piątek, 31 sierpnia 2012

Panny z Wilka

Białe są domowe stroje czterech panien, biały jest obrus i zastawa na stole w wiejskim salonie. Dziewczęta są świeże niczym twarożek, który podają na śniadanie. Porozumiewają się bez słów, ograniczając komunikację do znaczących spojrzeń, grymasów i drobnych gestów. Podobna pantomima pojawi się w spektaklu jeszcze niejednokrotnie - w spektaklu Mai Komorowskiej dialogi są przerywnikami. Niespodziewane pojawienie się Wiktora, dawnego obiektu westchnień, mocno zintensyfikuje grę gestem. W ruch pójdą grzebienie i lusterka, panie staranniej się ubiorą, za wszelką ceną będą chciały zwrócić na siebie uwagę. I to nadskakiwanie gościowi...

źródło zdjęcia

W tej adaptacji najbardziej rzuca się w oczy zagubienie Wiktora. Mężczyzna nie potrafi odnaleźć się wobec oczekiwań swoich gospodyń, ale chyba największy kłopot sprawiają mu - subtelnie tu pokazane - bolesne wspomnienia wojenne, przed którymi najwyraźniej chciał uciec do miejsca zapamiętanego jako sielskie. Urokliwe otoczenie Wilka i młode towarzyszki zabaw zmieniły się z biegiem czasu, nic nie jest już takie jak dawniej. Rozdźwięk między wyobrażeniami a rzeczywistością pogłębia się i coraz bardziej dokucza całemu towarzystwu. Chyba wszyscy, łącznie z widzami, wyprosiliby Wiktora za drzwi.

źródło zdjęcia

Inscenizacja Mai Komorowskiej jest przeniesieniem spektaklu dyplomowego z warszawskiej Akademii Teatralnej. Siłą rzeczy świeżość młodych aktorów idzie jeszcze w parze z małym doświadczeniem, stąd też zapewne się bierze mała naturalność wykonawców. Gra jest owszem, poprawna, nawet zespołowa, co wcale nieczęsto zdarza się w teatrze, ale zabrakło mi naturalności, która, jak się domyślam, przychodzi z wiekiem. Zastrzeżenia budzi także reżyseria - trzy punkty kulminacyjne jednym przedstawieniu to trochę za dużo. Poza tym - bardzo udany wieczór z klasyką w roli głównej.



***************************************************
Jarosław Iwaszkiewicz "Panny z Wilka"

adaptacja Maja Komorowska, Julia Kijowska
reżyseria Maja Komorowska
współpraca reżyserska Julia Kijowska
scenografia Małgorzata Grabowska-Kozera

obsada Marta Chyczewska, Marta Kurzak, Marta Sroka, Diana Zamojska, Kamil Dominiak, Igor Obłoza, Kamil Przystał

Teatr Studio Malarnia [mała scena]

Premiera 31.01.2011 r. w Teatrze Collegium Nobilium
spektakl dyplomowy IV roku Wydziału Aktorskiego

więcej informacji na stronie Teatru Studio


środa, 29 sierpnia 2012

Śród żywych duchów

Nie pamiętam już dokładnie, czego spodziewałam się po książce Szejnert, ale na pewno czegoś innego niż to, co otrzymałam. Początek jest niezły i wciąga niczym powieść sensacyjna, bo w rzeczywistości mamy do czynienia z reportażem śledczym. Szukanie informacji o miejscu pochówku więźniów politycznych z lat 40-tych i 50-tych było procesem żmudnym, bo przypadło jeszcze na czasy PRL-u. Dochodzenie Szejnert rozpoczęło się od pogłosek o tajemniczym miejscu koło cmentarza na warszawskim Służewie, a doprowadziło do setek osób prywatnych, które poszukiwały grobów swoich bliskich oraz do ważnych instytucji państwowych. Autorka chwytała się wszelkich strzępów informacji, jakie płynęły do niej przeróżnymi kanałami: listownie, telefonicznie, od znajomych i nieznajomych, także anonimowo. Wszystko jest skrzętnie odnotowane, łącznie z wątpliwościami i pytaniami dziennikarki, w formie dziennika, co było bardzo dobrym pomysłem.


