czwartek, 29 sierpnia 2013

ości

Z „ościami” Karpowicza mam identyczny problem jak z „Balladynami i romansami”: czyta się je z ogromną przyjemnością i zaciekawieniem, od czasu do czasu parskając śmiechem i powtarzając co smakowitsze fragmenty. Niestety po około 200 stronach przychodzi znużenie – najpierw językowymi popisami autora, potem bohaterami. Powieść, owszem, jest świeża i błyskotliwa, jednak ostatecznie nie przekonuje mnie.


Mój największy opór budzą bohaterowie Karpowicza, a dokładniej – nagromadzenie ich neuroz, uprzedzeń i drobnych szaleństw. Prawdziwym kuriozum w tej menażerii jest bezwłosy Norbert czyli umiarkowany rasista, homofob i mizogin w jednym, utrzymujący bliskie stosunki z drag queen pochodzenia wietnamskiego oraz ze starszą od siebie feministką. Inne wyraziste postaci to znerwicowana bezrobotna biolożka optująca za czworokątem małżeńskim i jej rozżalona siostra – wielodzietna ultra-katoliczka, rozważająca rozwód. Jest jeszcze jedna pobożna matka Polka – ta dla odmiany dzielnie znosi homoseksualizm męża, łącznie z przebierankami i kochankiem. Wśród bohaterów nie zabrakło pary homoseksualistów, są również dwaj nastolatkowie, którzy nietypowe zachowania dorosłych przyjmują z niebywałą wyrozumiałością.

W „ościach” rodziny podlegają przeobrażeniom, by powiększyć się o nowych, na pozór niepasujących, członków. O dziwo, te zmodyfikowane układy dobrze funkcjonują - wytwarzają się bliskie więzi oparte na szacunku i dbałości o innych. Szacunek jest specyficzny, ponieważ oznacza między innymi przemilczanie drażliwych tematów. Całość brzmi jak utopia i nadal zastanawiam sie, czy Karpowicz przedstawia przyszłość polskiej rodziny czy tylko opowiada zajmującą historyjkę. Nawet jeśli dać wiarę autorowi, który zarzeka się, że pierwowzory bohaterów prowadzą w rzeczywistości znacznie bardziej skomplikowane życie, wciąż pozostają bardzo szczególnym gronem. Wątpię, czy jego liberalizm jest reprezentatywny dla całego społeczeństwa. I na koniec pytanie: jakie są koszty podobnych transformacji rodzinnych? Bez ofiar przecież się nie obejdzie.

Doceniam starannie przemyślaną konstrukcję „ości”, wyszukany (aczkolwiek dla mnie męczący) styl i ziarno prawdy w spostrzeżeniach Karpowicza, jednak nie opuszcza mnie wrażenie, że jest to książka pisana o kolegach i dla kolegów. Być może ta świadomość spowodowała, że w połowie lektury miałam już szczerze dosyć popapranych bohaterów i najchętniej posłałabym ich do diabła. Zostałby tylko maturzysta Bruno, przytomnością umysłu bijący większość dorosłych na głowę.

______________________________________________________

Ignacy Karpowicz „ości”, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 2013
______________________________________________________

wtorek, 27 sierpnia 2013

Zupa cytrynowa à la Ignacy Karpowicz

Norbert wprowadzał ostatnie korekty ustawienia krzeseł przy stole oraz sztućców i zastawy na lnianym obrusie. (Sam go kupił, przyniósł i wyprasował; ona łaskawie wyraziła wcześniej pewność graniczącą z przypuszczeniem, że obrusy, a już na pewno lniane, zostały prawnie zakazane, podobnie jak symbole faszyzmu i komunizmu. Obrusy nie są równościowe w żadnym tego słowa znaczeniu). Ninel tymczasem zmagała się z zupą cytrynową.

