czwartek, 14 września 2017

Czarci pomiot

Strzały padające w prologu Czarciego pomiotu sugerują, że w uwspółcześnionej wersji Burzy będzie się działo. I tak jest: powieściowy Prospero czyli Felix marzy o dotkliwej zemście na byłym asystencie, mimo upływu lat jego żal nie słabnie. Okazją do rewanżu stanie się spektakl reżyserowany w więzieniu przy aktywnym udziale osadzonych – historia władcy podstępnie pozbawionego królestwa będzie wręcz oczywistym wyborem.


W odróżnieniu od innych pisarzy biorących udział w Projekcie Szekspir, Margaret Atwood pozostała blisko dramatu Wielkiego Barda oraz samego teatru, co okazało się bardzo zgrabnym posunięciem. Czytelnik ma szansę prześledzić pracę nad Burzą od podstaw: więźniowie zapoznają się z treścią, dyskutują o bohaterach, a po zajęciach z reżyserem wykonują prace pisemne (muszą m.in. wypisać przekleństwa padające w tekście, wymyślić dalsze losy postaci). Można powiedzieć, że otrzymujemy gotową analizę utworu.

Za pośrednictwem głównego bohatera autorka zaproponowała własną interpretację dramatu i własny pomysł inscenizacyjny. Zaskoczyło mnie zwłaszcza jej spojrzenie na Mirandę, którą przedstawiła jako oczytaną, wysportowaną chłopczycę, po kryjomu studiującą ojcowskie księgi – dość nowoczesne odczytanie tej postaci, trzeba przyznać. Prospero został odbrązowiony i pokazany jako człowiek gniewny, skory do rękoczynów, z kolei Kaliban zyskał ludzką twarz.

O ile wątek teatralny udał się Atwood bardzo dobrze, to główna fabuła czyli historia Felixa pozostawia nieco do życzenia. Miejscami zawodzi psychologia postaci i realizm, przeszkadzają uproszczenia i dosłowność. Całość na szczęście się broni, powiem nawet więcej: fabuła jest znana, a jednak im bliżej końca, tym bardziej Czarci pomiot wciąga. 

______________________________________________________________________
Margaret Atwood Czarci pomiot, przekład Łukasz Witczak, Wyd. Dolnośląskie 2016


sobota, 9 września 2017

Luźne sploty

Przez ucho igielne (sploty) to dość przyjemna książka o mało przyjemnych sprawach. Na początek Ján Púček serwuje nam długi rozdział o umieraniu dziadka, później przechodzi do właściwej opowieści o jego życiu: biednym dzieciństwie, żmudnym zdobywaniu fachu, pobycie w obozach koncentracyjnych i wreszcie kłopotach w socjalistycznej Czechosłowacji.


I tu zaskoczenie: o tematach poważnych, wręcz ponurych, autor pisze bez zadęcia patriotyczno-martyrologicznego, poświęcając im zaledwie kilka zdań, skupia się natomiast na pozytywach czyli – oględnie mówiąc – na umiejętności przetrwania. Jego bohater, murarz Jan Holly, wytrwale drepcze własną drogą i kiedy zajdzie potrzeba (a zachodzi dobrych kilka razy), podnosi się z upadku, żeby zacząć wszystko od nowa. Stoicyzmu i uporu można mu pozazdrościć, choć trzeba zaznaczyć, że żaden z niego święty, po prostu ma swoje zasady.

Powieść jest dobrze skrojona, pozostawia czytelnikowi spory margines na refleksję i wzruszenie. Wyraźnie daje się odczuć czułość, co nie zaskakuje, ponieważ Púček opisał losy swoich dziadków. Wątpię jednak, aby ta rodzinna historia zapisała się na dłużej w pamięci czytelników – wrażenia z lektury niestety dość szybko rozmywają się.  

____________________________________________________________________________
Ján Púček, Przez ucho igielne (sploty), przeł. Weronika Gogola, Książkowe Klimaty 2017

poniedziałek, 4 września 2017

Krusząc literaturę

Czytając Wykłady o literaturze rosyjskiej zazdrościłam trochę amerykańskim studentom, którzy w latach 40. i 50. ubiegłego wieku poznawali Martwe dusze albo Zbrodnię i karę na zajęciach z Vladimirem Nabokovem. Po pierwsze, sam wychował się na tej literaturze; po drugie, był wnikliwym czytelnikiem; po trzecie, do tematu podchodził z pasją, ale i subiektywnie.


I tak na przykład prozę Turgieniewa uważał za „dobrze naoliwioną”, co w rzeczywistości oznaczało, że fabuła była prowadzona banalnie. Dostojewskiego miał za pisarza miernego, zwłaszcza jeśli chodzi o ponadczasowe wartości artystyczne oraz indywidualny geniusz. Nabokov podkreślał brak smaku, sentymentalizm i farsowość w twórczości Fiodora Michajłowicza, na plus wyróżniając jedynie Sobowtóra. Z kolei brak formatu intelektualnego zarzucał Gorkiemu, uwzględnionemu na kursie literatury głównie z powodu barwnego życiorysu.

Autor Lolity cenił za to Gogola, między innymi za precyzyjny styl oraz postaci drugoplanowe. O Czechowie wypowiadał się wręcz z pewną czułością, wskazując na "wzruszającą subtelność, przeuroczą słabość i gołębioszary niepozorny świat". Najwybitniejszym pisarzem był według Nabokova oczywiście Tołstoj, z jego znakomitym wyczuciem czasu, dopracowaną kompozycją i symboliką. Notatki dotyczące Anny Kareniny są najbardziej rozbudowane – wykładowca naszkicował nawet rozkład wagonu sypialnego, wychodząc z założenia, że to ważne dla dobrego czytelnika.

