do Nowego Jorku i odwiedza stare kąty. Jest człowiekiem innej epoki, dla niektórych (także dla siebie samego) prawdziwą zjawą zza grobu. Nie oznacza to, że jest człowiekiem przegranym, wręcz przeciwnie - mimo pewnych ograniczeń jest pełen wigoru i inwencji.


Powieść oferuje także bardziej uniwersalną interpretację, dotyczącą świata literatury. Jak mówi dawna znajoma Nathana: My, ludzie czytający/piszący, jesteśmy skończeni, jesteśmy duchami oglądającymi koniec epoki literackiej [str. 202]. Coś w tym jest. Według Rotha samo dzieło literackie staje się coraz mniej istotne, ważniejsze są rewelacje stojące za jego powstaniem i skandale z życia autora. Pojęcia takie jak wyobraźnia, fikcja, literatura tracą znaczenie, natomiast w siłę rośnie tzw. dziennikarstwo kulturalne czyli nie to, co powinno zajmować czytelnika.

"Duch wychodzi" stanowi także nawiązanie do pierwszej powieści Rotha z cyklu o Zuckermanie czyli do "Cienia pisarza" (Ghost writer) - jest jej kontynuacją, a może nawet zamknięciem. O ile w "Cieniu pisarza" główny bohater był młodym, obiecującym literatem, o tyle w "Duchu..." jako uznany twórca schodzi już ze sceny. Z racji podeszłego wieku więcej uwagi musi poświęcać zdrowiu niż pisaniu, co nie oznacza całkowitego zarzucenia dawnych nawyków. Potrzeba przekształcania rzeczywistości w literaturę jest nadal bardzo silna - nawet rozmowa z atrakcyjną kobietą staje się punktem wyjścia do napisania mini-sztuki "Ona i On", która również świadczy o żegnaniu się z dawnym życiem.

Powieść Rotha można rozpatrywać na kilku poziomach, może to być m.in. zapis procesu starzenia się, obraz amerykańskiej inteligencji w erze Busha lub dyskusja o kondycji literatury u progu XXI wieku. Jest również hołdem złożonym takim tuzom literatury jak Szekspir, Hawthorne, Conrad, Melville, Mailer i kilku innych. I jak zawsze w przypadku Rotha jest to proza na najwyższym poziomie, powiedziałabym, że jest w niej pewna elegancja. Mam wrażenie, że każde zdanie zostało dokładnie przemyślane i dopracowane, wręcz wycyzelowane (duże brawa należą się także tłumaczce Jolancie Kozak). Wymagają skupienia, ale ten trud po stokroć się opłaca, jak dla mnie "Duch wychodzi" bez wątpienia zasługuje na kilkakrotną lekturę.

Na koniec mój ulubiony fragment z powieści (str. 73-74):

Pamiętałem jeszcze Nowy Jork i Broadway z czasów, kiedy jedynymi osobami gadającymi do siebie na ulicy byli wariaci. Co zdarzyło się przez tych parę lat, że ludzie nagle mieli tyle do powiedzenia - i to samych pilnych rzeczy, które nie mogą poczekać? Gdziekolwiek szedłem, zbliżał się ku mnie ktoś gadający przez telefon, a za moimi plecami szedł ktoś robiący to samo. W samochodach ludzie za kierownicą gadali przez telefon. Gdy jechałem taksówką, taksówkarz rozmawiał przez telefon. (...) Przyjmuję do wiadomości, że już dawno przegnano ciszę tła z restauracji, wind i stadionów baseballowych, ale żeby niezmierzona samotność istot ludzkich zrodziła taką bezgraniczną tęsknotę bycia słyszanym, z towarzyszącą jej obojętnością na bycie podsłuchiwanym - no cóż, przeżywszy większość życia w erze budki telefonicznej, której solidne harmonijkowe drzwi można było szczelnie zamknąć, byłem oszołomiony jawnością ludzkich zachowań (...).

Philip Roth, "Duch wychodzi", przeł. Joanna Kozak, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa, 2010

piątek, 26 listopada 2010

Utz - Bruce Chatwin


W jakim innym kraju można się zetknąć ze sprzedawcą biletów tramwajowych, który jest wybitnym znawcą teatru elżbietańskiego? Lub zamiataczem ulic, który jest autorem filozoficznego komentarza do apeironu Anaksymandra z Miletu? [str. 14]

W jakim? W Czechosłowacji z okresu zimnej wojny, a może także i w dzisiejszych Czechach. Tam właśnie mieszkał Kaspar Joachim Utz, miłośnik i kolekcjoner porcelany. Przyszło mu żyć w niezbyt spokojnych czasach, a jednak i on, i kolekcja przetrwali zawieruchę wojenną oraz zmianę ustrojów bez większych strat. Trzeba nie lada wytrwałości oraz sprytu, aby dostosować się do niekorzystnych okoliczności, a jednocześnie zachować najcenniejszą dla siebie rzecz. Utzowi się to udało, ale nie bez ofiar natury moralnej. Czego się jednak nie robi w imię pasji?


