środa, 8 kwietnia 2015

Co czytał Ernest Hemingway

Od czasu, kiedy znalazłem księgarnię Sylwii Beach, przeczytałem całego Turgieniewa, to co wydano po angielsku z Gogola, przekłady Constance Garnett z Tołstoja i angielskie tłumaczenia Czechowa. W Toronto, jeszcze zanim przyjechaliśmy do Paryża, mówiono mi, że Katherine Mansfield jest autorką dobrych opowiadań, nawet świetnych opowiadań, ale próba czytania jej po Czechowie była jak słuchanie wymyślnie sztucznych opowieści młodej starej panny w porównaniu do opowiadań wymownego i świadomego rzeczy lekarza, który był dobrym i prostym pisarzem. Mansfield była jak cienkie piwo. Lepiej pić wodę. Natomiast Czechow nie był wodą, chyba pod względem klarowności. Niektóre opowiadania wydawały się tylko dziennikarstwem. Ale były też i wspaniałe.

Ernest Hemingway w Paryżu w 1924 r. (źródło zdjęcia)

U Dostojewskiego były rzeczy wiarygodne i rzeczy nie do wiary, ale niektóre tak prawdziwe, że odmieniały człowieka, kiedy je czytał; mogłeś tam poznać słabość i szaleństwo, zepsucie i świętość, i obłęd hazardu, tak jak poznawałeś krajobraz i drogi u Turgieniewa, a ruchy wojsk, teren, oficerów i żołnierzy, i walkę u Tołstoja. Tołstoj sprawiał, że to, co Stephen Crane napisał o Wojnie Domowej, wydawało się błyskotliwymi rojeniami chorego chłopca, który nigdy nie widział wojny, a tylko czytał te opisy bitew i kroniki i oglądał te fotografie Brady’ego, które ja czytałem i oglądałem w domu moich dziadków. Dopóki nie przeczytałem „Chartreuse de Parme” Stendhala, nigdy nie czytałem o wojnie takiej, jaka jest, z wyjątkiem Tołstoja, a wspaniała relacja Stendhala o Waterloo była przypadkowym fragmentem w książce zawierającej sporo nudy. Natrafić na cały ten nowy świat pisarstwa mając czas na czytanie w takim mieście jak Paryż, gdzie mogłeś dobrze żyć i pracować bez względu na to, jak byłeś ubogi, było to tak, jakby się otrzymało wielki skarb w podarunku. Mogłeś też zabrać ze sobą swój skarb, kiedy podróżowałeś, a w górach, gdzie mieszkaliśmy w Szwajcarii i we Włoszech, nim znaleźliśmy Schruns w wysokiej dolinie w Vorarlbergu w Austrii, zawsze były te książki, tak że żyło się w tym nowym świecie, który odkryłeś, za dnia był śnieg, lasy i lodowce i ich zimowe problemy, i nasze schronienie wysoko w hotelu „Taube” w miasteczku, a wieczorami mogłeś żyć w tym innym cudownym świecie, który dawali ci rosyjscy pisarze. Z początku byli Rosjanie, a potem wszyscy inni. Ale przez długi czas byli Rosjanie.

Pamiętam, jak raz spytałem Ezry, kiedy wróciliśmy pieszo do domu po grze w tenisa na Boulevard Arago, a on zaprosił mnie do swojej pracowni na kieliszek, co naprawdę myśli o Dostojewskim.
– Żeby ci tak powiedzieć prawdę, Hem – odrzekł Ezra – to nigdy nie czytałem ruskich.
Była to szczera odpowiedź i Ezra nigdy nie dał mi innej ustnie, ale zrobiło mi się bardzo przykro, bo oto był człowiek, którego lubiłem i któremu wówczas najbardziej ufałem jako krytykowi, człowiek wierzący w mot juste – to jedno jedyne właściwe słowo, jakiego należało użyć – człowiek, który nauczył mnie nie ufać przymiotnikom, tak jak później miałem nauczyć się nie ufać pewnym ludziom w pewnych sytuacjach, i chciałem usłyszeć jego zdanie o kimś, kto prawie nigdy nie używał mot juste, a jednak chwilami nadawał swoim postaciom tyle życia, co niemal nikt inny.
– Zostań przy Francuzach – powiedział Ezra. – Tam możesz się masę nauczyć.
– Wiem o tym – odpowiedziałem. – Wszędzie mogę się masę nauczyć.

