środa, 28 grudnia 2016

Jego namiętność

Najbardziej znane fotografie Tadeusza Rolke to chyba portrety artystów i sesje mody z lat 60., a to zaledwie ułamek jego bogatego archiwum. Uwieczniał wszystko, co uznał w danej chwili za interesujące. Fotografował rozmaite środowiska (od Cyganów w pruszkowskim obozie po handlarzy na targu rybnym w Hamburgu), miejsca (m.in. zrujnowaną Warszawę, więzienia, pozostałości po społeczności chasydzkiej na ziemiach dawnej Rzeczpospolitej) i wydarzenia (wizyty głów państwa, stan wojenny). Nie zabrakło też aktów atrakcyjnych kobiet.


O fotografowaniu i całym swoim życiu Rolke opowiedział w obszernym wywiadzie, który niewątpliwie może stanowić kanwę profesjonalnej biografii. Zważywszy na wiekowość artysty, dzisiaj 87-letniego, jest o czym opowiadać. Dla mnie najciekawsze były rozdziały o dzieciństwie, o początkach pasji, jaką stało się robienie zdjęć oraz o specyfice pracy fotoreporterów w latach 50, choć i wypowiedzi dotyczące wartości i podejścia do fotografii zasługują na uwagę. Co charakterystyczne, w tle głównej opowieści nieustannie pojawia się jakaś przyjaciółka, bliska znajoma lub żona, jako że bohater książki ma słabość do urodziwych pań. I tu dochodzimy do irytującego aspektu tej rozmowy, czyli niedyskrecji – dociekania Małgorzaty Purzyńskiej, z kim spał albo nie spał jej mistrz są po prostu żenujące. Żeby sprawiedliwości stało się zadość, trzeba przyznać, że i panu Tadeuszowi zdarza się powiedzieć kapkę za dużo.

Poza tym drobiazgiem jest interesująco i w zasadzie nie mogło być inaczej w przypadku człowieka, który był świadkiem kilku epok. Rolke doświadczył wojny, więzienia, życia na emigracji, rozpadu małżeństw, ale też podróżował, poznawał fascynujących ludzi, miał szczęście do przyjaźni. Przede wszystkim jednak Rolke uprawiał zawód, który kocha do dziś i który przyniósł mu uznanie, a w rezultacie pozwolił się spełnić. Na moje oko – piękne życie.

Galerię zdjęć obejrzeć można TU.

_________________________________________________________________________
Tadeusz Rolke. Moja namiętność. Mistrz fotografii rozmawia z Małgorzatą Purzyńską
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2016 


czwartek, 22 grudnia 2016

Przedświąteczna gorączka

W przedświątecznej gorączce obserwowanej na ulicach i w sklepach, intensywnie podsycanej przez reklamy w telewizji i radiu, przypomniało mi się wspomnienie Tadeusza Rolke (Moja namiętność. Mistrz fotografii w rozmowie z Małgorzatą Purzyńską, Warszawa 2016, s. 16-17) o Warszawie jego dzieciństwa:

[...] Przedwojenna Warszawa kojarzy mi się z zapachem kawy, czekolady, pomarańczy i serów (choć pomarańcze były dla nas luksusem, dostawaliśmy jedną na dwóch, czasem kawałek czekolady). Mój świat to było Śródmieście. Poruszałem się między Nowym Światem a Kredytową. To była dobra dzielnica: drogie sklepy, piękne witryny, widno i czysto. Na tyłach domów, między Świętokrzyską a Pałacem Staszica, był jedyny w Śródmieściu bazar spożywczy. Chodziliśmy tam z mamą. Uwielbiałem chodzić na targ ordynacki i do Żyda, który miał śledzie, i do Rywki, gdzie pachniało serem. Było tam ze 25 gatunków sera: szwajcarskie, holenderskie, litewskie, tylżycki i ementaler, olbrzymie kręgi z dziurami. Wszystko w szkle chromowane. Błyszczało. Ekspedientki w czyściutkich kitlach obsługiwały klientów, a Rywka siedziała w kasie. Bo u dziewczyn brało się towar, a płaciło się w kasie, przecież nie można rękami od pieniędzy kroić sera! Na straganie ze śledziami oferowano uliki i matiasy, zachwalane z akcentem, który wkrótce miał zniknąć nie tylko z bazarów.