Minipowieść Chatwina opowiada właśnie o takiej pasji graniczącej z obsesją. O zamiłowaniu, które staje się treścią życia, a zarazem reliktem przeszłości - namiastką świata, który dawno przestał istnieć, a za którym się tęskni. Porcelanowa kolekcja to odrębny byt nie ulegający obowiązującym normom; bajeczna pamiątka po dawnych czasach, tak różnych od doby szarego i siermiężnego komunizmu. Ba! Kolorowe cacka mają nie tylko swoją historię, ale - przynajmniej według Utza - także żyją.

Chatwin pięknie pisze o swoim bohaterze, pięknie też pisze o Pradze (Praga jest najbardziej tajemniczym z europejskich miast, a zjawiska nadprzyrodzone są tam zawsze możliwe [str. 13]). W moim odczuciu rewelacyjnie uchwycił także ducha "czeskości"; jest u niego i ciepło, i nostalgia, i wyrozumiałość dla ludzkich słabości (Tendencja Czechów do "uginania się" przed silniejszym przeciwnikiem niekoniecznie świadczy o ich słabości (...). Metafizyczne podejście do życia skłania ich do traktowania aktów przemocy jako zjawisk efemerycznych [str. 13]). W książce uderza poza tym niezwykła erudycja autora, jego wiedza o historii porcelany i kilku jej znamienitych kolekcjonerach jest imponująca.

Przy tych wszystkich zaletach mam jednak problem z "Utzem": po prostu mnie nie poruszył. Niby dobrze napisana powieść, a wywołała u mnie zaledwie letnie wrażenia. Cytat "jak zachwyca, skoro nie zachwyca" pasuje do niej jak ulał;)

Bruce Chatwin, "Utz", tłum. Mira Michałowska, Świat Książki, Warszawa, 2010

środa, 24 listopada 2010

Opętanie wg A. S. Byatt w telewizji


Dopisek z 26.11.2010 r. - po seansie

Film jest na tyle sprawnie zrobiony, że bez problemu udało mi się wytrwać do końca;). Duża w tym zasługa dwójki głównych aktorów (Paltrow, Eckhart), na których miło było popatrzeć, choć moim zdaniem byli zbyt atrakcyjni do wyznaczonych im ról. Reżyser skupił się na wątku współczesnym, przez co po drodze zagubiła się poetyckość powieści Byatt. Z drugiej strony przełożenie całego bogactwa "Opętania" na ekran jest po prostu niemożliwe, jako że o sile książki decyduje w dużej mierze jej misterny język.


Wątek romansu pary XIX-wiecznych poetów został mocno okrojony i spłaszczony: ot, kolejna romantyczna opowieść w wiktoriańskim stylu. Nie pomogła tu aktorka (Ehle) grająca jedną miną (która miała chyba podkreślać ogromną duchowość Christabell), ani nachalne odwołania do sztuki prerafaelitów. To, co u Byatt było fascynującą i głęboką historią miłosną, w filmie pokazano jako średnio oryginalną i raczej mało porywającą. Myślę, że reżyser (producent?) wyszedł z założenia, że dla widza o wiele ciekawsze będzie związek dwojga współczesnych bohaterów niż tych sprzed ponad 100 lat.

Ogólnie film nie jest zły, widzom nie znającym pierwowzoru literackiego może się spodobać. Zdecydowanie lepiej poznać książkę, bo ma wiele do zaoferowania. To lektura dla cierpliwych i wymagających, ale zdecydowanie warta wysiłku. Sama z chęcią przejrzę dzisiaj fragmenty powieści, a dzięki peek-a-boo i propagowanej przez nią akcji BAFAB będę mogła porównać sprezentowany przez nią polski przekład z oryginałem;).

*********************************************************
Emisja:
czwartek, 25 listopada, godz. 23:00 POLSAT

OPĘTANIE (POSSESSION)
dramat USA/Wlk. Brytania, 2002

Reżyseria: Neil LaBute Obsada: Gwyneth Paltrow, Aaron Eckhart


Intrygująca opowieść, oparta na wyróżnionej Nagrodą Bookera książce Antonii Susan Byatt. Dwoje współczesnych, młodych naukowców - Maud (Gwyneth Paltrow) i Roland (Aaron Eckhart) dokonuje pasjonującego odkrycia. W bibliotece uniwersyteckiej znajdują plik starych listów miłosnych, których bohaterami jest para wiktoriańskich poetów. Poznając historię ich namiętnego i tajemniczego romansu, Roland i Maud odkrywają nie tylko sekrety łączące dwoje artystów, ale także uczucie, które rodzi się między nimi samymi...

