wtorek, 1 kwietnia 2014

To nie żart

Ponad rok temu (dokładnie 12 marca 2013 r.) Jerzy Pilch ze swadą donosił o próbach radzenia sobie z techniczną stroną pisania w obliczu postępującej choroby:

   Tak, wiem: została szlachetna sztuka dyktowania. To znaczy spośród (jak mnie zapewniają nałogowi optymiści) niesłychanej liczby przenajrozmaitszych substytutów pisania pozostało dyktowanie. Notabene tych zastępczych myków (np. pisanie oddechem za pośrednictwem komputera podobnego do organków albo bezpośrednie odczytywanie zdań z mózgu przez superczułą prześwietlarkę, która jest zarazem drukarką, etc., etc.) jest podobno tyle, że aż wstyd się przyznawać do klawiatur czy ołówków.
[…]
   Brnę w wykopaliska i biorę pod uwagę wyłącznie dyktowanie. Dyktowanie, ma się rozumieć, prosto z głowy. Z rękopisów, owszem, nieraz się dyktowało, ale czymże ja teraz napiszę rękopis? (Ileż swoją drogą mnie kosztu je, by z całą prostotą nie powiedzieć czym).
   Z głowy. Dyktować z głowy. Boże mój, ilekroć taki wariant sobie wyobrażałem, byłem pewien, że to przyjdzie na łożu śmierci tuż przed agonią. Pościel czarna, pot lodowaty, rysy trupio wyostrzone, skóra twarzy niczym pożółkły pergamin, a on pobielałymi usty coraz niewyraźniej, ale wciąż jeszcze dyktował. Jedno co się zgadza, to „coraz niewyraźniej”. Reszta? Albo do przedśmiertnego dyktowania daleko, albo wszystko jest przedśmiertnym dyktowaniem. Z łożem śmierci tak samo. Owszem, nielekko, owszem, krucho, ale zarazem wciąż nie ma podstawowej czynności, o której z całkowitą pewnością dałoby się powiedzieć, że zmarła. Dyktowanie dopiero ma się narodzić, więc o czym mowa.
   Tak czy tak po wstają liczne kwestie, pytań rodzi się mnóstwo, do finału przechodzą trzy:
   Co mianowicie dyktować? Jak? I komu?
   Co przyjdzie do głowy – na pierwsze pytanie nie ma lepszej odpowiedzi. Jak? Głośno, wyraźnie miarkując, choćby minimalnie, kabotynizm i samozachwyt. Komu? Boże mój, komu? Wiedziałem i czułem, że to nie będzie akcja z płatka, nie przypuszczałem, że aż tak nie. Proponowałem, pytałem, sondowałem. Oczywiście, jak ognia unikałem fundamentalistek, które entuzjastycznie przystawszy, nie dałyby się nawet tonami trotylu ruszyć z miejsca. O nich zapomnijmy. Tłumów te męczennice nie tworzą. Chodzi o najzwyczajniejszą w świecie asystentkę – w tych czasach fach popularny. Nie kręcę: sprawdziłem. Znacie mnie – nie mogłem nie sprawdzić. W każdych warunkach bym sprawdzał; nawet jakbym miał do końca życia nikomu linijki nie podyktować – stan, liczbę i dyspozycję sił ewentualnie spisujących moje dyktowa nie sprawdzić musiałem.


  Samobójczo nie wyszło – wyszło odrobinę lepiej. Przepisuję wybór najciekawszych i najcharakterystyczniejszych fiask – odpowiedzi oryginalne – czasem w nieuniknionej wersji ocenzurowanej. Niektóre kwestie powtarzały się parę razy, rzecz bez znaczenia. Indagowałem osoby mi znane, nikogo nie wikłałem w serdeczne kurtuazje i zarazem nikomu nie musiałem za obficie tłumaczyć, dla czego poszukuję kogoś, ko mu mógłbym dyktować.
    Spróbuje pani?
A: – Nie mam czasu.
B: – Najnowszy pomysł? Słaby.
C: – Staczasz się.
D: – Nie byłam w stanie czytać tych twoich dyrdymałów, teraz bym to miała przepisywać?
E: – Bóg ci dał znak, żebyś za przestał... Nie rozumiesz tego?
F: – Dyktuje, dyktuje, a rączki latają...
G: – Pięć lat temu po porannym szale miłosnym włożyłeś spodnie i przepadłeś bez śladu, i teraz jak gdyby nigdy nic przychodzisz i proponujesz mi dyktowanie? Zaskoczę cię: w pierwszej chwili byłam gotowa powiedzieć: tak. Jak słowo daję, byłam gotowa powiedzieć: tak... Ale, Jerzyku... Ty masz te same spodnie...
H: – Dalej cię kocham, ale on jest taki dobry.
I: – I tylko tego pan po mnie oczekuje?
J: – Napij się, chłopino.
K: – A niechże ci prze pisuje A, B, C, D i która tam jeszcze...
L: – Przepisywać to ja bym mogła, ale Dehnelowi.
Ł: – Godziwa, he, he, pensja plus stuprocentowy dodatek za pracę w warunkach szczególnie szkodliwych dla zdrowia i jazda z tym, he, he, he, azbestem.
M: – Nie wiedziałam, że piszesz... 
 Jerzy Pilch "Drugi dziennik", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013 



