środa, 30 września 2015

Z sentymentu

Lubię przeglądać w antykwariatach stare numery „Literatury na Świecie” czyli te z lat 70. i 80., kiedy pismo wydawano w małym, poręcznym formacie i niekonwencjonalnej szacie graficznej. Okładki numerów poświęconych Karen Blixen, Vaclavowi Havlowi i Talmudowi utkwiły mi w pamięci najmocniej, bo jako pierwsze trafiły do moich nastoletnich wtedy rąk. Z zawartością było inaczej – największe emocje wzbudziła lektura fragmentów „Malowanego ptaka” Jerzego Kosińskiego, „Koloru purpury” Alice Walker oraz „Sexusa” Henry’ego Millera. Nie skłamię pisząc, że czytałam je z wypiekami na twarzy.


W czasach licealnych LnŚ była dla mnie prawie nieosiągalna, przy dużej dozie szczęścia można było trafić na nią w czytelni albo pożyczyć od polonisty czy znajomych. Pismo legenda po prostu. Po 1989 r. literatura światowa zaczęła docierać do nas szerokim strumieniem i LnŚ straciła nieco na prestiżu, choć nadal zajmowała się autorami w Polsce mało znanymi lub znanymi, ale nietłumaczonymi. Nadal przecierała literackie szlaki, co dobrze widać, gdy zajrzymy do numerów sprzed 10-15 lat. I tak na przykład z pisarzy omawianych w numerze rumuńskim (nr 01-02/2000) przekładów na język polski doczekał się Mircea Cărtărescu i Norman Manea, z wydania japońskiego (nr 01-03/2003) – Hiromi Kawakami, Eimi Yamada i Masahiko Shimada. Nawet taki ułamek cieszy.


Obecnie „Literatura na Świecie” wciąż promuje rzeczy niszowe, ale zawsze wartościowe. Jeden z tegorocznych numerów w całości poświęcono Gézie Csáthowi, następny Kawafisowi, z kolei najnowszy stanowi oryginalną mieszankę twórczości czterech bardzo różnych od siebie pisarzy. Są migawki Josepha Rotha z powojennego Wiednia, jest korespondencja Patricka Modiano i eseje o nim samym, są relacje Jana Potockiego z podróży do Turcji i do Egiptu, jest też duży fragment dość zabawnej, osiemnastowiecznej powieści niejakiego Xaviera de Maistre’a. Plus frapujący artykuł Anny Wasilewskiej o polskich przekładach „Rękopisu znalezionego w Saragossie”. 


LnŚ trzyma poziom, nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Z wiekiem zaczęłam doceniać tzw. artykuły przedmiotowe, nawet jeśli dotyczą autorów zupełnie mi obcych, częściej zaglądam również do omówień przekładów (taka np. analiza krytyczna najnowszego tłumaczenia „Wielkiego Gatsby’ego” wprawiła mnie wręcz w zdumienie). I chyba ulegnę dowcipnym zaproszeniom redakcji do prenumeraty pisma, bo warto.





81 komentarzy:

  1. Na LnŚ natknąłem się na początku lat 80-tych w moim sturm und drang periode :-). Pamiętam, zalegała półki kiosków Ruchu, pewnie gdyby miała plakaty zespołów muzycznych, krzyżówki na ostatniej stronie albo roznegliżowane panienki "schodziłaby" znacznie lepiej :-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zalegała? Szczęściarz z Ciebie. Ja wtedy czytałam pewnie tylko Świat Młodych, o LnŚ nawet pewnie nie słyszałam.;(

      Usuń
    2. Wolałem "Razem" bo miało plakaty zespołów muzycznych :-) Do dzisiaj na jakiejś półce kurzy się kilka numerów LnŚ z tamtych czasów - po kilku podejściach dałem sobie z nimi spokój bo to zdecydowanie nie było pismo dla ucznia prowincjonalnego liceum :-)

      Usuń
    3. Plakaty i gołe baby.;) Mnie z jakiś (zapewne niezdrowych) pobudek bardzo interesowały listy do redakcji i odpowiedzi tejże.
      Kto wie, może Twoje numery LnŚ okażą się dobrą inwestycją - widzę, że niektóre wydania, nawet niedawne, są na aukcjach sprzedawane za zawyżone ceny.