Delikatesy Braci Hirszfeldów 
(fot. z archiwum Muzeum Historycznego m.st. Warszawy)

[…] Niedaleko naszego domu na Mazowieckiej był zakład fotograficzny. Nieco dalej duży salon samochodowy z szybami na cała ścianę, gdzie stały błyszczące mercedesy, które chodziliśmy oglądać z bratem. Pamiętam eleganckie sklepy delikatesowe Hirszfelda, gdzie w zimie na zewnątrz wywieszano zwierzynę: zające i dziki. W sklepie Arasza obok naszego domu też pachniało pomarańczami i paloną kawą. Na rogu Nowego Światu i Świętokrzyskiej był sklep z chałwą, różne gatunki w dużych blokach, obok kolorowe sorbety. Nieopodal mój ulubiony sklep: wielki Dom Towarowy Braci Jabłkowskich. Naprzeciwko – Delikatesy Braci Pakulskich. Przy Szpitalnej na rogu Zgoda stał wysoki, sześciopiętrowy chyba dom, na dachu którego była ruchoma reklama wermutu, a Cinzano lał się z butelki do kieliszka. Cudowne!
Przed delikatesami Braci Pakulskich 
(fot. z książki „Warszawa Międzywojenna”)

sobota, 17 grudnia 2016

Dzieciństwo, ziemia niczyja

Wróżba Agnety Pleijel to doskonała powieść o tym, jak długotrwały konflikt między rodzicami negatywnie wpływa na dzieci. Jak wpędza w poczucie winy, wzbudza strach i w rezultacie odbiera dzieciństwo. To również powieść o żmudnym poszukiwaniu własnej drogi w skomplikowanym, zakłamanym świecie dorosłych.


Narratorka Wróżby miała pecha dorastać w rodzinie dysfunkcyjnej, choć nie patologicznej. Ojciec – wykładowca matematyki na uczelni, matka – niespełniona pianistka z ambicjami; oboje inteligentni i kulturalni, a jednocześnie ślepi na cierpienie córek wplątywanych mniej lub bardziej rozmyślnie w małżeńskie rozgrywki. Tymczasem dziewczynka, niezwykle wrażliwa i samotna, stopniowo traci wiarę w siebie i w dorosłych. Rozpaczliwie szuka miłości i oparcia poza kręgiem najbliższych – w książkach, u ciotek, w religii, w przelotnych związkach. Wszystko dla potwierdzenia, że życie nie jest bezsensowne. Żal patrzeć na tę walkę o przetrwanie, podczas gdy rodzinny dramat trwa latami, a katharsis brak.

Nie ukrywam, że przywiązałam się do bohaterki, choć autorka w żaden sposób nie gra na uczuciach czytelnika. Jej proza jest oszczędna i chłodna, dokładnie taka, jaką pamiętam z jej Zimy w Sztokholmie wydanej u nas w 2002 r. Wróżba jest tym cenniejsza, że dodatkowo otrzymujemy obraz Szwecji lat 50-tych – wyrywkowy, ale zdecydowanie bardzo ciekawy. Książka niewątpliwie godna uwagi.

___________________________________________________________________
Agneta Pleijel, Wróżba. Wspomnienia dziewczynki, przeł. Justyna Czechowska
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2016

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Barwne dzienniki

W Krakowie od niedawna można odwiedzać Pawilon Józefa Czapskiego gromadzący pamiątki po patronie. Czapski (1896-1993) miał wyjątkowo barwny życiorys: brał udział w obu wojnach światowych, był malarzem, znawcą sztuki, krytykiem i literatem. Jako pisarz pozostaje znany głównie dzięki wspomnieniom z Sowietów Na nieludzkiej ziemi. Niemal przez całe życie prowadził dziennik, nazbierało się ich blisko 300 zeszytów. Kiedyś napisał o nich: Wyraziły mnie najwięcej i z tego powodu literacko są najlepsze.


W gablotach można podziwiać zaledwie kilka oryginalnych stronic, część wyświetla się w formie zdjęć. Jest co podziwiać, bo zapiskom często towarzyszą rysunki ołówkiem, kredką, flamastrem i/lub akwarelą, często pojawiają się też wycinki z prasy, bilety, fotografie, listy. Same wpisy są trudne do odczytania ze względu na charakter pisma Czapskiego, ale ilustracje urzekają – mnie w każdym razie zachwyciły. Kilka próbek poniżej.




Zdigitalizowane dzienniki można przejrzeć TU, natomiast fragmenty w wersji książkowej ukazały się w 2010 r. w zbiorze Wyrwane strony. Sam Pawilon w Krakowie warto odwiedzić także ze względu na lokalizację i zaciszną kawiarnię na parterze.

Źródło zdjęć: Muzeum Narodowe w Krakowie


wtorek, 6 grudnia 2016

Smutny kolekcjoner

Czasami wydawało mi się, że ja też jestem kolekcjonerem. Ktoś po wie: pieniędzy. Ale to nie tak. Wolałbym siebie widzieć jako kolekcjonera szczęśliwych chwil. Takich, które aż bolą, przechodzą prosto do żołądka i zostają w nim do strawienia. Chwil, które są raz na ja kiś czas, dozowane przez los z czułością i dbaniem o to, aby nie przedawkować i nie zmylić nas. Żebyśmy nie po myśleli, że życie jest świetne. Ot, takie w sam raz.