Podstawowy problem kulinarny polegał na braku cytryny czy jej syntetycznego zamiennika. Wolała nie wysyłać kochanka do sklepu, wolała uniknąć kompromitacji: od tak dawna opowiadała o zupie cytrynowej, że nabrała przekonania, iż w lodówce zawsze znajduje się cytryna, a tu proszę, niespodzianka, z mocnym akcentem na pierwszą sylabę. Wybrnęła z kłopotu, dosypując resztkę kwasku cytrynowego, wygrzebanego z samego dna najrzadziej otwieranej szuflady, a do kwasku starła skórkę z pomarańczy, raczej żółtej niż pomarańczowej. Liczyła na światło z bocznych lamp w salonie, słabe i fałszujące kolory; przy odrobinie szczęścia lub taktu nikt z gości nie zorientuje się, że zupa cytrynowa jest cytrusowa. Jak by nie patrzeć, różnica niezbyt istotna: kilka głosek, garstka kubków smakowych i konieczne przesunięcie w pryzmacie.
 Ignacy Karpowicz "Ości", s. 313-314



Zupa cytrynowa może być dobrą propozycją na obecną porę roku, zwłaszcza ta wykonana ze składników naturalnych.;) Przepis jest następujący:

Zupa cytrynowa

Składniki (6 porcji): 3 cytryny, 1 litr wywaru drobiowego, 0,5 litra śmietanki 30 proc. 1/2 szklanki ryżu, czubata łyżka mąki, do smaku: sól, pieprz

Przygotowanie: Wywar drobiowy zagotować. Opłukać ryż i dodać do wywaru. Gotować ok. 15 minut na małym ogniu. Energicznie wymieszać śmietanę z mąką, uważając przy tym, aby nie było grudek. Pod koniec gotowania wywaru dodać śmietanę zagęszczoną mąką i gotować jeszcze 4-5 min. Zdjąć z ognia.

Cytryny porządnie wyszorować. Z jednej obrać skórkę i pokroić w cieniutkie paseczki. Drugą pokroić w cienkie plastry. Trzecią rozciąć na pół. Z obranej i rozciętej wycisnąć sok (usunąć pestki). Do lekko przestudzonego wywaru dodać sok i paski skórki. Wymieszać. Ponownie doprowadzić zupę do wrzenia i zdjąć z ognia. Doprawić solą i pieprzem. Podawać z plasterkami cytryny i świeżym tymiankiem lub miętą.


Gdyby ktoś wolał wersję bardziej sycącą, dobrym rozwiązaniem może być wariant grecki.


piątek, 23 sierpnia 2013

Klub Czytelniczy (odc. 32) - Idealne matki

Przodem szło dwóch przystojnych mężczyzn, nie młodych, lecz jedynie złośliwiec oceniłby, że są w średnim wieku. Jeden utykał. Za nimi podążały dwie równie przystojne kobiety około sześćdziesiątki – ale nikt nie nazwałby ich starszymi paniami. Złożyli torby, zawiniątka i zabawki przy stoliku, który najwyraźniej dobrze znali. Byli eleganccy i promienni, jak to ludzie, którzy potrafią korzystać ze słońca. Usadowili się. Opalone, jedwabiście gładkie nogi kobiet były obute w niewyszukane sandały. Ich kompetentne dłonie chwilowo spoczęły w bezruchu. Kobiety po jednej stronie, mężczyźni po drugiej i kręcące się wokół dziewczynki. Sześć jasnych głów. Z pewnością łączyło ich pokrewieństwo. One musiały być matkami tych mężczyzn, a oni byli ich synami. Dziewczynki, głośno domagające się pójścia na plażę, do której prowadziła skalista ścieżka, usłyszały od babć, a później od ojców, że mają być grzeczne i ładnie się bawić. Przykucnęły więc i zaczęły palcami i patyczkami rysować coś na piasku. Śliczne małe dziewczynki. Nic dziwnego, skoro miały tak przystojnych antenatów.


Pytania do dyskusji:

1. Co łączyło chłopców i ich starsze partnerki: miłość, zauroczenie, seks czy jeszcze coś innego? Czym te związki były dla Roz i Lil, czym dla Iana i Toma?

