piątek, 29 marca 2013

Domysły

Zbigniew Herbert

Domysły na temat Barabasza

Co stało się z Barabaszem? Pytałem nikt nie wie
Spuszczony z łańcucha wyszedł na białą ulicę
mógł skręcić w prawo iść naprzód skręcić w lewo
zakręcić się w kółko zapiać radośnie jak kogut
On Imperator własnych rąk i głowy
On Wielkorządca własnego oddechu

Pytam bo w pewien sposób brałem udział w sprawie
Zwabiony tłumem przed pałacem Piłata krzyczałem
tak jak inni uwolnij Barabasza Barabasza
Wołali wszyscy gdybym ja jeden milczał
stałoby się dokładnie tak jak się stać miało

A Barabasz być może wrócił do swej bandy
W górach zabija szybko rabuje rzetelnie
Albo założył warsztat garncarski
I ręce skalane zbrodnią
czyści w glinie stworzenia
Jest nosiwodą poganiaczem mułów lichwiarzem
właścicielem statków - na jednym z nich żeglował Paweł do Koryntian
lub - czego nie można wykluczyć -
stał się cenionym szpiclem na żołdzie Rzymian

Patrzcie i podziwiajcie zawrotną grę losu
o możliwości potencje o uśmiechy fortuny

A Nazareńczyk
został sam
bez alternatywy
ze stromą
ścieżką
krwi


środa, 27 marca 2013

Aniela Dulska - reaktywacja

We wczesnych latach szkolnych Dulska miała dla mnie twarz Aliny Janowskiej, później została zdetronizowana przez Annę Polony. Musiało upłynąć ponad 30 lat, aby pojawiła się godna konkurentka. Owszem, zdarzały się po drodze inne odtwórczynie roli Anieli, niestety były najczęściej marną kopią swoich poprzedniczek. Dużą odmianę wprowadził bez wątpienia telewizyjny spektakl Marcina Wrony.


Drugim zaskoczeniem był pomysł na postać Dulskiej. To już nie jest niechlujnie ubrana megiera, ale dystyngowana pani domu, która swoim zachowaniem przypomina dyrektora zarządzającego przedsiębiorstwem: wciąż wydaje polecenia, podejmuje decyzje, rozlicza innych z wykonania zadań. Wszystko odbywa się szybko i sprawnie, niemal automatycznie, bez chwili odpoczynku – w salonie pani Anieli nawet kawa z kuzynką jest zawoalowanym spotkaniem biznesowym. Nieprzypadkowo chyba dom Dulskich przypomina firmę także swoją pozornie przyjazną atmosferą i luźnymi relacjami pomiędzy członkami rodziny.


Trzecia niespodzianka dotyczy scenerii i kostiumów. W czasach, kiedy dramaty klasyczne (z antycznymi włącznie) dopasowuje się do dzisiejszej rzeczywistości, Wrona postawił na epokę oryginału, dyskretnie podrzucając gadżety z XXI wieku: telewizor, telefon komórkowy, stepper, spryskiwacz do szyb. Pojawiają się stopniowo i, podobnie jak coraz nowocześniejsze stroje bohaterów dramatu, zgrabnie wtapiają się w krakowski salon sprzed wieku. Dopiero w finale zaistnieją en masse, tworząc płynne przejście do współczesności.


W stosunku do poprzednich adaptacja Wrony jest stonowana i wyciszona. Tekst Zapolskiej lekko okrojono i tak np. Felicjanowi (Robert Więckiewicz) pozostawiono do wypowiedzenia tylko jedną, acz znaczącą kwestię. Tu zresztą sporo dzieje się w sferze pozawerbalnej: wymowne spojrzenia, pauzy, powtórzenia tej samej czynności - nie bez powodu u Dulskich ściera się niewidoczne plamy na lustrze. O dramacie Anieli równie wiele co słowa mówi zmieniający się wyraz twarzy Magdaleny Cieleckiej.


