poniedziałek, 30 września 2013

O rozstaniu i małżeństwie

Zamiłowanie Rachel Cusk do metafor i porównań doprowadza mnie do szału. W „Arlington Park” spasowałam krótko po chmurach nadchodzących jak maszyny, jak rozkwitające na rozgwieżdżonym niebie czarne kwiaty (s. 7), w „Wariacjach na temat rodziny Bradshaw” było już znacznie lepiej, ale bez zgrzytów się nie obeszło. W przypadku „Po. O małżeństwie i rozstaniu” kreatywność autorki sięgnęła zenitu i tak na przykład o opis skomplikowanej ekstrakcji zęba ciągnie się przez sześć stron, historia tortu pieczonego na ważną uroczystość rodzinną – podobnie. Nie uważam, aby pisanie o cierpieniach związanych z rozpadem małżeństwa wymagało aż tak finezyjnego kamuflażu. Osobiście wolałabym konkrety, ale najwyraźniej Cusk preferuje kwiecisty styl.


Przymykając oko na styl, otrzymujemy zapis emocji autorki w okresie po rozstaniu z mężem oraz próbę wytłumaczenia sobie powodów zaistniałej sytuacji. Czyni to bardzo pokrętnie, a przynajmniej taka jest jej relacja ze staniu „po”. Analizuje swoją rolę matki i żony, przygląda się małżeństwom swoich rodziców i dziadków, rozbiera na czynniki pierwsze historię Agamemnona i Klitajmestry. Korzysta również z pomocy terapeuty, od którego nie życzy sobie usłyszeć, że za dużo myśli (s. 123). Tu w moim odczuciu Cusk odsłoniła swoją piętę achillesową - ona naprawdę zbyt intensywnie drąży problemy, drepcząc wciąż w kółko i nie znajdując sposobu na wyjście z impasu. I o tym właściwie jest książka o bezsilności i bezradności.


„Po. O małżeństwie i rozstaniu” nie jest dla mnie udaną książką. O wiele ciekawszy jest według mnie wywiad z autorką zamieszczony w sierpniowych Wysokich Obcasach (nr 35/2013 z 31.08.20130). Cusk wreszcie operuje konkretami i pozwala czytelnikowi lepiej zrozumieć sytuację. Z niektórymi stwierdzeniami trudno mi się zgodzić, na przykład z tymi, że:

(... ) w momencie, w którym zawierasz małżeństwo, przestajesz istnieć. Nie ma jakiegoś ja, jest tylko ta nowa, wspólna tożsamość i nie można, ot tak, któregoś dnia tego procesu cofnąć.

oraz:

(...) jeśli wstępujesz w związek małżeński jako feministka, to jest to wejście bez wyjścia. Wchodzisz i udajesz, że jesteś nadal feministką, ale tak naprawdę nie ma możliwości na pozostanie feministką w małżeństwie.

OK, mogę zaakceptować takie poglądy. Dziwię się natomiast wówczas, gdy pisarka stwierdza, że mimo upływu ponad trzech lat od rozstania z mężem nie jest mądrzejsza ani na jotę i nie potrafi określić, dlaczego właściwie chciała się z nim rozstać. Zważywszy na wysiłek włożony w przepracowanie problemu oraz wiek Cusk (46 lat), dziwię się nawet bardzo. W rezultacie nie pozostaje mi nic innego, jak uznać lekturę książki i wywiadu za spotkanie z ciekawym, bo zupełnie odmiennym ode mnie, człowiekiem. Od dalszych kontaktów raczej się wstrzymam.


______________________________________________________________________________________

Rachel Cusk „Po. O małżeństwie i rozstaniu”, przeł. Agnieszka Pokojska, Wyd. Czarne, Wołowiec 2013
_______________________________________________________________________________________



czwartek, 26 września 2013

Bez książek i teatru

W dzisiejszej "Rzeczpospolitej" na pierwszej stronie ukazał się artykuł Joanny Ćwiek na temat „kulturalnych” wydatków Polaków. Według raportu GUS w 2012 r. każdy obywatel wydał średnio 428,28 zł na tzw. kulturę, przy czym lwią część tych wydatków pochłonęły abonamenty za internet i telewizje kablowe. Na prasę, książki, kino i teatr przeznaczono kilkakrotnie mniejsze kwoty. Szczegóły na zestawieniu poniżej.