Z prezentowanymi opiniami można się nie zgadzać, warto jednak sprawdzić ich uzasadnienie. Książa wyjątkowo wartościowa, m.in. dlatego, że pokazuje, jak należy czytać literaturę. Na koniec cytat:
[…] literatury, prawdziwej literatury, nie można połykać jak jakiejś mikstury uzdrawiającej serce czy mózg - ten żołądek duszy. Literaturę należy pokruszyć, rozdrobnić, rozetrzeć – a wtedy poczujemy jej cudowny aromat w zagłębieniu dłoni, będziemy ją z rozkoszą obracać na języku, i wtedy, tylko wtedy docenimy naprawdę jej jedyny w swoim rodzaju posmak, a rozdrobnione cząstki połączą się z powrotem w całość w naszym umyśle i objawią swoje zintegrowane piękno, do którego wnieśliśmy odrobinę własnej krwi. [s. 161]
____________________________________________________________________________
Vladimir Nabokov Wykłady o literaturze rosyjskiej przeł. Zbigniew Batko, Aletheia 2017

czwartek, 31 sierpnia 2017

Figi

Adam Zagajewski

Figi

Figi są słodkie, lecz nie trwają długo.
W transporcie szybko marnieją,
Mówi właściciel sklepiku.
Jak pocałunki, dodaje jego żona,
zgarbiona staruszka o wesołych oczach.

(Zeszyty Literackie nr 138)




sobota, 26 sierpnia 2017

Dziewczynka

Żydzi. Tego słowa u nas w domu się nie wymawiało, nie przy dziecku. Gdy mieszkaliśmy w getcie, nikomu, kto do nas przychodził, nie wolno było mówić przy mnie „Żyd".
Tak moja mama opowiadała, opowiadała i opowiadała.
Nie mówić „Żyd" w getcie?
Mama i tata nie chcieli, żebym znała to słowo. Chcieli, by nie wywoływało u mnie żadnej reakcji. Żebym słysząc to słowo, „Żyd", nie myślała, że odnosi się ono do mnie, i nie reagowała.


Alona Frankel miała dużo szczęścia: podczas wojny najpierw przebywała u obcej rodziny na wsi, gdy skończyły się pieniądze, dołączyła do rodziców ukrywających się we Lwowie. Cała trójka przetrwała okupację w znośnych warunkach, później przeniosła się do Krakowa i gdyby nie „życzliwi” Polacy, być może nie musieliby emigrować do Palestyny w 1949 r. O tym wszystkim wspomina w Dziewczynce.

Całość opowiedziana jest z perspektywy dziecka i dziecięcym językiem – krótkimi, prostymi zdaniami, niektóre z nich będą wielokrotnie się powtarzać, podobnie jak relacjonowane zdarzenia. Spostrzeżenia Ilonki potrafią być bardzo bezpośrednie, wręcz nietaktowne, albo dla odmiany zabawne. Nie znosi zwracać na siebie uwagi, jest małomówna, nie chce też słuchać brzydkich i wynędzniałych ludzi opowiadających o tym, jak się uratowali. Lubi historie o Jezusiku i zwierzęta, nawet jeśli są to myszy w skrytce lub martwy szczur. Najbardziej uwielbia jednak czytać. W sumie zwykłe dziecko, choć według matki – wieczne zmartwienie.

Dziewczynka opowiada również o rodzicach Ilonki, barwnej parze komunistów-idealistów, oraz w małym stopniu o ich rodzinach wymordowanych podczas Holokaustu. Mimo trudnego tematu książkę bardzo dobrze się czyta i będzie to, jak sądzę, dobra lektura zarówno dla dorosłych, jak i dla młodych czytelników. Tymczasem niedawno w księgarniach pojawiła się kontynuacja powieści czyli Dziewczyna.

___________________________________________________________________________
Alona Frankel Dziewczynka, przeł. Leszek Kwiatkowski, Wyd. Nisza, Warszawa 2007 


poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Na oślep

Bohaterka Na oślep studiuje w Nowym Jorku literaturę, jest bez grosza i bez charakteru. Ten drugi brak jest kluczowy dla powieści – Iris wydaje się przeźroczysta, wyrazistości nabiera dopiero pod wpływem kilku poznanych mężczyzn. Łatwo im się poddaje, podejmuje ich grę, pozwala sobą manipulować. Z każdej znajomości wychodzi poturbowana, ale też dowiaduje się czegoś o sobie, na przykład tego, że względnie dobrze czuje się w męskim garniturze, z tożsamością „pożyczoną” od postaci literackiej.


Siri Hustvedt bardzo ciekawie potraktowała kwestię osobowości i sposobów jej wyrażania: umiejętności wychwycenia i tego, co odróżnia nas od innych albo najlepiej opisuje. Drugim ważnym wątkiem w powieści jest patrzenie i widzenie – Iris od czasu do czasu cierpi na dziwne zaburzenia wzroku, kiedy indziej staje się jednym z obiektów dla fotografa, ale też sama podgląda. Z kolei tytuł książki celnie obrazuje styl życia naszej bohaterki, która opornie zmierza do bliżej nieokreślonego celu, potykając się stale o własne błędy. A jednak na tyle ją polubiłam, że z przyjemnością przypomniałam sobie niedawno tę powieść.

P.S. Tłumaczący powieść Krzysztof Obłucki przekładał tekst chyba też na oślep, bo George Eliot był według niego mężczyzną.

____________________________________________________________________
Siri Hustvedt Na oślep tłum. Krzysztof Obłucki, Noir sur Blanc, Kraków 1999