Zebranego materiału jest bardzo dużo i niestety ten ogrom daje się z czasem we znaki. Szejnert przytacza dziesiątki życiorysów ofiar, o których bez wątpienia trzeba pisać, tylko czy na pewno w takim zakresie i w tej publikacji? W moim przypadku poszczególne historie - oprócz tych wcześniej mi znanych - stopiły się w jedną, pozostawiając ogólne pojęcie o sprawie. Wyjątkiem jest opowieść o Macieju Chajęckim, który przez lata niezłomnie dochodził prawdy o ojcu w sądzie. Książka po raz pierwszy ukazała się w Londynie w 1990 r., a więc ponad 20 lat temu, i poza uzupełnieniem listy osób straconych na Rakowieckiej nie wprowadzono w obecnym wydaniu żadnych zmian. A szkoda, bo sprawa miała i nadal ma ciąg dalszy. Badania odnośnie wykonywanych przez UB wyroków trwają, a na powązkowskiej Łączce, jednym z ujawnionych miejsc pochówku więźniów, w tym miesiącu prowadzono ekshumacje zwłok. To ważne informacje, z rodzaju tych budujących, toteż warto było choćby wspomnieć o podobnych działaniach. Ale może to materiał na osobną książkę, jakiej sobie i innym życzę.

______________________________________________________

Małgorzata Szejnert "Śród żywych duchów" Znak, Kraków 2012
______________________________________________________


poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Lunch à la Stefan Zweig

Mam ostatnio szczęście do opisów posiłków w literaturze. Tym razem coś w klimacie retro, prosto z powieści Stefana Zweiga "Dziewczyna z poczty". Rzecz dzieje się w 1926 r. w eleganckiej restauracji hotelowej w Szwajcarii.


Oby tylko kelner, z nakrochmalonymi mankietami i równie surową, zimną niczym lód twarzą, nie nakładał jej teraz na talerz owych ekstrawagancji, nigdy przedtem niewidzianych hors d'oeuvres, schłodzonych oliwek, kolorowych sałat, srebrzystych ryb, piramidek karczochów, niezgłębionych kremów, delikatnego musu z gęsiej wątróbki i różowych płatów łososia - a wszystko to oczywiście lekkie, pyszne i rozpływające się w ustach. Bo którym z tuzina ułożonych na stole sztućców zabrać się do obcych frykasów? Małą czy może okrągłą łyżeczką, delikatnym nożykiem czy szerokim nożem? Jak je rozdrabniać, aby za nic na świecie nie zdradzić się przed tym opłaconym obserwatorem, czy też równie doświadczonymi sąsiadami, że pierwszy raz w życiu zasiada do posiłku w tak wykwintnej restauracji? Jak tu nie popełnić jakiejś większej niestosowności?*)

źródło zdjęcia

Dla zainteresowanych ściągawka dot. przeznaczenia poszczególnych sztućców na stole:

źróło ilustracji



(*) Stefan Zweig "Dziewczyna z poczty" przeł. Karolina Niedenthal, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2012, s. 55


piątek, 24 sierpnia 2012

Klub czytelniczy (odc. 20) – Gruby Anglik

Na okładce "Grubego Anglika" Kingsleya Amisa napisano, że autor po mistrzowsku radzi sobie z analizą angielskiego poczucia kulturowej wyższości, a każdy akapit powieści skrzy się dowcipem i werwą. Sprawdźmy, czy tak jest w istocie.;)


Pytania na dziś:

1. Jakie są Wasze ogólne z lektury? Czy "Gruby Anglik" zachęcił Was do przeczytania innych powieści Amisa?

2. Jaki jest Wasz stosunek do głównego bohatera powieści? Czy Wasze odczucia zmieniały się w trakcie lektury? Czy rację miał ojciec Colgate twierdząc, że Roger doświadcza ostrego bólu duszy?

