środa, 31 sierpnia 2011

Pochwała przekory

Dziwny ten Kosztolányi. Niby klasyk, a jakiś inny. Niby wszystko w powieści jest jak należy, a jednak podczas lektury można się poczuć jak po otrzymaniu prztyczka w nos. Bo w "Ptaszynie" jest tak: autor pieczołowicie opisuje świat, którego już nie ma, zaznajamia nas ze smutnymi głównymi bohaterami, z wolna wprowadza czytelnika w stan uśpienia i nagle: hop! wykonuje woltę. Cofam się, czytam ponownie niepokojący fragment, z czasem przestaję się dziwić.


Psikusy Kosztolányiego polegają na tym, że po kilku akapitach melancholijnych opisów serwuje coś nieoczekiwanego i - można powiedzieć - niepopularnego. I tak na przykład kiedy zaczynamy już smucić się razem z państwem Vajkay z powodu wyjazdu ich ukochanej jedynaczki, kiedy wraz z ojcem patrzymy z żalem na tę mało urodziwą kobietę i martwimy się o jej nieciekawą przyszłość, nagle zostajemy wytrąceni z równowagi. Przy całym swoim współczuciu tatce zdarza się bowiem myśleć o Ptaszynie w sposób następujący:

Wpatrywał się w córkę z obraźliwą niemal uwagą: patrzał na jej niezwykłą, ni to tłustą, ni to chudą twarz, na mięsisty nos z szerokimi, końskimi chrapami, na męskie, surowe brwi i malutkie, wodniste oczka, trochę przypominające jego własne.
Nigdy nie był znawcą kobiet, ale wyjątkowo jasno zdawał sobie sprawę z tego, że jego córka jest brzydka. W tej chwili była nie tylko brzydka: zwiędnięta, przekwitła - prawdziwa stara panna.
Właśnie teraz, w tym różowym snopie światła, rzucanym przez parasolkę, w tym jakby scenicznym oświetleniu zobaczył to zupełnie wyraźnie. "Wygląda jak gąsienica pod krzakiem róży" - pomyślał.
[str. 27]

Dość nietypowe spojrzenie na własne dziecko. W podobny sposób Kosztolányi zaskoczy czytelnika niejednokrotnie i właśnie ta przekora podobała mi się w powieści najbardziej. Gdyby nie ona, tydzień na węgierskiej prowincji AD 1899 byłby trudny do zniesienia. Czas wlecze się niemiłosiernie, na dodatek Vajkajowie stronią od wszelkich uciech zadowalając się chudymi obiadkami, robótkami na drutach i wyjściem do kościoła. Dobrze, że chociaż czasem Ptaszyna wyfruwa z rodzinnego gniazda i można nieco ulżyć nieznośnej ciężkości bytu. Klatka z gołębiem pojawia się w finale nie bez powodu...


_________________________________________________________________________________

Dezsö Kosztolányi ''Ptaszyna'', przeł. Andrzej Sieroszewski, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011
_________________________________________________________________________________


poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Uroki pomarańczowej serii

Książkę Davida Storeya wyszperałam w niepozornym sklepiku z używaną odzieżą w centrum stolicy. Nazwisko autora kołatało mi w głowie, niestety mało konkretnie (nagroda Bookera za "Saville" w 1976 r.), o zakupie zdecydował głównie sentyment. Na wydawnictwie Penguina można zazwyczaj polegać, a egzemplarze ze starej, pomarańczowej serii mają dla mnie szczególny urok. Po pierwsze, przypominają mi moje pierwsze, nieporadne zmagania z książkami czytanymi w oryginale. Po drugie, mają specyficzny zapach, którego nie odnalazłam jeszcze w rodzimych wydawnictwach, nawet tych sprzed kilku dekad. Po trzecie, dawne kieszonkowe Penguiny miały wyjątkowo poręczny format. Zdarzały się i takie, w których barwiono na wiśniowo lub cytrynowo brzegi stron. Stare dzieje.