środa, 16 sierpnia 2017

Na obiedzie w Moskwie

Autorka Szarlotki Lenina w 1987 r. po raz pierwszy od czasu emigracji przyjechała do ZSRR. Opisuje obiad, na który zaprosił ją ojciec:
    Wypakowałyśmy już prezenty - dla Taty Prousta, dla Leny klejnoty z amerykańskiego sezamu „wszystko za 99 centów", do tego absurdalnie droga butelka smirnoffa ze sklepu dewizowego, w którym nie kłębiły się rozjuszone tłumy.
    Na nasz pozerski, bezduszny trunek mój bezzębny ojciec zareagował godnym podziwu napitkiem domowego wyrobu. Bursztynowa nalewka orzechowa z samogonu destylowanego w starym maminym szybkowarze nie przypominała żadnej tam proletariackiej berbeluchy, lecz wykwintną, tajemniczą whisky. W innej karafce połyskiwał spirt o zadziwiająco różowej barwie. Była to nalewka ze słodzonej borówki brusznicy, zwana (jak się dowiedziałam) niesmiejanowką („nieśmiejówką"), od Aleksandra Niesmiejanowa, czołowego chemika rosyjskiego, ponieważ to w jego ośrodku naukowym jego bystrzy współpracownicy opracowali tę recepturę. Jakimś cudem borówki łagodziły ostrość etanolu o mocy 50% i w moim żołądku mikstura rozkwitała bez końca niczym bezcenny pączek zimowego goździka.
- Kanapki - czy nie takie lubiłaś? - gruchał Tata, podając mamie na jej diwanie wyborny tost z tartym serem.
- Serek „Drużba", kolendra i co? Adżika (pikantna gruzińska pasta z chili)? – komentowała niewzruszona.
- Adżikę zrobiłem sam - zauważył Tata pokornie, nieomal uniżenie, podstawiając jej kolejny talerz, jakieś coś ze śledzi i jajek.
    Kolejnym fajerwerkiem był barszcz.
    W niczym nie przypominał on tradycyjnej maminej jarzynowej wersji naprędce, minitriumfu wyczarowywanego z wymizerowanych warzyw korzeniowych i puszki koncentratu pomidorowego. Mama była kucharzem kapryśnym, impulsywnym, marzycielskim. Próżniaczy Tata okazał się metodycznym, zdeterminowanym mistrzem sztuki kulinarnej. Uparł się, żeby do swojego barszczu mozolnie wyciskać sok ze świeżych marchewek i buraków. Zalał nim porządną, dorodną wołowinę, która marynowała się tak przez cały dzień, w ostatniej chwili całość zwieńczyła zaskakująca niespodzianka z miażdżonego czosnku i szkwarek, chrupiących, słonych, wieprzowych.
    Tatowe satsiwi, kurczak w kremowym gruzińskim sosie orzechowym również odjęło mi mowę. Pomyślałam sobie, jak niemożliwym wyczynem było zdobycie w Moskwie przyzwoitego kurczaka. Jak astronomiczna była cena orzechów włoskich na Centralnym Rynku niedaleko cyrku, jak niewdzięczną robotą jest ich obieranie i mielenie, jak wiele żółtek jaj tak obficie wzbogaciło sos. Z każdym kolejnym kęsem byłam pod coraz większym wrażeniem [...].
Anya von Bremzen Szarlotka Lenina i inne sekrety kuchni radzieckiej, Kraków 2016, s. 222-223
Kurczak saciwi (źródło zdjęcia)

Najciekawszą pozycją w tym obiedzie wydał mi się kurczak satsivi czyli w spolszczonej wersji saciwi. Poniższy przepis na wykonanie tego dania pochodzi z książki Kuchnia gruzińska Grażyny Strumiłło-Miłosz (w Szarlotce Lenina akurat tego przepisu nie było):

Kurczak saciwi

Przygotowanie: ok. 50 min.
Pieczenie: ok. 1 godz.

Składniki: 1 duży kurczak, 1/2 szklanki wyłuskanych orzechów włoskich, 3 żółtka, 1 cebula, oliwa, 4 łyżki octu winnego, 1/2 (lub więcej) ostrej papryczki, szczypta mielonych goździków, cynamonu, szafranu, 4 ząbki czosnku (lub więcej), natka pietruszki, sól, pieprz

Sposób wykonania: Kurczaka gotować w osolonej wodzie ok. 10 min, następnie wyjąć, posmarować oliwą  i upiec w piekarniku na rumiano. Orzechy, czosnek i ostrą papryczkę zmielić w maszynce (lub utłuc), dodać posiekaną natkę pietruszki, cynamon, goździki, szafran, rozprowadzić szklanką rosołu i octem, doprawić solą, pieprzem i postawić na 10 min na wolnym ogniu. Następnie dodać roztrzepane żółtka (bez przerwy mieszając), zdjąć sos z ognia. Kurczaka podzielić na porcje, wyłożyć na półmisek, zalać gorącym sosem i odstawić do ostygnięcia, podawać na zimno. Danie można udekorować natką pietruszki i ziarnami granatu.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Zatrute magdalenki

Anya von Bremzen w roku 1974 wyemigrowała z mamą ze Związku Radzieckiego do Stanów Zjednoczonych. Miała 10 lat, niezbyt dobrze adaptowała się do nowych warunków i była kompletnie rozczarowana mdłą amerykańską kuchnią, o której fantazjowała przed wyjazdem z Moskwy. Tęskniła za kołbasą, serkami „Drużba” i ciasteczkami z fabryki „Bolszewik”, a ponieważ były wytworami znienawidzonego państwa partyjnego, nazwała je „zatrutymi magdalenkami”.


Te zatrute magdalenki dały po latach początek Szarlotce Lenina, książce opowiadającej o ZSRR oraz rodzinie autorki przez pryzmat jedzenia. Pomysł genialny, jego realizacja znakomita: von Bremzen pisze z polotem i w miarę możliwości z humorem. Każdy rozdział odpowiada innej dekadzie XX w., dla każdej – z wyjątkiem piątej, głodowej – wybrano charakterystyczną potrawę, od dekadenckiego kulebiaka i odeskiej gefilte fisz przez gruzińskie chanachi i kukurydziany chleb Chruszczowa aż po sałatkę „Olivier” i bliny. Szczegółowe przepisy wykonania dań zamieszczone są na końcu książki.

W książce von Bremzen znajdziemy mnóstwo dowcipów, anegdot i historyjek np. o całkowicie zbędnej siatce na zakupy (awaśka) noszonej wszak w kieszeni z nadzieją na dostawę towarów deficytowych do sklepu, o kawiorze wpychanym przedszkolakom do ust (za Rodinu, za Partię!), o cenzurowaniu radzieckiej biblii kulinarnej z kosmopolitycznych naleciałości, o zaletach słoika po majonezie oraz o zamykaniu garnków na kłódkę we wspólnych kuchniach w blokach komunalnych. Dzisiaj te opowieści brzmią dość zabawnie, ale Rosjanom zapewne nie było do śmiechu.

