czwartek, 28 lipca 2011

Trans - Manuela Gretkowska


O dziwo, podobało się, nawet bardzo. Gretkowska nigdy nie była moją ulubioną pisarką, ale jej kolejne powieści czytałam. Sama się zastanawiam, skąd te ciągoty. Zawsze drażniły mnie jej erudycyjne popisy, dorabianie ideologii do rzeczy banalnych. Tym razem nie. Największe wrażenie zrobiły na mnie właśnie błyskotliwe skojarzenia z pogranicza antropologii i filozofii oraz lekkość, z jaką autorka je serwuje.


Trudno czytać "Trans" nie myśląc o Gretkowskiej, znanym reżyserze i kilku innych łatwych do rozszyfrowania osobach występujących w powieści - zbyt wiele tu podobieństw z faktami, żeby uwierzyć w zbieg okoliczności. Właściwie nie jeden, ale szereg zbiegów. Odcinając się jednak od celebryckiej otoczki mamy do czynienia z dobrze skrojoną opowieścią o młodej kobiecie, która z trudem toruje sobie drogę w nowej rzeczywistości. Uczy się bycia żoną, emigrantką, niezależną kobietą, partnerką w związku. Pokonuje własne ograniczenia, poniekąd przekracza samą siebie i tak też rozumiem tytuł - trans jako skrót od transgresji.

Książkę można odczytywać także jako historię trudnego związku głównej bohaterki z dużo starszym filmowcem. Chorobliwe w nim trwanie nie przypomina jednak transu, a raczej miłosne "zaczadzenie" - ich relacja jest nadzwyczaj toksyczna. To istne psychologiczne zapasy, do których pomyłkowo wystawiono zawodników z różnych kategorii wagowych. Ale wszystkie przepychanki kiedyś się kończą, zawodnicy opadają z sił i trzeba zaniechać uścisków. W moim odczuciu Gretkowska bardzo dobrze pokazała te damsko-męskie zmagania, związek egocentrycznego mistrza z życiową debiutantką wypada według mnie przekonująco.

Powieść bez wątpienia spotka się z zarzutami o wulgarny język i naturalistyczne opisy seksu. Mnie to nie raziło, chyba już się przyzwyczaiłam, poza tym w "Transie" są ważniejsze wątki. Uważam natomiast, że Gretkowskiej udało się dobrze opisać orgazm i narkotyczny odlot, a to niełatwe zadanie. Podsumowując - wciąż jestem pod wrażeniem całości.

____________________________________________________

Manuela Gretkowska "Trans", Świat Książki, Warszawa, 2011
____________________________________________________

środa, 27 lipca 2011

Piętno reż. Robert Benton

Po raz pierwszy "Piętno" obejrzałam jakieś pięć lat temu. Najpierw była lektura powieści Philipa Rotha "Ludzka skaza", która zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Film też mi się spodobał, ale po ponownym obejrzeniu - znacznie mniej.


Moje zarzuty są typowe dla ekranizacji, których pierwowzorem jest książka o złożonej problematyce: film zaledwie ją zasygnalizował. Reżyser zdecydował się na mieszankę melodramatu i dreszczowca, kwestię tożsamości głównego bohatera uznał za mniej ważną. Szkoda, bo to ona według mnie jest u Rotha najważniejsza. Tak czy inaczej, film nie jest zły, ogląda się go z niekłamanym zainteresowaniem. Z pewnością pomaga w tym świetna obsada czyli Anthony Hopkins i Nicole Kidman w rolach głównych. Wabik dla widza niezły, ale czy Kidman przekonuje jako dziewczyna od krów? Albo Hopkins jako potomek czarnych? Mnie niestety nie, choć przyznać trzeba, że grają doskonale. Natomiast Gary Sinise jako literat oraz Ed Harris jako weteran wojny w Wietnamie sprawdzają się już rewelacyjnie.

"Piętno" może się podobać. Historia czworga rozbitków życiowych wciąga i porusza. Jest mroczno i pesymistycznie, od początku wiadomo, że na szczęśliwe zakończenie nie należy liczyć. Mimo mankamentów do filmu Bentona jeszcze kiedyś powrócę, ale będzie to zasługa powieści Rotha, nie reżysera.

Więcej informacji o filmie i zdjęcia tutaj.