      Usuń
    4. Chyba jednak nie, bo świństwa Millera i Kosińskiego na pewno bym pamiętał :-) a i LnŚ to jednak nie Chimera :-)

      Usuń
    5. O tak, takich lektur się nie zapomina.;)

      Usuń
    6. O, tak, nie zapomina :-)
      PS.
      Pamiętam tamto lanie, które BK-U sprawiła Dehnelowi :-), teraz przymierzam się do Henry'ego Jamesa w jego odczytaniu - "Dokręcania śruby" i starszej wersji ("W kleszczach lęku").
      Dehnel chyba padł trochę ofiarą rozbuchanego marketingu jaki towarzyszył nowym przekładom w serii "50 na 50", bo przecież przekłady Magdaleny Haydel i Antoniego Kroha miały wcale nie gorszych poprzedników, których albo pomijano albo "wdeptywano w glebę".

      Usuń
    7. Myślę, że padł ofiarą także własnej pychy. Czy to nie on schlastał przekład "Obcego dziecka"?
      Pomijano, a czasem wystarczyło wprowadzić kosmetyczne zmiany.
      Jak Ci się widzi nowy tytuł powieści Jamesa? Ciekawa jestem tego przekładu bardzo, ale jak już się do niego dorwę, porównam najpierw fragmenty w obu wersjach językowych.

      Usuń
    8. Też zbieram siły do podwójnej lektury, zwłaszcza, że "W kleszczach lęku" podpadło Tarninie :-). Tytuł na pewno bliższy oryginałowi ale jednocześnie brzmi jakby ktoś przeciągnął styropianem po szkle :-)
      PS
      JD skwitował tekst BK-U spuszczając nań zasłonę miłosierdzia, czy jakoś tak. Czysto po ludzku, to mu się nie dziwię, wolał go przemilczeć niż wydobywać na światło dzienne, żeby przypominać o takiej kompromitacji.

      Usuń
    9. Mam podobne odczucia co do tytułu czyli mieszane.;( Na dodatek ktoś nieświadom może myśleć, że to dwie różne pozycje, w końcu tytuły są od siebie znaczeniowo odległe. Nic to, poczekamy (poczytamy), zobaczymy.
      Cóż, chyba wybrał najlepsze wyjście z sytuacji.

      Usuń
    10. Chyba rzeczywiście cierpiał już na "zawrót głowy od sukcesów", że zacytuję klasyka. W każdym razie taki kubeł zimnej wody na pewno wychodzi na zdrowie a i pokazuje, że teksty około powieściowe też można czytać nieomalże z wypiekami :-)

      Usuń
    11. Zastanawiam się, czy Dehnel coś wyciągnie z tego przenudnego Jamesa, sam się pastwiłem nad "Kleszczami lęki". Tytuł ze śrubą koszmarny, moim zdaniem.

      Usuń
    12. Po tym jak z "Wielkiego Gatsby", zdaniem BK-U, zrobił "biedermeier z dykty, inkrustowany plastikiem i oklejony kalkomanią", różnych rzeczy można się spodziewać :-).

      Usuń
    13. @ Zacofany

      Dobrze, że wydawnictwo zamieściło jakąś parkę okładce, książka przynajmniej nie trafi do działu z książkami dla majsterkowiczów.;)
      Czytałam może ze dwie powieści Jamesa i faktycznie był tak gęsty, że aż nudny.

      Usuń
    14. @ Marlow

      Początek tekstu do sprawdzenia od ręki tu:
      http://cyfroteka.pl/ebooki/Dokrecanie_sruby-ebook/p0305770i030
      Dykta to raczej nie jest.;)

      Usuń
    15. Dzięki, czytnąłem ale tak z lekka, jako czytelnik urodzony w prehistorycznych czasach czyli przed 1970 jakoś nie mogę przekonać się do czytania książek w wersji innej niż ta równie prehistoryczna, papierowa. No i jeszcze pozostaje przekład Pospieszały, chociaż z tego co zobaczyłem, to i BZwL przyłączył się do chóru krytykantów Jamesa :-) ale że jesteśmy w klinicznej kontrze więc mimo wszystko jestem dobrej myśli :-)

      Usuń
    16. W klinicznej kontrze? Własnym uszom nie wierzę! I na dodatek krytykant. Normalnie focha strzelę :D

      Usuń
    17. Przyznaję, odrobinę przesadziłem, może :-) W przypadku Szałamowa na pewno byśmy nie byli w kontrze :-)

      Usuń
  2. A kto napisał tę analizę krytyczną najnowszego tłumaczenia "Wielkiego Gatsby'ego"? Jakiś czas temu czytałam zamieszczony w necie tekst Barbary Kopeć-Umiastowskiej pt. "Dehnel na trawniku" i też byłam zdumiona, bo sądziłam, że Dehnel jest dobrym tłumaczem. A teraz trochę boję się sięgać po jego tłumaczenia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie o ten tekst chodzi. Ja też go uważałam za dobrego tłuamcza, np. Edmunda White'a dobrze przełożył. Ale tego się nie wie, dopóki nie porówna się przekładu z oryginałem.;( A krytyka BK-U była fachowa, nie uważasz?