Co prawda wydaliśmy o 5,6% więcej niż w latach poprzednich, ale nie jest dobrze. Jak wynika z badań, taki stan rzeczy spowodowany jest brakiem zainteresowania kulturą (ponad połowa ankietowanych) i/lub brakiem środków finansowych.



wtorek, 24 września 2013

Pora umierać

Oglądając niedawno „Romea i Julię” w stołecznym Teatrze Powszechnym, kilkakrotnie pomyślałam: pora umierać. Nie ma co ukrywać – latka lecą, z upływem czasu zmieniają się upodobania i sposób postrzegania świata. I tak zamiast współczuć nieszczęśliwie zakochanym nastolatkom, najchętniej wlepiłabym obojgu parę klapów na goły tyłek. Bo cóż to za nieznośna parka: nabuzowany hormonami i używkami Romeo rozbija się w mieście z koleżkami, zblazowana Julia błąka się z kolei po domu bez ładu i składu. Nic, tylko ręce załamać. Patrzyłam, słuchałam i marzyłam tylko o tym, żeby wreszcie zażyli stosowną miksturę i można było pójść do domu.


Moje wrażenia z teatru są naturalnie bardzo subiektywne, dyktowane najwyraźniej postępującym procesem starzenia się.;) „Romeo i Julia” należy do typu historii, które należy poznawać w młodym wieku, kiedy jest się jeszcze idealistą i łatwiej o identyfikację z głównymi bohaterami. Być może dlatego akurat ten dramat Szekspira od lat podświadomie omijałam – ostatnią oglądaną przez mnie adaptacją był film Baza Luhrmanna z Leonardo di Caprio i Claire Danes, którego premiera miała miejsce w 1996 r. Co mnie zatem skłoniło do obejrzenia inscenizacji w reż. Grażyny Kani? Krótko mówiąc - obrazki.;)


Scenografia Stephana Testi przyciągała uwagę na fotografiach promujących spektakl, robiła też duże wrażenie w teatrze. Urzekła mnie sceniczna monochromatyczność i minimalizm skontrastowane z ogromnym, kiczowatym neonem LOVE. Niezłym pomysłem było usadowienie wszystkich bohaterów na długiej kanapie (wykorzystywanej również jako balkon) i poniekąd zmuszenie do uczestniczenia, choćby niemego, w wydarzeniach. Dalej było różnie. O ile Romeo (Jacek Beler) mógłby dzisiaj być rozrabiaką lubującym się w alkoholu i narkotykach, Julia (Maria Katarzyna Zielińska) znudzoną pannicą, niania (Eliza Borowska) kochanką pana domu, a ojciec Laurenty (Jacek Braciak) fanem marihuany, niezbyt przekonała mnie katalepsja pani Montecchi (Maria Robaszkiewicz) czy sponiewieranie pani Capuletti (Anna Moskal) – za dużo tu nadinterpretacji. Podobało mi się natomiast obsadzenie Aleksandry Bożek w roli Tybalta, co dodało tej postaci intrygującej niejednoznaczności. Co do nadmiaru krzyku i obscenicznych epizodów mam wątpliwości, ale przyjmuję, że prowadzenie postaci „po bandzie” było zamierzonym działaniem reżyserki.


Abstrahując od mojego utyskiwania we wstępie, trzeba przyznać, że „Romeo i Julia” odczytani jako dramat (o) śmierci w wersji Grażyny Kani układają się w dość spójną całość. Z jednej strony oglądamy mit kochanków z Werony pozbawiony romantycznego lukru, wręcz sprowadzony do bardzo gorzkiej wizji, z drugiej mocno daje się odczuć dążenie bohaterów do zatracenia i autodestrukcji. Pesymistycznej atmosfery nie odmienią ani dowcipne, ani wibrujące ruchem i światłem epizody, uwypuklą co najwyżej ponury stan rzeczy. Interpretacja interesująca i mimo pewnych zastrzeżeń do przyjęcia, co niestety nie ulżyło mojemu znużeniu podczas oglądania spektaklu.Podsumowując - nie było najgorzej.