Ernest Hemingway Ruchome święto przeł. Bronisław Zieliński, Warszawa 2000

26 komentarzy:

  1. Ojej, jak niesympatycznie napisał o Mansfield... Miałam zamiar wkrótce sięgnąć po "Garden party", ale teraz chyba zrezygnuję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie przejmowałabym się opinią Hemingwaya.;) "Garden Party" co prawda nie zachwyciło mnie, ale jego opinia jest krzywdząca.

      Usuń
  2. Nieczytanie ruskich, choć trudno w to uwierzyć, to niejedyny kiepski wybór Pounda...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż, może więcej tu było pozy niż przekonań?:) Wierzyć się nie chce, żeby Pound NIGDY nie czytał ruskich.

      Usuń
  3. O zachwyt wobec Rosjan można go było podejrzewać, o Mansfield faktycznie mało sympatycznie, ale to tak obcy mu styl i sposób opowiadania, że też nie ma się co dziwić.
    Koczowniczko: poczytaj Mansfield, tylko nie bezpośrednio po Czechowie :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę podobnie tj. styl Mansfield był zupełnie różny od stylu Hemingwaya, ale ocenił ja zbyt surowo. Niemniej czytana krótko po Czechowie może tracić na uroku.;(

      Usuń
    2. Jako prawdziwy maczo nie miał prawa zachwycić się tymi Mansfieldowymi koroneczkami, to byłoby wbrew jego naturze :D Ale dar obserwacji mógłby docenić!

      Usuń
    3. To samo pomyślałam.;( Erneścik nie mógł zachwycić się "salonowym" pisarstwem, to nie jego świat.

      Usuń
    4. Na pociechę spostponowanej Mansfield powiem, że wolę jej pisanie od Hemingwaya :D

      Usuń
    5. Co jak co, ale "Ruchome święto" na pewno nie zachwyca stylem.;(

      Usuń
    6. Może to kwestia przekładu? Zieliński miewał słabsze momenty.

      Usuń
    7. Zieliński na pewno nie był w szczytowej formie, tłumacząc "Ruchome święto". Chwilami przekład jest b. niezręczny.

      Usuń
    8. W takim razie poczytam Mansfield! Zastosuję się do rady i najpierw będzie Mansfield, Czechow - może potem :)
      Hemingway miał chyba często problemy z docenieniem innych pisarzy, bo w "Zielonych wzgórzach Afryki" twierdził, że Ameryka ma tylko jednego dobrego pisarza: Twaina.

      Usuń
    9. Czasem wydaje mi się, że podobne stwierdzenia tj. jedynym dobrym pisarzem Ameryki jest Twain, nie czytam ruskich itp. są tylko pozą.;(

      Usuń
  4. Katherine Mansfield od dawna mam na liście "do przeczytania", ale teraz przesunęła się o ładnych parę miejsc w górę ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. O rany, a mnie się podoba i pisanie Hemingwaya i Mansfield, i co teraz? Wykląłby mnie? :)
    Swoją drogą chyba żaden wstyd po Czechowie wypaść blado, kto by nie wypadł?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może nie wykląłby, zwłaszcza że lubisz Hemingwaya.;)
      Myślę, że od czasów Czechowa pojawiło się wielu wspaniałych pisarzy, którzy na pewno nie wypadają przy nim blado.;) Powiem więcej - są może nawet bardziej krwiści.;)

      Usuń
  6. Kurczę, "nie czytanie ruskich" to wg mnie forma czytelniczego samookaleczenia się. To naprawdę zabawne sprawdzać narodowość autora i na jej podstawie decydować się na lekturę danego dzieła bądź z niej rezygnować :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może Pound miał awersję do Rosjan.;(
      Widzę podobnie takie "sekowanie" rosyjskich literatów, to wręcz lekko infantylne.

      Usuń
  7. Ubawiłam się setnie! Cały Hemingway!

    OdpowiedzUsuń
  8. :) Mansfield Garden party czytałam, może nie zachwyciło mnie, ale też nie uważam tych opowiadań za słabe, czy złe. Ba, czytałam Opowiadania humorystyczne Czechowa i chyba nie trafiły we właściwy moment, bo natychmiast je zapomniałam, ale już przeczytane ostatnio Oświadczyny Czechowa zachwyciły i wryły się w pamięć. Tak to jest z tym generalizowaniem w ocenach i myślę podobnie, jak przedmówcy, że wiele było pozy w stwierdzeniach i Ernesta i Ezry, którego nawiasem mówiąc znam jedynie z nazwiska.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam podobne wrażenia. Pounda znam również tylko z nazwiska (no, może trochę życiorysu), ale nie pamiętam, żeby czytała cokolwiek jego autorstwa. Tyle lat minęło, a świat nadal czyta ruskich.;)

      Usuń