"Opętanie" to niezwykły, nastrojowy romans, a zarazem fascynująca wyprawa do świata literatury. Reżyser filmu NEIL LABUTE ("Siostra Betty" - nominacja do Złotej Palmy, "Przyjaciele i sąsiedzi", wielokrotnie nagradzany film "Między nami facetami") powierzył główne role Gwyneth Paltrow ("Zakochany Szekspir", "Genialny klan") i Aaronowi Eckhartowi ("Siostra Betty", "Erin Brockovich"). Na ekranie zobaczymy także Jeremy'ego Northama ("Gosford Park", "Enigmat") i Jennifer Ehle ("Backbeat", "Kropla słońca").

poniedziałek, 22 listopada 2010

The Story of a Marriage - A. S. Greer


O tej książce przeczytałam na blogu Padmy. Recenzja była wielce obiecująca, więc skusiłam się na lekturę. Niestety nie mogę przyłączyć się do zachwytów - dla mnie powieść była cokolwiek irytująca. Sam pomysł jest bardzo dobry: w udane życie młodego małżeństwa wkracza dawny znajomy, na jaw wychodzą fakty, które znacząco odmieniają losy kilku osób. Podobnie jak narratorka, czytelnik stopniowo poznaje nowe szczegóły, a te faktycznie zaskakują i dowodzą, że nie wszystko toczy się utartymi torami. Przyznam, że zwroty akcji udały się autorowi nadzwyczajnie, reszta - znacznie mniej.


Pierwszy mój zarzut dotyczy portretów psychologicznych głównych bohaterów, a zwłaszcza żony. Jej postać całkowicie nie przekonuje, w moim odczuciu jest niespójna i niewiarygodna. Mam wrażenie, że kobieca psychika nie jest mocną stroną Greera; stworzył dość papierową bohaterkę. Jej autorytatywny ton był dla mnie największym zgrzytem podczas lektury: górnolotne przemyślenia narratorki są wręcz pretensjonalne i ocierają się o literacki kicz. Zabrakło tu przede wszystkim subtelności i marginesu dla refleksji czytelnika.

Nie "zagrało" także tło wydarzeń: rok 1953 w Stanach Zjednoczonych to czas segregacji rasowej i makkartyzmu, a więc dla pisarza szerokie pole do popisu. Niestety nie dla Greera. O ile problem rasizmu został dobrze przedstawiony, to kwestia presji obyczajowej pozostawia wiele do życzenia. Nie pomoże tu nawet wspominana od czasu do czasu sprawa Rosenbergów, bo przecież nie o komunizm w powieści chodzi. Wielka szkoda, że autor zmarnował tyle dobrych pomysłów, książka miała doprawdy ogromny potencjał. Jak dla mnie - rozczarowanie.

Andrew Sean Greer, 'The Story of a Marriage', Faber and Faber, London, 2009

piątek, 19 listopada 2010

Trawa śpiewa - Doris Lessing

Aż trudno uwierzyć, że debiutancka powieść Lessing ukazała się po raz pierwszy 60 lat temu. Trudno, bo historia w niej opisana mogłaby zdarzyć się dzisiaj: zmagania z materią, z głęboko zakorzenionymi przekonaniami, z tzw. czynnikiem ludzkim czy wreszcie z własnym losem są nieodłącznym elementem ludzkiego życia. Główni bohaterowie powieści mieli wyjątkowego pecha, ponieważ musieli zmagać się ze wszystkimi tymi przeszkodami.


"Trawa śpiewa" bazuje na opozycjach: biali kontra czarni, idealiści kontra realiści, kobieta kontra mężczyzna, pan kontra sługa oraz jednostka kontra społeczeństwo. Tak też z grubsza rysuje się świat Mary i Dicka Turnerów, który coraz bardziej ich przytłacza i zmusza do poddania się. Oboje nie potrafią odnaleźć się w systemie niepisanych praw rządzących życiem białych osadników w Południowej Afryce lat 40-tych. A podstawowa zasada jest prosta: Albo nauczysz się myśleć po naszemu, albo wynocha; nie chcemy cię. [str. 20]

Siłą powieści Lessing jest duża dowolność interpretacji. Książkę można traktować jako historię upadku głównej bohaterki, opowieść o rozpadzie małżeństwa, a nawet jako zapis postępującej choroby. Jest również o tym, jak trudno uciec od wzorców wyniesionych z rodzinnego domu i jak często - wbrew staraniom - powtarzamy błędy rodziców. Inne możliwości interpretacyjne dają odwołania biblijne: osadnicy nazywają Dicka Jonaszem ze względu na nękające go niepowodzenia, uznając się jednocześnie za równych Bogu, bo przecież to od nich - niczym Jonasz od Stwórcy - odwraca się Turner.