Wracając do powieści Storeya - zakup okazał się nadzwyczaj udany. Flight into Camden (1961) wciągnęła mnie za sprawą głównych bohaterów. Ona - młoda, chłodna, nieodgadniona; on - nieco starszy, zgorzkniały i słaby. Oboje niezbyt sympatyczni, może nawet nudni. Znajomość trudna, bo niestabilna: emocje i namiętności biorą górę nad rozsądkiem, nagłe zmiany nastrojów wywracają z trudem wypracowany ład. W tle szare i ponure miasto górnicze na północy Anglii, którego chłód i wilgoć przenikają pod koszulę czytelnika. Gdybym miała przypisać powieści konkretny miesiąc, byłby to listopad.

Związek z żonatym mężczyzną w latach 50-tych nie rokował dobrze, posłużył natomiast za dobry materiał na książkę. Przewidywalnej fabuły tu nie znajdziecie, wyrazistych bohaterów i celny opis obyczajowości - z pewnością. Uwagę zwraca narracja - chronologiczna, ale z lukami, chwilami można odnieść wrażenie, że w druku zagubiły się całe akapity. Nie jest to mankament, przeciwnie - lektura nabiera dodatkowego smaczku. Autorowi wybitnie udały się też niektóre sceny: pożegnanie na stacji z zagniewanym ojcem, nerwowe, całodniowe oczekiwanie na kochanka, nieoczekiwane spotkanie z bratem. Dość odważne z dzisiejszego punktu widzenia wydają się sceny erotyczne. Jednym słowem - gratka.


______________________________________________

David Storey Flight into Camden, Penguin Books, 1964
______________________________________________


piątek, 26 sierpnia 2011

Franaszek wybiórczo


Po biografię Miłosza sięgnęłam głównie ze względu na niedawną dyskusję o "Zniewolonym umyśle". Ciekawiły mnie okoliczności powstania eseju, a zwłaszcza relacje poety z czterema literatami opisanymi (albo raczej: obsmarowanymi) jako Alfa, Beta, Gamma i Delta. O znajomości z Borowskim i Gałczyńskim niewiele się dowiedziałam, o tej z Andrzejewskim i Putramentem więcej. Z pewnością "dyskusyjne" postawy kolegów były ciekawym materiałem na książkę, warto jednak podkreślić, że Miłosz z jednym z panów się przyjaźnił, a z protekcji drugiego niejednokrotnie korzystał. Kłopotów z rozszyfrowaniem postaci nie było, tak więc zniesławieni koledzy narażeni byli na poważne nieprzyjemności. Sprawca zamieszania pozostawał w tym czasie od kilku lat poza krajem.


Podczas lektury biografii najbardziej zaskoczył mnie właśnie rozdźwięk między wymową twórczości a życiorysem Miłosza. Niewiele znam utworów Noblisty, ale najczęściej uderzał mnie w nich (i zniechęcał) podniosły ton i zapędy moralizatorskie. A przecież i Miłoszowi zdarzało się podejmować decyzje niepopularne i postępować nielojalnie. Z jednej strony negował nowy porządek w powojennej Polsce (choć od grudnia 1945 r. przebywał już za granicą) i ostrzegał przed komunizmem, a z drugiej to u wysoko postawionych znajomych szukał pomocy. I tak np. Ważyk, poeta i oficer polityczny I Armii, umożliwił Miłoszowi zajęcie dużego mieszkania w Krakowie, Putrament zapewnił posadę w ambasadzie w Nowym Jorku, ktoś inny zapobiegł zatrzymaniu poety w kraju, kiedy stał się politycznie podejrzany.

W poczynaniach Miłosza wyraźnie daje o sobie znać silna chęć przetrwania - i podczas wojny, i w czasie stalinowskiej zawieruchy. W kraju, w którym wbija się do głowy, że za ojczyznę trzeba walczyć i umierać, postawa młodego poety zaskakuje. Ucieczka z kraju w 1939 r., posługiwanie się litewskim paszportem, brak zaangażowania w działania wojenne. Anna Turowicz wspominała jego spór ze Szczepańskim, kiedy z wielkim przekonaniem tłumaczył Jasiowi, że walczyć nie zamierza, bo musi wojnę przeżyć: jego zadaniem jest pisanie, a nie walka, jego ewentualna śmierć na nic się nie przyda, natomiast jego pisanie jest dla Polski ważne. (str. 362) Równie intensywnie starał się przeżyć w okresie stalinizmu, robił wszystko, aby uciec przed opresyjnym systemem.