      Usuń
    2. Bardzo sprawnie napisana, fachowa i przekonująca, z wieloma przykładami. Ciekawa jestem, czy Dehnel odniósł się do tych zarzutów, czy próbował się jakoś wytłumaczyć.

      Usuń
    3. O, to muszę sobie koniecznie poszukać tego tekstu. Kwestie tłumaczeń bardzo mnie interesują, zwłaszcza od czasu, kiedy zaczęłam czytać po angielsku i przestałam ufać tłumaczom. Ciekawe, że w takim potocznym ujęciu dobry przekład to taki, który się po polsku dobrze czyta i niewiele osób zadaje sobie pytanie, czy dobrze przekazuje to, co było zawarte w oryginale.

      Usuń
    4. @ koczowniczka

      Nie spotkałam się z polemiką, ale chyba wobec przedstawionych w artykule argumentów trudno byłoby mu się bronić.;(

      Usuń
    5. @Tarnina

      Starożytni mawiali, że tłumacz to zdrajca i wiele w tym prawdy.Nomen omen dzisiaj mamy Dzień Tłumacza.;)
      Myślę, że zainteresowałby Cię artykuł o przekładach "Rękopisu.." w bieżącym numerze. Okazuje się, że tłumacze niekiedy śmiało sobie poczynają.;)

      Usuń
    6. Ha, na pewno praca tłumacza nie jest dla strachliwych ;). Na razie znalazłam ten artykuł o "Wielkim Gatsby'm" i jestem wstrząśnięta. Krytyka rzeczywiście bardzo rzeczowa, wręcz szkolne błędy zostały wytknięte: i w polszczyźnie, i w angielszczyźnie. A autor przekładu odnosi się do nich tak:
      "Trudno mi się odnosić do krytyki, której autorce nie chciało się nawet przeczytać całości książki i posiłkowała się dwoma krótkimi fragmentami opublikowanymi w prasie codziennej – pozwolę sobie na to spuścić zasłonę miłosierdzia."
      (http://xiegarnia.pl/artykuly/nie-wyrownywac-walcem-jacek-dehnel-w-swietach-z-tlumaczami/)

      Grunt to dobre samopoczucie.

      Usuń
    7. Artykuł b. pouczający, i tu nawet nie chodzi o krytykowanie tłumacza. A reakcja JD - cóż, chciałoby się powiedzieć: więcej pokory.

      Usuń
    8. Tarnino, dziękuję za przytoczenie słów Dehnela. Jestem nieprzyjemnie zaskoczona jego reakcją. Nie potrafił nawet przyznać się do błędów. Cóż więcej dodać...

      Usuń
    9. Aż z ciekawości sięgnęłam: nie ze wszystkim się zgadzam (kilka szpilek wetkniętych jest chyba niepotrzebnie), ale przekład Dehnela w tych prezentowanych fragmentach zbyt dobry faktycznie nie jest. Przy czym obrona autora jest jakby mimochodem, przecież autorka krytyki pisze jasno, że: "jakie znalazłam w całej książce" (czyli zna całość), a fragmenty wybrała jako prezentowane przez wydawnictwo, zatem szczególnie, zdaje się, oddające ducha całości.

      Usuń
    10. Tak czy owak, sprawa nie wygląda różowo.;(

      Usuń
    11. To nie kwestia "dobrego samopoczucia", tylko jedno pytanie w wywiadzie do Xięgarni nie było miejscem do polemiki - odniosłem się tam do podniesionego w pytaniu zarzutu, to jest o nasycanie przekładu stylem tłumacza, bo to sprawa znacznie szersza i, jak sądzę, ciekawsza niż jednostkowy przykład.

      Natomiast gdzieś na fejsie odpowiedziałem czytelniczce na część z zarzutów Kopeć-Umiastowskiej, mam to nawet na dysku, więc tu mogę wkleić (znajdą tu Państwo zarówno przyznanie się do błędów, jak i odrzucenie niektórych z jej uwag):

      "Hm, ano, proszę Pani, dlatego, że sama autorka recenzji o tym pisze: po analizie pięciu stron, które przeczytała w prasie codziennej zawyrokowała, że "tłumaczenie nie powinno zostać wydane". Dodaje potem wprawdzie, że całą książkę przeczytała, no ale jakoś tego nie widać... Zakładam bowiem, że po przeczytaniu całej książki zauważyłaby całe mnóstwo rzeczy, które w tym przekładzie się pojawiają, a które Demkowska z tych czy innych przyczyn utraciła. To po pierwsze.