3. Książka Amisa jest satyrą na środowisko intelektualistów. Czy autor przesadził w krytyce?

4. Tytuł powieści sugeruje, że tusza głównego bohatera ma duże znaczenie. Jakie?

5. O czym według Was jest książka Amisa? (pytanie momarty)

6. Miejsce na Wasze pytania



Wszyscy chętni do dyskusji są mile widziani. Zapraszam serdecznie.


czwartek, 23 sierpnia 2012

Prztyczek w nos

Po lekturze "Gangsterów" Östergrena można poczuć się niekomfortowo. Okazuje się bowiem, że historia opisana we wcześniejszych o 25 lat "Gentlemanach" była jedną wielką bujdą. Żadnych dżentelmenów nie było; jeśli już, ich liczba ograniczała się do jednego (czytaj: narratora). Pora otworzyć oczy, nic nie jest tak, jak się Państwu zdaje.


Zdradzać szczegółów owej mistyfikacji nie należy, niechaj inni czytelnicy samodzielnie zgłębiają kulisy sprawy. Można natomiast napisać, że nastrój w "Gangsterach" jest minorowy, główni bohaterowie wplątani są w paskudne afery, których rozmiary trudno nawet ogarnąć. Uciec od nich trudno, a i odmówić drobnych przysług tajemniczym zleceniodawcom nie sposób, bo niepozorny wysłannik ma niesamowity dar przekonywania. Bez użycia siły, łagodną perswazją i dzięki kilku fotografiom potrafi wyegzekwować pożądane działanie. Siatki przestępcze nie są niespodzianką, u Östergrena zaskakuje ich zasięg. Podejrzane machinacje zdążyły najwyraźniej opanować całą gospodarkę - od sklepów z używaną odzieżą po wielki biznes zbliżony do kręgów rządowych. Źle się dzieje w państwie szwedzkim, bardzo źle.

O ile "Gentlemanów" można było czytać jako miejscami pogodną powieść przygodową, to "Gangsterzy" są pesymistyczną powieścią sensacyjną. Autor definitywnie pozbawia czytelnika iluzji względem swoich bohaterów, burząc przy okazji mit praworządnej Szwecji. Taki obrót sprawy może wywoływać u czytelnika dezorientację, ale poczytuję to Östergrenowi na plus. Minusem książki jest natomiast rozwlekłość, przydałyby się spore skróty. Tak sobie teraz myślę: może lepiej tkwić w świecie złudzeń?;)

__________________________________________________________________

Klas Östergren "Gangsterzy" przeł. Maria Murawska, DodoEditor, Kraków 2011
__________________________________________________________________

środa, 22 sierpnia 2012

Na początku był dom

To tytuł sztuki Doris Lessing wyreżyserowanej w gdańskim Teatrze Wybrzeże przez Annę Augustynowicz. Jak zwykle u tej reżyserki scenografia jest bardzo skromna, utrzymana w odcieniach szarości i bieli. Wyjątek stanowią czerwone, zamszowe szpilki głównej bohaterki, Myry. Niby drobiazg, ale dobrze charakteryzuje ich właścicielkę - kobietę niezależną i liberalną, zaangażowaną w walkę o lepszy świat i korzystającą z uciech życia. I może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Myra ma blisko 50 lat i nadal hołduje ideałom z czasów młodości.


Lessing udało się stworzyć wyjątkowo ciekawą postać: Myra (Dorota Kolak) jest jedyną indywidualnością w gronie swoich znajomych. Ci, z wyjątkiem przyjaciółki Milly (Joanna Bogacka), wydają się bezbarwni i pozbawieni energii. Najbardziej zaskakuje jednak syn Myry, Tony (Piotr Domalewski), który marzy o spokojnej egzystencji przedstawiciela klasy średniej. Konflikt pokoleń i idei staje się coraz wyraźniejszy, odzywają się długo skrywane pretensje. Atmosferę podgrzewają damsko-męskie przetasowania, ale jest jeszcze w miarę wesoło, bo humoru w spektaklu nie brakuje. Dopiero tuż przed finałem śmiech całkowicie zamiera, a w jego miejsce pojawia się posmak goryczy.