Franaszkowi doskonale udało się pokazać złożony charakter głównego bohatera. Jego Noblista to człowiek obdarzony ogromnym talentem, ale też sporym bagażem wątpliwości, obaw i błędów. Z trudem godzący funkcję artysty z obowiązkami głowy rodziny. Do tego mężczyzna o imponującym wigorze seksualnym, miewający kochanki także po 60-tce.;) Biografia Franaszka nie jest peanem pochwalnym, ale w miarę pełnym portretem pełnokrwistego człowieka. Piszę "w miarę", ponieważ dostrzegam w książce białe plamy (momentami za dużo pojawiało się domniemywań autora zamiast faktów) oraz niewyjaśnione do końca wątki (np. dlaczego Miłosz nie został zmobilizowany w 1939 r.).

Istotnym mankamentem biografii jest dla mnie dysproporcja między gruntownym opisem okresu "przednoblowskiego" a dość skrótowym potraktowaniem okresu "ponoblowskiego", a wszak te 24 lata były dla Miłosza pracowite. Zabrakło mi również szerszych informacji o znajomości z Iwaszkiewiczem i Andrzejewskim, ale być może to tematy zbyt obszerne i czekają na osobne publikacje. Książka Franaszka jest bez wątpienia warta uwagi i czasu potrzebnego na przeczytanie tych blisko 1000 stron - zaznaczam, że przypisy zajmujące ok. 200 stron są także ciekawe. Przed autorem chylę czoła: wziął na siebie dużą odpowiedzialność i poradził sobie dobrze.

***
Jako lekturę uzupełniającą gorąco polecam wywiad z synem Miłosza oraz wywiad z prof. Fiutem.


______________________________________________________________

Andrzej Franaszek "Miłosz. Biografia", Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2010
______________________________________________________________



czwartek, 25 sierpnia 2011

Miron na wczasach



Miron Białoszewski

Wasza wczasowiczowska maść

doły
puste
smoki wyzdychały
fiszbiny po nich wiszą
leonardowskie
szpara z wodą nie dopita
piach zębami zgrzyta
idzie pani
idzie druga
literatka
trzecia w krzyk
— ekshibicjonista w wykrocie!!!
i w cwał
wpadają do domu twórczego
— tam tam!
te, co siedziały
zerwały się od tele
— hop hop!
ale echo w bok
i tyle




wtorek, 23 sierpnia 2011

Powtórka z codzienności


Męczą mnie ostatnio książki o tzw. zwykłych ludziach. Żyjących w małych miasteczkach, wiodących nudnawe życie i potwornie samotnych. Tyle razy już to opisywano. W "Okruchach codzienności" jest podobnie: w 13 opowiadaniach poznajemy mieszkańców amerykańskiej mieściny, w której nic nie ujdzie niezauważone przez sąsiada. Wszyscy o sobie wszystko wiedzą, a jednak pozostają sobie obcy. Po prostu banał.


Coś jednak musi książkę wyróżniać, skoro w 2009 r. otrzymała nagrodę Pulitzera. Być może jest to postać nieznośnej nauczycielki Olive pojawiającej się w każdym opowiadaniu (oryginalny tytuł to właśnie Olive Kitteridge). Być może to dramaty przytrafiające się poszczególnym bohaterom: odwołanie ślubu, anoreksja u nastolatki, odejście bliskiej osoby. Trudno mi zdecydować i szczerze mówiąc niespecjalnie chce mi się tym zajmować. Opowiastki pani Strout najzwyczajniej w świecie spłynęły po mnie jak woda po kaczce. Wyjątkiem są dwa teksty: "Środki bezpieczeństwa", które moim zdaniem świetnie pokazują nieprzystawalność osób starszych do nowoczesnego świata oraz "Przestępczyni" czyli rzecz o niezbyt inteligentnej kobiecie poszukującej pracy.