Jak przystało na cinkciarza bohater powieści Sylwii Chutnik lubi pieniądze i dobrą zabawę, nade wszystko jednak ceni sobie rodzinę. Jest także melancholikiem i domorosłym filozofem – ku utrapieniu czytelnika, który będzie musiał wysłuchać jego spowiedzi-rzeki. Zadanie kapkę uciążliwe, ponieważ Wiesiek lubi pogadać i ma przy tym skłonność do dygresji i powtarzania się. Popłynie więc opowieść o familii do trzeciego pokolenia wstecz, o miłości i naturalnie o pracy. Tu trzeba liczyć się z dziesiątkami historyjek o przekrętach, dansingach, prostytutkach i handlu tureckimi kożuchami - aż nieprzyjemnie robi się czytelnikowi na duszy.

Może to wszystko miałoby więcej uroki, gdyby Chutnik ograniczyła liczbę „atrakcji”, niestety odniosłam wrażenie, że w książce zamieściła wszystkie zasłyszane kiedyś anegdoty (jej ojciec był muzykiem w knajpianym zespole). Brak umiaru, drobne niekonsekwencje w narracji i dość dziwny ostatni rozdział zaskakują w przypadku poniekąd dobrej pisarki. tak czy owak, największą niespodzianką w Smutku cinkciarza było dla mnie ograniczenie wątku kryminalnego do minimum, bo w rzeczywistości mamy do czynienia z powieścią obyczajową osadzoną w latach 80. Aż tyle i tylko tyle.

_____________________________________________________________
Sylwia Chutnik, Smutek cinkciarza, Od Deski Do Deski, Warszawa 2016

czwartek, 1 grudnia 2016

Szeptem

Okładka i tytuł ostatniej powieści Wita Szostaka nieszczególnie zachęcają do lektury, a szkoda, bo w świecie stworzonym na potrzeby Wróżenia z wnętrzności przebywa się z przyjemnością. Za scenerię posłużyła nieczynna stacja kolejowa położona w górskiej dolinie, miejsce prawie sielskie – ciche, skąpane w słońcu i pachnące dojrzałymi pomidorami.


Fabuła nie grzeszy oryginalnością, ot, kolejna książka o rodzinie po przejściach. O atrakcyjności Wróżenia… decyduje w dużej mierze sposób przedstawienia historii, relacjonowanej przez niemego Błażeja. Z powodu pewnego upośledzenia mężczyzna inaczej postrzega rzeczywistość, w swoim prostolinijnym podejściu mitologizuje ją. Mówi o bogach stwórcach Poświatowa i dobrej bogini Marcie, o mądrym bracie, który przypomina tytana, czy wreszcie o wyczekiwanym od lat ojcu, wędrującym niczym Odys po dalekim świecie. Sama stacja stanie się z kolei azylem dostępnym tylko dla wybrańców, głównie tych szukających spokoju.

I tak działa powieść Szostaka – daje czytelnikowi schronienie i wycisza. Poświatów urzeka, choć trudno nazwać go krainą szczęśliwości. Dla mnie Wróżenie z wnętrzności to interesujące studium samotności, rzecz o podróży w głąb siebie i potrzebie bycia słyszanym. Proza nastrojowa i do refleksji, idealna na obecną porą roku.

_______________________________________________________________
Wit Szostak Wróżenie z wnętrzności, Wyd. Powergraph, Warszawa 2016

piątek, 25 listopada 2016

Wte i wewte

W ostatnich latach coraz więcej mówi się w Polsce o wadze przekładów, czego dowodem kolejna książka na ten temat. Wte i wewte to zbiór siedemnastu wywiadów z tłumaczami, część z nich prezentował portal Dwutygodnik.

Wśród rozmówców są nazwiska dość znane (Małgorzata Łukasiewicz, Maciej Świerkocki, Barbara Kopeć-Umiastowska, Anna Wasilewska), ale też – przynajmniej dla mnie – zupełnie nowe, a to z racji specjalizacji translatorskiej. Do tej drugiej grupy zaliczają się osoby tłumaczące z języków niszowych (chiński, kataloński, antyczna greka) lub zajmujące się mniej „prominentnymi” gatunkami literackimi (kryminały, fantastyka, literatura dziecięca).