Szarlotka Lenina ma nieco gorzkawy posmak (inna zresztą być nie mogła), niemniej jest daniem wyśmienitym: lekka, esencjonalna, z osobistą nutą. Bardzo mnie ciekawi, jaki byłby jej polski odpowiednik.

_______________________________________________________________
Anya von Bremzen Szarlotka Lenina i inne sekrety kuchni radzieckiej
przeł. Aleksandra Czwojdrak
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2016

piątek, 4 sierpnia 2017

Z piekła do raju

Założycielka wydawnictwa Dorota Blomberg, architekt Aleksander Włodarski, profesor kryminologii Jerzy Sarnecki, dokumentalistka Joanna Helander, dziennikarz Maciej Zaremba Bielawski i ortopeda Karol Żyto to tylko kilkoro bohaterów Wygnanych do raju. Krystyna Naszkowska rozmawiała z osobami, które po wydarzeniach Marca’68 wyjechały do Szwecji i tam osiadły.


O raju, jak sugeruje tytuł książki, trudno mówić. Starsze pokolenia zazwyczaj nie mogły na obczyźnie się odnaleźć, także rozmówcy Naszkowskiej wspominają o osamotnieniu, różnicach kulturowych i uprzedzeniach Szwedów. Z racji młodego wówczas wieku mieli jednak łatwiejszy start: szybciej się uczyli, swobodniej korzystali ze wsparcia i szans, jakie oferowała nowoczesna i liberalna Szwecja. Dzięki ciężkiej pracy i wytrwałości zostali po latach cenionymi fachowcami, co jest budujące.

Ciekawym wątkiem rozmów jest stosunek do Polski – tak różny, jak różne były okoliczności wyjazdu po antysemickiej nagonce. Przykro i z niedowierzaniem czyta się o szykanach, z jakimi spotykały się zmuszone do emigracji rodziny, ale tym lepiej rozumie się gorycz i żal niektórych z bohaterów książki. Tak jak w przypadku Emilii Białostockiej-Degenius, dziś psychiatry, która wyjeżdżała z kraju samotnie jako nastolatka – rodzice zmarli podczas wiadomych wydarzeń, w konsekwencji przepadło mieszkanie. W przeciwieństwie do innych emigrantów pani Emilia nie tęskni za Polską.

Każda z opowiedzianych historii zasługuje na osobną książkę, bo wszystkie życiorysy bez wyjątku są ciekawe. Dla odmiany chętnie poczytałabym o tych, którzy nie mieli tyle szczęścia co rozmówcy Naszkowskiej i żyli lub żyją w Szwecji zupełnie przeciętnie, a może nawet z kłopotami. Sukces jest tylko jedną stroną medalu, ta druga może być bardziej miarodajna.

______________________________________________________________________
Krystyna Naszkowska, Wygnani do raju. Szwedzki azyl, Agora, Warszawa 2017


niedziela, 30 lipca 2017

Wakacje nad Adriatykiem

W Wakacjach nad Adriatykiem, podobnie jak we wcześniejszej o 8 lat Pasażerce, Zofia Posmysz wykorzystała motyw przypadkowego spotkania Polki z Niemcami, aby opowiedzieć o pobycie w Auschwitz. Tym razem stworzyła jednak książkę o wiele bardziej złożoną i głębszą, wyróżniającą się także na tle innych utworów z nurtu obozowego.


Auschwitz to miejsce, którego nie da się zrozumieć ani wytłumaczyć; jedna z bohaterek nazywa je Królestwem na wzór dziwnej, spowitej ciemnościami i mgłą krainy z przerażających baśni. Władzę nad poddanymi sprawują Rycerki Zakonu Trupiej Główki, prawdziwe panie życia i śmierci. Z kolei narratorka mówi o piekle podzielonym na kręgi, których liczba wydaje się nieograniczona, zupełnie jak możliwości stopniowania zła. Zezwierzęcenie dotyczy także więźniarek: o ile początkowo pozwalają sobie na ludzkie odruchy i myślenie, to z czasem zwycięży instynkt przeżycia:
Jak zwierzę zagnane w kocioł przypadając do ziemi, zrywając się, rwąc przed siebie w obłąkańczym pędzie, uskakując, by tym rozpaczliwym tańcem śmierci przedłużyć swe istnienie o sekundy wprawdzie, ale jednak, tak i my walczyłyśmy o każdą minutę w nierozumnej biologicznym podszeptem dyktowanej nadziei, że byle o minutę oddalić śmierć, a kocioł pęknie. [s. 43]
Tu nie używa się słów „było” i „będzie”, ani „dawniej” i „w przyszłości”, bo pewne jest tylko „teraz”. Owo „teraz” jest bardzo kruche, większe szanse na jego przedłużenie daje (choć nie gwarantuje) pragmatyzm, pozwalający niekiedy całkiem dobrze i wygodnie funkcjonować w irracjonalnej rzeczywistości Auschwitz. Trzeba jedynie (sic) opanować sztukę uników oraz handlu towarami i przysługami, wyrobić w sobie warstwę ochronną z cynizmu i egoizmu. Wbrew przekonaniom jednej z więźniarek to jest możliwe.

W opisie rzeczywistości autorka postawiła na realizm i zaprezentowała zróżnicowany, a zarazem niejednoznaczny świat. Pomogło w tym stworzenie dwóch wyrazistych postaci: młodziutkiej, szybko uczącej się obozowych reguł Sekretarki oraz kompletnie niezaradnej i bezbronnej Ptaszki, niedoszłej skrzypaczki. Ich znajomość w sposób niesztampowy dotyka kwestii lojalności i odpowiedzialności za drugiego człowieka w warunkach granicznych, dając pole do dyskusji.