      Po drugie: niewątpliwie w paru miejscach całego wywodu ma rację. Nigdy nie uważałem swoich przekładów za idealne, zawsze wspominałem za Balcerzanem, że tłumaczenie istnieje w serii, każde z nich ma jakieś wady. I piszę o tym również w posłowiu do książki bodajże, że mamy jednego uładzonego "Gatsby'ego", teraz jest i taki, który jest z pewnością bardziej chropawy, dzikszy językowo, ponieważ ja, jako tłumacz, tak ten tekst widzę. Jeden z nich pewnie historycznie wygra i będzie dalej publikowany, drugi będzie dodatkiem (być może, jak chce recenzentka, kuriozalnym). Daje możliwość porównywania tekstów, a czytelnikowi, który nie zna angielskiego (lub dziś raczej: zna go zbyt słabo, by czytać w oryginale lub bawić się w porównania) odkryć inne treści. Obieg literatury to sam oceni. Skoro jednak p. Kopeć-Umiastowska tak wyrokuje, co powinno wychodzić, a co nie, to warto by było, żeby przyjrzała się przekładowi Demkowskiej, który też jest od błędów niewolny (nie mam go pod ręką tu, gdzie jestem, ale są tam zwykłe, językowe błędy translatorske, których nie sposób usprawiedliwić żelazną kurtyną ani „dziewiętnastowieczną powieścią”, tylko zwykłym niezrozumieniem - pierwsze, co mi przychodzi do głowy, to metafora o przytknięciu ust do sutka życia, gdzie pap zostaje przetłumaczone jako papka, ale jest ich z pewnością więcej). Dodam też, zupełnie na marginesie, że jeśli dość przekład „W kleszczach lęku”, w którym już tytuł budzi zażenowanie traktowaniem Jamesa, jest „niezły”, to ja nie mam więcej pytań.

      Po trzecie: wiele zarzutów wydaje mi się kompletnie chybionych i wysilonych do granic. Począwszy od najdrobniejszych. Nie rozumiem choćby zdziwienia, że udało mi się w prasie codziennej zamieścić dwie duże recenzje, traktujące nie tylko o książce, ale o jakości jej przekładu; mnóstwo czytelników, z tłumaczami włącznie, dziękowało mi za to, że nareszcie ktoś pisze o tłumaczeniu nie tylko w specjalistycznych pismach. Nie jest to żaden spisek i pani K-U nie ma co „zastanawiać”, bo rozwiązanie jest proste: ktoś w Polsce wreszcie uparł się, żeby pisać o przekładzie nie tylko w skądinąd wspaniałej Literaturze na Świecie. Że niektórym tłumaczom pewnie niezbyt się to podoba, to nie dziwi. Innym się jednak podobało.

      Usuń

    12. Ale dalej idzie całe mnóstwo zarzutów, które są zwyczajnie niespójne. Nie sposób pisać teraz o wszystkich, ale podam przykłady. K.-U. największy zarzut czyni z tego, jakobym zrobił z Gatsby'ego staroświecczyznę (równocześnie pisząc o przekładzie D.-B., z którym go zestawia, że pobrzmiewa XIX-wieczną powieścią i Wokulskim). Powodem tego ma być rzekomo to, jak sam piszę, co po pierwsze nie ma nic do rzeczy, po drugie piszę różne teksty i, owszem, „Lala” jest jakimś przykładem, ale ta książka wyszła 8 (słownie: osiem) lat temu i od tego czasu napisałem mnóstwo tekstów, które staroświeckie, imho, nie są. Ale mniejsza z tym.

      Przyjrzyjmy się przykładom: bilecik. Jako archaizm. No, przepraszam, „Wielki Gatsby” został wydany w roku 1925 i kiedy wychodził, przesyłano sobie bileciki. Słowo zresztą – jak można sprawdzić w Korpusie – funkcjonuje spokojnie do dziś, ale wówczas jest zdecydowanie na miejscu. Równocześnie proponuje zamienić „wesołe miasteczko” na znacznie starszy „lunapark”. Można żądać przekładu współczesnego pod każdym względem (acz czy ma to sens w przypadku powieści sprzed prawie stulecia?), ale trudno żądać tego i zarazem proponować archaiczne słowa.