W spektaklu nie wszystko przekonuje, głównie za sprawą upływu czasu. Tekst mocno się zestarzał i dawne skandale nie mają obecnie takiej siły rażenia jak sto lat temu. Ewentualne mezalianse nie bulwersują, a brudy coraz częściej pierze się publicznie. Wolę traktować telewizyjną „Moralność…” jako rzecz o rodzinie w ogóle, jej obraz wydaje mi się prawdziwy. Po jednokrotnym obejrzeniu spektakl Wrony uważam za całkiem niezłą adaptację z całkiem dobrą rolą Magdaleny Cieleckiej.


********************************************************
Gabriela Zapolska „Moralność pani Dulskiej”

Reżyseria: Marcin Wrona
Scenografia: Anna Wunderlich
Kostiumy: Aleksandra Staszko, Małgorzata Karpiuk

Obsada: Magdalena Cielecka (Pani Dulska), Robert Więckiewicz (Pan Dulski), Jakub Gierszał (Zbyszko), Jaśmina Polak (Hesia), Zofia Wichłacz (Mela), Dominika Kluźniak (Juliasiewiczowa), Agata Buzek (Lokatorka), Klara Bielawka (Hanka), Maria Maj (Tadrachowa)

Premiera 25.03.2013
Źródło zdjęć i więcej informacji o spektaklu TU.

poniedziałek, 25 marca 2013

Ojciec.p(r)l

To musi być COŚ, mieć idola w rodzicu. Osobę, która imponuje wiedzą, jest alfą i omegą, ostatnią wyrocznią. Nawet jeśli nie potrafi skręcać w lewo podczas jazdy samochodem albo znaleźć miejsca noclegowego późno w nocy w górach.  O wiele ważniejsze są światy, które przed dzieckiem odkrywa ojciec.  Oraz swoboda i zaufanie, którymi potrafi obdarzyć nastolatka.


Tak naprawdę figura ojca posłużyła narratorowi książki za pretekst do opowieści o samym sobie i o tym wszystkim, co go ukształtowało. Z racji wczesnej śmierci matki był to głównie ojciec, z racji urodzenia się pod koniec lat 60-tych – również PRL.  Dojrzewanie głównego bohatera zbiega się z dogorywaniem socjalizmu, i tak jak z hukiem upada system polityczny, tak z hukiem w dorosłe życie wchodzi Wojtek, któremu krótko po maturze rodzi się dziecko. Dwie dekady później dojdzie do kolejnego ważnego „rozjazdu”: Wojtek zacznie podróżować w przeciwnym kierunku niż jego ojciec, aż do momentu zmiany warty. Schorowany, starszy pan zacznie wymagać stałej opieki i kontroli syna, obaj mężczyźni zamienią się rolami.

Książkę Staszewskiego można czytać jako opowieść o różnych obliczach ojcostwa, a co istotne - obliczach niepoddanych retuszowi. O rzeczach przykrych pisze się tu wprost, braki i słabości (także własne) nazywa się po imieniu – bez eufemizmów i dorabiania filozofii.  W rezultacie powstał bardzo ciekawy i prawdziwy portret czterdziestolatka, a przy okazji drobiazgowy obraz epoki, bez której nie byłoby przecież dzisiejszego Wojciecha. Napisany zgrabnie i z pomysłem (choć chwilami zbyt efekciarsko),  „Ojciec.prl” zdecydowanie zasługuje na uwagę.

______________________________________________________

Wojciech Staszewski „Ojciec.prl”, Wyd. Agora, Warszawa, 2012
______________________________________________________




piątek, 22 marca 2013

Nie wszystko złoto

Nie wszystko złoto, co się świeci, nie wszystkie reportaże z serii Czarnego reprezentują dobry poziom. Przykładem „14:57 do Czyty” czyli zbiór tekstów Igora Miecika drukowanych wcześniej w Polityce w latach 2000-2005. Mam poważne wątpliwości, czy one w ogóle zasłużyły na książkowe wydanie, na dodatek w twardej oprawie.


Reportaże Miecika z pewnością mają walor poznawczy. Do najciekawszych zaliczyć można ten o dawnym Domu Rad w Moskwie, o konkursie piękności w kobiecej kolonii karnej i o krasnojarskim gimnazjum żeńskim dla przyszłych dam. Pozostałe teksty to powtórka dobrze znanych i wielokrotnie poruszanych tematów (zatonięcie „Kurska”, atak terrorystyczny w szkole w Biesłanie i teatrze na Dubrowce) oraz rzeczy nowe, ale bez większego znaczenia. W odbiorze książki nie pomaga również przeciętny styl i nie najlepszy warsztat reportera.