fot. M. Andrysiak

Dramat Noblistki jest bez zarzutu, co do inscenizacji Augustynowicz mam kilka zastrzeżeń. Dorota Kolak miała szansę na stworzenie prawdziwej kreacji, niestety z niewiadomych powodów reżyserka zbyt często każe jej się tarzać na sofie i po podłodze. W przypadku postaci Myry jest to nieporozumieniem, podobnie zresztą jak obsadzenie Piotra Domalewskiego i Piotra Chysa w roli 22-letnich młodzieńców: panowie robią, co mogą, niestety ze względu na warunki fizyczne są mało przekonujący. Poza tym spektakl można uznać za udany, niemniej po Annie Augustynowicz spodziewałam się więcej.



************************************************************************************
Doris Lessing "Na początku był dom" (Each His Own Wilderness)
w przekładzie Małgorzaty Semil
Teatr Wybrzeże w Gdańsku (Scena Kameralna)

Reżyseria: Anna Augustynowicz
Scenografia: Marek Braun
Opracowanie muzyczne: Jacek Wierzchowski

Obsada:
Mirosław Baka – Philip Durrant
Joanna Bogacka – Milly Boles
Piotr Chys – Sandy Bolles
Piotr Domalewski – Tony Bolton
Krzysztof Gordon – Mike Ferris
Dorota Kolak – Myra Bolton
Emilia Komarnicka – Rosemary

Premiera: 28 października 2011

Więcej informacji na stronie Teatru Wybrzeże



poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Wrześniowe spotkanie Klubu Czytelniczego

Uwzględniając wnioski Klubowiczów o wspólną lekturę utworu dramatycznego, wybrałam "Dom lalki" (Norę) Henryka Ibsena. Sztuka opublikowana w 1879 r. wywołała gorące dyskusje i była ważnym głosem w kwestii równouprawnienia kobiet. Myślę, że lektura tego dramatu będzie m.in. okazją do sprawdzenia jak dzisiaj, ponad 130 lat od chwili ukazania się, brzmią takie słowa:
- Jesteś przede wszystkim żoną i matką.
- Już w to nie wierzę. Jestem przede wszystkim człowiekiem - takim samym jak ty... lub, co najmniej, chcę spróbować nim zostać. Wiem dobrze, że znajdą się tacy, którzy staną po twojej stronie, i że przyznają ci rację pewne książki, ale nie mogę już zadowalać się tym, co mówi większość ludzi, ani tym, o czym się pisze w książkach. Muszę sama przemyśleć te sprawy, zorientować się w samej sobie.

Początek dyskusji 28 września 2012 r. (piątek). Tekst jest łatwo dostępny, w wersji pdf można pobrać go stąd. Dajcie się skusić - "Dom lalki" warto znać.;)


Serdecznie zapraszam do lektury i dyskusji.


piątek, 17 sierpnia 2012

Kolacja à la Kingsley Amis

Niedawno pisałam o śniadaniu à la Klas Östergren, dzisiaj kolacja à la Kingsley Amis. Fragment pochodzi z powieści "Gruby Anglik", która za tydzień będzie przedmiotem dyskusji w Klubie Czytelniczym. Zapraszam do lektury, najlepiej całej książki:


Roger zaczął jeść. Na stole, blisko niego stał koszyk przykryty serwetką. Jego zawartość stanowiły kawałki włoskiego pieczywa przesiąkniętego masłem czosnkowym. Roger zdecydował, że tego jeść nie będzie w momencie, gdy zachłannie je pożerał. Nie udało mu się też wytrwać w postanowieniu, by zjeść tylko jeden kawałek. Na stół spłynął podany przez czarną służącą kurczak smażony na sposób południowy. Wraz z kurczakiem pojawiła się rzepa, świeża cebula - nie było sensu odmawiać jej sobie po zjedzeniu czosnku - kukurydza z masłem. Nożyk do obierania kolb kukurydzy i pędzelek do smarowania masłem podawane były z ręki do ręki. Roger używał ich często.