Naturalnie to moje subiektywne odczucia, niespieszność tej prozy na pewno wielu osobom będzie odpowiadać. Mnie "Okruchy codzienności" zmęczyły i do końca dobrnęłam tylko siłą woli. Niemniej bardzo się cieszę, że książkę w ogóle w Polsce wydano - warto wiedzieć, co nagradza się w innych krajach. Z chęcią poczytam jednak coś mocniejszego, coś bardziej zapadającego w pamięć.

_______________________________________________________________________________________

Elizabeth Strout "Okruchy codzienności", tłum. Ewa Horodyska, Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2010
_______________________________________________________________________________________




piątek, 19 sierpnia 2011

Klub czytelniczy (odc. 8) - Konające zwierzę


Książka Rotha mimo skromnych 130 stron okazała się gęsta od treści. Pytań narodziło się wiele, ograniczyłam się do ośmiu. Oto one:

1. Jakie są Wasze ogólne wrażenia z lektury?

2. Czy głównego bohatera powieści można polubić?


3. Czy uważacie Davida za antyfeministę? (przyjmując, że feminist(k)a to m.in. osoba popierająca równe traktowanie kobiet i mężczyzn)

4. Jakim ojcem wydaje Wam się David?

5. Główny bohater zajmuje się zawodowo kulturą. Jaką rolę odgrywa sztuka w jego życiu prywatnym?

6. Co Waszym zdaniem łączyło Davida z Consuelą? Co ich w sobie nawzajem pociągało?

7. Jakie znaczenie w powieści ma narodowość Consueli? Co by się zmieniło, gdyby kochanka Davida była np. Francuzką?

8. Jak interpretujecie zakończenie powieści? Kto jest słuchaczem Davida? Jak rozumiecie ostatnie zdanie "Bo jeśli pojedziesz, będzie po tobie"?

9. Miejsce na Wasze pytania.



Zapraszam do dyskusji - każdy może wziąć udział;)


środa, 17 sierpnia 2011

Jagiełło w Nowym Jorku

To nie żart. W Central Parku można znaleźć pomnik Władysława Jagiełły. Nie jest to przejaw szacunku Amerykanów do polskiego króla, ale pozostałość po wystawie światowej z 1939 r. Gdyby nie książka Anety Radziejowskiej i Marka Rygielskiego "Nowy Jork. 101 miejsc, które musisz zobaczyć" pewnie bym się o tym fakcie nie dowiedziała;)


Przewodnik opisuje wiele miejsc wymienianych chyba we wszystkich publikacjach tego typu. Jest tu więc notatka o Empire State Building, Rockefeller Center, Metropolitan Museum of Art, Broadwayu i innych sztandarowych atrakcjach Nowego Jorku. Każdy turysta znajdzie tu wskazówki dla siebie: i ten zwiedzający miasto systematycznie, i ten zainteresowany zakupami odzieży lub sprzętu komputerowego znanych firm, i ten spragniony nietypowych dań albo widoku znanych osób (autorzy podali adresy, pod którymi niektóre gwiazdy często bywają).

Winter Garden czyli Ogród Zimowy

Z mniej okrzyczanych miejsc zainteresował mnie Winter Garden (Ogród Zimowy)czyli palmiarnia i centrum kultury w jednym, Limelight Marketplace czyli dom handlowy urządzony w nieużytkowanym kościele, sieć sklepików Botanica dla zainteresowanych czarami i zaklęciami (sic!) oraz Dylan's Candy Bar dla wielbicieli słodyczy. Autorzy pomyśleli również o molach książkowych - jeśli nie wystarczy nam szacowna sieć księgarń Barnes&Noble, można się udać do New York Public Library (Nowojorskiej Biblioteki Publicznej), której katalog obejmuje ponad 20 milionów książek.