_____________________________________________________

"Piętno" reż. Robert Benton, prod. Francja/Niemcy/USA, 2003
_____________________________________________________



poniedziałek, 25 lipca 2011

Klatka latem w ogrodzie - Margaret Drabble

O ile książki A.S. Byatt są w Polsce znane i chętnie czytane, to twórczość jej młodszej siostry Margaret Drabble pozostaje w cieniu. Nurtowało mnie to od jakiegoś czasu, więc postanowiłam zbadać sprawę;) Na pierwszy ogień poszła debiutancka powieść Drabble (1963) pt. "Klatka latem w ogrodzie". Nie jest to rzecz o zwierzętach, ani o wakacjach, ale - nomen omen - o dwóch siostrach: pięknej i zdolnej.


Tytuł zaczerpnięto z cytatu z Johna Webstera: To przypomina klatkę latem w ogrodzie; ptaki z zewnątrz pragną się do niej dostać, a ptaki wewnątrz marnieją w rozpaczy i lęku, że nigdy na wolność nie wyjdą. Nasuwa się pytanie, która z powieściowych bohaterek tak naprawdę tkwi w klatce: Luiza - poślubiona bogatemu, acz niekochanemu pisarzowi, czy też Sara - od lat rywalizująca ze starszą siostrą. Obie siłują się także z życiem próbując znaleźć pomysł na siebie, co w powojennej rzeczywistości nie jest łatwe. Mimo zdobytego wykształcenia nie mają szans na karierę, szczytem możliwości młodych Angielek wydaje się założenie rodziny.

Drabble bardzo ciekawie opisuje skomplikowane relacje Sary i Luizy, unikając przy tym sztampy i czarno-białych kontrastów. W jej prozie jest coś nieuchwytnego i trudnego do nazwania, i chyba to podobało mi się najbardziej. Świetnie nakreślone są również postaci sióstr oraz bohaterów drugoplanowych; wszyscy są wyraziści i wyjątkowo ludzcy w swoich przywarach, "milusich" osóbek czytelnik tu nie znajdzie. Pisarka ma również oko do detali - sporo uwagi poświęca strojom i wnętrzom, choć to akurat nie powinno dziwić, bo w opisywanym środowisku ich jakość ma ogromne znaczenie;).

Książka była dla mnie sporym zaskoczeniem, okazała się bardzo dobrą powieścią obyczajową. Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak sprawdzić, co siostra autorki ma do powiedzenia na temat relacji między siostrami;). Byatt na ten temat pisała w nietłumaczonej na język polski 'The Game' z 1967 r.


_____________________________________________________________________________________

Margaret Drabble "Klatka latem w ogrodzie", tłum. Irena Doleżał-Nowicka, Czytelnik, Warszawa, 1976
_____________________________________________________________________________________


piątek, 22 lipca 2011

Klub czytelniczy (odc. 7) - Sztukmistrz z Lublina

Gwoli informacji: "Sztukmistrz z Lublina" powstał w 1960 r., w języku jidisz. Książka doczekała się ekranizacji oraz licznych inscenizacji. Na potrzeby jednej z nich (w reż. Jana Szurmieja) piosenki skomponował Zygmunt Konieczny, a teksty napisała Agnieszka Osiecka.


Pytania do dyskusji:

1. Jakie są Wasze ogólne wrażenia po lekturze "Sztukmistrza z Lublina"? Na czym polega siła i/lub słabości powieści?

2. Jaki jest Wasz stosunek do głównego bohatera? Jakim człowiekiem Wam się wydaje?

3. Czy przemiana duchowa Jaszy przekonała Was?

4. Jak autor przedstawił w powieści gojów?

5. Czy w Waszym odczuciu w "Sztukmistrzu z Lublina" Singer jest moralistą?

6. O czym według Was jest powieść?

7. Miejsce na Wasze pytania;)


Nie trzeba odpowiadać na wszystkie pytania.

****

Zapraszam do dyskusji - każdy może wziąć udział. Dołączyć można w dowolnej chwili;)



środa, 20 lipca 2011

Listonosz - Charles Bukowski

Właściwie Bukowskiego powinnam nie lubić. O kobietach pisze bardzo niepochlebnie, w czasie wolnym głównie się upija lub gra na wyścigach, ewentualnie oba te zajęcia łączy. A jednak czytam. Czytam i wciągam się w przygody mało obowiązkowego pracownika amerykańskiej poczty.


Główny (anty)bohater Hank czyli alter ego pisarza ma wciąż pod górkę. A to nie może nadążyć z sortowaniem listów, a to podczas ulewy utknie samochodem w wodzie i zgubi dokumenty, a to przez nieuwagę podpali przesyłki. Jednym słowem: pechowiec. Na dodatek los zsyła mu kobiety, których drugie imię to kłopoty;).

