niedziela, 19 listopada 2017

Jesień

[..] Jesień to tęsknota duszy ludzkiej do materialności, do istotności, do granic. Gdy z niezbadanych przyczyn metafory, projekty, marzenia ludzkie zaczynają tęsknić do reali­zacji, przychodzi czas jesieni. Te fantomy, które dotychczas rozprószone w najdalszych sferach ludzkiego kosmosu zabarwiały jego wysokie sklepienia swymi widmami – ściągają teraz do człowieka, szukają ciepła jego oddechu, ciasnego przytulnego schronienia jego domu, niszy, w której stoi jego łóżko. Dom człowieka staje się, jak stajenka betlejemska, jądrem, dookoła którego zagęszczają przestwór wszystkie demony, wszystkie duchy górnych i dolnych sfer. Skończył się czas pięknych klasycznych gestów, łacińskiej frazeologii, południowych teatral­nych zaokrągleń. Jesień szuka sobie jędrności, prostackiej siły Dürerów i Breughelów. Pęka ta forma od nadmiaru materii, twardnieje w węzły i sęki, chwyta ona materię w swe szczęki i kleszcze, gnębi ją, gwałci, ugniata i wypuszcza z swych rąk z śladami tej walki, kłody na wpół obrobione z piętnem nie­samowitego życia w grymasach, które im wycisnęła na drewnia­nych twarzach.

Bruno Schulz Jesień w: Opowiadania, wybór Esejów i listów. oprac. J. Jarzębski, wyd.Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław

Bruno Schulz 
(12 lipca 1892 - 19 listopada 1942)


wtorek, 14 listopada 2017

Kopciuchy i karaluchy

Panie Głowacki
Przeczytałem to Pana opowiadanie Wielki brudzio. Swoje fochy stroi Pan w „Kulturze”, którą czyta kilkaset tysięcy ludzi. Już z tego, co Pan napisał, wyłania mi się Pana portret. Jest Pan lizusem, karierowiczem bez zasad moralnych. Pana postać przypomina gibona w charakterystycznej pozie. Niemyje Pan nóg i innych części ciała. Niech się Pan nie obraza, że nazywam Pana po imieniu, tylko spojrzy na siebie krytycznie.
Nie podpisuję się, bo gdybym to zrobił, dostałbym od Pana taki sam list. Żegnam Pana.
P.S. Początkowo chciałem do Pana napisać kulturalnie, ale pomyślałem, co się będę wysilał dla chama.

Podobno list powyższej treści nadszedł do redakcji Kultury" po opublikowaniu pierwszego opowiadania Janusza Głowackiego w 1964 r. Równie dobrze mógł być wymysłem samego pisarza, który przecież stale posługiwał się ironią i żartem. Inna rzecz, że dla wielu polskich czytelników twórczość Głowackiego była nie do zaakceptowania: obśmiewanie mitów i patosu do dzisiaj zresztą jest u nas kiepsko przyjmowane, tymczasem autor Wielkiego brudzia czyli powodu zamieszania, zawsze wolał groteskę i absurd, na dodatek w tonacji buffo.


Co innego za granicą: Kopciuch, Polowanie na karaluchy i Antygona w Nowym Jorku były wystawiane z powodzeniem w kilkunastu krajach, w Stanach Zjednoczonych przyniosły autorowi uznanie. Na tych niełatwych, zniuansowanych dramatach poznali się Amerykanie, Europa Zachodnia i Wschodnia, natomiast Polacy, wyćwiczeni w dostrzeganiu aluzji i czytaniu między wierszami – niekoniecznie. Nawet Rosjanom spodobała się Czwarta siostra, która według rodzimych krytyków niemożebnie kpiła z naszych sąsiadów i szargała Czechowa.

Elżbieta Baniewicz dość dokładnie prześledziła ten fenomen – Dżanus nie jest bowiem biografią (jak sugeruje podtytuł i okładkowa notka), to raczej przegląd twórczości artysty w oparciu o życiorys, z obszernymi streszczeniami utworów, opisami adaptacji i licznymi fragmentami recenzji. Taki układ mi nie przeszkadza, ponieważ autorka pisze o rzeczach, które mnie interesują, niemniej jej brak krytycyzmu wobec przedmiotu badań jest nieznośny. Głowackiemu – jak większości twórców – zdarzały się także i potknięcia, o nich niestety krytyczka nie pisze.

Mimo tego zgrzytu książka Baniewicz jest dla mnie cenna ze względu na analizy literackie, z pewnością przydadzą się podczas czytania dramatów i opowiadań Głowackiego.

________________________________________________________________________________
Elżbieta Baniewicz, Dżanus. Dramatyczne przypadki Janusza Głowackiego, Marginesy 2016

środa, 8 listopada 2017

Ich krakowski szał

Obie powieści Aleksandry Zielińskiej wiele łączy. Przede wszystkim jest to choroba psychiczna u głównej bohaterki, krakowskie Podgórze, wieś w południowej Polsce, bezbarwna codzienność i bardzo, bardzo mroczny nastrój. Mimo podobieństw te książki są na tyle różne, że czytane w odstępie roku w żaden sposób nie nużą, przeciwnie – pobudzają apetyt na więcej.


Przypadek Alicji to dość makabryczna wariacja na temat Alicji w Krainie Czarów. Bohaterka Zielińskiej najwyraźniej wpadła do niewłaściwej nory, jako że po studenckiej imprezie przytrafia się jej szereg przykrych rzeczy: zachodzi w niechcianą ciążę, wszędzie widzi koty i krew, względnie krew i szczury, co rusz spotyka niepokojących osobników. I choć akcja nieuchronnie zmierza ku wyjątkowo paskudnej katastrofie, udział w tej jeździe bez trzymanki jest dużą czytelniczą frajdą.