Wątek domniemanej "boskości" białych ludzi wydał mi się najciekawszy, często mam bowiem wrażenie, że przekonanie o wyższości rasy białej nad czarną pokutuje do dzisiaj. Narzucanie Afrykanom naszego (czyli "białego") punktu widzenia jest na porządku dziennym, a przecież mogliby wykrzyczeć białym prosto w twarz ich własne credo: Albo nauczysz się myśleć po naszemu, albo wynocha; nie chcemy cię. Nigdzie nie jest przecież powiedziane, że to biali mają monopol na wiedzę, zwłaszcza w przypadku odmiennych kultur.

Powieść Lessing ma dużo do zaoferowania, także pod względem samego warsztatu. Nie do końca odpowiada mi jej "kanciasty" styl, ale przyznam, że opisy Afryki są bardzo sugestywne, a portrety psychologiczne głównych bohaterów świetnie zarysowane. Absolutnie zgadzam się z innymi, że "Trawa..." intensywnie pobudza apetyt na inne afrykańskie książki tej pisarki. Ja już rozglądam się za następnymi;)

Doris Lessing, "Trawa śpiewa", tłum. Joanna Puchalska, Świat Książki, Warszawa, 2008

czwartek, 18 listopada 2010

Sentymentalny portret Ryszarda Kapuścińskiego - Jarsoław Mikołajewski


Czasami zastanawiam się, co powoduje ludźmi, że przelewają swoje myśli na papier, a potem uznają za stosowne oddać je do druku. Takie myśli towarzyszyły mi podczas lektury książeczki Mikołajewskiego, którą poleciło mi Jabłuszko (za co mimo wszystko dziękuję;) przy okazji dyskusji o biografii "Kapuściński non-fiction" Domosławskiego. Tomik zawiera luźne wspomnienia o Reporterze (panowie przyjaźnili się przez sześć lat) oraz zapiski Kapuścińskiego z pobytu w szpitalu.


Jak sam tytuł sugeruje, portret jest sentymentalny. Autor spisał kilkanaście historyjek, które w świetle dziesiątek innych, opublikowanych w prasie tuż po śmierci Kapuścińskiego, wydają mi się po prostu nijakie. Podobnych wspomnień było doprawdy wiele, a te autorstwa Mikołajewskiego nic nowego - przynajmniej w moim odczuciu - nie wnoszą. Dla kolekcjonerów i wielbicieli pisarstwa RK niewątpliwie przedstawiają pewną wartość, choćby przez wzgląd na szatę graficzną - np. zdjęcia z pracowni Kapuścińskiego są faktycznie bardzo interesujące.

Co do samych zapisków pisarza poczynionych w szpitalu (czyli na krótko przed śmiercią w 2007 r.) miałam mieszane uczucia z zupełnie innych powodów. Są to bowiem notatki człowieka schorowanego, słabnącego, który pisze m.in. o samej kuracji i zabiegach. Przyznam, że poczułam się nieswojo, a dokładniej - jak podglądacz. Nie jestem pewna, czy tak intymne przeżycia w ogóle powinno się upubliczniać. Gdyby to była powieść, mielibyśmy wówczas do czynienia z interesującym obrazem odchodzenia, w przypadku znanej osoby (która raczej nie planowała drukowania tych zapisków) mam skojarzenia z niezdrową ciekawością.

A sam Kapuściński? Cóż, pokazany został jako zwykły człowiek, który najlepsze lata ma już za sobą. Coraz mniej tworzy, coraz więcej uwagi musi poświęcać zdrowiu. Podczas choroby okazuje się takim samym śmiertelnikiem jak miliony innych osób. Zaczyna dostrzegać inną rzeczywistość, tę z punktu widzenia pacjenta, która wcześniej była mu najwyraźniej obca. Czasem nie trzeba daleko wyjeżdżać, żeby zderzyć się z innym światem.

Jarosław Mikołajewski, wstęp Alicja Kapuścińska, "Sentymentalny portret Ryszarda Kapuścińskiego. Zapiski szpitalne", Kraków, Wydawnictwo Literackie, 2008

wtorek, 16 listopada 2010

Marilyn, ostatnie seanse - Michel Schneider


Najpierw zachwycił mnie film dokumentalny Patricka Jeudy'ego "Marilyn, ostatnie seanse" pokazywany w telewizji. Czarno-białe zdjęcia, nieszablonowy montaż, do tego rewelacyjna narracja Adama Ferencego - wszystko to w dużym stopniu wpłynęło na oniryczną atmosferę filmu. Książka Schneidera czyli pierwowzór nie jest już tak pasjonująca, miejscami jest wręcz nudna, ale z pewnością dla miłośników kina to lektura warta polecenia.