Limelight Marketplace czyli zakupy w kościele

Przewodnik Radziejowskiej i Rygielskiego na tle innych wyróżnia lekkość stylu i niesztampowy wybór atrakcji. Informacji o danym miejscu jest w sam raz, notatki napisane są prostym językiem. Szczególnie spodobały mi się odwołania do znanych filmów, w których opisywany obiekt odgrywał ważną rolę. Książka zawiera naturalnie także informacje praktyczne wraz z potrzebnymi adresami. Czarno-białe zdjęcia nie oddają uroku miasta, ale na szczęście zamieszczono kilka kolorowych. Podsumowując - publikacja nie tylko dla turystów, nadaje się także jako lektura do poduszki;)

_________________________________________________________________________________________

Aneta Radziejowska, Marek Rygielski "Nowy Jork. 101 miejsc, które musisz zobaczyć.", Wyd. Nowy Świat, Warszawa 2011
_________________________________________________________________________________________



poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Stereo, ale bez koloru


Tym razem Klimko-Dobrzaniecki nie zachwycił mnie. Powiem więcej: nawet nie poruszył. Po bardzo dobrej "Kołysance na wisielca" i zabawnych "Rzeczach pierwszych" mój apetyt był najwyraźniej zbyt mocno pobudzony, stąd rozczarowanie. "Bornholm, Bornholm" czytałam oczekując kolejnego zauroczenia, niestety takowe nie nastąpiło.


Doceniam zabiegi formalne autora czyli fabułę poprowadzoną dwutorowo oraz dyskretnie splatające się historie odległe od siebie w czasie. Doceniam również pomysł na głównych bohaterów odbiegających od stereotypu - u Klimko-Dobrzanieckiego mężczyźni są wrażliwi, zdominowani przez kobiety i niespełnieni. Całość wydała mi się jednak bezbarwna i mimo wartkiej akcji dość monotonna. Opowieść o Horście, niemieckim nauczycielu biologii nie przekonała mnie. Było w niej coś topornego i sztucznego, a zabrakło polotu. O wiele ciekawiej zapowiadał się monolog bezimiennego narratora czuwającego przy matce pogrążonej w śpiączce. Niestety ten także ugrzązł w sosie własnym. Wykaz życiowych niepowodzeń okraszony synowskimi pretensjami wywołał u mnie jedynie otępienie.

"Bornholm, Bornholm" pozostawi w mojej pamięci raczej mdłe wrażenie. Może za sprawą bohaterów bez ikry, może za sprawą fałszu wyczuwalnego w opowiedzianych historiach. Pora odpocząć od pana Huberta.


________________________________________________________________________

Hubert Klimko-Dobrzaniecki "Bornholm, Bornholm", Wydawnictwo Znak, Kraków, 2011
________________________________________________________________________

piątek, 12 sierpnia 2011

Jak karmelek

W gruncie rzeczy wolałbym mieć żonę głupią, która by mnie słuchała cierpliwie i tępo. W tej chwili nie miałbym nic przeciwko tremu, żeby tu była ze mną Mara. Długo bym jej nie wytrzymał, bo po wysłuchaniu moich kłopotów zaczęłaby wyciągać swoje własne, przylepiłaby się do mnie jak karmelek i nie miałbym już chwili spokoju. Z pewnością nie chciałbym jej mieć za żonę. Ale właśnie teraz chętnie miałbym ją tutaj. [str. 104]


Takich osobników jak cytowany wyżej Michele jest w powieści znacznie więcej. Członkowie jego rodziny w niczym nie przypominają włoskich familii znanych z filmów Felliniego. U Ginzburg obserwujemy rozkład więzi rodzinnych: każdy żyje osobno, troszczy się głównie o siebie, innym ma do zaoferowania jedynie swoje problemy. Powieść składa się przede wszystkim z listów i egocentryczne ciągoty piszących widać w nich jak na dłoni. Teraz ja! O mnie! Dla mnie! - zdają się krzyczeć. Osamotnieni na własne życzenie, bezpardonowo domagają się uwagi innych. To ex-rodzina, w której ojciec jawnie przyznaje się do nielubienia córek, a matka z braku zajęć zatruwa życie synowi.

Barwna, a zarazem smutna rodzina. Śledzenie jej losów na przełomie roku 1970 i 1971 daje raczej przygnębiający obraz włoskiego społeczeństwa, na dodatek w tle słychać starcia faszystów i komunistów. Książka ma zaledwie 135 stron, ale to proza niezwykle skondensowana. Do opisu bohaterów niepotrzebne były długie zdania, wystarczyły listy, tak dużo mówiące o ich autorach. Już ten pierwszy, pięciostronicowy (sic!) pisany przez matkę, zgrabnie zarysowuje sytuację i dobrze oddaje charakter Adriany. Pozostałe listy z czasem uzupełnią portret rodzinny. Portret w ciemnych barwach, z postaciami zastygłymi w bezruchu.