Na okładce napisano, że Rosja przeraża, fascynuje i nieustająco zdumiewa. Niestety nie w ujęciu zaprezentowanym na kartach „14:57 do Czyty”. Być może zawinił wybór reportaży, być Miecik ma niewiele do zaproponowania. Dla mnie jego książka to rozczarowanie.

___________________________________________________________________

Igor T. Miecik „14:57 do Czyty. Reportaże z Rosji”, Wyd. Czarne, Wołowiec, 2012
___________________________________________________________________


środa, 20 marca 2013

Literatura i moda

W ubiegłym miesiącu w jednym z ekskluzywnych sklepów odzieżowych na Piątej Alei w Nowym Jorku pojawiły się niezwykłe wystawy. Nowe kolekcje znanych kreatorów mody (m.in. Prady, Balenciagi, Toma Forda) pojawiły się w literackiej scenerii. Każda z pięciu witryn stanowiła ilustrację do znanej powieści. Efekty niecodziennego mariażu literatury z modą wyglądały następująco:

Franz Kafka "Przemiana"


Rudyard Kipling "Księga dżungli"


Charles Dickens "Opowieść o dwóch miastach"


George Orwell "Folwark zwierzęcy"


Marcel Proust "W poszukiwaniu straconego czasu"

Dla mnie rewelacja. A co Państwo na to?


źródło zdjęć

poniedziałek, 18 marca 2013

Wszystko ma swój czas

Tytułowe miasteczko długowieczności to włoskie Campodimele (w rzeczywistości wioska) położone w środkowych Włoszech. Długowieczność i dobre zdrowie mieszkańców nie są chwytem reklamowym - potwierdzone zostały badaniami i zauważone także przez zagranicznych lekarzy. Recepta nie jest zaskakująca: górskie powietrze, spokojny tryb życia i bodaj najważniejsze – odpowiednia dieta. Ta zaś przewiduje: świeże, sezonowe, wolne od chemikaliów owoce i warzywa, niewielką ilość mięsa i ryb oraz proste domowe gotowanie. Proste, prawda?


Lawson dowodzi, że spełnienie powyższych warunków jest możliwe, wymaga jedynie (sic!) pracowitości i dostosowania się do rytmu natury. Okoliczni rolnicy powtarzają, że wszystko ma swój czas i w książce doskonale zostało to pokazane. Styczeń to czas zbioru oliwek i świniobicia, a przy okazji wyrabiania kiełbas. W lutym dojada się dostępne jeszcze rośliny zielone i zajada makaronem, natomiast marzec, z racji zbliżającej się Wielkanocy, pachnie anyżkiem i cynamonem. Kwiecień to już primavera, a więc sezon pierwsze sałaty (np. z bobem lub fasolką) i pierwsze sery z koziego mleka. Będzie czas pieczenia chleba, robienia przetworów, suszenia ziół i winobrania. Będzie czas postu i kulinarnego rozpasania – wszystko w zgodzie z kalendarzem i naturą.

„W miasteczku długowieczności” to lektura wyborna: napisana ze znawstwem i pomysłem, w ciekawy sposób prezentuje miejsce, jego mieszkańców i prostą filozofię życia. Autorka pobudza i wyobraźnię, i kubki smakowe – nie wiadomo, czy najpierw przyrządzić danie według jednego z zamieszczonych w książce przepisów, czy zarezerwować wakacje we Włoszech. Takie książki lubię i chcę czytać.