Całość skupia się na ostatnich dwóch latach życia Marilyn Monroe, kiedy wskutek całkowitego rozchwiania emocjonalnego uczęszczała na intensywną psychoterapię. Żeby nie było wątpliwości: to wytwórnie filmowe nalegały na pomoc specjalistów w trosce o losy powstających filmów. Okazuje się bowiem, że gwiazda była tak rozbita, że nakręcenie krótkiej sceny z jednym zdaniem wymagało niekiedy kilkudziesięciu dubli. Można tylko się cieszyć, że ostatnie filmy z Monroe w ogóle udało się dokończyć, ponieważ ze względu na jej ciągłe niedyspozycje i ucieczki z planu było to prawdziwym osiągnięciem.

Choroba aktorki i jej niepowodzenia w życiu osobistym bez wątpienia zasługują na współczucie. Trudno dociec, ile w tym winy jej samej i trudnego dzieciństwa, a ile środowiska, w którym się obracała. W świetle książki Schneidera zastanawia rola psychoanalityków, których powiązania z Hollywood były bardzo bliskie:

To tam psychoanaliza i kino przeżyły swój fatalny związek. Ich spotkanie było spotkaniem dwóch obcych sobie istot, które odczuwają coś więcej niż wzajemną skłonność, odkrywają w sobie podobne impulsy i pozostają razem wyłącznie przez pomyłkę. Psychoanalitycy próbowali interpretować filmy - czasami z powodzeniem; reżyserzy ukazywali terapeutów interpretujących nieświadomość. Bogaci, nadwrażliwi, neurotyczni, pozbawieni poczucia bezpieczeństwa, jedni i drudzy byli chorzy i prowadzili intensywną "terapię słowem" [str. 22].

Autor (z zawodu również psychoanalityk) pisze dalej tak:

Dziś trudno wyobrazić sobie, czym były zaślubiny psychoanalizy i kina w tamtych wielkich latach. Zaślubiny myśli i ułudy, zawsze pieniędzy, często sławy, czasem krwi - ludzie obrazu i ludzie słów zawarli przymierze na dobre i na złe. Psychoanaliza nie tylko leczyła dusze hollywoodzkiej wspólnoty, lecz także wzniosła miasto celuloidowych snów [str. 23].

Do upadku Monroe w pewnym stopniu przyczynili się właśnie psychoanalitycy, tak bardzo przekonani o swojej cudownej mocy uzdrawiania. Jej ostatni lekarz Romeo Greenson, gwiazda wśród psychoanalityków, niespełniony artysta, ewidentnie popełnił szereg błędów, które pośrednio doprowadziły do śmierci aktorki. Taśmy przez nią nagrane na potrzeby terapii stały się podstawą książki Schneidera, a w połączeniu z innymi dokumentami i zeznaniami znajomych MM robią niesamowicie przygnębiające wrażenie. I tylko żal tej młodej, zagubionej kobiety, która dla jednych stała się zabawką, a dla drugich - królikiem doświadczalnym w badaniach naukowych.

Michel Schneider, "Marilyn, ostatnie seanse", tłum. Jacek Giszczak, Wydawnictwo Znak, Poznań, 2008

piątek, 12 listopada 2010

Kapuściński non-fiction - Artur Domosławski


Zdecydowanie lepiej czytać książki Kapuścińskiego niż o nim samym, bo o ile świetny z niego pisarz, to jako człowiek rozczarowuje. Przez lata uważany za mistrza reportażu i autorytet od spraw Afryki i Ameryki Łacińskiej, często był kreowany na dobrotliwego i skromnego pana, dzięki czemu był nie tylko ceniony, ale także lubiany, a nawet - w moim odczuciu - hołubiony. Lektura biografii Domosławskiego sugeruje, że nieco na wyrost, wszak Kapuściński jak każdy śmiertelnik miał swoje słabości i niejedną łatkę można mu przykleić.


Mnie najbardziej zaciekawiły dwa aspekty: długoletnia fascynacja socjalizmem, z czym wiązały się kontakty z partyjnymi dygnitarzami, oraz skłonność do konfabulacji. Zauroczenie socjalizmem jestem w stanie zrozumieć, wszystko wskazuje na to, że Kapuściński był szczerze oddany idei. Trudno natomiast pojąć, że przez długie lata nie dostrzegał ciemnych stron ustroju, a ocknięcie nastąpiło dopiero po 1980 r. Co więcej, jego "oddanie" bardzo mu w życiu, a zwłaszcza karierze, pomogło. Możliwe, że bez stosownych (i obustronnie pielęgnowanych) znajomości nigdy nie przeczytalibyśmy żadnej książki Kapuścińskiego, bo takie w ogóle by nie powstały. Nie byłoby wyjazdów zagranicznych, a tym samym nie byłoby reportaży z mało znanych rejonów świata.