2. Główne bohaterki i ich młodsi partnerzy uważali swoje związki za szczęśliwe. Jaka była cena tego szczęścia?

3. Lessing uważana jest za feministkę. Jakie są kobiety w jej opowiadaniu? Jacy mężczyźni?

4. Co sugeruje polski tytuł opowiadania tj. „Idealne matki”, a co oryginalny „Babki” (Grandmothers)?

5. Czy autorka poddaje swoich bohaterów ocenie? Jak podoba Wam się styl Lessing? Czy opowiadanie zachęciło Was do przeczytania pozostałych tekstów ze zbioru "Dwie kobiety"?

6. Miejsce na Wasze pytania


Zapraszam do rozmowy.


Podziękowania dla  wydawnictwa Wielka Litera za przekazanie egzemplarzy na potrzeby dyskusji.

środa, 21 sierpnia 2013

Pan profesor i uczennica

Miłość najwyraźniej wciąż dobrze się sprzedaje, skoro polski wydawca powieści Kawakami oryginalny tytuł „Sensei i teczka” (ewentualnie „Teczka Senseia”) zmienił na „Sensei i miłość”. Jeśli się zastanowić, słowo „teczka” nie brzmi zachęcająco i nie budzi ciekawości. Gdyby to była czarna teczka, skojarzenia być może pobiegłyby w stronę sensacji, bliżej nieokreślona teczka żadnych skojarzeń niestety nie wywołuje. Co innego miłość – ocean możliwości.


Ironizuję, bo nie po raz pierwszy zauważam, że „poprawianie” tytułu może książce i pisarzowi zaszkodzić. Z jednej strony takie zmiany wypaczają intencje autora, z drugiej trywializują utwór. Przy okazji pokazują, jak bardzo nie docenia się czytelnika i jego gust. W przypadku powieści Kawakami sytuację dodatkowo pogarsza tendencyjna okładka i komentarz do tytułu (Książka jak lekcja szczęścia). Cóż, miłości i szczęścia tu nie za wiele, bardziej na miejscu byłoby mówić o przyjaźni. Historia opowiada bowiem o rodzącej się zażyłości między emerytowanym nauczycielem a jego dawną, obecnie 37-letnią, uczennicą. Kawakami pokazuje powolny proces docierania się dwóch osobowości: on nie wychodzi z roli belfra, ona z roli niezbyt bystrej uczennicy. Oboje są przy tym tak nieatrakcyjni i niezręczni, że najchętniej zostawiłabym ich w barze, w którym zazwyczaj się spotykają. Jedzą, popijają sake lub piwo, rzucają kilka zdań, a najczęściej milczą. I tak przez dwa lata - nieregularnie, bez umawiania się. Okazuje się, że te niezobowiązujące spotkania mogą doprowadzić do powstania nadzwyczaj bliskiej więzi, mimo istotnych różnic dzielących głównych bohaterów.

Nie mogę powiedzieć, żeby lektura „Senseia i miłości” należała do przyjemnych. Niespieszne tempo, monotonna fabuła i prosty język utworzyły usypiającą mieszankę, która nie pozwalała posuwać się zbyt szybko. A jednak widzę w tym sens, ba! nawet urok. Wszak ani przyjaźń, ani miłość nie rodzi się wśród wybuchów fajerwerków, ale stopniowo i po cichu, w szarej scenerii codzienności. Sądząc po przemianie głównej bohaterki, właśnie w tym powolnym procesie tkwi siła. Dla mnie powieść Kawakami była przede wszystkim lekcją odmiennej kultury, którą przyjmuję z wdzięcznością.

