poniedziałek, 22 lipca 2013

Weiser

„Weiser” oglądany w kinie w 2000 r. nieszczególnie mi się spodobał. Zbyt krótki czas upłynął wtedy od lektury powieści Pawła Huelle, żeby nabrać dystansu i obejrzeć film jako niezależny twór. Przeszkadzały odstępstwa od pierwowzoru, nie do końca przekonywała obsada. Czas jednak robi swoje - po 12 latach pamięć i o książce, i o ekranizacji zwietrzała, pozostało tylko ogólne wrażenie.


Po raz drugi „Weisera” oglądałam w domu, na małym ekranie, bez nadzwyczajnego nagłośnienia czy superwizji. Mimo to, a może właśnie ze względu na kameralne warunki, byłam urzeczona. Przede wszystkim grą Marka Kondrata, który w wyważony sposób oddał udrękę głównego bohatera. Jego ból powodowany przykrymi wspomnieniami o wypadku z dzieciństwa i wyrzutami sumienia wobec zdradzonego kolegi udziela się także widzowi, do tego nie daje spokoju kluczowe pytanie: co się stało w tunelu z tytułowym Weiserem? Kondrat stworzył przejmującą i prawdziwą postać balansującą na granicy obłędu. To niełatwe, pokazać bohatera, który cały czas żyje na krawędzi, ale jej nie przekracza.


Przeciwwagą dla ponurej, dorosłej rzeczywistości „Weisera” są sceny retrospektywne. Ekran rozświetlają wtedy malownicze obrazki dziecięcych zabaw, kamera na dłużej zatrzymuje się na wybranych detalach. Najbardziej zwraca uwagę czerwona sukienka Elki, bardzo symboliczna dla całej historii. Tu zresztą po raz kolejny widać doskonałe wyczucie Marczewskiego: udało mu się uchwycić stan, w którym młodzieńcza fascynacja ustępuje miejsca budzącemu się erotyzmowi. Jednak co odróżnia „Weisera” od innych filmów opowiadających o dzieciństwie, to tajemnica granicząca z mistyką. Brzmi pompatycznie, ale w filmie (i powieści) tak jest: Dawid do końca pozostanie postacią enigmatyczną, a okoliczności jego zniknięcia każą myśleć o siłach nadprzyrodzonych.


Z perspektywy ponad dekady dostrzegam, że Marczewski jednak dobrze oddał klimat książki Pawła Huelle. Nie utracił nic z jej poetyckości, zagadkowości i precyzji, rzeczy nieuchwytne bezbłędnie przełożył na język filmu. A że odstępstwa są, cóż, takie prawo reżysera. Dla mnie "Weiser" to jedna z bardziej udanych ekranizacji w naszej kinematografii.


**********************************
 Weiser (2000)
 Scenariusz i reżyseria: Wojciech Marczewski
Zdjęcia: Krzysztof Ptak
Scenografia: Andrzej Kowalczyk
Muzyka: Zbigniew Preisner
Występują: Piotr Fronczewski, Janusz Gajos, Krzysztof Globisz, Krystyna Janda, Juliane Kohler, Marek Kondrat, Teresa Marczewska, Zbigniew Zamachowski

źródło zdjęć: Film Polski

23 komentarze:

  1. Muszę sięgnąć po książkę, bo film oglądany jednym okiem (nie miałam czasu, ale do ekranu ciągnęło mnie straszliwie) pozostawił głęboki niedosyt. Niedopowiedzenia i zagadkowość rozdrażniły, ale i obudziły apetyt na powieść ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też seans skłonił do ponownej lektury.;) Na razie tylko przejrzałam fragmenty, ale planuję przeczytać całość.
      Ale skoro do ekranu ciągnęło, to chyba urok filmu zadziałał?:)

      Usuń
    2. Wydaje mi się, że bardziej zadziałał urok opowieści ;-). Aczkolwiek nie można odmówić ekranizacji hipnotyzującego działania.

      Usuń
    3. Bardzo hipnotyzujące - nie ruszyłam się z fotela nawet na krok, choć w gardle mi zaschło.;) Książka tego uroku też ma sporo, jak zresztą większość prozy Huellego.

      Usuń
  2. zgadzam się! Marczewski wspaniale oddał klimat książki. Bardzo lubię i książkę, i film, nawet napisałam o nich pracę magisterską :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę? A można ją gdzieś przeczytać? Bo chętnie bym się zapoznała.