Jeśli zaś chodzi o konfabulacje, to okazuje się, że pisarz ubarwiał nie tylko swoje teksty, ale również życiorys. Pewne zdarzenia całkowicie zmyślał, pewne przemilczał, inne zaś "tylko" dramatyzował. Domosławski widzi to następująco: Mitotwórcza "metoda" polegała na sugerowaniu, stwarzaniu przeświadczeń w umysłach odbiorców. Kapuściński nie wchodził w szczegóły, nie dopowiadał do końca, w razie przyparcia do ściany mógł się wycofać; nie można mu było zarzucić kłamstwa. Dopowiadali inni. [str. 250]

Słuchacze i czytelnicy chętnie wierzyli opowieściom Wielkiego Reportera, co mnie nie dziwi - pisał znakomicie. Niedobrze, że jego książki przez lata uchodziły za literaturę faktu, w końcu wydarzenia w nich przedstawiane niejednokrotnie mocno odbiegały od prawdy. Niektórzy dziennikarze i krytycy to akceptują, inni - nie. Dość gwałtownie reagowały natomiast osoby będące świadkami opisywanych zajść, a które miały okazję przeczytać ich podkoloryzowaną wersję rozpowszechnianą przez Kapuścińskiego. Można się kłócić o granice fikcji w pracy reportera, warto jednak uwzględnić uwagę amerykańskiego krytyka Johna Ryle'a: Choć Kapuścińskiego przepełnia troska o dobro ludzi i ma aspiracje mówienia w imieniu Afrykańczyków, w istocie lekceważy fakty, akuratność opisu i przez to ukazuje Afrykańczyków w krzywym zwierciadle [str. 436]. Coś w tym jest.

Podobnych tematów do dyskusji oraz faktów odbrązawiających mistrza jest w książce Domosławskiego znacznie więcej. Nie oznacza to, że intencją autora było zepchnięcie autorytetu z piedestału czy też chęć "wypłynięcia" na grzeszkach Kapuścińskiego. Trzeba pamiętać, że Domosławski był jego uczniem i przyjacielem. Biografia jest napisana nadzwyczaj rzetelnie i uczciwie, a wkład wykonanej pracy jest po prostu imponujący (choć czasem aż się prosi o skróty). Przygotowania obejmowały nie tylko lekturę utworów pisarza, dokumentów go dotyczących czy rozmowy z rodziną i znajomymi, ale również podróże śladem tych odbytych dekady wcześniej przez Kapuścińskiego. Wszystko to złożyło się na znakomitą historię o wspaniałym pisarzu i trochę mniej wspaniałym człowieku. Czapki z głów!

Podziękowania dla Sygrydy, której recenzja sprawiła, że książkę przeczytałam prędzej niż później;) Warto było.

Artur Domosławski, "Kapuściński non-fiction", Świat Książki, Warszawa, 2010

wtorek, 9 listopada 2010

Good Morning, Midnight - Jean Rhys

Nieudana próba samobójcza, przymusowa rekonwalescencja w Paryżu, samotne włóczenie się po kawiarniach i ulicach. Bezsenne noce w podrzędnym hoteliku, zapijanie smutków i wspomnień, od których nie sposób uciec. Niemal każde miejsce przywodzi na myśl jakieś zdarzenie sprzed kilku lub kilkunastu lat, każde wiąże się z mężczyzną. Sasha Jensen nigdy nie miała szczęścia i nie ma go nadal. Jest niezbyt bystrą Angielką w dojrzałym wieku, która doskonale wie, że przegrała swoje życie, a przyszłość rysuje się w ponurych barwach. Obraz przygnębiający, a porusza tym bardziej, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że powieść powstała w 1939 r.


Jean Rhys podobno oparła historię na własnych, na ogół trudnych, przeżyciach, którymi można by obdarzyć co najmniej kilka osób. Książka nie cieszyła się zbytnim powodzeniem, szybko o niej zapomniano, ale na szczęście po latach twórczość autorki odkryto i doceniono. Moim zdaniem słusznie, bo jest to literatura wysokich lotów. Przede wszystkim świetnie oddany jest klimat epoki (od pince-nez po absynt;) oraz samego Paryża okresu międzywojennego, podobnie zresztą jak stan emocjonalny głównej bohaterki. Narracja jest rwana, pełna niedopowiedzeń i jak na strumień świadomości przystało, ściśle podąża za tokiem myśli Sashy. Atmosfera powieści jest mroczna i duszna, uderza w niej poczucie rezygnacji i beznadziei. Wszystko nakreślone delikatną kreską, bez dosłowności i egzaltacji.