W Wakacjach nad Adriatykiem jest co najmniej kilka frapujących tematów do rozważenia, choćby wiodący wątek ekspiacji. To w ogóle książka gęsta od treści i wyrafinowana pod względem formalnym - specyficzną, rwaną narrację nawet dzisiaj można uznać za oryginalną. Dobrze, że powieść doczekała się niedawno wznowienia, ponieważ Posmysz opowiada o Auschwitz z mało popularnej perspektywy i na dodatek w znakomitym stylu.

_____________________________________________________
Zofia Posmysz, Wakacje nad Adriatykiem, Czytelnik 1970


poniedziałek, 24 lipca 2017

Hopper

Szymon Słomczyński

Edward Hopper, The Hotel Room

Boże tak nieobecny jak ruch
w tym pokoju, chroń Madryt,
a jeśli się nie da, ocal chociaż
tego jednego Hoppera i może
jeszcze della Francescę, a jeśli
uniesiesz, to też czarnego Goyę,
i Botticellego, a Guernicę zostaw
potrzebującym jej do szczerbatego
szczęścia, nie mnie. Ja usłyszałem,
gdy tuż obok przemknęło tajemnicze
ktoś, rodem z Almodóvara, próxima
esctación – Atocha. To stacja, gdzie
nie należy się wychylać, pomyślałem,
i pobiegłem w nieudaną pogoń po peronie
za tym kimś. Nagle spod stóp, na schodach,
wychynął stalowy napis „ThyssenKrupp”.

Odtąd wiem, skąd się biorą tak wyszukane,
cenne kolekcje, jak Thyssen-Bornemisza
(wtedy internet nie działał w telefonie
za granicą, wtedy należało wszystkiego
doświadczyć bezpośrednio). Prado to
inna historia, zamierzchła, królewska –
nie pytaj, komu bije palma,
no komu kieszonkową palmę
ze skrzyżowania między galeriami?

(Latakia, Biuro Literackie 2016)



czwartek, 20 lipca 2017

Sztuczki

Z pewną nostalgią czytam dzisiaj książki o dorastaniu w erze przedcyfrowej. O dzieciach, które nie miały gadżetów i były zdane na własną pomysłowość, a więc najczęściej bawiły się z innymi dziećmi. Jeśli zmęczyły się kopaniem piłki i jazdą na rowerach, grały w kapsle lub w karty, biły się kijkami, zbierały pety, strzelały z procy. Albo namiętnie bawiły się w umieranie.


Taki właśnie jest świat narratorki Sztuczek, dziewczynki bawiącej się głównie z chłopcami, wiecznie zabieganej i kapkę niesfornej. Skaranie boskie nie dziecko, jak mówią najbliżsi. Czytelnik wie więcej, więc dostrzeże, że nastolatka jest również nieśmiała, wycofana i może dlatego ma trudności z komunikowaniem się oraz relacjami. Jej przyjaźń z Andym jest chropowata, ale mimo nieporozumień wyjątkowo trwała. Z Ulą jest już inaczej, także dlatego, że „dziewczyńskie” przyjaźnie rządzącą się innymi prawami. Obie znajomości wygasną z powodu zwykłych młodzieńczych zgrzytów, niemniej dla bohaterki będą kluczowe.

Dorastanie u Joanny Lech jest jednocześnie liryczne i niepokojące, i to właśnie atmosfera książki najlepiej zapada w pamięć. Wrażenia z lektury byłyby niewątpliwie lepsze, gdyby nie kompozycja powieści –chyba nie do końca przemyślana, a przez to niezbyt spójna. Na niedociągnięcia przymykam oko i trzymam kciuki za autorkę, bo potencjał niewątpliwie ma.

__________________________________________
Joanna Lech, Sztuczki, Nisza, Warszawa 2016


piątek, 14 lipca 2017

Alabama song

Alabama song to oparta na faktach króciutka powieść o Zeldzie Fitzgerald. W mojej ocenie książka bardzo dobra, ponieważ świetnie pokazuje skomplikowany charakter głównej bohaterki i równie skomplikowany charakter jej burzliwego związku z Francisem Scottem.


Ona – panienka z dobrego domu, bezczelna i bezpruderyjna jak na standardy skostniałego Południa. Chce się wyrwać z rzekomego raju, który dla niej jest cmentarzyskiem ambicji. A Zelda ambicje ma: marzy o tańcu i pisaniu. On – przystojniak z Północy, zdeklasowany, ale wciąż z klasą, będzie szansą na ucieczkę do zupełnie innego świata. Scott wkrótce odniesie literacki sukces, oboje staną się ulubieńcami Ameryki, nie na długo niestety.

U Gillesa Leroya opowiada Zelda czterdziestoletnia i, co znaczące dla całej historii, od ponad dekady leczona psychiatrycznie. Nieobecnego męża darzy  jeszcze pewnym sentymentem, niemniej pretensje biorą górę. Uważa, że zniszczył jej życie i nie pozwolił realizować się artystycznie. Jej opowieść brzmi bardzo przekonująco i trudno nie współczuć tej biednej kobiecie, która mało szczęśliwie ulokowała uczucia i dokonywała kiepskich wyborów.

Warto podkreślić, że autor dobrze wczuł się w postać swojej bohaterki i zgrabnie zróżnicował jej stany emocjonalne. Nie jest to postać do lubienia i taka chyba była Zelda w rzeczywistości. Ale to już trzeba będzie sprawdzić w fachowej biografii Fitzgeraldów, do czego Leroy skutecznie mnie zachęcił.