_____________________________________________________________________

Hiromi Kawakami „Sensei i miłość” tłum. Anna Zalewska, W.A.B., Warszawa 2013
_____________________________________________________________________


poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Maszeńka czyli Rosja

Był to pensjonat rosyjski, w dodatku nieprzyjemny. Nieprzyjemne było przede wszystkim to, że przez cały boży dzień i kawał nocy słychać było pociągi kolei miejskiej i wydawało się, że cały dom powoli dokądś jedzie. Przedpokój, gdzie wisiało ciemne lustro z półeczką na rękawiczki i stał dębowy kufer, o który łatwo było uderzyć kolanem, zwężał się, przechodząc w nagi, bardzo ciemny, korytarz. Miał on po każdej stronie trzy pokoje z dużymi czarnymi cyframi naklejonymi na drzwiach. Były to po prostu kartki wydarte ze starego kalendarza – sześć pierwszych dni kwietnia. (s. 11)


Na pozór ot, zwykły opis pensjonatu. A jednak nie do końca. W moim odczuciu to esencja „Maszeńki”, a zarazem dyskretne wprowadzenie kluczowych elementów. W pierwszym zdaniu daje się poznać nabokovowski sarkazm. Drugie i trzecie zdanie wprowadzają istotne dla powieści motywy czyli pociąg i lustro. Natomiast piąte i szóste to z jednej strony symbolika liczby, z drugiej – kolejny żart ze strony autora: przecież nikt nie wymyśliłby tak kuriozalnych oznakowań pokojów.

Pierwsza powieść Nabokova nie olśniewa fabułą. Można nawet uznać, że ta jest wręcz staroświecka i mało porywająca. Do „Maszeńki” potrzeba szkiełka i oka, bo największą satysfakcję z lektury daje czytanie między wierszami i śledzenie tropów podrzucanych przez autora. Od początku narzuca się wątek cienia, który wraz z wątkiem snu, sobowtóra i odbić lustrzanych doskonale podkreśla wewnętrzne rozdarcie głównego bohatera. Uporawszy się z cieniem, zaczynamy zwracać uwagę na liczby, tymczasem już po chwili okazuje się, że i kolory nie są bez znaczenia. I tak jest co chwila.

Na koniec rodzi się pytanie o tytułową Maszeńkę: czy aby na pewno ona jest w powieści najważniejsza? Zważywszy na westchnienia głównego bohatera: Jutro przyjeżdża moja młodość, moja Rosja (s. 114), można przypuszczać, że miłość sprzed lat była jedynie pretekstem. W rzeczywistości jest to opowieść o tęsknocie za ojczyzną i cieniach życia na emigracji. O ciągłej egzystencji „pomiędzy” i wynikającym stąd niespełnieniu. Mistrzowski kamuflaż.

_______________________________________________________________________

Vladimir Nabokov „Maszeńka” tłum. E. Siemaszkiewicz, Wyd. Muza, Warszawa, 2004
_______________________________________________________________________

czwartek, 15 sierpnia 2013

Mrożek

Słucham wspomnień o Mrożku i przypominam sobie własną przygodę z klasykiem. Pierwsze spotkanie, dość nieudane zresztą, miało miejsce w szkole podstawowej przy okazji „Wesela w Atomicach”, później były opowiadania czytane samodzielnie i naturalnie „Tango” omawiane w liceum. Prawdziwe wrażenie zrobiły na mnie dopiero inscenizacje „Kontraktu” i „Portretu” oglądane w stołecznym Teatrze Polskim, były to wówczas ważne wydarzenia kulturalne. Inna rzecz, że pewnie z racji młodego wieku nie wszystko w nich rozumiałam.;(


Po 1989 r. dramaty Mrożka jakby wyblakły i straciły na wymowie, choć w telewizji trafiły się co najmniej dwie znakomite adaptacje, czyli „Emigranci” w reż. Kazimierza Kutza i „Krawiec” Michała Kwiecińskiego. Nowe teksty nie były zbytnio udane, wyjątkiem była  „Miłość na Krymie”, według mnie utwór wysokiej klasy, niestety raczej niedoceniony. Ostatnim olśnieniem była dla mnie mrożkowa korespondencja ze Stanisławem Lemem oraz dziennik – lektury gorzkie, ale w pełni satysfakcjonujące. Rację miał Eustachy Rylski mówiąc, że odszedł jeden z ostatnich inteligentów.