Książka nieskomplikowana, ale zabawna. Jeśli wczytać się głębiej, łatwo dadzą się zauważyć absurdy rządzące pocztą amerykańską, może nawet dałoby się nakręcić odpowiednik naszego "Misia" (dajmy na to pt. "Grizzly";)). Tak czy owak, powieść daje niezły wgląd w pracę listonoszy.


______________________________________________________________

Charles Bukowski "Listonosz" tłum. Marek Fedyszak, Noir sur Blanc, 2008
______________________________________________________________

poniedziałek, 18 lipca 2011

Amazonia reż. Agnieszka Glińska

Komedii w teatrze raczej unikam, jako że - poza klasyką - najczęściej okazują się bulwarówkami, a tych po prostu nie lubię. Do pójścia na "Amazonię" zachęciło mnie nazwisko reżyserki - Agnieszce Glińskiej niezmiernie rzadko zdarzają się pomyłki, więc zaryzykowałam.


Plakat do spektaklu może kojarzyć się z przygodą w stylu "Zagubionych", na szczęście dżungla jest tu tylko metaforą. "Amazonia" wg tekstu Michała Walczaka jest satyrą na polskie środowisko filmowe i teatralne. Sztukę przez duże S (czytaj: teatr zrozumiały tylko dla jego twórcy) przeciwstawiono sztuce dla mas czyli szmirowatego serialu telewizyjnego. Obie rzeczywistości fantastycznie przenikają się na scenie, chwilami nie wiadomo, czy teatr naśladuje życie czy odwrotnie.

O ile satyra na środowisko filmowców nie jest niczym nowym, to kpiny z "nawiedzonych" reżyserów teatralnych wcześniej się nie pojawiały. W przypadku "Amazonii" są to kpiny jawne, bo widzowie interesujący się życiem kulturalnym w Polsce bez trudu domyślą się, których "guru" teatru autor skarykaturował. Zaletą spektaklu jest jednak umiarkowanie: żarty nie schodzą poniżej dobrego poziomu, tak więc nikt nie powinien czuć się urażony.

Spektakl lekki i przyjemny, idealny na letnią porę. Dobrze pomyślany, dobrze zagrany. Do historii teatru jako wybitne dzieło sceniczne zapewne nie przejdzie, ale wieczór wielu osobom umilić może;)

__________________________
AMAZONIA
autor sztuki - Michał Walczak
reżyseria - Agnieszka Glińska

Obsada: Frania: Patrycja Soliman; Aneta: Agata Wątróbska; Mundek: Paweł Domagała, Jurek: Łukasz Lewandowski; Reżyser: Krzysztof Stelmaszyk; Krzysztof: Maciej Zakościelny

Więcej informacji na stronie Teatru na Woli

piątek, 15 lipca 2011

A Fairly Honourable Defeat - Iris Murdoch

Grown men show an equal facility for making completely absurd metaphysical assumptions which they feel instinctively to be comforting - for instance the assumption that good is bright and beautiful and evil is shabby, dreary or at least dark. In fact experience entirely contradicts this assumption. Good is dull. What novelist ever succeeded in making a good man interesting? (...) Evil, on the contrary, is exciting and fascinating and alive. It is also very much more mysterious than good. Good can be seen through. Evil is opaque. [str. 214]


Iris Murdoch najwyraźniej wiedziała, o czym pisze - najciekawszą z dziewięciu postaci A Fairly Honourable Defeat jest diaboliczny Julius. Okrutnie szczery, wyjątkowo inteligentny i przenikliwy, ustanawia zakład, że skłóci ze sobą kochającą się i zgodną parę. Pomysł co najmniej kontrowersyjny, ale nie wziął się znikąd: Julius chce przytrzeć nosa kilku zadufanym w sobie znajomym i udowodnić, jak błędne są ich wyobrażenia o wyznawanych wartościach. Będzie się działo!