*******************************************************************************************
William Szekspir “Romeo i Julia” w przekładzie Stanisława Barańczaka

Teatr Powszechny w Warszawie

adaptacja i reżyseria Grażyna Kania
scenografia Stephan Testi
kostiumy Martyna Kander
muzyka Jan Duszyński

występują: Jacek Beler (Romeo), Katarzyna Maria Zielińska (Julia), Kazimierz Kaczor (Pan Capuletti), Maria Robaszkiewicz (Pani Capuletti), Mariusz Benoit (Pan Montecchi), Anna Moskal (Pani Montecchi), Sławomir Pacek (Merkucjo), Michał Sitarski (Benvolio), Aleksandra Bożek (Tybalt), Elżbieta Borowska (Marta), Jacek Braciak (Ojciec Laurenty), Mariusz Wojciechowski (Parys), Andrzej Mastalerz (głos Księcia)

premiera 31 maja 2013 roku

zdjęcia pochodzą ze strony Teatru




piątek, 20 września 2013

Klub Czytelniczy (odc. 33) - Pogarda

O ile bardzo łatwo mi jest określić dokładnie początek mojej kariery jako scenarzysty, o tyle trudno byłoby mi powiedzieć, w jakim momencie zaczęły się psuć moje stosunki z żoną. Mógłbym oczywiście stwierdzić, że stało się to właśnie owego wieczoru, lecz do tego wniosku doszedłem dopiero później, ponieważ jeszcze przez pewien czas Emilia nie okazywała żadnych zmian w stosunku do mnie. (str. 10)


Pytania do dyskusji:

1. Czyje racje w konflikcie małżeńskim głównych bohaterów przekonują Was bardziej: Riccarda czy Emilii? Co według Was było przyczyną rozpadu ich związku?

2. Jak Emilia scharakteryzowałaby męża, gdyby to ona opisywała historię swojego małżeństwa? Czy tytuł powieści uległby zmianie?

3. Riccardo i Rheingold odmiennie odczytują mit Odysa i Penelopy. Która z interpretacji jest Wam bliższa?

4. Według Rheingolda psychologia to wszystko, bez psychologii nie ma historii (s. 167). Zgadzacie się z   tym? Czy Moravia skutecznie zastosował się do tego poglądu w „Pogardzie”?

5. Czy powieść Moravii jest dzisiaj atrakcyjną lekturą? Dlaczego?

6. Wasze pytania


Zapraszam do rozmowy.

wtorek, 17 września 2013

Na japońskiej prowincji

Trzydzieści lat to prawdopodobnie wystarczająco dużo, aby zaadaptować się w nowym kraju. Nawet jeśli jest tak egzotyczny jak Japonia. Amerykance Rebecce Otawa ta sztuka najwyraźniej się udała, choć sama daleka jest od hurraoptymizmu. Jej książka „W Japonii czyli w domu” świadczy o głębokim zrozumieniu i szacunku dla odmiennej kultury, świadczy też o czymś jeszcze – o dużej pokorze.


Autorka krok po kroku oprowadza czytelnika po swoim domu i sąsiedztwie, i nawet jeśli zagląda w mało spektakularne miejsca, są one zawsze atrakcyjne ze względu na swoją inność. Niemal na każdym kroku uderza przywiązanie do hierarchii i rytuałów – obojętne, czy jest to ustalanie kolejności domowników do kąpieli, wymiana prezentów czy picie herbaty. Otawa pisze, że powtarzane formułki i czynności są rodzajem medytacji, wskazuje też na ich głębszy sens: Forma, czyli przyjęty sposób robienia rzeczy, ma dla wszystkich Japończyków wielkie znaczenie psychologiczne. Forma wspiera relacje społeczne i zapewnia społeczeństwu gładkie funkcjonowanie. (s. 178)

Dla mnie to jedno z ciekawszych zagadnień poruszonych w książce, ściśle powiązanym z kwestią edukacji. W przeciwieństwie do krajów zachodnich, gdzie szkoły nastawione są na przekazywanie uczniom wiedzy, w Japonii kładzie się nacisk na socjalizację, co oznacza kształtowanie uległych i użytecznych członków grupy. Autorka wyjaśnia, że społeczeństwo jest w Japonii źródłem wszelkiego dobra, o ile członkowie przestrzegają reguł społecznych i nigdy nie kwestionują autorytetu grupy. (s. 140) Podobne podejście w naszej kulturze jest w zasadzie nie do przyjęcia, ponieważ prowadzi do uniformizacji. Z drugiej strony trudno nie zauważyć, że owo posłuszeństwo stanowi kręgosłup japońskiego narodu.