Wielkie podziękowania dla bezszmerowej Patrycji, której świetny tekst o literaturze włoskiej nakierował mnie na tę powieść. To niestety jedyna książka Natalii Ginzburg przetłumaczona na język polski. Może kiedyś, ktoś...


____________________________________________________________________________________

Natalia Ginzburg "Drogi Michele"; przeł. Barbara Sieroszewska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa, 1976
____________________________________________________________________________________



środa, 10 sierpnia 2011

Zanim zrobi to Hollywood

Kilka lat temu czeskie stowarzyszenie bibliotekarzy postanowiło zachęcić młodzież do czytania klasyki. Z pomocą agencji reklamowej Leo Burnett przygotowano serię trzech plakatów pod hasłem: Read it before Hollywood does czyli Przeczytaj, zanim zrobi to Hollywood. Kampania była skierowana do zwolenników popkultury oferowanej przez telewizję, internet i kino. Efekty akcji nie są znane, ale postery warto obejrzeć.

czyli "Zbrodnia i kara" Dostojewskiego


czyli "Jane Eyre" Bronte


oraz "Stary człowiek i morze" Hemingwaya


Myślę, że dość łatwo byłoby w podobny sposób zareklamować w Polsce "Lalkę", "Chłopów" i kilka innych lektur;) Jak sądzicie?





poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Ostrożnie z klasyką!

Mówi się, że czytanie książek wzbogaca, inspiruje i przynosi czytelnikowi niezapomniane wspomnienia. Powiedzcie to Ruth Weiss, która w wielu 40 lat stwierdziła, że literatura zrujnowała jej życie. Miała pecha naczytać się w dzieciństwie Balzaca, Dickensa, Tołstoja i uwierzyć w zasady rządzące światem ich bohaterów, a zwłaszcza bohaterek. Bo przecież prawdziwa cnota zawsze zwycięża, poświęcenia przynoszą rezultaty, a szlachetność czyni szczęśliwym. W powieściach klasyków - być może, w życiu to szczęście jest cokolwiek zezowate.


Opowieść Brookner wciąga od pierwszego zdania. I chociaż Ruth jest bezbarwna i nudna, jej "karierę" śledziłam bez odrobiny znużenia. Dorastanie obok kulturalnych, acz nieodpowiedzialnych rodziców, rządy prostackiej gosposi w domu, poszukiwanie ewentualnego narzeczonego, pobyt w Paryżu - było i śmieszno, i straszno. Przy tym bezustannie towarzyszy nam literatura (z Balzakiem na czele), jako że główna bohaterka jest nie tylko jej miłośniczką, ale także wykładowcą i badaczką.


Powieść napisana jest lekko i z humorem, ale to nie jest błaha książeczka. Naturalnie można ją traktować jako świetnie opowiedzianą historię. Kto ma chęć, może szukać powiązań z klasyką, zwłaszcza z często przywoływaną "Eugenią Grandet" Balzaca. Sam tytuł jest znaczący: to zarazem angielski tytuł jednej z powieści Balzaca (po polsku "Pierwsze kroki") oraz debiut pisarski Brookner. Pisać zaczęła późno, bo w wieku 53 lat, ale jak! Zasmucił mnie tylko akt, że A Start in Life zawiera liczne wątki autobiograficzne, zwłaszcza te bardziej bolesne.