      Wiele, bardzo wiele p. K.-U. sobie dośpiewuje. Kiedy piszę „w sobotę o poranku”, to piszę w „sobotę o poranku”, nie ma tam „kiczyku” i „radości o poranku”, serio. Widzi tam słowa, których zwyczajnie nie ma. Podobnie jak z „wiadrem”, które nagle wstawia do fragmentu z dźwiękiem banjo. To samo jest z Mamrotem. Najpierw się dopomina, żeby zmieniać żarty na inne, np. rażą ją „kieliszki do szampana wielkości miseczek do mycia palców” (choć D.-B., o ile pamiętam, tłumaczy tak samo; rozważałem „jak salaterki”, co byłoby „oswojone” w polszczyźnie, ale właśnie dlatego, że „fingerbowls” są zupełnie nieadekwatne i dziwne, postanowiłem je zachować). Kiedy indziej się, gdy coś zmieniam, jak Mr Mumble na pana Mamrota, oponuje, że Mamrot to prawdziwe nazwisko, jest jakiś piłkarz, który tak się nazywa. Ok. No więc śpieszę powiadomić p. K.U., że Mumble też jest nazwiskiem prawdziwym, funkcjonującym w USA (pochodzenie: irlandzkie). I w jej propozycji „przedstawił się jako Mmmmm” (albo „jako ...ski” co jest chwytem z XIX wieku!) ginie cały urok oryginalnego witzu. I nie ma dla mnie znaczenia, że Mamrot recenzentce kojarzy się z winem z jakiegoś serialu, bowiem naprawdę nie mam obowiązku kroić tłumaczeń pod seriale. Pyta, dramatycznie, czy jako reprezentant kultury wysokiej nie powinienem był, tłumacząc Gatsby'ego, sprawdzić nazw wina w „Ranczy Wilkowyje”. No więc, moim zdaniem: nie powinienem był. Ani też nazwy piwa w serialu „Świat według Kiepskich”. Po czym dochodzimy do kawałka, w którym są trzej panowie Mamrotowie i p. K. U. słyszy tam musowo kolędę. No, ok, słyszy. Ale nawet, jeśli ktoś tak słyszy, to Fitzgerald grał słowami i skojarzeniami z popularnych melodii, więc byłoby to nawet na miejscu – tyle, że ja na przykład czytam ten fragment i jakoś w ogóle o kolędach nie myślę. Ponieważ to, podobnie jak „radość o poranku” p. K-U. sobie dośpiewuje. Tak jest też z tacą, która u mnie „przepłynęła na wskroś zmierzchu” i recenzentka się boczy, że to jakiś raj alkoholika, w którym tace by wypływały same z siebie – po czym proponuje „wypłynęła ku nam z półmroku”. Czyli pod tym względem to samo: wypłynęła, a więc pojawiła się znikąd. Ale to już nie jest rajem alkoholika.

      Usuń
    13. Są jednak i rzeczy, które świadczą o braku zupełnego skupienia na tekście albo znajomości definicji słów. Dlaczego „majestatyczny” charakter pisma? Czemu nie „zamaszysty”? Bo jeśli się popatrzy na to słowo na poziomie nieco wyższym niż zdanie (gdzie faktycznie inne rozwiązania byłyby ok, a może i lepsze) to okazuje się, że cały Gatsby jest „majestic” do granic wytrzymałości. Majestic jest jego normandzkie zamczysko, garderoba, itd. Majestic podpis na bileciku jest kolejnym przykładem tego przerostu groteskowego wręcz. W żadnym razie nie odpuściłbym tu tego słowa i nie jest to związane z faktem, że „pierwsze przyszło do głowy”, tylko z wnikliwą lekturą całości. Albo, powiedzmy sobie, niekoniecznie wnikliwą, bo jakakolwiek lektura powinna do tego wniosku doprowadzić – czemu się jednak dziwić, skoro p. K.-U. Fitzgeralda nie lubi? To samo dotyczy kawałka z „manekinowym” wg recenzentki ramieniem Jordan. Ależ OCZYWIŚCIE że jest jak u manekina, cała Jordan jest jak maszyna albo cyborg (w końcu golfistka). A to ramię wszędzie się pojawia faktycznie jak coś twardego, wojskowego niemal – ściąga ramiona „jak kadet”; kiedy Nick ją obejmuje, to obejmuje ramię. Bardzo dobrze, że p. K.-U. wyczuła tu manekinowatość, szkoda, że nie zrozumiała, że to dobrze. To samo zresztą wyczuła w opisie tańczących par („wyrobiony” jako wprawny to anachronizm? Sirjusli?) - że oto scena przeradza się w „bal manekinów”. Tak! Tak! Po trzykroć Tak! Stare dziady niezgrabnie pchają młode dziewczęta, to jest scena upiorna (fun fact: Jasieński wydaje „Bal Manekinów” w tym samym mniej więcej czasie, w 1931, sześć lat później). I nie „nieprzemyślany dobór epitetów” to spowodował, ale przemyślany właśnie.