_______________________________________________________________________
Leroy Gilles Alabama Song, przeł. Wojciech Gilewski, Wyd. Czytelnik, Warszawa 2009

niedziela, 9 lipca 2017

Paryskie niedziele

Tak Sándor Márai pisał o Paryżu lat 20. ubiegłego stulecia:
Czasami nawiedza mnie i straszy lodowata, mglista nuda niedzielnych popołudni paryskich. To okrutne wspomnienie pachnie jak wilgotne, zimne łóżko, w którym nie mogłeś zasnąć. Bistra, gdzie alkoholicy grają w karty, paryskie kawiarnie z ich szczególną oschłością i złośliwością, straszliwe godziny, podczas których chodziłem w kółko po tym ogromnym mieście, z Montmartre'u na Montparnasse, albo włóczyłem się po przedmieściach, gdzie śmierdziało moczem, prostytutki, kręcący się w pobliżu francuscy alfonsi i francuscy kapitaliści (nie było łatwo odróżnić jednych od drugich), popołudniowe wydania niedzielnych gazet z głupimi wiadomościami sportowymi i głupimi przemówieniami ministrów, z fotografiami świeżo odsłoniętych pomników bohaterów, zimne światła na fasadach domów przy Champs-Élysées, dozorcy w spodniach na szelkach na trawnikach Bois, z dziećmi na kolanach i butelką wina, bez butów, zasmradzający wonią zapoconych nóg okoliczne zarośla, wyścigi konne, podczas których człowiek zawsze najpierw nałyka się kurzu, a po ostatniej gonitwie, przepychając się w tłumie, pędzi do autobusu, ta pustynność i niepocieszenie, ta ucywilizowana bezdomność, ta mglista i zimno-kleista, gorzka beznadziejność — w tym wszystkim było coś z niedziel w więzieniach, domach poprawczych i szpitalach. Londyn jest w niedzielę cokolwiek pusty, ale cieplejszy, bardziej ludzki. Paryż jest w niedzielę okrutny i przerażający. To miasto, w którym można tylko pracować i używać. Na odpoczynku się tu nie znają.
Sándor Márai, W podróży, wybór i przekład Teresa Worowska, Zeszyty Literackie, Warszawa 2011, s. 44

zdj. Pierre-Yves Petit (źródło: Wikipedia)

 

wtorek, 4 lipca 2017

Egzorcyzmy warszawskiego pisarza

Krzysztof Varga jest jak zwykle czujny i dobrze zorientowany w warszawskiej rzeczywistości. Opowiadania ze zbioru Egzorcyzmy księdza Wojciecha pokazują, że bacznie obserwuje ulice, osiedla, biura i kawiarnie, wychwytuje aktualne trendy i mody, a później wszystko to uwiecznia na papierze w charakterystycznym dla siebie stylu. Niby jest interesująco, ale zachwycić się trudno.


Vargę czytam od lat i może dlatego od jakiegoś czasu mam wrażenie, że – przynajmniej jeśli idzie o beletrystykę – pisarz wciąż drąży te same tematy, nie oferując czytelnikowi w zasadzie nic nowego. No bo tak: z korporacyjnej kultury, Facebooka oraz kultu młodości i zdrowia niejednokrotnie już się natrząsał, grzechy polskiego kleru i rodziny obśmiewa regularnie. Bohaterowie opowiadań również wydają się znajomi – czy będzie to Malwina z Mąciwód szukająca szczęścia w stolicy, telewizyjny wróżbita zatroskany słabą oglądalnością programu, apatyczny księgowy czy emeryt podglądający młodzież na basenie – wszyscy oni są samotni i sfrustrowani.

Varga mocno się powtarza i coraz częściej jeździ po bandzie – przyciężkawy humor, pseudo-erotyka oraz jednowymiarowe postaci znacząco odbijają się na poziomie zbioru. Autor powoli zaczyna przypominać bardziej starego tetryka niż ironistę. Albo gorzej: przegranego bohatera własnego tekstu. Szkoda było zgrabnych aluzji do Prousta, Eliota i paru innych tuzów literatury, zaprawdę szkoda.

____________________________________________________________________
Krzysztof Varga, Egzorcyzmy księdza Wojciecha, Wielka Litera, Warszawa 2017


środa, 28 czerwca 2017

Księga japońskich strachów

Tajemnicze stwory to nie moja bajka, ale Yōkai przeczytałam. Przeczytałam, ponieważ dziwne postacie w twórczości Japończyków niejednokrotnie mnie zaskakiwały. O ile przedstawienia demonów w malarstwie są w miarę zrozumiałe, a nawet fascynujące, to czytanie np. o kobietach-wężach pełzających po suficie, na dodatek we współczesnym opowiadaniu obyczajowym, wprawia mnie w konsternację.


Okazuje się, że yōkai są bardzo mocno zakorzenione w kulturze japońskiej, co według M. D. Fostera ma łatwą do wyjaśnienia przyczynę: mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni wciąż chcą opowiadać o monstrach i wymyślać je na nowo. I rzeczywiście, nie tylko tworzą kolejne anime i mangi poświęcone duchom, ale prowadzą szeroko zakrojone badania nad tematem. Materiału badawczego stale przybywa, w ostatnich dekadach do galerii straszydeł dołączyła dziewczynka-widmo strasząca w szkolnych toaletach oraz kobieta z rozciętymi ustami.

Dziwne zjawy najwyraźniej na dobre wrosły w kulturę Japonii, skoro ich oswojone i uładzone wizerunki wykorzystywane są dzisiaj jako symbol lokalnej tożsamości – od logo i gadżetów po święta i festiwale. Yōkai mają na tyle dużą siłę przebicia, że zdobyły popularność także poza granicami Nipponu i ze świata komiksów trafiły wprost na duży ekran (pojawiły się choćby w filmach Spirited Away. W krainie bogów, Ring, Harry Potter i Więzień Azkabanu) – fenomen godny uwagi.

Autor, który jest badaczem i wielbicielem japońskiego folkloru, fachowo przybliżył i usystematyzował świat japońskich potworków. Sporządził nawet „kompletnie niekompletny bestiariusz” ważniejszych yōkai z wykorzystaniem ilustracji. Na marginesie dodam, że w 1963 r. wydano w Polsce klasyczną już powieść Ryūnosukego Akutagawy Kappy, opowiadającą o rzecznych dzieciach – można skonfrontować odkrycia Fostera z czysto japońskim ujęciem zagadnienia.