Bakłażany z czerwoną papryką i ziemniakami (4 porcje)

2 duże bakłażany – najlepiej krótkie i długie
kilka łyżek oliwy extra vergine
1 duża czerwona papryka, oczyszczona z nasion i pokrojona w duże plastry
1 duża żółta cebula, grubo posiekana
2 ząbki czosnku, drobno posiekane
500 ml sosu pomidorowego
suszone oregano
4 duże, twarde ziemniaki pokrojone w równe kawałki
miałka sól morska
garść świeżej natki pietruszki, grubo posiekanej

Przekrój bakłażana wzdłuż na dwie części i każdą przekrój jeszcze na sześć kawałków. Jeśli to konieczne, należy je posolić i pozostawić do odsączenia na sitku. Następnie podgrzej oliwę w dużym, głębokim garnku i powoli przez kilka minut podsmażaj paprykę i cebulę. Wrzuć posiekany czosnek i smaż jeszcze minutę. Dodaj bakłażan, dokładnie wymieszaj i podsmażaj kolejną minutę lub dwie. Dodaj sos pomidorowy, posyp suszonym oregano, doprowadź wszystko do wrzenia i duś przez dziesięć minut. Wrzuć do garnka pokrojone ziemniaki i kilka szczypt soli do smaku; duś na małym ogniu, aż ziemniaki będą miękkie. Podawaj posypane świeżą natką pietruszki lub dużą ilością świeżej bazylii, z dodatkiem świeżego chleba. (str. 231-232)

_________________________________________________________________________________________

Tracey Lawson „W miasteczku długowieczności. Rok przy włoskim stole” tłum. Dobromiła Jankowska, Wyd. Czarne, Wołowiec 2012
_________________________________________________________________________________________


piątek, 15 marca 2013

Klub Czytelniczy (odc. 27) - Szarańcza

Nagle, jakby trąba powietrzna zapuściła korzenie w samym środku miasteczka, zjawiła się kompania bananowa, a w ślad za nią szarańcza. Wymieszana, wrzaskliwa szarańcza, złożona z odpadków ludzkich, resztek z innych miasteczek; plewy wojny domowej, która wydawała się coraz bardziej odległa i nierzeczywista. Szarańcza była bezlitosna. Zatruwała wszystko zbełtaną wonią tłumów, odorem wydzielin skóry i skrytej śmierci. W niespełna rok rozrzuciła po miasteczku zgliszcza wielu wcześniejszych od niej katastrof, rozsiała po ulicach swój zagmatwany bagaż odpadków. A odpady te, błyskawicznie, w oszałamiającym, nieoczekiwanym rytmie burzy, zaczęły oddzielać się, indywidualizować, by to, co było uliczką ograniczoną z jednej strony rzeką, a z drugiej zagrodą dla zmarłych, przemienić z czasem w odrębne, splątane miasteczko, wzniesione z odpadków innych miast.


Pytania na dziś:

1. Jak oceniacie „Szarańczę”? Co stanowi o atrakcyjności tej prozy, a co przeszkadza w odbiorze?

2. Debiut Marqueza to zwykły realizm czy już realizm magiczny?

3. Co do powieści wnosi narracja trzyosobowa?

4. Dlaczego Waszym zdaniem doktor odmówił zajęcia się rannymi? Czy zasłużył na odmowę pochówku?

5. Czy przy założeniu, że tytuł odnosi się do szarańczy ludzkiej, jest on adekwatny do treści? O czym według Was jest ta powieść?

6. Czy chętnie sięgacie po literaturę iberoamerykańską? Czy są książki z tego obszaru kulturowego, które zrobiły na Was szczególne wrażenie?

7. Miejsce na Wasze pytania



Zapraszam do dyskusji.

środa, 13 marca 2013

Czas nazywany Dawniej

Morski chłód przyniósł z sobą całą furę zapachów i trzeba było zamknąć oczy, żeby pojąć tę mieszaninę i ten karnawał zapachów – mango wiszące na gałęziach, jeszcze dobre i zielone, mango już pogryzione przez nietoperze, zielonkawa woń sape-sape, lepki opar niemal obrywających się gujaw, zapach mirtu mieszający się z wonią nieszpułki, zapach kurników i chlewów, harmider papug żako i psów, dwa lub trzy wystrzały z aki, radio, w którym ktoś łapał wiadomości w językach narodowych, a potem zapomniał je wyłączyć, stukot butów osób pędzących do domu lub tylko w poszukiwaniu jakiegokolwiek suchego schronienia, a nawet, jeśli było już późno, odgłosy z piekarni, która mieściła się przy bocznej uliczce i gdzie przez całą noc pracowano, aby nazajutrz do domów tych, którzy całą noc spali, trafił świeży chleb.  To znaczy, chcę powiedzieć, że zapach deszczu to rzecz trudna do wyjaśnienia komuś, kto nie zna dobrze łazienki w domu babci Agnette. (s. 24)