Kiedy Ernst i Pargeter uświadomili mu już, jakie straszne kursy dostępne są w Budweiser, Roger mógł skoncentrować się na jedzeniu. Gdy czekał na nałożenie sobie naleśników z jagodami ze świeżą śmietaną i cheddarem Wisconsin, myśl o diecie musnęła delikatnie jego umysł jak stary wyrzut sumienia. Wiedział, że ograniczenie się w jedzeniu tego, na co miał akurat ochotę, prędzej czy później przyniosłoby mu sukcesy w sprawach seksualnych. Ta myśl przyszła mu do głowy rok temu na balu wydawców, gdzie czyjaś sekretarka stwierdziła, że to, czego od niej chce Roger, ona jest w stanie zaakceptować pod warunkiem, że Roger przyniesie ze sobą blok do podnoszenia ciężarów i wyciąg. Pięć dni później, pijąc pół filiżanki herbaty bez cukru i mleka kończącej lunch złożony z jajek na miękko bez soli, pozbawionej węglowodanów bułki przypominającej puszysty plastyk i małego jabłka, uznał, że gdyby do tego doszło, mógłby również z łatwością wprowadzić rygor w kwestii bankietów i onanizmu. Teraz zamierzał zjeść dużą porcję naleśników, połykając przedtem trzy czekoladowe miętówki. Na zewnątrz każdego grubasa tkwi jeszcze większy grubas, który próbuje schudnąć.
*)


Przepis na kurczaka smażonego na sposób południowy znajduje się tutaj.


(*) Kingsley Amis "Gruby Anglik" przeł. Marta Strzałko, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 1995, s. 40-41

wtorek, 14 sierpnia 2012

Ten paskudny Nowy Jork

Kochał to ludne miasto, z ciągnącymi się mila za milą slumsami, tymi morowymi czynszówkami wyrastającymi we wszystkich zakątkach, pełnymi żywego zgiełku i pijackich burd, trzaskania drzwiami i cuchnących kuchennych wyziewów, nieoświetlonych przejść oraz niepewnych schodów; kochał to poczucie, że każda ściana i każde drzwi to możliwie najcieńsza błona, utrzymująca wrzącą, robaczą masę, która zaraz buchnie i przeistoczy się w jeszcze bardziej kleistą formę życia. [str. 77]


Nowy Jork końca XIX wieku widziany oczami Edmunda White'a to prawdziwe piekło. Nie ma tu eleganckich domów, bogato ubranych dam i dżentelmenów znanych z książek Wharton czy Jamesa, są za to spelunki i osoby podejrzanej konduity. Miasto oglądane od podszewki odstręcza i każe z niego czym prędzej uciekać. Podobnie jest z lekturą "Hotelu de Dream", który za sprawą ponurej scenerii i fabuły nie jest książką przyjemną w odbiorze. Po krótkiej chwili odpoczynku czyta się jednak dalej i brnie przez wśród nędzy i zgnilizny do końca.


White miał przede wszystkim niezły pomysł na swoją powieść, a właściwie dwie powieści. Umierający na gruźlicę Stephen Crane usiłuje dokończyć "Malowanego chłopca" czyli książkę o męskiej prostytutce z Nowego Jorku. Nie wiadomo, co bardziej przygnębiające: agonia pisarza czy los młodego Elliotta, który miał pecha stać się obiektem uczuć dwóch mężczyzn. Oba wątki są równie interesujące, w dużej mierze dzięki pieczołowicie oddanym realiom oraz wyraźnie zróżnicowanemu stylowi. Ten styl idealnie współgra z naturą głównych bohaterów: o ile historia Crane'a wydaje się gorączkowa i duszna, to "powieść w powieści" cechuje prostota i lekkość. Zabieg sprytnie pomyślany i wykonany, podobnie jak zakończenie, które niemal nokautuje.