      Usuń
    2. och, ale ona chyba nie warta jest czytania... najlepiej mi chyba wyszedł fragment, który pisałam w ostatniej chwili, w jeden wieczór własciwie, gdyż, kiedy ja byłam przekonana, że praca jest skończona, i jedyne co będę musiała poprawić to przecinki, to moja promotorka stwierdziła, że fajnie by było jakbym jeszcze wrzuciła analizę filmu Zmory. pisałam i płakałam. ach, to były czasy! ;)
      natomiast polecam artykuł Marka Zalewskiego na temat powiesci Huellego, jest w książce "Formy pamięci"

      Usuń
    3. Ech, co za skromność! "Zmory" pamiętam jak przez mgłę, ale wiem, że mi się podobały. Ciekawy jest ten powtarzający się u Marczewskiego wątek dzieciństwa naznaczonego dramatem.
      Artykuł wyszukam, dzięki za podpowiedź.;)

      Usuń
  3. Ja najpierw obejrzałam film lata temu jak pokazano go w telewizji. Całkowicie mnie urzekł. Dlatego też sięgnęłam po książkę, która była tylko "ok". Historia sama w sobie jest świetna, ale bardziej zadziałało mi na zmysły sposób jaki ukazano to w filmie. No i ta obsada!
    Ciekawa jestem jak inne byłyby moje odczucia gdybym najpierw przeczytała książkę.

    Jeżeli ktoś chce obejrzeć ten film to jest legalnie na YT. Dwa studia filmowe mają umowę z YT i wrzucają na swoje kanały filmy:

    http://www.youtube.com/studiofilmowekadr

    http://www.youtube.com/studiofilmowetor

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Magdaleno, dzięki za linki.
      Moim zdaniem ten film bardzo działa na zmysły i na wyobraźnię. Na mnie w ub. tygodniu tak podziałał, jakbym oglądała go po raz pierwszy.;)
      I tak sobie pomyślałam, że muszę jednak robić dłuższe przerwy między lekturą a adaptacją, dystans jest potrzebny.

      Usuń
  4. Film widziałam już dawno, i mam takie ogólne wrażenie, że to był dobry film :) A książka ciągle leży na półce, taka niedopieszczona i nieprzeczytana. Ale i na nią przyjdzie czas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje ogólne wrażenie było podobne.;)
      Lektura "Weisera Dawidka"" swoją drogą, ale nowa książka Pawła Huelle marzy mi się już od dłuższego czasu.

      Usuń
  5. Powrót do blogożywych okazuje się trudniejszy niż myślałam i nadal nie jestem gotowa na Capote'a, ale post o Weiserze zrozumiałam:)
    Jestem w tej szczęśliwej (nieszczęśliwej?) sytuacji, że ani nie widziałam filmu, ani nie czytałam książki. Z niewiadomych przyczyn Huelle jest dla mnie wielkim nieznanym. Za to znam kilka filmów Marczewskiego i bardzo go za nie lubię - ze szczególnym naciskiem na "Ucieczkę z kina Wolność", na której byłam w kinie ze cztery razy, że nie wspomnę o niezliczonych powtórkach na małym ekranie. Ponieważ jednak nie lubię oglądać filmów przed przeczytaniem książki, "Weiser" chyba jeszcze jakiś czas poczeka, mimo Twojego kuszącego posta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiedziałabym, że jesteś w sytuacji szczęśliwej, bo tyle przyjemności wciąż przed Tobą.;) Nie tylko "Weiser Dawidek", ale i inne książki Huellego. Zachęcam, i to intensywnie, do zawarcia znajomości.;)
      Ja też bardzo lubię i cenię "Ucieczkę z kina Wolność", i też oglądam powtórki.;) Ale "Dreszcze" zrobiły na mnie swego czasu większe wrażenie. Marczewski to niewątpliwie jeden z najlepszych polskich reżyserów.

      Usuń
  6. Odpowiedzi
    1. Widzę, że można zakładać mały fan club "Weisera".;)

      Usuń
  7. Miałam dokładnie, dokładniutko tak samo!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raźniej mi się zrobiło.;) I nie sądziłam, że film ma tylu zwolenników w blogosferze, wydawało mi się, że po premierze został przyjęty niezbyt gorąco?

      Usuń
  8. Też miałem "mieszane uczucia" oglądając film, zresztą nie zdzierżyłem do końca i jakoś potem nie mogłem się zdobyć by dać mu drugą szansę, tak że "Weiser" został dla mnie tylko książką ale z tego co piszesz, wygląda na to, że do trzech, pardon, dwóch razy sztuka :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może być i tak, że film trafił u mnie wreszcie na dobry moment, niemniej gorąco zachęcam Cię do powtórnego seansu. Marczewski to w końcu dobry reżyser.;)

      Usuń
    2. Z X muzy jestem słabiutki, przyznaję ze wstydem, i film oglądałem ze względu na książkę ale skoro mówisz, że jest dobry, to wierzę i pewnie powiem "sprawdzam" :-)

      Usuń
    3. Ja tylko mówię, że podobał się i urzekł, a czy jest dobry, to niech już znawcy kina się wypowiadają.;) Sprawdź, jak najbardziej, nawet, gdybym miała później czytać wyrazy niezadowolenia.;)

      Usuń
    4. "Wyrazy niezadowolenia"?! po Twojej życzliwej rekomendacji?! jakoś tego nie widzę :-)

      Usuń