Zapachy. Barwy. Dźwięki. Ruch. Kilka nieskomplikowanych zdań i świat Ondjakiego staje przed oczami czytelnika jak żywy. Biedna nadmorska dzielnica Luandy z jej  skromnymi domkami,  barakami radzieckich żołnierzy, zrębami mauzoleum oraz placem ze stacją benzynową. I naturalnie jej mieszkańcami i bywalcami: wielopokoleniowymi rodzinami, wszędobylskimi dzieciakami, narwanym Pianą Morską, Towarzyszem Sprzedawcą Benzyny, kubańskim doktorem Puk-Puk i towarzyszem Brywieczerowem. W Praia do Bispo wciąż coś się dzieje, tu życie nie zamiera nawet nocą.

Sceneria „Babci 19…” jest dla mnie o wiele ciekawsza niż jej fabuła, z całym sowieckim sekretem włącznie. Ondjaki przywołuje swój dziecięcy mikrokosmos w kształcie nie do końca zgodnym z rzeczywistością, raczej w takim, w jakim chce go pamiętać. Do rangi wielkich wydarzeń urastają epizody z życia okolicy: choroba babci, plan wyburzenia osiedla, tajemnicza misja głównego bohatera i jego przyjaciela, czy wreszcie nieziemsko piękna eksplozja. Małe radości przeplatają się ze wzruszeniami, beztroskę zakłócają pierwsze niepokoje. Książka Ondjakiego to piękny hołd dla dzieciństwa, a przede wszystkim dla dziecięcej niewinności. Za tym można tęsknić.


______________________________________________________________________

Ondjaki „Babcia 19 i sowiecki sekret”, tłum. Michał Lipszyc, Karakter, Kraków, 2013
______________________________________________________________________


poniedziałek, 11 marca 2013

Przy stole z Gabrielem Garcíą Márquezem

Na talerzach leżało mięso i dziczyzna. To wszystko, prawdę mówiąc, jadaliśmy wtedy codziennie, ale podanie tego na porcelanowej zastawie, pośród świeżo wypolerowanych świeczników, wyglądało okazale i znacznie różniło się od tego, do czego byliśmy przyzwyczajeni. Mimo iż moja żona wiedziała, że będziemy mieli jednego tylko gościa, rozstawiła osiem nakryć, a butelka wina na środku była przesadnym dowodem staranności, z jaką przygotowała przyjęcie na cześć człowieka, którego od pierwszej chwili pomyliła z wybitną osobistością wojskową. Nigdy nie wyczuwałem w moim domu atmosfery bardziej naładowanej nierzeczywistością.


Strój Adelajdy mógłby okazać się śmieszny, gdyby nie jej ręce (były rzeczywiście piękne i aż nazbyt białe), które równoważyły swoją autentyczną wytwornością pewien fałsz i zbytnią staranność jej wyglądu. Właśnie kiedy on sprawdzał guzik przy kołnierzyku i zawahał się, ja pospieszyłem powiedzieć: „Moja druga Żona, panie doktorze. Twarz Adelajdy spochmurniała, przybrała posępny wyraz. Nie ruszyła się z miejsca trzymając wyciągniętą rękę, uśmiechnięta, ale już nie tym ceremonialnie rozciągniętym uśmiechem, którym witała nas, gdy wchodziliśmy do salonu. 

Gość stuknął obcasami jak wojskowy, dotknął skroni końcem wyprostowanych palców, następnie ruszył ku niej.

- Bardzo mi miło - powiedział. Ale nie wymienił nazwiska.

Dopiero gdy zobaczyłem, jak uścisnął, potrząsnąwszy mocno, niezręcznie dłoń Adelajdy, zdałem sobie sprawę z wulgarności i pospolitości jego zachowania. Usiadł na drugim końcu stołu, pośród nowych szkieł i świeczników. Jego niedbały wygląd rzucał się w oczy jak plama zupy na obrusie.