To dziecko po prostu nie da się lubić

Jakkolwiek nie na miejscu, opinia szkolnej pedagog odpowiadała prawdzie: Dziunia nie miała zbyt wielu zwolenników. Swoim przedwczesnym pojawieniem się na świecie skomplikowała życie nastoletniej matce, ledwie dorosłemu (ale nie dojrzałemu) ojcu i dalszej rodzinie. Charakter ma nieciekawy: introwertyczna i oderwana od rzeczywistości, najchętniej stałaby się niewidzialna. Jest też nad wiek inteligentna i przenikliwa, co w połączeniu ze szczerością najczęściej wywołuje u interlokutorów konsternację i niechęć. Doprawdy trudno się do tej dziewczyny przekonać.


Do powieści Anny M. Nowakowskiej można natomiast z łatwością, bo jest napisana gładko i dowcipnie, realia peerelowskiej prowincji wciąż mają swój urok, a nad losem niezbyt rozgarniętej bohaterki czytelnik chętnie się pochyli. Czy coś z tego wynika? Obawiam się, że oprócz przyjemnie spędzonego czasu, niewiele. Zabrakło jasno postawionego problemu, pozostała jedynie zgrabnie napisana opowiastka. Wolę książki zmuszające czytelnika do wysiłku intelektualnego, tymczasem w „Dziuni” wszystko podano mi gotowe na tacy. Przesyt to jednak niezbyt komfortowe odczucie.

__________________________________________________

Anna M. Nowakowska „Dziunia”, Wyd. WAB, Warszawa, 2013
__________________________________________________

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Wrześniowe spotkanie Klubu Czytelniczego

Wychodzi na to, że we wrześniu znowu będziemy rozmawiać o miłości.;) Proponuję powieść Alberto Moravii „Pogarda” (1953), której akcja rozgrywa się w Rzymie w środowisku filmowców. Młody literat, chcąc zaspokoić potrzeby żony, przyjmuje dobrze płatne zlecenie. Nowa praca przyniesie jednak nowe problemy, co mocno odbije się na relacjach małżeńskich głównych bohaterów. Jeśli lubicie dobre powieści psychologiczne, „Pogarda” powinna przypaść Wam do gustu.


Książkę można kupić za jedyne 7,5 zł w tej księgarni.

Początek dyskusji 20 września 2013 r. Zapraszam!



piątek, 9 sierpnia 2013

Berlin

O Dorocie Danielewicz nie wiedziałam nic przed lekturą jej książki o Berlinie, tymczasem już w trakcie czytania miałam wrażenie, że spotykam dobrą znajomą. Jest coś ujmującego w jej sposobie pisania; coś, co pozwala poczuć się swojsko nie tylko w stolicy naszych sąsiadów, ale i w historii autorki. „Berlin” nie jest bowiem przewodnikiem w ścisłym znaczeniu tego słowa, to raczej dość osobista opowieść o mieście, w którym Danielewicz mieszka od ponad 30 lat.


Trafiła tu jako nastolatka krótko przed stanem wojennym i już została. Opowiadając o emigracyjnych początkach w obcym świecie, oprowadza czytelnika po bliskich sobie miejscach, które nie zawsze są tymi najbardziej znanymi. I dobrze, bo dzięki temu można lepiej poznać atmosferę miasta. Na przykład pod kasztanowcami na placu św. Marka, gdzie co roku na festynie odbywają się tańce, w Paris Barze, odwiedzanym niegdyś przez znanych aktorów, albo w Domu Literackim na wykładzie lub spotkaniu autorskim. Literatury jest zresztą sporo w tej książce, jako że Danielewicz zajmuje się nią także zawodowo, i najwyraźniej po prostu ją lubi. Niejednokrotnie pojawi się w jej opowieści Adam Zagajewski, na dłużej zagości Gombrowicz i Kertesz, na pocztówce znad jeziora Wannsee mignie Miłosz i Herling-Grudziński.