Prowadzący wywiady Adam Pluszka, również tłumacz, wypytuje koleżanki i kolegów po fachu o technikę pracy, specyfikę wybranych języków, potrzebę krytyki i zarobki. Wreszcie poruszony został temat tłumaczenia czytadeł czy wręcz utworów grafomańskich oraz poprawiania autorów, w tym częstą praktykę „ugrzeczniania” niewygodnych fragmentów. Dużo miejsca w rozmowach poświęcono samej literaturze i pisarzom m.in. Colette, hr. Potockiemu, Terremu Pratchettowi, Jaume Cabre.

Za najciekawszą uważam opowieść o Hansie Christianie Andersenie, uchodzącym za smutnego pana od jeszcze smutniejszych bajek. Bogusława Sochańska fantastycznie odczarowuje ten wizerunek i pokazuje człowieka niezwykłego, wszechstronnego twórcę, a przy tym ironistę i liryka. To Sochańskiej zawdzięczamy pierwszy przekład Baśni z języka oryginału czyli duńskiego (wcześniej tłumaczono je głównie z niemieckiego) i ma to być wersja pełna: bez cenzury, za to z językowymi niuansami.

Na koniec miałam już napisać, że do pełni szczęścia zabrakło mi w zbiorze rozmowy z tłumaczem hebrajskiego, ale przed kilkoma dniami takowa pojawiła się na stronie Dwutygodnika - o urokach tego języka i bojach z Agnonem opowiada Piotr Paziński.

____________________________________________________________________________
Adam Pluszka Wte i wewte. Z tłumaczami o przekładach Wyd. Słowo/obraz terytoria, 2016

niedziela, 20 listopada 2016

Listopad

Marcin Świetlicki

Listopad, niemal koniec świata

Listopad, niemal koniec świata, kilka minut przed zmierzchem.
Schroniłem się w kawiarni, siadłem tyłem do światła.
Wolne? Zajęte! – odpowiadam, rzucam kurtkę na to drugie krzesło.

Och, gotów jestem już wyjść z tego miasta, ręce wytrzeć o
liście, cały ten kurz, tłuszcz miasta
wytrzeć o liście, wyjdź ze mną, zobaczysz.

Znudzimy się i pozabijamy po tygodniu, ale pomyśl o tych
łunach, które pozostawimy za sobą, o tych wszystkich miejscach
i kobietach, mężczyznach; pomyśl – z jaką ulgą

będziemy krzyczeć w hotelowym pokoju, na najwyższym piętrze,
a nasze krzyki dotrą na pewno aż na
portiernię. Wolne? Już, już za chwilę będzie wolne – odpowiadam.

Zmierzch


(Schizma, 1994)

wtorek, 15 listopada 2016

Historia pewnej znajomości

Oona i Salinger to trzy w jednym: fantazja na temat związku Oony O’Neill, nastoletniej córki noblisty Eugene’a O’Neilla, z początkującym pisarzem J.D. Salingerem, autopromocja Beigbedera oraz opis działań armii amerykańskiej w Europie Zachodniej podczas II wojny światowej. Nieoczekiwanie najciekawszym wątkiem stał się dla mnie ten ostatni – lądowanie aliantów w Normandii, walki w lesie Hurtgen oraz wyzwalanie obozu koncentracyjnego zostały opisane tak sugestywnie, że jeszcze kilka podobnych rozdziałów i uznałabym Oonę i Salingera za znakomitą powieść antywojenną.


Zamiar Beigbedera był raczej inny, tematem przewodnim uczynił mimo wszystko miłość – Jerome’a i Oony, a po trosze także własną (sic!). Nie po raz pierwszy autor oddaje do rąk czytelnika książkę przewrotną oraz, co trzeba przyznać, inteligentną i na swój sposób dowcipną. Prawda jest bowiem taka, że w 1941 r. Salinger zadurzył się bez wzajemności w pannie O’Neill, z czego oprócz obustronnej szamotaniny najwyraźniej nic więcej nie wynikło. Po kilku miesiącach bywania w nocnych klubach, restauracjach i domach handlowych para rozstała się – on wkrótce zaciągnął się do wojska i walczył w Europie, ona poznała Charliego Chaplina, którego poślubiła po uzyskaniu pełnoletności.

Beigbeder wykorzystał garść faktów, obudował zmyśleniami i stworzył coś, co sprawia wrażenie pierwszorzędnego paradokumentu: są dialogi, listy, wyliczenia, cytaty, relacje osób trzecich i aż chce się wierzyć w tę historię „niemiłości” sprokurowaną przez francuskiego pisarza. I tu trzeba podkreślić, że o ile FB nieznośnie często wspomina o sobie, pod koniec także o nowej, młodszej o 20 lat żonie, to pisze świetnie - fragmenty o miłosnych podchodach bywają niezmiernie liryczne, z kolei te o wojnie dość brutalne. Autorowi nie można odmówić błyskotliwości i szerokiego spojrzenia, nawet jeśli czasami wysuwa karkołomne tezy. Czyta się go z przyjemnością i już.