 Adelajda nalała wina. Jej początkowe podniecenie zmieniło się w bierną nerwowość, jakby chciała powiedzieć: No, dobrze. Wszystko odbędzie się tak, jak było przewidziane, ale winien mi jesteś wytłumaczenie. I właśnie gdy nalała wina i usiadła przy drugim końcu stołu, podczas gdy Meme podawała zupę, on odchylił się na krześle, oparł dłonie o obrus i uśmiechając się powiedział:

- Niech panienka posłucha, proszę zagotować trochę trawy i proszę mi to podać tak jak zupę.

Meme nie ruszyła się. Spróbowała się uśmiechnąć, ale zrezygnowawszy z tego odwróciła się ku Adelajdzie. Wtedy ona, również z uśmiechem, ale wyraźnie speszona, zapytała go: „Jakiego rodzaju trawę, panie doktorze”. A on swoim ospałym głosem przeżuwającego zwierzęcia:

- Zwyczajną, proszę pani. Taką, jaką jedzą osły.

_____________________________________________________________________________

Gabriel García Márquez "Szarańcza" tłum. Carlos Marrodán Casas, Czytelnik, 1977, s. 72-74
_____________________________________________________________________________

piątek, 8 marca 2013

Kwietniowe spotkanie Klubu Czytelniczego

Propozycja na kwiecień to debiutancka powieść Jeanette Winterson "Nie tylko pomarańcze" (1985 r.). W dużej mierze autobiograficzna, opowiada o dzieciństwie i dojrzewaniu w przybranej rodzinie, a zwłaszcza o skomplikowanych relacjach z wyjątkowo religijną matką. Jest to również opowieść o buncie i wyzwoleniu. Uzupełnieniem tej książki jest niedawno wydana "Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?".


Gorąco zachęcam do lektury - tematyka wydaje się ciekawa, a autorkę zdecydowanie warto znać. "Nie tylko pomarańcze" to zaledwie 189 stron druku.;)

Początek dyskusji 19 kwietnia 2013 r. (piątek)

Zapraszam!

środa, 6 marca 2013

Kolacja dla dwojga à la Julian Barnes

Pewnego razu zaproponował, że ugotuje dla mnie kolacje. Powiedziałam, że bardzo chętnie przyjmę takie zaproszenie. Zjawiłam się w jego mieszkaniu gdzieś około wpół do dziewiątej wieczorem. Wokół unosił się przyjemny aromat pieczeni, na stole były świece – zapalone, pomimo że nie zapadł jeszcze zmrok – a obok nich miska z hinduskimi przysmakami, serwowanymi zazwyczaj na przystawkę. Na ławie, obok sofy, stał wazonik z kwiatami. Stuart miał na sobie spodnie, które zwykle nosił do pracy, zmienił jednak koszulę, a na wierzch włożył kuchenny fartuch. Jego twarz robiła wrażenie przeciętej na pół: dolna część rozpływała się w uśmiechach i zdawała się niezwykle uszczęśliwiona na mój widok, górna – była pełna niepokoju, czy aby na pewno wszystko się uda.


- Rzadko gotuję - oznajmił. - Ale miałem ochotę przyrządzić coś specjalnie dla ciebie.

Jedliśmy łopatkę jagnięcą, groszek z mrożonek i ziemniaki pieczone razem z mięsem. Powiedziałam, że smakują mi ziemniaki.

- Trzeba je najpierw obgotować - zaczął wyjaśniać z powagą - a potem poskrobać po wierzchu widelcem, zrobić w nich dużo delikatnych rowków - wtedy są bardziej chrupiące po upieczeniu.

Coś takiego musiał podpatrzyć u swojej matki. Poza tym mieliśmy do dyspozycji butelkę całkiem dobrego wina i gdy Stuart brał ją do ręki, by napełnić kieliszki, zakrywał dłonią, metkę z ceną, którą zapomniał wcześniej usunąć. Widziałam, że robi to celowo, z zażenowania. Nagle dotarło do niego, że powinien był zdjąć tę cenę. Czy rozumie pan teraz, co mam na myśli, gdy mówię, że naprawdę się bardzo starał?