Co napisawszy, wypadałoby stwierdzić, że "Hotel de Dream" to dzieło wybitne, niestety tak nie jest. Przy wszystkich wspomnianych wyżej zaletach książka pozostawia pewien niedosyt. Nie zachwyca, a jedynie bardzo się podoba, co jest i naturalnie wynikiem bardzo dobrym. W sumie nie ma co narzekać, nieprawdaż?;)

______________________________________________________________________________________

Edmund White „Hotel de Dream”, przeł. Jacek Dehnel i Piotr Tarczyński, Biuro Literackie, Wrocław 2012
______________________________________________________________________________________

niedziela, 12 sierpnia 2012

Gentlemani ze Sztokholmu

Sięgając po "Gentlemanów" Östergrena warto znać "Czerwony pokój" Strindberga i mieć pod ręką plan Sztokholmu. Naturalnie nie są to warunki niezbędne do czerpania przyjemności z lektury, z pewnością pozwolą jednak więcej w niej dojrzeć. Po pierwsze, frajdą jest doszukiwać się paraleli między wspomnianymi książkami oraz trzecią, tworzoną przez narratora "Gentlemanów", nomen omen Klasa Östergrena. Po drugie, szwedzka stolica jest ważną bohaterką powieści, bo to również opowieść o mieście. Polskie wydanie uwzględnia na szczęście mapę ścisłego centrum Sztokholmu z zaznaczonymi miejscami ważnymi dla fabuły.


"Gentlemani" to przede wszystkim wciągająca powieść łotrzykowska osadzona na przełomie 1978 i 1979 r., która dzięki retrospekcjom z życia braci Morgan pozwala śledzić wydarzenia w Szwecji i Europie na przestrzeni czterech dekad. Ducha czasów za każdym razem daje się dobrze poczuć: lata powojenne upływają pod znakiem żelaznej kurtyny i jazzu, w paryskiej kawiarni Dali urządza happening, Sartre miga wśród demonstrujących studentów, a dziesięć lat później kibice boksu ekscytują się walką Spinksa z Alim. Potoczysty styl i finezyjny humor stanowią przeciwwagę dla poważniejszych zagadnień poruszanych przez Östergrena, a wcześniej przez Strindberga w rzeczonym „Czerwonym pokoju”: hipokryzji szwedzkiego rządu, korupcji i podejrzanych interesów wielkich firm. Nieprzypadkowo w prologu pojawiają się figurki Prawdy i Kłamstwa – to jeden z kluczy do tej wielowątkowej powieści. Powieści o straconych złudzeniach i bolesnym dojrzewaniu trzech artystów podszytych dzieckiem, z lekka melancholijnej i gorzkiej.

Źródło zdjęcia

„Gentlemani” są znakomici w swoim gatunku, bez wątpienia zadowolą dużą grupę czytelników: tych lubiących dobre książki przygodowe, tych spragnionych literackich gier i tych poszukujących ukrytych znaczeń. Polskie wydanie jest interesujące także ze względu na oprawę i szatę graficzną – grzbiet jest nieoprawiony, dzięki czemu można zobaczyć i podotykać chropowate „spoiwa” książki, natomiast pierwszy rozdział rozpoczyna się już na okładce. Jedyne minusy to literówki i zbyt współcześnie brzmiący język przekładu (a ponoć oryginał obfituje w archaizmy). Podsumowując: z Östergrenem warto się zapoznać.

___________________________________________________________________

Klas Östergren "Gentlemani" przeł. Anna Topczewska, DodoEditor, Kraków 2010
___________________________________________________________________


czwartek, 9 sierpnia 2012

Simenon x 2

We "Wdowie Couderc" akcja rozwija się leniwie, niemniej napięcie daje się wyczuć od pierwszych stron. Atmosfera jest duszna i gęsta, a przecież bohaterowie nic wielkiego nie robią, odzywają się raczej z rzadka. Na oko wiejska codzienność - nakarmić zwierzęta, przygotować prosty posiłek, pojechać na targ. Tymczasem pani Couderc już zarzuca sieci i oplata młodego Jeana pajęczyną lepkich planów. Jest równie odstręczająca co tłusty, włochaty pająk, jej ofiara z kolei najbardziej przypomina ćmę, która szamocąc się, zmierza powoli ku własnej zgubie. Pajęczyna się rwie, przeznaczenie wypełnia, zostaje tylko pustka. Na szczęście czytelnik pozostaje z uczuciem sytości.