Literatura literaturą, ale Berlin byłby zapewne mniej interesujący, gdyby nie jego związki z filmem i muzyką. Przy każdej wzmiance o „Niebie nad Berlinem” Wendersa robiło mi się ciepło na duszy, a tu autorka pisze jeszcze o „Błękitnym Aniele” i „Kabarecie”. Gdzie indziej o znanym studiu nagraniowym, koncertach Tangerine Dream i Nicka Cave’a. To wszystko, wraz z rozdziałami o kluczowych wydarzeniach z życia miasta, o berlińskich znajomych autorki oraz o miejscach, których już nie ma, układa się w fascynującą mozaikę. Nieszablonową, a zarazem urokliwą. Pora pomyśleć o podróży.

P.S. Uwaga do wydawcy: książce przydałaby się staranniejsza korekta - nie wszystkie imiona i nazwiska zostały podane prawidłowo.

________________________________________________________________________________

Dorota Danielewicz „Berlin. Przewodnik po duszy miasta“, Wydawnictwo W.A.B, Warszawa 2013
________________________________________________________________________________

wtorek, 6 sierpnia 2013

Sierpniowy rytuał

Nie mam zbyt wielu nawyków okołoliterackich, ale ten związany z poniższym cytatem jest już właściwie rytuałem. Co roku z końcem lipca sprawdzam w szafie, czy „Sklepy cynamonowe” Schulza są na swoim miejscu i czekam na początek kolejnego miesiąca. A gdy już nastąpi, czytam opowiadanie „Sierpień”. Raz przeczytane podczas upalnego lata, mocno zapadło mi w pamięć i domaga się regularnej powtórki. Więc oto jest, w skromnym fragmencie, całość tutaj.


Adela wracała w świetliste poranki, jak Pomona z ognia dnia rozżagwionego, wysypując z koszyka barwną urodę słońca - lśniące, pełne wody pod przejrzystą skórką czereśnie, tajemnicze, czarne wiśnie, których woń przekraczała to, co ziszczało się w smaku; morele, w których miąższu złotym był rdzeń długich popołudni; a obok tej czystej poezji owoców wyładowywała nabrzmiałe siłą i pożywnością płaty mięsa z klawiaturą żeber cielęcych, wodorosty jarzyn, niby zabite głowonogi i meduzy - surowy materiał obiadu o smaku jeszcze nie uformowanym i jałowym, wegetatywne i telluryczne ingrediencje obiadu o zapachu dzikim i polnym.

Przez ciemne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy w rynku przechodziło co dzień na wskroś całe wielkie lato: cisza drgających słojów powietrznych, kwadraty blasku śniące żarliwy swój sen na podłodze; melodia katarynki, dobyta z najgłębszej złotej żyły dnia; dwa, trzy takty refrenu, granego gdzieś na fortepianie, wciąż na nowo, mdlejące w słońcu na białych trotuarach, zagubione w ogniu dnia głębokiego. Po sprzątaniu Adela zapuszczała cień na pokoje, zasuwając płócienne story. Wtedy barwy schodziły o oktawę głębiej, pokój napełniał się cieniem, jakby pogrążony w światło głębi morskiej, jeszcze mętniej odbity w zielonych zwierciadłach, a cały upał dnia oddychał na storach, lekko falujących od marzeń południowej godziny.

Bruno Schulz "Sierpień" [w zbiorze:]"Sklepy cynamonowe", Wyd. Siedmioróg, Wrocław 1996

sobota, 3 sierpnia 2013

Jak wygrać wojnę

W „Atomowych dziewczynach” najciekawszy okazał się nie wątek kobiecy, ale tajności badań nad bombą atomową w Oak Ridge. I właśnie ten ośrodek założony w 1942 r. w stanie Tennessee jest prawdziwym bohaterem książki Kiernan. W szczytowym okresie tj. w maju 1945 r. zatrudniał ponad 80 tysięcy osób, wśród których znaleźli się przedstawiciele różnych ras, wyznań, klas społecznych i profesji, przy czym – co warte zaznaczenia - większość kadry stanowiły kobiety. Powodzenie projektu w tamtym okresie było dla Amerykanów sprawą kluczową, starano się zatem zrobić wszystko, aby prace nad bombą pozostały ściśle tajne.