24 komentarze:

  1. "Przepisywać to ja bym mogła, ale Dehnelowi." musiało zaboleć bardziej niż wzmianka o spodniach i cała reszta :) Podczytywałem pierwszy dziennik, ale z nieznanych mi dziś powodów, przestałem. Może pora wrócić? :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że zapis z castingu jest nieco podrasowany, niemniej większość uwag raczej bolesna.
      Ja z kolei pierwszego Dziennika nie czytałam, wystarczyły mi fragmenty czytane (cudnie;) przez Ferencego w PR2. Przyjdzie nadrobić zaległości.

      Usuń
    2. Nie wiem, jak Pilch, ale dziennik Białoszewskiego wciąga jak bagno, oderwać się nie można, a chciałem tylko przekartkować:P Nienawidzę pisać pod dyktando, nie dziwi mnie umiarkowany entuzjazm kandydatek :)

      Usuń
    3. Pilch wciąga, choć ma też mniej interesujące (przynajmniej dla mnie) fragmenty, na szczęście można je czytać dla samej frazy.;)
      Nie lubię czynności pisania, zwłaszcza dłuższych tekstów, ale w przypadku Pilcha pięć razy bym się zastanowiła nad ofertą.;)

      Usuń
    4. Może to ogłoszenie jeszcze aktualne :)

      Usuń
    5. Nie wiem, czy Patrycja (bezszmer) mnie nie wyprzedziła.;)

      Usuń
    6. Możecie pracować na dwie zmiany :)

      Usuń
    7. A wiesz, że to świetny pomysł?:) Inaczej palce by mi odpadły.;(

      Usuń
    8. Prędzej Pilchowi język, ile można dyktować :P

      Usuń
    9. Może musi robić przerwy dla zebrania myśli? Bo chyba nie tworzy jak Białoszewski, czyli dyktuje przez kilka godzin gotowy tekst i potem udaje, że to "dziennik".;)

      Usuń
    10. Teraz podobno pracuje nad "Autobiografią", więc może być łatwiej ze zbieraniem myśli.;)

      Usuń
    11. Łatwiej? Wymyślić, kogo pominąć, kogo obsmarować, co zataić, co dopisać, co pokolorować? Katorżnicza praca :)

      Usuń
    12. Zawsze może powiedzieć, że skoro to autobiografia innym nic do niej.;)

      Usuń
    13. No owszem, taką możliwość zawsze ma:)

      Usuń
    14. Zresztą znając Pilcha, to i tak będzie głównie fikcja literacka.;)

      Usuń
  2. a ja nawet myslałam się zgłosić... może jeszcze nic straconego, może jeszcze jest czas ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kto wie, może.;) To by była prawdziwa fucha.;)

      Usuń
  3. Poszukiwana jest asystentka, więc moje zgłoszenie raczej nie będzie rozpatrzone :) To dziwne, ale z Pilchem jeszcze w ogóle nie miałem do czynienia, ani z jego powieściami, ani z dziennikiem. Chyba najwyższa pora, żeby nawiązać nową znajomość :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obawiam się, że faktycznie Pilch wolałby asystentkę.;)
      Nie czytać absolutnie nic Pilcha - to wprost niemożliwe.;)

      Usuń
  4. Lubię udowadniać, że nie ma rzeczy niemożliwych :) Kilka razy miałem w rękach książkę "Marsz Polonia", ale za każdym razem wychodziłem ze składnicy taniej książki z inną lekturą, która po pobieżnych studiach okazywała się bardziej przekonująca :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu się nie dziwię, "Marsz..." moim zdaniem to średnio udane dzieło Pilcha, wierzę, że w składnicy były lepsze książki.;)

      Usuń