Powieść Murdoch to wyborna komedia pomyłek, która z czasem nabiera jednak ciemniejszych barw. Tak czy owak, jest napisana z ogromną lekkością i - co ważne - precyzją. Nic nie pojawia się tu bez powodu: jeśli pojawia się rękopis bez kopii zapasowej, można być pewnym, że prędzej czy później konsekwencje takiej niefrasobliwości dadzą o sobie znać. I tak jest na każdym kroku: każde zdarzenie przynosi skutki, każda rozmowa jest ważna dla fabuły. Dialogi to zresztą mocna strona pisarki. Pierwszy rozdział ma niemal w całości formę dialogu i po mistrzowsku wprowadza czytelnika w sytuację. Jasne stają się powiązania pomiędzy bohaterami książki, wiadomo, kto kogo lubi lub nie i dlaczego. Siła obmowy w powieści jest nieoceniona;)

A Fairly Honourable Defeat czytałam z dużą przyjemnością. Murdoch potrafi pisać prosto i z humorem o rzeczach poważnych, oferując rozrywkę (i refleksję) na wysokim poziomie. Daje też niezły wgląd w obyczajowość Brytyjczyków, która chyba zbytnio nie zmieniła się od czasu powstania powieści czyli od ponad 40 lat. Świetna rzecz.

______________________________________________________

Iris Murdoch 'A Fairly Honourable Defeat', Vintage, London, 2002
______________________________________________________



środa, 13 lipca 2011

Barańczak jest dobry na wszystko


Miłego czytania i łamania języka;)


Stanisław Barańczak - W Wiedniu wśród wielorybników

W Wiedniu wśród wielorybników
wzmianka "WIEDEŃ: WZRASTA WYCHÓW
WIELORYBA (VEL WALENIA)"
wywołuje wiele wrzenia:
wrzasków, westchnień "Wreszcie!", waleń
w werble, wołań "Wiwat waleń!",
werwy, wrzawy, wiecowania,
wzajemnego winszowania:
"Wiedeńczyku, wniosek wyłów:
wzrasta wychów ó wzrośnie wyłów!"
Wyławiacze-weterani
(w Wiedniu wręcz wenerowani)
wieszczą: "Wierzcie wieści! Weźcie
wędki: większy wyłów wreszcie!
W wigor Wiednia wkład wniesiecie:
wszak wieloryb w winegrecie
wiecznie wabił wiedeńczyka!
Wino, wdówka, wir walczyka?
Wszystko warte wdzięcznej wzmianki;
woń wszelako wątrobianki
wielorybiej wyznaczała
wszechideał wiktuała;
wyznaczała? - wciąż wyznacza!".
Wyławiacza-wyjadacza
(współwiedeńczyk, więc współsmakosz!)
wiertło wątpień wierci wszakoż:
Wartoż wrzeszczeć? Wieści waga -
wielka; wniosek: wieść wymaga
właśnie wyciszenia wrzenia!
Wnet wywęszy woń walenia
w wodach Wiednia Węgier wraży,
wykorzysta wiec wędkarzy -
wściekła wrogość wzrośnie wszędy:
"Wspólne wody - wspólne wędy!",
"Wolą Węgier - wykwint wiktu!";
widać widmo wszechkonfliktu,
więc wierchuszka wojsk Wspólnoty
Wzdłużdunajskiej wodoloty
(wewnątrz: welocypedyści
wodni) wyśle (WRRRUUUM!), wymyśli
wyjście, wreszcie... - Wodogłowie
władz wojskowych! Wszak w wychowie
wieloryba (vel walenia)
wskutek właśnie wojsk wkroczenia
wystąpiła wyrwa wredna...
Widok współczesnego Wiednia:
wędkarz (wodoloty: WRRRUUUM!),
wzdycha, wpatrzon wzwyż: ,,Warum?''


poniedziałek, 11 lipca 2011

Biała bluzka

Nie sądziłam, że Krystyna Janda jeszcze mnie zaskoczy. A jednak. Po zagraniu co najmniej kilku ról kobiet narwanych, nieprzystosowanych, potrafiła stworzyć postać kolejnej "wariatki" niepodobnej do żadnej innej. Naturalnie duża w tym zasługa tekstu Osieckiej - historia osadzona w stanie wojennym jest przejmująca. A przecież nie ma tu wielkiej polityki, internowań i przesłuchań. Jest za to niespełniona miłość, alkohol, niemożność odnalezienia się w absurdalnej rzeczywistości.


Główna bohaterka jeszcze trzyma gardę i jakoś sobie radzi, udaje, że panuje nad sytuacją. Pomaga jej siostra, wódka i poczucie humoru. Tak, PRL oglądany oczami Elżbiety może wydawać się niegroźny i bardzo śmieszny. Tylko chwilami widać, jak mocno trzyma za gardło i dusi. I te momenty Janda pokazała najlepiej. Śmieje się, dowcipkuje, a w końcu maska opada i pozostaje tylko rozpacz. Najdobitniej podkreśla to w interpretacji piosenki "Wariatka tańczy" - według mnie o niebo lepszej niż wykonanie Maryli Rodowicz (pal licho efekciarskie pauzy i pogłosy).