„W Japonii czyli w domu” porusza naturalnie znacznie więcej tematów niż te wybrane przeze mnie. Jest niezwykle cenną lekturą ze względu na osobę autorki: trzydziestoletnie doświadczenie dało jej wgląd w sprawy, z którymi być może nie zetkną się inni cudzoziemcy, również ci przyjeżdżający do Japonii na kilka lat. Książka Otawy jest według mnie świetnym uzupełnieniem innych publikacji o Kraju Kwitnącej Wiśni dostępnych na polskim rynku.

_________________________________________________________________________________________

Rebecca Otawa „W Japonii czyli w domu. Amerykanka w Kraju Kwitnącej Wiśni” tłum. Iwona Kordzińska-Nawrocka, Świat Książki, Warszawa, 2013
_________________________________________________________________________________________


sobota, 14 września 2013

Październikowe spotkanie Klubu Czytelniczego

Lekturą października będzie „Awans” Edwarda Redlińskiego czyli satyra na polską wieś doby przemian społeczno-obyczajowych. Powieść osadzona jest na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku i opowiada o młodym nauczycielu, który wraca w rodzinne strony z zamiarem unowocześnienia wiejskiego życia. W 1975 r. książkę zekranizował Janusz Zaorski.


Ponieważ autor wprowadził znaczące zmiany do powieści, należy unikać pierwszego wydania z 1974 r. (podziękowania za Zacofanego w lekturze za czujność). Zapraszam do wspólnej lektury - "Awans" zapowiada się bardzo przyjemnie.;) Objętość książki to ok. 140 stron.

Początek dyskusji – 18 października 2013 r.


środa, 11 września 2013

Ciekawsze od fikcji

W młodości tworzyłem najważniejsze pismo naszego pokolenia, czyli „Po prostu”, zaraz potem przez wiele lat w „Polityce” kształtowałem opinię publiczną w stronę pragmatycznego liberalizmu. W latach 80. tworzyłem historię, w kapitalistycznej Polsce dorobiłem się majątku. Pełnia szczęścia. (s. 24)


Człowiek o mało chlubnej przeszłości i niepopularnych sądach, za to o fascynującym życiorysie, dużej inteligencji i konsekwencji – tak w skrócie można scharakteryzować Jerzego Urbana. Gdyby wymyślił go literat i umiejętnie opisał w powieści, książka prawdopodobnie trafiłaby na listę bestsellerów, bowiem już sam wywiad z dawnym rzecznikiem prasowym rządu jest nadzwyczaj wciągającą lekturą. Nawet dla mnie, której główny bohater kojarzy się od dziecka głównie negatywnie.

W opowieści Urbana najciekawsze jest jego dzieciństwo i wczesna młodość: dorastanie w bogatej rodzinie o żydowskich korzeniach, wojenna tułaczka i młodzieńcze zaczadzenie determinizmem historycznym. Zaskakuje fakt, że osoba parająca się redagowaniem tekstów ma w rzeczywistości ogromne braki w wykształceniu z powodu chronicznej niechęci do nauki. Potrzeba dużej błyskotliwości (i grubej skóry), aby przez lata współtworzyć opiniotwórcze tygodniki, przetrwać niełaskę decydentów, być tubą znienawidzonej władzy, a na koniec z powodzeniem odnaleźć się w nowym ustroju. Z jednej strony pachnie to makiawelizmem (zwłaszcza okres współpracy z Jaruzelskim), z drugiej nie sposób odmówić Urbanowi trzeźwej oceny sytuacji i konsekwencji.

Wywiad byłby zapewne mniej ciekawy, gdyby nie dociekliwość Marty Stremeckiej, która chwilami nie kryje niedowierzania i zadaje niewygodne pytania. I o ile jej rozmówca ze swadą tłumaczy kontrowersyjne posunięcia, można odnieść wrażenie, że po prostu kluczy. Tak czy inaczej, historia Urbana jest ciekawsza od niejednej powieści osadzonej w PRL-u. Obok znanych polityków pojawiają się w niej znani dziennikarze i artyści, nierzadko w nowym świetle. Naturalnie Urban opisuje zaledwie wycinek rzeczywistości, na dodatek ze szczególnej perspektywy, ale jak to się czyta!

___________________________________________________________________________________

Jerzy Urban. O swoim życiu rozmawia z Martą Stremecką, Wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa, 2013
___________________________________________________________________________________