P.S. Nie rozumiem, dlaczego tłumaczka uporczywie pisze o nowelach Salingera – łatwo sprawdzić, że tworzył opowiadania.

______________________________________________________________________________
Frédéric Beigbeder Oona i Salinger przeł. Anna Michalska, Noir sur Blanc, Warszawa 2016

czwartek, 10 listopada 2016

Alfred i Ginewra

– A wysypać ci na głowę kubeł robali?
– A chcesz mieć w łóżku pełno surowych ostryg?
– A chcesz, żeby cię zepchnąć z dachu?
– A chcesz, żeby przez twoje okno wsunęła się chyłkiem długa włochata łapa?
– A chcesz, żeby się ziemia pod tobą zapadła?
– Nie boję się, bo to niemożliwe.

Alfred i Ginewra to urocza książeczka z 1958 r. wypełniona dziecięcą paplaniną i pisaniną. Ośmioletni chłopiec i jego starsza o kilka lat siostra głównie się nudzą i żeby z tej nudy nie umrzeć, wymyślają niestworzone historyjki (o duchach i trupach, ma się rozumieć), kłócą się i psocą. Z podobnym zapałem obserwują i komentują świat dorosłych, co prowadzi niekiedy do zaskakujących wniosków albo kłopotliwych sytuacji. Naturalnie prędzej czy później milusińscy pakują się w kłopoty.


Urok mikropowieści Jamesa Schuylera tkwi przede wszystkim w języku. O ile w sprzeczkach i przekomarzankach rodzeństwa jest infantylny, to w pamiętniku i rozmowach Ginewry z koleżankami staje się bardziej wyszukany. Z uśmiechem czyta się jej „dojrzałe” porady (1. Uśmiechaj się wolniej. 2. Kiedy udajesz przygłuchą ludzie mówiąc do ciebie muszą się nachylić. Robi się wtedy bardziej tajemniczo i intymnie.) czy uwagi dotyczące życia towarzyskiego (Ponieważ zwlekała z tym do ostatniej chwili chciałam powiedzieć nie ale się zreflektowałam. W takich sprawach nie należy się reflektować. Nigdy.). Dziewczę jest kapkę przemądrzałe, niemniej trzeba pamiętać, że jedynie naśladuje dorosłych, czerpiąc wzorce z otoczenia oraz filmów i powieści przeznaczonych bynajmniej nie dla dzieci.

Chcąc nie chcąc, w Alfredzie i Ginewrze czytelnik ogląda siebie samego w krzywym zwierciadle. Ma okazję przekonać się, jak wiele widzą i słyszą najmłodsi, choć nie zawsze właściwie interpretują zdarzenia. W tej poczciwej opowiastce pozornie niewiele się dzieje, tymczasem między wierszami pojawia się widmo rozwodu rodziców i poważnych kłopotów finansowych, napomyka się o przemocy i śmierci. Potrzeba talentu, żeby móc sprokurować podobny kamuflaż i Schuyler, poeta zresztą, na pewno go miał.

__________________________________________________
James Schuyler, Alfred i Ginewra, przeł. Marcin Szuster
Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2016

piątek, 4 listopada 2016

Matka i córka

Vedrana Rudan jak zwykle w formie: nie bawi się w subtelności, nie owija wełny w bawełnę, ale pisze wprost. W Oby cię matka urodziła zajęła się relacjami rodziców i dzieci, przy czym od razu trzeba zaznaczyć, że powieściowe „dziecko” ma 60 lat. Ma także kochającego męża, udaną córkę i wnuczkę, spełnia się zawodowo. Do pełni szczęścia brakuje jej jedynie spokoju.


Główną bohaterkę poznajemy w chwili, gdy musi zaopiekować się zniedołężniałą matką. Zadanie niełatwe, wymagające cierpliwości, tymczasem kobietę sytuacja dość szybko przerasta i wyprowadza z równowagi. Pojawia się zniecierpliwienie i gniew, odżywają stare urazy i pretensje. Te emocje nie biorą się znikąd – dziecko krzywdzone i odpychane raczej nie odwdzięczy się miłością i szacunkiem, nawet po latach.

Gdyby moja matka zabiła mojego ojca, byłabym lepsza. Moja matka dała mi sygnał: „Kogo obchodzisz? Dbam tylko o siebie, strzegę spokoju swojego ducha w swojej butelce rumu”. Czy mamy zawsze stać po stronie matek bez względu na to, czego dla nas nie zrobiły? [s. 224]

To jedna strona medalu. Gdzieś po drodze pojawia się refleksja nad stosunkiem do własnej córki i obawa przed powtarzaniem błędów babki i matki. Czy dziwny opór przed czułością oznacza coś więcej niż brak wprawy? Czy uwaga krytyczna to już kąsanie czy tylko odpowiedź na pytanie? Jak pachnie dla Młodej? Czy córka ją lubi? Wątpliwości mnożą się, przy okazji pokazując złożoność konfliktu starego jak świat.