W "Białej bluzce" porusza gra Jandy i jej skomplikowana bohaterka, poruszają też archiwalne zdjęcia wyświetlane na telebimie. Po spektaklu pozostaje refleksja nad bolesną historią Polski i smutnym losem jednostki. Do tego poczucie bezsilności i przegranej. Rzadko zdarza mi się oglądać w teatrze kreacje aktorskie, które tak silnie działają na emocje. Czapki z głów!



_____________________________________________________

BIAŁA BLUZKA wg opowiadania Agnieszki Osieckiej
W roli Elżbiety Krystyna Janda
Adaptacja i reżyseria Magda Umer

Premiera: 4 czerwca 2010 r.

więcej informacji na stronie Och-Teatru
_____________________________________________________

fot. Robert Jaworski



piątek, 8 lipca 2011

Przypadkowa - Ali Smith

"Przypadkowa" wciągnęła mnie całkowicie. Znalazłam w niej to, co w powieściach wręcz uwielbiam, czyli oryginalną formę i fabułę oferującą mnogość interpretacji. Plus intrygująca tytułowa bohaterka wkraczająca w życie Smartów (nazwisko również nie bez znaczenia). Nie bez powodu autorka robi aluzje do filmu Pasoliniego "Teoremat" (i do wielu innych również) - Amber podobnie jak jej filmowy prototyp pojawia się znikąd, na swój sposób uwodzi każdego z członków rodziny i burzy pozorny porządek.


Smartowie udają bowiem, że wszystko gra, tymczasem to powierzchowne wrażenie. Na dobrą sprawę wszyscy uciekają w świat złudzeń: Astrid tęskni za ojcem i skupia się na fotografowaniu nieuchwytnego, Magnus wciąż rozpamiętuje szkolną tragedię, Eve, ich matka, pochłonięta jest tworzeniem kolejnej fikcyjnej biografii, Michael, jej drugi mąż, tkwi w literaturze z racji profesji, a przy okazji maskuje swoje romanse ze studentkami. Należą do tej samej rodziny, ale mało o sobie wiedzą, każdy samotnie podąża własną drogą. Nic dziwnego, że tajemnicza Amber zafascynuje dzieciaki, którym poświęci trochę czasu i uwagi, a dorosłym wyda się atrakcyjna głównie ze względu na odmienność. Wakacje w Norfolk na długo wryją się Smartom w pamięć.

Książka jest interesująca także dzięki oryginalnej kompozycji: podzielona jest na trzy części (Początek, Środek, Koniec) przeplatane monologami niezidentyfikowanej osoby. Wszyscy Smartowie opowiadają własną wersję wydarzeń: czterech narratorów, cztery ciekawe historie. Smith na tym nie poprzestała - Michael w chwili objawienia tworzy sonety, każdy w innym stylu (brawa dla tłumaczki za świetny przekład). Powieść zaskakuje do ostatniej chwili, bo i zakończenie jest pomysłowe. A wisienką na torcie niech będzie okładka polskiego wydania (projekt Anity Graboś) - wreszcie coś niesztampowego.

Powiem krótko - dla mnie rewelacja;)


_____________________________________________________________________________________

Ali Smith "Przypadkowa", tłum. Agnieszka Andrzejewska, Wydawnictwo MUZA S.A., Warszawa, 2007
_____________________________________________________________________________________


środa, 6 lipca 2011

Sierpniowe spotkanie Klubu Czytelniczego


Propozycja sierpniowej lektury jest nieco przekorna - "Konające zwierzę" Philipa Rotha. Pisarz w tym roku otrzymał nagrodę Bookera za całościowy wkład do literatury pięknej, co wywołało sporo zamieszania. Najpierw jedna z jurorek w proteście wycofała się z jury, później rozpoczęły się dyskusje, czy Roth faktycznie jest antyfeministyczny i wciąż pisze tylko o jednym (czytaj: seksie;)).


Myślę, że najlepiej przekonać się o prawdziwości zarzutów osobiście, a "Konające zwierzę" nada się w tym celu znakomicie;) Jest to minipowieść z 2001 r., być może znana Wam z ekranizacji Isabel Coixet pt. "Elegia". Gdyby ktoś sugerował się opiniami, że książka jest niesmaczna, zaznaczam, że ma tylko 129 stron. Naprawdę warto dać szansę Philipowi Rothowi;)

Gorąco zachęcam do lektury i dyskusji, którą rozpoczniemy w piątek 19 sierpnia 2011 r.