_____________________________________________________________
Michael Dylan Foster Yōkai. Tajemnicze stwory w kulturze japońskiej
przeł. Agnieszka Szurek
Wyd. Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2017

piątek, 23 czerwca 2017

Ojcowskie niedole

Ojcowie mają czasem ciężki los, zwłaszcza z córkami.;) W październiku 1958 r. Jarosław Iwaszkiewicz tak oto skarżył się w liście do Jerzego Błeszyńskiego:
[…] Czuję się pod zdechłym medorkiem - na dobitkę ujrzałem dziś wieczorem u Teresy jej amanta, dla którego ona rozstaje się z mężem. Coś tak okropnego, jakieś chamisko z nieprawdziwego zdarzenia. Jak do naszego brzegu co przypłynie, to albo trzaska, albo gówno. Naprawdę córki „największego" domu w Polsce mogłyby mieć trochę bardziej udanych mężów. Pierwszy mąż Marysi, na którego narzekaliśmy w swoim czasie, wydaje się dzisiaj szczytem lordostwa. Możesz sobie wyobrazić, jak mnie szalenie przygnębia sytuacja Teresy, ten cały jej głupi rozwód, złe postępowanie jej męża (któremu się zresztą nie bardzo dziwię) i ten cały galimatias, który ona sobie bierze na głowę - i nie umie absolutnie rozwiązać. Moje córki jak moje siostry są zupełnie w sprawach życiowych- nie umieją układać sobie życia, tak aby byto choć trochę znośne. Teresa zawsze otacza się smarkaterią, najwięksi przyjaciele to Wiesio i Stasio Kępińscy, i jakieś okropne typy zawsze się u niej widzi. Ach, mój drogi, naprawdę my z moją żoną zasługiwalibyśmy na mniej kłopotów chociażby pod tym względem.
Wszystko jak chcesz. O miłości Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Błeszyńskiego
Warszawa 2017, s. 269
 
Jarosław Iwaszkiewicz z kilkuletnimi córkami


Najlepsze życzenia dla wszystkich ojców w dniu ich Święta.;)

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Na rozdeptanych morwach

O narratorze Palinki nie dowiemy się zbyt wiele: mieszkał w Pradze, w Brnie, także na prowincji w Bawarii. Trenował sport, grał na instrumentach muzycznych, komponował piosenki. Jeśli kochał, to bez większego powodzenia. Na dłużej osiadł w banackiej wsi, gdzie uczył w szkole języka czeskiego. Wyludnione pogranicze serbsko-rumuńskie miało być azylem, nie pierwszym zresztą.


Może to wrodzona nadwrażliwość, a może fatalny stan ducha powodują, że nawet błahe zdarzenia skłaniają bohatera Hořavy do wspomnień. Bodźcem może okazać się smak morwy albo kropli na ból gardła, grabienie liści w parku, zasłyszany menuet Bacha czy gra światłocienia. Mężczyzna przywołuje z pamięci osoby, emocje i miejsca, które prawdopodobnie w znacznym stopniu go ukonstytuowały. Nie składają się na przejrzysty życiorys, raczej na bardzo luźny i wyrywkowy zbiór epizodów, dający dość mgliste wyobrażenie o przeszłości pana nauczyciela, który wciąż przed czymś ucieka i z premedytacją wybiera odosobnienie. I czuje się przeraźliwie samotny.

W książce ta samotność jest namacalna, osacza czytelnika jak banacka mgła. Styl Hořavy jest na tyle gęsty i plastyczny, że bez trudu zobaczymy górskie zbocza porośnięte paprociami, pobielone chałupy z czerwonymi dachami i krowy na pastwisku. Nie trzeba też wielkiej wyobraźni, żeby usłyszeć szum Dunaju, a na języku poczuć ognistą palinkę ze śliwek i lubaszek. Dużo wrażeń jak na niecałe 190 stron.

__________________________________
Matěj Hořava Palinka. Prozy z Banatu
tłum. Anna Radwan-Żbikowska,
Książkowe Klimaty, Wrocław 2017

środa, 14 czerwca 2017

Słodko i zaszczytnie...

Toczka to inaczej kropka. To również nazwa małego wydawnictwa z Krakowa, które specjalizuje się w prozie niszowej, głównie bałkańskiej. Książki są najczęściej skromne objętościowo, jak choćby Słodko i zaszczytnie… Nevena Lukačevića, który pięć opowiadań zmieścił na 70 stronach. 


Akcja wszystkich historii toczy się podczas I wojny światowej, można nawet powiedzieć – w jej centrum. Za każdym razem wydarzenia śledzimy z innej perspektywy: Czech Lojka feralnego 28 czerwca 1914 r. wiezie samochodem cesarską parę, przemarznięty włoski wojak gdzieś w tyrolskich Alpach szykuje się do wymarszu, a na opuszczonej stacji kolejowej niedobitki bośniackiego plutonu rozważają dezercję. Jest jeszcze Brytyjczyk w okopach nad Sommą czekający na sygnał do ataku oraz dwóch młodziutkich żołnierzy z przeciwnych armii, których wiadomość o zakończeniu wojny zastaje w Belgii.

Oprócz zróżnicowanych pod względem narodowościowym bohaterów widać tu również przemyślany układ tekstów i dbałość o różnorodność formy (m.in. dziennik, list). To chyba jedyne zalety zbioru, który – sądząc po tytule i ujęciu tematu – miał pokazywać, że wbrew opinii Horacego nie jest słodko i zaszczytnie umierać za ojczyznę, że umieranie w imię wyższych ideałów jest często prozaiczne albo brutalne, a nade wszystko – bezsensowne. Używam słowa „miał”, ponieważ siła przekazu tych opowiadań jest znikoma. Autor nie wychodzi poza schemat i w rzeczywistości oferuje czytelnikowi głównie konfekcję.

Rozczarowanie lekturą jest tym większe, że w prozie Lukačevića był potencjał, niestety zabrakło podstawowego składnika fabuły: wiarygodności. Grzechem autora jest nie tylko powierzchowność i sztuczność, ale i naznaczenie opowieści współczesną wiedzą. W rezultacie książkę czyta się bez emocji, a przecież nie o to w literaturze chodzi.