      Recenzentka czepia się też określenia „przemknąć”, twierdząc, że „przemknąć” oznacza tylko przejść szybko, a powinno tam być „przemknąć się”, bowiem tylko to oznacza przekradanie się chyłkiem. Co tymczasem oświadcza nam SJP PWN? Przemknąć: „przemieścić się gdzieś, obok czegoś, kogoś szybko, cicho i niepostrzeżenie» , a przemknąć się? „przemieścić się gdzieś bardzo szybko, zręcznie, niepostrzeżenie, omijając przeszkody”. Ten słownik nie jest dobrem nieosiągalnym, wystarczyło sprawdzić, że norma jest inna niż osobiste przyzwyczajenie językowe recenzentki.

      To samo dotyczy problemu z „jajkiem rudzika” które rzekomo wcale nie jest niebieskie. Po pierwsze: dramatyczny apel o wykształcenie młodych ludzi, którzy teraz będą skażeni i zawsze będą myśleli, że rudzik składa niebieskie jaja. Wiadomo, jak wpadać w histerię, to dzieci są znakomite. Problem w tym, że to w ogóle nie jest rudzik, to nie jest ten ptaszek, którego młodzież zna z żywopłotów (a właściwie nie zna, bo olewa ptactwo i resztę przyrody na ogół). Ten rudzik, Erithacus rubecula, składa jajka koloru beżowego, nakrapiane, i jest ptakiem europejskim. Rudzik, o którym pisze Fitzgerald, to Drozd Wędrowny, (Turdus migratorius), składa jaja w odcieniach od zielonego niemal, przez turkusowy do błękitnego, a ich odcień zależy od zawartości biliwerdyny (fun fact: im bardziej są niebieskie, tym samica zdrowsza i samiec bardziej się opiekuje). Jeśli Fitzgerald pisze robin egg blue, a nie turqouise to zachowuję to słowo i będzie to niebieski/błękit, bo kolory są w tej powieści bardzo istotne (dlatego np. w scenie jednego z przyjęć jest „yellow music”, którą trzeba przełożyć jako „landrynkową”, tracąc żółty; zatem zaraz obok estrada jest obita nie jak u Fitzgeralda „płótnem”, ale „żółtym płótnem”, bo zależało mi na zachowaniu żółtego w tekście; można się z takim rozwiązaniem zgadzać lub nie, ale należy je zauważyć i pojąć). A zatem poznawczo młodzież polska nie ucierpi tak czy owak.

      Usuń

    14. Jak Pani widzi, dotknąłem kilku zaledwie spraw, a powoli dobijam do 10 tys. znaków – pełna polemika musiałaby liczyć dwakroć albo trzykroć tyle, a nie mam na to czasu. Tak, jak napisałem: nie jest to przekład idealny, z pewnością ma błędy, będę wdzięczny p. Kopeć-Umiastowskiej za zwrócenie uwagi np. na pamiętanie o następstwie czasów, itp. Tym niemniej, całości tej krytyki przyjąć nie mogę – po pierwsze dlatego, że roi się od zwykłych błędów i przeoczeń, po drugie – że jest w dużej części oparte na kompletnie subiektywnym wyczuciu językowym, niezgodnym z normami słownikowymi, po trzecie – że dośpiewuje różne rzeczy, których w tekście nie ma. Być może ktoś, kto od razu deklaruje, że nie lubi literackiej twórczości ani autora, ani tłumacza, nie powinien brać się za krytykę takiego przekładu, bo wszystko potępia w czambuł, nie zwracając uwagi na sensy, które nie są oczywiste, i nie uzyskuje właściwego balansu. Mam nadzieję, że przynajmniej częściowo zaspokoiłem Pani ciekawość. Pozdrawiam, JD."

      Jacek Dehnel

      Usuń
    15. Moja ciekawość na pewno została zaspokojona.;) Dziękuję za wyczerpujący wpis, szczególnie w kwestii rudzika - serio.