Niezwykle ciekawy jest portret kobiety z przełomu lat 20-tych i 30-tych ubiegłego wieku. Kobiety samotnej, niebogatej, zdanej na los innych, przeważnie mężczyzn. Niestety Sasha stoi na przegranej pozycji także ze względu swój wiek: na niezamężną czterdziestolatkę przychylnym okiem nikt nie patrzy, to indywiduum w społeczeństwie najwyraźniej niepotrzebne, a nawet niewygodne. To młodość i atrakcyjność są w cenie, bo dają szansę na znalezienie męża, a tym samym zakotwiczenie się w życiu i uzyskanie akceptacji ze strony towarzystwa. Powieść Rhys dobitnie pokazuje, że ciało kobiety jest towarem o określonej cenie (nie chodzi tu bynajmniej o prostytucję); towarem, który się zużywa lub psuje, a więc można się go pozbyć. Gorzkie, ale prawdziwe, w wielu przypadkach również obecnie.

Ta książeczka licząca zaledwie 160 stron była dla mnie przypadkową lekturą (moją uwagę przyciągnęła reprodukcja obrazu Williama Nicholsona na okładce), okazała się jednak prawdziwą perełką. Satysfakcjonuje od strony formy i treści, urzeka swoją obrazowością. Może niezbyt przyjemna w odbiorze, ale kto powiedział, że musi taka być? Na zakończenie wiersz Emily Dickinson, którego fragment posłużył za tytuł powieści:
Good morning, Midnight!
I'm coming home,
Day got tired of me –
How could I of him?

Sunshine was a sweet place,
I liked to stay –
But Morn didn't want me – now –
So good night, Day!

Jean Rhys, 'Good Morning, Midnight', Penguin Books, 1987

piątek, 5 listopada 2010

Taki piękny dzień - Melania Mazzucco

Za motto i tytuł powieści posłużył utwór Lou Reeda o przewrotnym tytule "Perfect day". Wybór znakomity, bo piosenka świetnie współgra z treścią książki: powolny, jakby rozleniwiony wstęp, podszyty dużą ilością smutku, z czasem przechodzi w intensywniejsze, bardziej zdecydowane tony, żeby zabrzmieć wreszcie z pełną mocą i silnym akcentem. Tak jest u Mazzucco: godzina po godzinie, od wczesnego piątkowego poranka 4 maja 2001 r. do świtu kolejnego dnia, śledzimy losy kilkorga mieszkańców Rzymu, powiązanych ze sobą uczuciowo lub zawodowo. Bardzo się od siebie różnią, ale łączy ich jedno: wszyscy o coś walczą, szamocą się z życiem. Samotną matkę z dziećmi nęka były mąż, polityk rozpaczliwie zabiega o głosy wyborców, młody antyglobalista buntuje się przeciw całemu światu, nauczyciel gej stara się wyżebrać u żonatego kochanka kilka wspólnych chwil. Są jeszcze dzieci, które nie potrafią odnaleźć się w świecie sprokurowanym przez rodziców.


Przyznam, że z dużą rezerwą podeszłam do pełnych zachwytu recenzji tej powieści, ale dość szybko sama uległam jej urokowi. Czyta się ją z ogromną przyjemnością, głównie dzięki ciekawym bohaterom i starannie przemyślanej akcji, która w niewinny sposób nabiera tempa i nie wytraca go aż do końca. Na dobrą sprawę "Taki piękny dzień" to powieść polifoniczna - wszystkie osoby dramatu otrzymały szansę wypowiedzenia się. Daje to lepszy pogląd na wydarzenia i pozwala spojrzeć na bohaterów z różnych, a tym samym odmiennych, perspektyw. Niemal każdy pod oficjalną maską skrywa marzenia i tęsknoty, nawet ci, którzy udają, że jest zupełnie inaczej. I choć od początku wiadomo, że historia nie może skończyć się dobrze, a sportretowani Rzymianie wcale nie wydają się sympatyczni, za niektórych trzymałam kciuki.

W powieści bardzo spodobał mi się również Rzym - można go właściwie uznać za jednego z bohaterów. Przez cały czas wraz z poszczególnymi osobami czytelnik przemierza wymieniane z nazwy ulice, place, mosty i parki. Poznajemy dzielnice eleganckie, robotnicze i te biedne. Pojawiają się konkretne miejsca - od kościołów przez stacje metra i więzienie aż po wille i pałace. Książkę śmiało można - a może nawet trzeba - czytać z planem miasta pod ręką. Jeśli dodać do tego kilka włoskich hitów muzyki pop pobrzmiewających w tle wydarzeń, to nietrudno poczuć się jak w Rzymie. W mieście, które wzbudza ambiwalentne odczucia, bo można widzieć go na przykład tak:

Rzym był miastem zgrzybiałym i nieruchomym, zachwycającym bagnem. Przeszłość nie pozwalała mu mieć przyszłości. Mieszkańcy krążyli w kółko, jak potępieni. Nikt nie wydostawał się z piekielnego kręgu, który został mu przydzielony.
[s. 141].

albo inaczej:

Najlepszym sposobem na to, żeby uczynić miasto swoim, jest utracić w nim nadzieje, przewlec przez nie własne cierpienie. O, Rzymie, twoja ascetyczność wspaniała i gościnna. Twój duch surowy, a jednak tak mądry, twoja istota nieprzenikniona, twoja zdolność trwania, przetrzymania - każdej zmiany i każdej katastrofy. O, najbardziej włoskie z włoskich miast, nieporównywalne w swoim pięknie - o smaku przepychu, rozkoszy, winy i przebaczenia. [s. 445]

Jedno jest pewne: to miasto nikogo nie pozostawia obojętnym. I tak jak Rzym zasługuje na miłość, tak powieść Mazzucco zasługuje na lekturę. Myślę, że liczne pochwały na jej temat są w pełni uzasadnione. Cieszy również, że książka została sfilmowana przez Ferzana Ozpetka - znając jego wcześniejsze dokonania, to może być dobry film.

Na zakończenie łyżka dziegciu: tłumaczka mogłaby wykazać się konsekwencją, bo stosowanie określeń "poseł" i "senator" jako synonimów jest rażącym błędem. Warto też się zdecydować, czy nazwy kościołów należy zostawić w oryginale, jak to ma najczęściej miejsce w powieści (np. Sant'Agostino na str. 129), czy też tłumaczyć na polski, co też się w tekście zdarza (np. kościół św. Agnieszki na str. 422).

Melania Mazzucco, "Taki piękny dzień", tłum. Joanna Wachowiak-Finlaison, Wydawnictwo WAB, Warszawa, 2010

środa, 3 listopada 2010

Zabójca z miasta moreli - Witold Szabłowski


Takie reportaże lubię: zwięzłe, rzeczowe, z dyskretnym autorem. Przybliżające kraj nie od strony "cepeliowej", ale tej mniej znanej. Szabłowski wie o Turcji dużo (przez jakiś czas studiował w Stambule, nauczył się nawet języka), a co ważne, umie o niej ciekawie pisać. Dla mnie lektura tej książki była niczym kolejna podróż do znanego już, ale nadal pełnego niespodzianek kraju. Cieszy fakt, że coraz więcej pisze się o nim nie tylko w kontekście atrakcyjnego wypoczynku, ale w kontekście bogatej kultury i przemian społecznych, choć te ostatnie bywają bolesne.


Najbardziej zapadają w pamięć dwa teksty: "To z miłości, siostro" o honorowych zabójstwach popełnianych na młodych kobietach oraz "Czyściec Stambułu" o przemycaniu imigrantów do UE (wyróżniony niedawno Nagrodą Dziennikarską Parlamentu Europejskiego, a drukowany wcześniej w Dużym Formacie pod tytułem "Dziś przypłyną tu dwa trupy"). Oba reportaże są poruszające; zastanawia bezradność państwa, czy raczej brak chęci przeciwdziałania opisywanym zjawiskom, które pochłonęły już sporo ofiar. Pozostaje pogodzić się z wyjaśnieniem, jakie autor niejednokrotnie słyszał od rozmówców: "Nie zrozumiesz tego. Nie jesteś Turkiem" [s. 64].

Równie ciekawe są teksty dotyczące Ali Agcy, premiera Erdogana czy poety o polskich korzeniach - Hikmeta. Naturalnie nie obeszło się bez wspomnienia o ojcu narodu czyli Atatürku (m.in. w historii o wdowie po tym mężu stanu), bo jak żartują sami Turkowie: "Jeśli kiedyś się zorientujesz, że od 15 minut nie widziałeś Atatürka, biegnij! To znaczy, że już nie jesteś w Turcji. Musiałeś nie zauważyć, że przekroczyłeś granicę". [s. 113]

Oprócz poczucia humoru tubylcy przejawiają także ogromną dumę ze swojego kraju. Ba! Po kilku rozmowach można nawet dokonać wielce interesujących odkryć, na przykład takiego, że to nie Sobieski Turków pod Wiedniem rozgromił: "Wasz król? Król Lachów? Tureckim janczarom to on mógł co najwyżej but zawiązać (...) Sami żeśmy się pogonili! Jeden pasza się pokłócił z drugim. Ich koterie tłukły się na dworze. Sułtan tego nie ukrócił i oberwaliśmy. Co jak co, ale kłócić to my się naprawdę umiemy". [s. 194]

Takich smaczków w książce jest znacznie więcej, najlepiej odkrywać je osobiście podczas lektury. W moim odczuciu autorowi doskonale udało się pokazać skomplikowany charakter Turcji, jej rozdwojenie między Europą i Azją oraz próby połączenia obu - tak bardzo odległych kulturowo - światów. Teraz pozostaje mi tylko czekać na kolejne reportaże z Turcji, bo kraj to piękny i fascynujący, a więc tematów z pewnością nie zabraknie.

Witold Szabłowski, “Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.