_____________________________________
Neven Lukačević, Słodko i zaszczytnie… 
tłum. Joanna Kalinowska-Lukačević
Wyd. Toczka, Kraków 2016

piątek, 9 czerwca 2017

Kawa z Lukačevićem

[…] Ten zapach rozprzestrzeniający się po całej czarszii jest inny, nie można go porównać z tym w wiedeńskich kawiarniach. Tam się pije kawę po wiedeńsku z likierem lub mlekiem, z dodatkiem drobno startej czekolady. Serwuje się kawę biedermeier, czyli dużą mokkę z likierem morelowym i bitą śmietaną. Albo cesarski melanż — mokkę z żółtkiem ubitym z miodem lub cukrem. Jest też fiakera, espresso z rumem albo koniakiem, przykryte warstwą śmietanki. Ale ty najbardziej lubisz mariloman, gorącą mokkę z koniakiem. Tutaj nie mają takich kaw. Są wprawdzie miejskie kawiarnie na wzór wiedeńskich, serwują kilka rodzajów, ale to nie to samo. Woda i przygotowanie są inne, więc nie ma tego aromatu ani atmosfery. Dlatego nie podobają ci się sarajewskie miejskie kawiarnie. Ale za to odkryłeś inny świat kawy w małych sarajewskich kawiarenkach na czarszii. Obsługa jest uprzejma i po wschodniemu uniżona, nie taka jak w wiedeńskich hotelach — w liberii, kiczowata, ze sztucznym uśmiechem i udawaną uprzejmością. Tam wszystko robią na pokaz, plotkują, prowadzą gierki, śledzą wzrokiem, spoglądając zza gazety Tutaj nawet obgadywanie jest bardziej szczere, wszystko ci wywalą prosto w twarz, a ty całuj albo zostaw, jak mówią tutejsi.
Neven Lukačević, Słodko i zaszczytnie… tłum. Joanna Kalinowska-Lukačević, Kraków 2016, s. 18

źródło zdjęcia: Wikipedia 

 

niedziela, 4 czerwca 2017

Terremoto

Po wpisaniu do internetowej przeglądarki hasła "Castellucio" ukazują się zdjęcia bajecznego płaskowyżu i wzgórza ciasno zabudowanego bliźniaczo wyglądającymi domami. W przypadku Nursji oglądam rozświetlony plac z renesansową bazyliką. Fotografie z Amatrice są już bardziej aktualne: przeważają te, na których widać całe ulice w gruzach. Te trzy miasta zostały obrócone w ruinę wskutek trzęsień ziemi, jakie dotknęły Włochy na przełomie 2016 i 2017 r. 


Jarosław Mikołajewski twierdzi, że pojechał zobaczyć zniszczenia z ciekawości – jako człowiek urodzony na Mazowszu zna tylko jeden kataklizm, więc trzęsienie ziemi (wł. terremoto) jest dla niego tajemniczym zjawiskiem. Takim, którego skali nie oddadzą w pełni artykuły naukowe, filmy czy relacje w mediach. Myślę jednak, że autorem nie kierowało wścibstwo, ale empatia i poczucie solidarności z mieszkańcami często odwiedzanego i lubianego kraju. Dlatego jeździł, obserwował i rozmawiał, próbując zrozumieć. Kwintesencją tego świata po katastrofie jest dla mnie lista rzeczy dostrzeżonych na jednym z rumowisk – lista długa, obejmująca m.in.: tył fiata cinquecento, łopatę do prac ogrodowych, koszule w różnych odcieniach błękitu, doniczki z drzewkami oliwnymi, zakazy postoju, kapliczkę za szkłem, rachunek za gaz, półotwarty różowy piórnik. I wiele, wiele innych przedmiotów.

Terremoto nie jest właściwie reportażem, to raczej zapis wrażeń i przemyśleń z podróży oraz spotkań, dywagacje natury religijnej, socjologicznej, literackiej, a nawet lingwistycznej. Czasem trafiają się zaskakujące i wręcz dziwne skojarzenia, ale w tej dość osobistej opowieści poety i italianisty nie rażą. Podsumowując: książka Mikołajewskiego to rzecz raczej dla miłośników Włoch niż fanów literatury faktu.

________________________________________________________________________
Jarosław Mikołajewski, Terremoto, Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa 2017

poniedziałek, 29 maja 2017

Dorosłe dzieci

Nonszalancja polskich wydawców w tłumaczeniu tytułów bywa irytująca. Tak jest na przykład w przypadku ostatniej książki Toni Morrison God help the Child, która w Polsce ukazała się jako Skóra. Domyślam się, że Niech Bóg strzeże to dziecko nie brzmi dobrze, niemniej warto zauważyć, że zdanie jest cytatem z zakończenia powieści. Co ważniejsze, wypaczony został sens utworu, bo nie o skórę czy jej kolor tutaj chodzi.


Morrison, owszem, podnosi problem rasizmu, na dodatek z bardzo ciekawej perspektywy, jednak jest to wątek drugorzędny. Głównym tematem pozostaje dziecko, które pośrednio lub bezpośrednio dotknęła krzywda – na tyle dotkliwa, że przez długie lata będzie mu ciążyć i utrudniać współżycie z innymi. Jeśli przyjrzeć się Bride, odtrąconej przez matkę, oraz Bookerowi, niepogodzonemu ze stratą brata, można nawet uznać, że traumy nie pozwalają im w pełni dojrzeć:
Każde będzie się czepiać smętnej historyjki o bólu i żalu - jakiejś dawnej przykrości, którą życie zwaliło na ich czyste, niewinne jaźnie. I każde przepisze sobie tę historię na nowo, znając treść, odgadując temat, zmyślając znaczenie i lekceważąc oryginał. Wielka szkoda. [s. 171]
Fabuła odkrywcza nie jest i z żalem stwierdzam, że Skórze daleko do najlepszych dokonań noblistki. Ta skromna objętościowo książka wydaje się wyjątkowo niedopracowana: postaci są bez wyrazu albo jednowymiarowe, z kolei problematyka została nakreślona grubą, dydaktyczną kreską. Potencjał był duży, ale najwyraźniej przerósł możliwości wiekowej autorki (dziś 86-letniej).

________________________________________________________
Toni Morrison, Skóra, przeł. Jolanta Kozak, Świat Książki 2016