      Usuń
    16. I ja również dziękuję Tajnemu Detektywowi za wyjaśnienia, które przeczytałam z ciekawością. W takim razie nie będę już bała się sięgać po jego tłumaczenia :)

      Usuń
  3. U mnie pierwszy kontakt z LnŚ nastąpił w liceum i tachałam zawsze z biblioteki licealnej nowe i stare numery, bo były tam rzeczy, które w inny sposób przeczytać było trudno (też dlatego, że do niewielkiej biblioteki nowości docierały jednak trudno). Do dzisiaj zresztą właśnie część nie doczekała się tłumaczeń (to z LnŚ znam cudowne baśnie Brentano o Skoczykąsie).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zazdroszczę takiej biblioteki, sama korzystałam z zasobów polonisty.
      Mnie też żal wielu ciekawych autorów, którzy zapowiadali się kapitalnie, a skończyło się na zajawkach.
      Widzę, że wydano u nas "Baśnie reńskie" Brentano. Może znajdą się wśród nich te o Skączykąsie?

      Usuń
    2. Wydaje mi się, że kiedyś sprawdzałam (Brentano zbierał kiedyś baśnie, po czym oddał to zadanie Grimmom i "Baśnie reńskie" są z tego okresu właśnie, podczas gdy potem zaczął jeszcze pisać baśnie literackie -- tam się właśnie sytuuje Skoczykąs, czyli taki pchli rycerz ;)), ale jeszcze przy okazji tam zajrzę, bo może coś poplątałam ;). A biblioteka jest cudna do dzisiaj, nadal tam bywam przy różnych okazjach :). Tam zresztą czytałam też "Twórczość" i "Nowe Książki", więc naprawdę dobrze się wstrzelili z prenumeratami :).

      Usuń
    3. Chyba sama też zajrzę do tych baśni, bo zapowiadają się interesująco.
      Świetne tytuły, ciekawe, czy w mojej takie były. Bo uczniom na pewno ich nie pokazywano.;(

      Usuń
  4. O, ten numer z Havlem był moim drugim. Pierwszy to była zakazana literatura radziecka, Szałamow tam był, i Sołżenicyn, wstrząsające. Wykupowałem z biblioteki dublety, a potem się wszystkiego pozbyłem przy jakiejś przeprowadzce, trochę mi żal.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten numer radziecki to musiało być COŚ w tamtych czasach.
      Chyba ręka by mi uschła, gdybym pozbyła się tych starych numerów LnŚ.;)

      Usuń
    2. Na zastępstwo na historię w trzeciej klasie LO przyszła obca historyczka. Wyciągnęła LnŚ z torby i oznajmiła, że ona nam pokaże, co warto czytać. I puściła ten radziecko-dysydencki numer po klasie. Poleciałem do kiosku po lekcjach. A Sołżenicyn i Szałamow do dziś robią na mnie wrażenie. Te stare numery były pełne jakichś ezoterycznych pisarzy i literatur, więc uznałem, że pozbędę się bez żalu. Tylko czemu wywaliłem też ten numer radziecki?

      Usuń
    3. Piękna scena i świetny pomysł na promocję literatury. Tez bym od razu pognała do kiosku.;)
      Tak, Sołżenicyn i Szałamow robią wrażenie także dzisiaj. Zwłaszcza jak pomyślę, że obozy w Rosji nadal funkcjonują.
      To był numer czerwono-czarny?

      Usuń
    4. Ta historyczka w ogóle była niekonwencjonalna :) To był ten czerwono-czarny. Zaraz po nim ukazał się ten z Havlem.

      Usuń
    5. Oj, zdarzali się świetni nauczyciele.
      Jeszcze mi się nie trafił w antykwariacie ten numer, ale może w weekend się rozejrzę.

      Usuń
    6. Jak masz Szałamowa i Sołżenicyna w książkowych wydaniach, to chyba nie warto szukać.

      Usuń
    7. Pod warunkiem, że w numerze nie było artykułów dot. autorów. Tam jeszcze Mandelsztam chyba był.

      Usuń
    8. Pilniak był jeszcze. Artykułów żadnych nie pamiętam, pewnie coś było.

      Usuń
    9. Spis treści: http://www.swistak.pl/a57809572,Literatura-na-swiecie-214-215-stalinizm-rosyjska.html
      niestety nie udało mi się go wykopiować.