Powieść Rudan jest bardzo przekonująca, można odnieść wrażenie, że autorka zna problem z doświadczenia. Jej bohaterka jest niezwykle prawdziwa w swojej hassliebe i szczerości. Znacznie słabiej wypadł wątek ojca, dla mnie zresztą nie do końca potrzebny, bo Oby cię matka urodziła jest przede wszystkim książką o skomplikowanych relacjach bliskich sobie kobiet. Trudno o niej zapomnieć.

__________________________________________________________________
Vedrana Rudan, Oby cię matka urodziła, tłum. Marta Dobrowolska-Kierył
Wyd. Drzewo Babel, Warszawa 2016


niedziela, 30 października 2016

Przy stole z Zoranem Ferićem

     [...] Roku pańskiego 1978, dnia 13 miesiąca lipca zebrali się czcigodni bracia franciszkanie z klasztoru Świętej Eufemii w Rabie, aby w obecności Jego Ekscelencji arcybiskupa rijecko-seńskiego, prałata Jakuba, rozważyć jedno z podstawowych zagadnień wiary: CZY OTYŁOŚĆ BOLI?
     Stół przed nimi pełen był jadła: maneštra w glinianym garncu, nadziewany kapłon, sarnina po myśliwsku, szynka wędzona nad domowym piecem, ciasto z chleba świętojańskiego i jeszcze wiele innych potraw. Dyskusję zakrapiali słynną vugayą z Visu, „winem, które wskrzesza zmarłych", jak wyraził się gwardian, zwolennik takich zmartwychwstań i znany enolog praktyk.
     - Wasza Ekscelencjo - powiedział brat Hieronim, zwracając się do biskupa - z różnych źródeł dochodzą wieści, że otyłość boli. Jeśli właściwie na rzecz spojrzeć, jest to logiczne, biorąc pod uwagę budowę naszego cielesnego „ja". Kiedy dziąsła spuchną, bolą. wrzód boli, kiedy się powiększa, czyli puchnie. Tkanki nie znoszą ucisku.
     - Synu powiedział biskup łagodnie - język kolokwialny zna jeszcze jedno słowo na określenie tych dziwnych bólów, które acz nie są następstwem żadnych cierpień fizycznych, są jednak bólami. Bólami, które wciąż pozostają poza jurysdykcją lekarskich diagnoz. A my tu rozmawiamy właśnie o bólach duchowych, o duszy, jeśli wolicie. W otyłości zawiera się wszystko to, czego Jezus nie lubił. [...]
Zoran Ferić, Pułapka na myszy Walta Disneya, Sejny 2007, s. 115-116


Maneštra brzmi zagadkowo, tymczasem ta istryjska zupa to nic innego jak wzbogacona wersja zupy fasolowej. Na jesienne chłody będzie jak znalazł:

Składniki:
250 g fasolki
200 g boczku wędzonego
1 duży ziemniak
1 kolba kukurydzy
1 duża marchew
1 duża cebula
2 łodygi selera naciowego
1 pietruszka
3 ząbki czosnku
1 duży pomidor (opcjonalnie)
½ łyżki papryki w proszku
liść laurowy
oliwa, sól, pieprz
natka pietruszki do posypania

Sposób przygotowania: Namoczoną fasolę i pokrojone w kostkę warzywa zalać wodą (ok. 2 l) z dodatkiem 2 łyżek oliwy. Dodać liść laurowy, posolić i zagotować. W międzyczasie podsmażyć plasterki boczku z dodatkiem drobno posiekanego czosnku. Dodać do garnka, doprawić pieprzem i papryką do smaku, gotować na wolnym ogniu przez dodatkowe 1-1,5 godz.
Można podawać z ciemnym pieczywem lub grzankami, można też do wywaru dodać w odpowiednim momencie makaron (np. muszelki), kaszę jęczmienną lub większą porcję ziemniaków.

wtorek, 25 października 2016

Pułapka na myszy Walta Disneya

Zoran Ferić rozbroił mnie już pierwszym opowiadaniem (Przegoń doktora), w którym grabarze paskudnie zabawiali się kosztem naukowców i w którym sprawy przybrały nieoczekiwany obrót za sprawą Einsteina:
Kiedy człowiek nauki wysiadł, Mac pokazał Alowi niezwykły przedmiot. Był to krążek z twardego kartonu, całkiem czarny, tylko na jednej stronie czerwonymi literami było napisane: E = mc2.
- Co to za gówno? - spytał Mac.
- Jakaś pierdolona groźba - odpowiedział Al. - Nie podoba mi się to. Wcale mi się nie podoba. [s. 11]

Alowi miało prawo się nie podobać, ale mnie – owszem.;) Kolejne opowiadania okazały się zresztą jeszcze ciekawsze: nawet jeśli nie były zabawne, to przynajmniej groteskowe i napisane z fantazją. Stróż nocny o imieniu Dante, Zorba nękający pasażerów metra głośną muzyką, Jan Palach jako patron straży ogniowej, śmiałek umierający na odwagę to tylko kilka przykładów na pomysłowość autora Pułapki na myszy Walta Disneya.