Przede wszystkim tylko wąska grupa zatrudnionych w Oak Ridge wiedziała, czym w rzeczywistości zajmuje się ośrodek. Pozostałym mówiono jak najmniej, unikając konkretów, czasem wręcz dezinformując. Wiele wysiłku wkładano w propagandę, cenzurę, inwigilację i zastraszanie pracowników. W miarę potrzeby odwoływano się do poczucia patriotyzmu (każdy obywatel chce mieć udział w wygraniu wojny) lub po prostu oskarżano o antyamerykańskość (kto nie wykonuje swoich obowiązków, pomaga w istocie wrogowi). Te działania o kapitalnym znaczeniu dla wysiłku wojennego (s. 105) odniosły skutek: ludzie robili, co im kazano, bez zadawania pytań. Zupełnie jak dobrze wyszkolona armia.

ośrodek w Oak Ridge (źródło zdjęcia)

Wysiłek naturalnie nie poszedł na marne, zwieńczeniem badań były ataki atomowe na Hiroshimę i Nagasaki w sierpniu 1945 r. Dopiero wówczas prawda o przedmiocie prac w Oak Ridge została upubliczniona. Ciekawe byłoby dowiedzieć się więcej, co na ten temat uważali pracownicy i czy podobnie jak prezydent USA Harry Truman byli przekonani, że energia atomowa może pomóc w utrzymaniu pokoju na świecie (sic!). O tym niestety Kiernan niewiele pisze, ale domyślam się, że podobne pytania mogą być dla Amerykanów niewygodne. Tak czy owak, książka jest ciekawa, przy czym wątek tytułowy wypadł moim zdaniem najsłabiej. Fabularyzacja rozdziałów o poszczególnych bohaterkach wnosi do opowieści naiwny chwilami ton, który zbyt mocno kontrastuje z pozostałymi, fachowymi, rozdziałami.

______________________________________________________________

Denise Kiernan „Dziewczyny atomowe” tłum. M. Gądek, Wyd. Otwarte, 2013
______________________________________________________________

czwartek, 1 sierpnia 2013

Świrszczyńska

Anna Świrszczyńska

Czternastoletnia sanitariuszka myśli zasypiając

Żeby wszystkie kule na świecie
trafiły we mnie,
toby już nie mogły trafić w nikogo.

I żebym umarła tyle razy,
ile jest ludzi na świecie,
żeby oni nie musieli już umierać,
nawet Niemcy.

I żeby ludzie wcale nie wiedzieli,
że ja umarłam za nich,
żeby nie było im smutno.

***

Budując barykadę

Baliśmy się budując pod ostrzałem
barykadę

Knajpiarz, kochanka jubilera, fryzjer,
wszystko tchórze.
Upadła na ziemię służąca
dźwigając kamień z bruku, baliśmy się bardzo,
wszystko tchórze -
dozorca, straganiarka, emeryt.

Upadł na ziemię aptekarz
wlokąc drzwi od ubikacji,
baliśmy się jeszcze bardziej, szmuglerka,
krawcowa, tramwajarz,
wszystko tchórze.

Upadł chłopak z poprawczaka
wlokąc worek z piaskiem,
więc baliśmy się
naprawdę.

Choć nikt nas nie zmuszał,
zbudowaliśmy barykadę
pod ostrzałem.

***

Po pijanemu

Po pijanemu
wlazł na barykadę pod ostrzałem.
Szedł, zataczał się,
krzyczał: Jeszcze Polska.

Trafili go
w połowie drogi.
Czterech klnąc czołgało się na brzuchu,
wlekli ciało
pod ostrzałem.

Powiedzieli matce:
zginął jak bohater