Wcześniejszy o dwa lata "Paryski ekspres" pokazuje zupełnie inny świat. Idąc tropem zwierzęcych skojarzeń, Keesa Popingę można porównać do konia pociągowego, który się znarowił. Pod wpływem jednego zdarzenia postanawia, że nie musi chodzić już w kieracie, ale może posmakować życia rumaka. Zrobić rzeczy, których nie wypadało robić, bo należało dostosować się do oczekiwań otoczenia. Dobrze dotąd ułożony Holender zaczyna brykać i stwierdza, że opinia innych przestała się dla niego liczyć - jeśli chcą, mogą go wziąć nawet za osła albo zebrę. Jaki jest w rzeczywistości, wie tylko on sam. Z czasem dojdzie do przekonania, że prawda nie istnieje. Cena zdobycia tej wiedzy nie będzie współmierna do uzyskanych korzyści.


Obie powieści Simenona łączy prosty styl i dobra psychologia postaci. W obu wyraźne są idee egzystencjalizmu z całą jego gorzką otoczką. Różnią się natomiast klimatem i problematyką. "Wdowę Couderc" czytało mi się łatwo i szybko, bardziej podobał mi się jednak nieco trudniejszy w odbiorze "Paryski ekspres" - główny bohater jest po prostu ciekawszy. Wrażenia z obu lektur są na tyle pozytywne (aczkolwiek nie piorunujące), że z Simenonem na pewno jeszcze się kiedyś spotkam. Zgłębianie mrocznych zakamarków ludzkiej duszy ma swój urok.

________________________________________________________________________________________
Georges Simenon "Wdowa Couderc" tłum. Hanna Igalson-Tygielska, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2010
Georges Simenon "Paryski ekspres” tłum. Krzysztof Teodorowicz, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2012

________________________________________________________________________________________

środa, 8 sierpnia 2012

Śniadanie à la Klas Östergren

Lubię opisy posiłków w literaturze. Dopełniają obrazu bohaterów, czasem stanowią inspirację dla własnych eksperymentów w kuchni. Niektóre z tych opisów są na tyle oryginalne, że aż chce się nimi podzielić z innymi.;) Od czasu do czasu będą tu się zatem pojawiać co bardziej smakowite kąski. Na początek coś z podczytywanych właśnie "Gentlemanów" Klasa Östergrena:

Śniadania Henry'ego były, mówiąc oględnie, godne uwagi. Apostołowie zdrowego żywienia, obsesjonaci liczenia kalorii i wyznawcy diety Waerlanda mogliby godzinami rachować, oniemiali, by ze składników tych posiłków wyciągnąć zawartą w długich formułach istotę nowej recepty na samobójstwo. Zwykle wyobrażamy sobie, że stary kawaler w wieku Henry'ego połyka na stojąco kubek neski zalanej letnią wodą z kranu, do tego papieros w biegu. To jednak bynajmniej nie była melodia Henry'ego-gourmanda. Nabrał tego zwyczaju w młodości, podczas długiego pobytu na kontynencie. Nie wiem, czy jego śniadanie by anonsowano jako "kontynentalne" - jeśli tak, to czy jako duńskie, angielskie, niemieckie, czy francuskie? - ale na pewno pod każdym względem monumentalne.
Henry zarzucił na siebie wytłuszczony fartuch, a jego ręce profesjonalisty w oszałamiającym tempie śmigały po kuchni w rytm radiowej muzyki niczym pałeczki werbla, gdy wyjmował wszystko, co tylko mogła skrywać jego zawsze niezmiennie uboga spiżarnia: najpierw dwie szklanki zawiesistego, odżywczego soku z gujawy dla zaspokojenia najpilniejszych żądz, potem dwie kroki domowego francuskiego razowca przypieczone tak, że słone masło ściekało obficie, ementaler miękł i topniała marmolada agrestowa firmy Wilkin & Sons; potem szklanka soku marchewkowego, pół opakowania bekonu i jajko sadzone z niemieckim ketchupem cynamonowym, popite słuszną ilością soku pomarańczowego; do tego dorzucał talerz zsiadłego mleka ze śmietanką i müsli, by wszystko ukoronować filiżanką rozpuszczalnej kawy zbożowej wsypywanej do gorącego tłustego mleka.*)
Ufff.;)