Przypominam, że nie trzeba się rejestrować ani prowadzić własnego bloga - kto ma ochotę, ten czyta i komentuje;) O zasadach działania klubu można poczytać tutaj.


Zapraszam serdecznie;)


poniedziałek, 4 lipca 2011

Nasza klasa reż. Ondriej Spišák


Jakiś czas temu krytykowałam dramat Słobodzianka i byłam wówczas na tyle zniesmaczona, że obejrzenie inscenizacji w Teatrze na Woli nie wchodziło w grę. Pół roku minęło, emocje opadły, więc skoro nadarzyła się okazja (czyli tanie bilety), na spektakl się wybrałam. Muszę przyznać, że nie żałuję. Powiem więcej: podobało mi się;)


Sceny niepotrzebnie epatujące drastycznością, które odrzuciły mnie podczas lektury, nie spodobały mi się także na scenie. Na szczęście wtopiły się w rozwój wydarzeń i nie miały tej samej intensywności. Również pewne stereotypy stały się mniej rażące, choć przy pominięciu kilku linijek tekstu dałoby się je zgrabnie wyrugować. Właściwie to jedyne, co mogę zarzucić spektaklowi Spišáka. Całość jest po prostu sprawnie wyreżyserowana i ten trzygodzinny przegląd historii Polski ani przez chwilę nie nuży.

Do plusów inscenizacji z pewnością można zaliczyć świetną grę aktorów - jest to na tyle zespołowa praca, że trudno wyróżnić pojedyncze role. Podobała mi się skromna (acz różnorakiego zastosowania) scenografia składająca się z kilku ławek i krzeseł. Po raz kolejny okazało się, jak silny efekt można uzyskać zmieniając zaledwie kilka rekwizytów (krzyż, sierp i młot, swastyka, godło państwowe). Dziecięce wierszyki wreszcie nabrały sensu, a zabawne scenki pozwoliły na chwilę oddechu od ciężkiego klimatu. Przedstawienie jest atrakcyjne również dzięki zróżnicowanej muzyce, tańcom i śpiewom, szczególne brawa należą się w tym miejscu Izabeli Dąbrowskiej za jej niezwykłą pieśń weselną.

Podsumowując - wieczór w Teatrze na Woli był jak najbardziej udany. Po raz kolejny okazało się, że czytanie dramatu nie zawsze jest miarodajne. Może lepiej najpierw oglądać inscenizacje, a potem - w miarę potrzeby - zaglądać do tekstu. W przypadku sztuki Słobodzianka to się sprawdza.


__________________________________________________

NASZA KLASA wg dramatu Tadeusza Słobodzianka
Teatr na Woli w Warszawie
premiera: 16.10.2010
reż. Ondrej Spišák

więcej informacji na stronie Teatru
__________________________________________________




sobota, 2 lipca 2011

Rzeczy pierwsze - Hubert Klimko-Dobrzaniecki

Książka bezpretensjonalna w swojej prostocie, do tego inteligentna i zabawna. Niech będzie, że chwilami także melancholijna. Niewielu pisarzom udaje się połączyć te cechy w jednej powieści, Klimko-Dobrzanieckiemu - owszem. I to z dużym powodzeniem.


"Rzeczy pierwsze" można traktować jako zbiór (podobno prawdziwych) opowiastek z życia autora, można je traktować jako opis procesu stawania się pisarzem. Tak czy owak, satysfakcja gwarantowana. Już pierwszy rozdział, w którym czytelnik zapoznaje się z trzema wersjami narodzin autora, daje sporo powodów do radości. Dalej robi się coraz ciekawiej, bo i postaci są barwne, i zdarzenia nieźle opisane. Szczególnie interesujący wydał mi się "Bestseller" opisujący bolesną współpracę początkującego literata z wydawnictwem Heban (domyślcie się proszę sami, które polskie wydawnictwo autor miał na myśli;)).

Po "Kołysance dla wisielca" to dla mnie druga książka Klimko-Dobrzanieckiego i kolejny powód do pochwał. Okazuje się, że można utrzymać dobry poziom nie pisząc wciąż tej samej powieści. Aż szkoda, że to tylko 104 strony;).

_____________________________________________________________________

Hubert Klimko-Dobrzaniecki "Rzeczy pierwsze", Wydawnictwo Znak, Kraków, 2009
_____________________________________________________________________