A potem nie pozwolił, żebym pomogła mu sprzątnąć. Poszedł do kuchni i wrócił z szarlotką Był ciepły, wiosenny wieczór, a te wszystkie potrawy nadawały się raczej na zimowy posiłek, ale to nie miało większego znaczenia. Zjadłam więc kawałek szarlotki, a potem on wstawił wodę na kawę i wyszedł do łazienki. Wstałam, by zanieść talerze po deserze do kuchni. A kiedy je kładłam na blacie, zobaczyłam kartkę papieru opartą o półkę z przyprawami. Wie pan co na niej było? Specjalny harmonogram:

18.00 Obrać ziemniaki
18.10 Rozwałkować ciasto
18.20 Włączyć piekarnik
18.20 Wziąć kąpiel

i tak dalej, w tym duchu, a pod koniec...

20.00 Otworzyć wino
20.15 Sprawdzić stopień zrumienienia ziemniaków
20.20 Wstawić wodę na groszek
20.25 Zapalić świece
20.30 Przychodzi G!!

Pędem ruszyłam w stronę stołu i usiadłam. Drżałam na całym ciele. Miałam wyrzuty sumienia, że przeczytałam tę kartkę, bo wiedziałam, że Stuart na pewno by pomyślał, ze w ten sposób naruszyłam jego prywatność. Ale treść tej notatki utkwiła wyraźnie w mej pamięci. Każdy następny punkt przemawiał do mnie silniej niż poprzedni. 20.25 Zapalić świece. Ależ, Stuarcie, pomyślałam, nie miałabym zupełnie nic przeciwko temu, żebyś je zapalił dopiero po moim przyjściu. A potem słowa: 20.30 Przychodzi G!! Te dwa wykrzykniki naprawdę ścięły mnie z nóg.

Julian Barnes „Pomówmy szczerze…”, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2002, s. 71-72


poniedziałek, 4 marca 2013

On, ona i on, oni

Panie Barnes, nawet Pan nie wie, ile frajdy sprawiła mi Pańska książka. Niby temat oklepany, bo rzecz jest o trójkącie miłosnym, ale te postaci! Stuart – zakompleksiony, nieśmiały trzydziestolatek o umyśle księgowego, jego cudem zdobyta dziewczyna Gillian, której ulubionym słowem jest „praktycyzm” oraz wieloletni przyjaciel tego pierwszego, Oliver – mistrz ciętej riposty, tyleż inteligentny i przystojny, co nieprzewidywalny i uciążliwy.


Powieść „Pomówmy szczerze…” nie jest szczególnie głęboka ani odkrywcza, jest za to błyskotliwa i świetnie napisana. Spotkanie z trójką londyńczyków nie byłoby zapewne tak ekscytujące, gdyby nie udzielono im głosu. Każde wydarzenie jest komentowane przez głównych zainteresowanych, czasem odzywają się też drugoplanowi uczestnicy tragikomedii. I tu zaczyna się zabawa: nie dość, że każda osoba to indywidualność, co daje się odczuć po kilku minutach, to każda ma inny pogląd na sprawę. A skoro za motto powieści posłużyło przysłowie rosyjskie: „Kłamie jak naoczny świadek”, od początku wiadomo, że ustalenie prawdy będzie niemożliwe. Tak czy owak, pysznie się czyta o zawirowaniach miłosnych tej trójki – niegdyś – przyjaciół, po pewnym czasie - nieszczęśników. Śledząc ich podchody, śledztwa i nieczyste zagrania trudno o współczucie, w końcu sami bezustannie komplikują sytuację. Pozostaje tylko cierpliwie czekać, aż szaleństwo sięgnie zenitu jedna ze stron spasuje. Co naturalnie ma miejsce.

Dawno nie czytałam książki tak wciągającej i dowcipnej, oferującej jednocześnie rozrywkę na wysokim poziomie. Świetnie utrzymane tempo, barwne postaci, do tego duża swoboda w operowaniu językiem i wrażenie naturalności – oto główne zalety „Pomówmy szczerze…”. Dwa wieczory spędzone ze Stuartem, Gillian i Oliverem minęły w tempie zawrotnym. Dzięki, panie Barnes!

_________________________________________________________________________________________

Julian Barnes „Pomówmy szczerze…” przeł. Katarzyna Kasterka, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2002
__________________________________________________________________________________________