[*] Klas Östergren "Gentlemani" przeł. Anna Topczewska, DodoEditor, Kraków 2010, s. 51-52

niedziela, 5 sierpnia 2012

Na Dzikim Zachodzie

Nie przepadam za westernami, co dopiero mówić o westernach literackich. Opisy książki Patricka DeWitta The Sisters Brothers były jednak tak zachęcające, że dałam się skusić. Przejażdżka z Oregonu do San Francisco w roku 1851 r. była dużą przygodą. W towarzystwie braci Sisters nie mogło być zresztą inaczej - dwaj płatni zabójcy są gwarancją mocnych wrażeń. A jeśli jeden z nich ma słabość do alkoholu i do brawury, drugi jest romantykiem i ma literackie ciągoty, to robi się jeszcze ciekawiej. I tak w istocie jest.


Oprócz barwnych postaci główną zaletą powieści DeWitta jest humor. Połączenie obu elementów daje świetne efekty, tak więc czytelnik otrzymuje western w nowej, mocno odświeżonej wersji. Owszem, jest tu misja do wypełnienia, są strzelaniny, saloony, poszukiwacze złota i prostytutki, ale są także antybohaterowie i rekwizyty tak zaskakujące jak choćby szczoteczka do zębów. Przede wszystkim mamy rewelacyjne dialogi uderzające wyszukanym stylem, które w przypadku takich zakapiorów jak Charlie i Eli Sisters brzmią komicznie. Sami bracia zasługują na osobną uwagę, dla mnie to jeden z najciekawszych literackich duetów w ostatnich latach. Z jednej strony dwie całkowicie odmienne osobowości powodujące narastający konflikt, z drugiej - prawdziwie braterski związek na śmierć i życie.


Dobra wiadomość jest taka, że książka doczeka się polskiego tłumaczenia i w przyszłym roku opublikuje ją Wydawnictwo Czarne. Lektura zdecydowanie warta zachodu (nie tylko Dzikiego;) - dobrej, inteligentnej zabawy nigdy dosyć.

________________________________________________________

Patrick DeWitt 'The Sisters Brothers', Granta Books, London, 2012
________________________________________________________

czwartek, 2 sierpnia 2012

Biuro w budce telefonicznej

W Dużym Formacie z 19 lipca 2012 r. (nr 28/298) zamieszczono wywiad Agnieszki Wójcińskiej z Moniką Sznajderman, szefową Wydawnictwa Czarnego. Fragment poniżej.


Od lat mieszkacie w głuszy. Jak ci się udało prowadzić wydawnictwo w tych warunkach?

Po Czarnym mieszkaliśmy w kolejnej łemkowskiej wsi - Łosiu. Moją siedzibą była budka telefoniczna, w której spędzałam długie godziny. Czasami podawałam jej numer, udając, że mam biuro. Mieszkaliśmy za cmentarzem, kawałek od budki, i zdarzało się, że kiedy ktoś dzwonił, przybiegał sąsiad, że jest do mnie telefon. Gdy przenieśliśmy się do Wołowca, na początku też nie mieliśmy telefonu. Chodziłam do sąsiada zamawiać międzymiastowe. Potem kupiliśmy centertelowską komórkę, olbrzymią, która po paru minutach się nagrzewała i nie dało się jej trzymać, poza tym nie było w naszej wsi zasięgu, więc wychodziłam na strych i łapałam jego skrawki. Internet mamy dopiero od paru lat, bardzo długo chodziłam do kafejki internetowej w Gorlicach.


Więcej ciekawostek z historii wydawnictwa tutaj. Z opowieści Moniki Sznajderman mogłaby powstać niezła powieść.;)