Z ciekawostek: niedawno powstała bardzo ciekawa inicjatywa blogerska czyli International Anita Brookner Day, a jej sprawcami byli - o, dziwo - dwaj panowie. Piszę o dziwo, bo zdecydowana większość z 24 powieści Brookner opisuje głównie kobiety. Uczestnicy akcji czytali (i nadal czytają) wybrane książki tej 83-letniej obecnie pisarki i zamieszczają na blogu recenzje. Przy tej okazji zaczęłam się zastanawiać, która z polskich pisarek mogłaby stać się odpowiednikiem Brookner na naszym rynku. Niestety, kandydatek nie widzę. Może Wy macie jakieś typy? Zaznaczam, że nie chodzi o ewentualną patronkę nowego wyzwania czytelniczego;)


_______________________________________________________

Anita Brookner 'A Start in Life', Triad Grafton Books, London, 1989
_______________________________________________________


piątek, 5 sierpnia 2011

Wyczerpani oboje

Czułam się niekomfortowo czytając korespondencję Osieckiej i Przybory. To trochę tak, jak grzebać w cudzej szufladzie z bielizną, również tą brudnawą. Do tej pory nie jestem pewna, czy listy powinny ujrzeć światło dzienne. Sam Przybora uważał, że literatura polska ucierpiałaby bez ich publikacji, mnie jednak wydają się zbyt intymne. A skoro romans dwojga znamienitych tekściarzy pozostawał tajemnicą przez dziesiątki lat, może lepiej byłoby tego nie zmieniać?


Ale stało się, listy wydano. Trzeba zaznaczyć - wydano z pomysłem. W książce zamieszczono zdjęcia pocztówek, listów i krótkich wiadomości pisanych ręką Osieckiej i Przybory. Są też liczne fotografie obojga. To duża atrakcja dla fanów, a przy tym znak czasów (kto dzisiaj pisze jeszcze kartki?;). Co do samej treści korespondencji - zdecydowanie przydałaby się większa ingerencja redaktora, bo zbyt wiele tu niejasności. Luki znakomicie wypełnia tekst Grzegorza Sroczyńskiego w Wysokich Obcasach (WO nr 41/2010), który daje lepszy wgląd w sprawę.


Relację Osieckiej i Przybory trudno nazwać właściwie związkiem: ona przed wspólnym dłuższym byciem głównie uciekała, on miał żonę i dzieci. Kiedy w końcu zamieszkali razem, dopadła ich proza życia, a dokładnie odmienność charakterów. Znowu uniki Osieckiej, wzajemne pretensje, nieporozumienia. W sumie romans przyniósł obojgu więcej bólu niż szczęścia. Skorzystała na tym jedynie publiczność, jako że przeżycia zakochanych zaowocowały tekstami do piosenek m.in. Podła, Bez ciebie jestem tak smutny, Na całych jeziorach - ty, Mówiłam żartem.

Z jednej strony piękne wyznania miłości, jakich być może nie wymyśliłby literat tworzący fikcję, z drugiej - kronika nieszczęśliwej miłości. Ogólnie biorąc - smutna lektura.

__________________________________________________________________________________________

Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze – ułożyła i opatrzyła przedmową i komentarzami Magda Umer, Wydawca Agora, Warszawa, 2010
__________________________________________________________________________________________


środa, 3 sierpnia 2011

Wrześniowe spotkanie Klubu Czytelniczego

"Pani Bovary" Flauberta nie trzeba przedstawiać, ale czytać - owszem;). To książka bardzo znana, a w rzeczywistości rzadko czytana - tak mi się przynajmniej wydaje. Czujcie się zatem zaproszeni na spotkanie z jedną z najbardziej znanych bohaterek literatury światowej, która inspiruje twórców do dziś.


Dyskusję o książce rozpoczniemy w piątek 23 września 2011 r. Różne wydania mają różną objętość, tak więc proszę nie zniechęcać się ilością stron;).


Nie trzeba się rejestrować ani prowadzić własnego bloga - kto ma ochotę, ten czyta i komentuje;) O zasadach działania klubu można poczytać tutaj.


Zapraszam serdecznie;)


poniedziałek, 1 sierpnia 2011

***


Anna Świrszczyńska

STRZELAĆ W OCZY CZŁOWIEKA

pamięci Witka Rosińskiego


Miał piętnaście lat,
był najlepszym uczniem z polskiego.
Biegł z pistoletem
na wroga.

Zobaczył oczy człowieka,
powinien był strzelić w te oczy.
Zawahał się.
Leży na bruku.

Nie nauczyli go
na lekcjach polskiego
strzelać w oczy człowieka.