Nie jestem pewna, czy – jak twierdzi wydawca – Ferić rzeczywiście dociera w tych opowiadaniach do sedna powojennej rzeczywistości byłej Jugosławii, wiem natomiast, że jego opowiastki mówią wiele o człowieku jako takim. W szczególności o naszej bezradności wobec przykrych niespodzianek, jakie serwuje nam od czasu do czasu życie, które potrafi okrutnie zakpić z człowieka. Chorwacki pisarz wystawia swoich bohaterów na ciężkie próby, ale też najwyraźniej jest po ich stronie – pochyla się nad nieborakami z troską, choć czasem trudno ją rozpoznać pośród czarnego humoru:
Pierwszą rzeczą, o jakiej pomyślałem po amputacji prawej nogi, była szubienica. Gdybym się teraz powiesił, myślałem, wisiałbym krzywo. Z równowagą byłoby coś nie tak. W westernach nie widuje się takich rzeczy. Powiedziałem o tym swojej żonie, kiedy tylko wybudziłem się z narkozy.[s. 61]
Obrazek ponury, a czytelnik się śmieje. I tak to właśnie jest z Pułapką na myszy Walta Disneya.

__________________________________________________
Zoran Ferić, Pułapka na myszy Walta Disneya
przeł. Gordana Durdev i in.
Wyd. Pogranicze, Sejny 2007

czwartek, 20 października 2016

Papryczka

Papryczka nie zaskakuje, przynosi bowiem dobrze znane składniki pisarskiego inwentarza Alaina Mabanckou: afrykański koloryt, odrobinę szaleństwa oraz ironię. Tym razem bohaterem i narratorem jest chłopiec o najdłuższym długim imieniu na świecie czyli Chwalmy Pana, czarny Mojżesz urodził się na ziemi przodków. Dla przyjaciół po prostu Papryczka, dla czytelników domorosły filozof poznany w Jutro skończę dwadzieścia lat.


Jak zwykle u Mabanckou będzie barwnie, lekko awanturniczo, a nawet dramatycznie, jako że za scenę wydarzeń ponownie posłużyło Kongo-Brazaville lat 60. i 70. ubiegłego stulecia. Będzie sierociniec, w którym o dusze wychowanków zażarcie walczą księża i komuniści, będzie młodociany gang żyjący z haraczy, będzie i dom uciech Mamy Fiat 500, którą główny bohater obdarzy synowskim uczuciem. A poza tym przemoc i absurd, nieodłączne cechy kongijskiej ulicy i władzy. W takim otoczeniu przyjdzie dorastać Papryczce, młodzieńcowi dobrodusznemu i odklejonemu od rzeczywistości, co paradoksalnie pomoże mu kilka razy wyjść cało z opresji.

Opowieść głównego bohatera wywołuje często uśmiech, choć wiemy, że „słuchamy” osoby wykluczonej i ciężko doświadczonej przez los. Autor nie po raz pierwszy tematy trudne maskuje humorem, nie po raz pierwszy też do ich przekazania wybiera lekko zwariowanego narratora. I jakkolwiek książka jest niezła, w zestawieniu z wcześniejszymi dokonaniami Mabanckou wydaje się niestety wtórna. Zdecydowanie przydałaby się odmiana.
 
__________________________________________________________________
Alain Mabanckou, Papryczka, przeł. Jacek Giszczak, Karakter, Kraków 2016 


niedziela, 16 października 2016

Dążność do góry

Książka Dariusza Kortki i Mariusza Pietraszewskiego to rzecz spoza mojego kręgu zainteresowań, bo góry wolę podziwiać z daleka. Ale dla mojego pokolenia Kukuczka był postacią rozpoznawalną, a nawet podziwianą – do dzisiaj pamiętam, że byliśmy przejęci wiadomością o jego tragicznej śmierci w październiku 1989 r. Co tylko potwierdza opinię autorów, że o polskich himalaistach było w mediach głośno, jako że socjalistyczne władze otaczały sportowców szczególną „troską”. Kukuczka do tej grupy niewątpliwie należał.