      Usuń
    10. Bardzo dziękuję. Było jeszcze Życie Iwana Czonkina - pamiętam, że na inscenizację w T. Współczesnym trudno było zdobyć bilety.
      Skończy się czytaniem Rosjan, jak nic.;)

      Usuń
    11. Czonkina dzięki temu fragmentowi przeczytałem potem w całości. Czytanie Rosjan - to jakiś rok okolicznościowy należałoby ogłosić :D

      Usuń
    12. Mamy październik, więc możemy się odnieść od rocznicy rewolucji.;)

      Usuń
    13. A to nie w listopadzie przypada? :)

      Usuń
    14. Przypada, ale obchodziło się w październiku, z tego, co pamiętam. Możemy zaszaleć i czytać przez dwa miesiące.;)

      Usuń
    15. Serio w październiku? U nas w szkole jakoś te obchody pomijano dyskretnie :D To w ramach szaleństwa przeczytam jakąś Marininę, bo mi zalega, nie wiem, czy odważę się na coś mocniejszego.

      Usuń
    16. U mnie w szkole plakaty wisiały długo, a że za patronów mieliśmy wojsko, mogliśmy obchodzić już w październiku.;(
      Ja chyba pójdę w Wojnowicza.;)

      Usuń
    17. U nas patronem był patriota, więc żadnych plakatów i gazetek nie bywało :D

      Usuń
    18. Patriota jako patron trafił mi się dopiero w liceum i tu już był spokój.;)

      Usuń
    19. Ale i czasy były mniej sprzyjające rewolucji :)

      Usuń
    20. Tak, byliśmy w przededniu własnej.;)

      Usuń
    21. U mnie jeszcze w I klasie chodziła pani od WOSu zbierać zapisy do ZMP bodajże :P

      Usuń
    22. U mnie tego nie było, ale sobota spędzona w czynie społecznym na zbieraniu selera oraz (zlekceważone) polecenie wzięcia udziału w pochodzie pierwszomajowym jeszcze się trafiło.
      Ale dawało się wyczuć, że nauczyciele są zażenowani takim programem.

      Usuń
    23. Zbieranie selera musiało być fascynujące :)

      Usuń
    24. Alu później już go nigdy nie myliłam z porem.;)

      Usuń
    25. Ha, grunt to się na własnym grzbiecie nauczyć. Po przewaleniu na strych obory paru przyczep siana też przestałem je mylić ze słomą:)

      Usuń
    26. Też nieźle.;) Zastanawia mnie, czy rolnicy mieli z nas jakiś pożytek.

      Usuń
    27. Siano to akurat w rodzinnym obejściu przewalałem, więc wuj pilnował wydajności :) Za to zbiór truskawek przez kolonistów to była pomyłka.

      Usuń
    28. Truskawki łatwo zniszczyć (albo zjeść), z selerem już idzie trudniej.;(

      Usuń
    29. My za bardzo się obijaliśmy, żeby coś nas bolało. Dostaliśmy za to grochówkę z kotła.;)
      Gdyby wychowawczyni nie była taką sztywniaczką, można było zrobić z tej przygody fajną rzecz.

      Usuń
    30. Można było. Ale pewnie naszym nauczycielom się nie chciało tak samo jak obecnym.

      Usuń
  5. Kupowałam LnŚ w czasach studenckich, bez problemu w każdym kiosku.
    Prawdę mówiąc wtedy (lata 70-te) nie doceniałam w pełni znaczenia tego wydawnictwa, chyba bardziej to było uleganie modzie, niż prawdziwym zainteresowaniem.
    Mam na pewno kilkanaście starych numerów i chyba je odkopię w szafach - ciekawe będzie takie "sprawdzenie po latach" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może tak być, że czytanie LnŚ należało do dobrego tonu, podobnie jak książek z serii latynoamerykańskiej. Ale czy to była zła moda/snobizm?:)
      Już Ci zazdroszczę tego przeglądania.;)

      Usuń
  6. Pozostaje mi tylko zazdrościć wspomnień, bo wprawdzie w moich czasach licealnych LnŚ była polecana i ceniona, ale sięgało się jednak po wydania książkowe, bo właśnie miał miejsce boom wydawniczy ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam jak przez mgłę ten boom wydawniczy.;) Czytelnik i PIW dużo ciekawych rzeczy wtedy wydał.

      Usuń
  7. Ja to czasopismo poznałem stosunkowo niedawno, kiedy rozglądałem się za pozycjami japońskimi. W ten sposób odkryłem numery poświęcone twórczości i osobie Yukio Mishimy oraz Kōbō Abe. Bardzo solidny materiał, w którym można odnaleźć zarówno próbki twórczości (opowiadania, dramaty, fragmenty powieści) jak i bardzo interesujące eseje z zakresu literaturoznawstwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te próbki są czasem jedyną formą, w jakiej na naszym rynku wydawniczym zaistniało wiele utworów. Ale dobre i to.
      A pismo polecam, na pewno znajdziesz w nim znacznie więcej niż japonica.;)

      Usuń