Kortko i Pietraszewski niezwykle zajmująco pokazują drogę swojego bohatera od małopolskich skałek aż po koronę Ziemi. W ich opowieści dość szybko daje się zauważyć determinacja, wytrwałość i pewna bezkompromisowość wspinacza, który kiedyś w dzienniku zanotował: Moja dewiza życiowa: stój twardo na ziemi, nie wpuszczaj się w kanały różnych teologii alpinistycznych, różnych teoretyków. Pamiętaj, podstawą alpinizmu, himalaizmu jest wspinaczka, dążność do góry. Reszta to brednie, trele-morele, które usprawiedliwiają słabość [ s. 231]. I rzeczywiście Kukuczkę wciąż ciągnęło w góry, ambicja kazała zdobywać szczyty po swojemu czyli w nowy, trudniejszy sposób. Wysokogórskiej przygodzie podporządkowane były inne sfery życia - rodzina i praca.

Arcyciekawym wątkiem książki są również kulisy polskiego alpinizmu i himalaizmu. Trzeba pamiętać, że w czasach PRL-u wyjazdy zagraniczne były ograniczone, a zebranie środków na sfinansowanie wyprawy było nie lada wyzwaniem. Dużym problemem był brak dostępu do dobrego sprzętu (o profesjonalnym nie wspominając) – anegdoty o chałupniczo wyrabianych hakach albo szytych po znajomości kurtkach czyta się dzisiaj z niedowierzaniem. Trudnością było nawet zdobycie zapasów żywności szczególnie w latach 80. Mimo tylu przeszkód polscy wspinacze konkurowali ze sportowcami z Zachodu i odnosili sukcesy. Niewiele brakowało, aby to Kukuczka jako pierwszy w historii zdobył koronę Himalajów i Karakorum, wyprzedził go jednak Reinhold Messner.

Lektura wciąga po uszy i najbardziej zastanawia fakt, że biografia Kukuczki pojawia się dopiero teraz, blisko 30 lat po śmierci Kukuczki. A przecież historia tego prostego chłopaka ze Śląska, który zaszedł tak daleko i tak wysoko, jest ze wszech miar fascynująca, nawet dla laików. Ale jak to mówią: lepiej późno niż wcale.

________________________________
Dariusz Kortko, Marcin Pietraszewski
Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2016

środa, 12 października 2016

Głupota

Ewa Lipska

Głupota

Droga pani Schubert, od dłuższego czasu
obserwuję głupotę. Światowy bestseller. Napina
mięśnie w toksycznej siłowni. Stepper. Hantle.
Sztangi. Pewna siebie kondycja. Podobno istniała
już przed swoim narodzeniem. Święta ikona
muskułów. Gadatliwa, jak pióropusz słów na
chronicznym dopingu.


Droga pani Schubert…(2012)


piątek, 7 października 2016

Poeta w Nowym Jorku

Mam słabość do poetek i poetów próbujących sił w prozie, ponieważ efekty tych prób są zazwyczaj bardzo udane. Bezbronna kreska Tadeusza Dąbrowskiego przede wszystkim mnie zdezorientowała: z jednej strony ogromnie spodobała mi się metaforyka i zgrabne odniesienia do dzieł znanych artystów (Malewicz, Warhol, Abramović, Serra), z drugiej drażniła mnie fabuła. Ale opowieść o dwójce nieznośnych bohaterów nie mogła być przecież gładka.


On – polski poeta promujący w Stanach swoją twórczość, ona – architektka z Kanady, zafascynowana tworzeniem koncepcji przestrzennych bez praktycznego zastosowania. Z ich przypadkowego spotkania w nowojorskim metrze nie wyniknie przyjaźń ani romans, co najwyżej irytująca zabawa w kotka i myszkę. Czytelnik musi uwierzyć w wersję Tada, który z potrzeby zemsty i zapomnienia (sic) postanawia opisać znajomość z Megan. W zacietrzewieniu wypada chwilami z roli i daje się ponieść tworzonej przez siebie fikcji, a biedny czytelnik zaczyna się już z lekka zżymać. Kończąc lekturę, mruczy już tylko: chłopie, dobrze ci tak!

Bezbronna kreska jest dość pokrętna i trudno jednoznacznie stwierdzić, ile w tym celowości, a ile przekombinowania. Powieść jest niewątpliwie bardzo współczesna w treści i w formie, językowo wręcz wyśmienita, niemniej podczas lektury można poczuć się całkowicie bezbronnym wobec „kreski” Dąbrowskiego. Mnie to odczucie nie opuszczało nawet przy powtórnym czytaniu.

_________________________________________________________
Tadeusz Dąbrowski, Bezbronna kreska, Biuro Literackie, 2016