W Burej i szale sytuacja jest odwrotna: bohaterka od dziecka uchodząca za wariatkę mozolnie i wbrew najbliższym wygrzebuje się z choroby. Kanciasta, poobijana wkracza do powieści prosto z rzeki, bo to dziewczyna z wody i wiatru. Być może dlatego właśnie podczas lektury ma się wrażenie obcowania z wilgocią, brudem i zimnem, co jednocześnie podkreśla chłód rodzinnego domu Burej. Domu, w którym wszyscy mijali się z uczuciami i banalizowali problemy najbliższych.

Zielińska równie umiejętnie stwarza świat odrealniony, co świat widziany oczami osoby chorej, na dodatek swoje historie opisuje w kapitalnym stylu, często przy użyciu cytatów z filmu, literatury i popkultury. Obie książki są na tym samym, wysokim poziomie, jednak ze względu na grę konwencjami i gatunkami wolę demoniczny Przypadek Alicji. I już się cieszę na opowiadania, które wydano kilka tygodni temu.

___________________________________________________________________
Aleksandra Zielińska, Przypadek Alicji, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2014
Aleksandra Zielińska, Bura i szał, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2016

czwartek, 2 listopada 2017

Iwaszkiewicz na cmentarzu Père-Lachaise

[...] Dzień pierwszego listopada był w Paryżu niebieski i pogodny. Lekkie przymglenie perspektyw, tak charakterystyczne dla tego miasta, nie stwarzało nastrojów jesiennych. Dopiero tłumy ludzi, które się spotykało u wejścia na cmentarz Pere-Lachaise i liczne groby ustrojone późnymi kwiatami — zwłaszcza nowymi gatunkami chryzantem — świadczyły, że i tutaj dzień ten obchodzony jest jako święto umarłych.

Ile razy wchodzę w bramę tego cmentarza, przypominam sobie nieśmiertelną scenę Ludzi bezdomnych — i sakramentalne pytanie wędrownych Polaków: „Szopę u e?". Bo przecież i ja tu tylekroć przychodzę na grób Fryderyka Chopina.

Choć byliśmy tu wiele razy, zawsze mamy pewną trudność w odnalezieniu tej bocznej alejki, w której znajduje się grób twórcy Polonezów. Cmentarz ma wygląd odświętny, ale brak mu blasku tych świateł, którymi u nas płoną Powązki i wiejskie, najskromniejsze cmentarze.

W mglistym i szarym tłumie wysokich pomników błądzi się przez chwilę. W końcu długiej alei błyska z daleka jednak jakieś światło. Mówię do żony: „Patrz, tam palą się świece. To może być tylko u Chopina".


I rzeczywiście, na pomniku Chopina jakaś tkliwa ręka ustawiła sześć zapalonych świeczek. Pomnik tonie dosłownie pod stosami kwiatów. Obok wspaniałego wieńca z czerwono-białych kwiatów od konsulatu polskiego nie brak polnych rumianków i skromnych roślinek zerwanych gdzieś przy drodze. Ktoś w opuszczone ręce żałobnej figury siedzącej na pomniku wetknął kłosy owsa i żyta, na pól zwiędłą gałązkę grabiny. Zapewne przywieziono to z Polski.

Stawiamy i my tutaj woskową świeczkę przywiezioną z Warszawy, kładziemy gałązkę świerku ułamanego w Stawisku. Trochę to nas krępuje — taka sentymentalna manifestacja — bo pomnik otoczony jest gęstym tłumem.

Ludzie — Polacy i cudzoziemcy — stoją w skupieniu, w milczeniu, w zamyśleniu nad losem artysty i jego sztuki.
Przychodzi duża niemiecka wycieczka. Przewodniczka powiada: „To jest grób Chopina. Jest to jedyny grób na całym cmentarzu, na którym nigdy nie brak świeżych kwiatów".

Tak jest w istocie. Tylu tu spoczywa wielkich ludzi, pisarzy, artystów.

Czczą ich wszyscy. Ale Chopinowi kładą kwiaty, Chopina kochają.

Jarosław Iwaszkiewicz, Rachunki włóczęgi, Zeszyty Literackie, 2017

niedziela, 29 października 2017

Dużo Auschwitzu we krwi

Wszyscy myślą, że wyzwolenie to szczęście. Mają rację, ale wyzwolenie to też moment, kiedy się orientujesz, że jesteś sam i że nie ma już twojego świata. Nie ma nic i nikogo. Koniec

W Ocalonych z XX wieku Mikołaj Grynberg rozmawiał z tymi, którzy przeżyli Holokaust, w Oskarżam Auschwitz oddał głos dzieciom ocalonych. Łączy ich żydowskie pokolenie oraz domy pogrążone w smutku i ciągłej żałobie; życie obok rodziców, którzy nie okazywali czułości, nie rozmawiali, być może nawet się nie kochali. Wojenna trauma, choć nienazwana, dotykała całe rodziny.


W moich żyłach płynie — od najwcześniejszych lat — bardzo dużo Auschwitzu. Nie wydaje mi się, żebym potrzebował go więcej. Ci, którzy tam jadą, to ci, którzy chcą więcej zrozumieć. Ja już nie chcę więcej zrozumieć. Oskarżam Auschwitz o pozbawienie mnie ojca. Auschwitz jest dla mnie zarówno konkretem, jak i symbolem całego Holokaustu.

Rozmówcy Grynberga niejednokrotnie wspominają o nadmiernym lęku o życie najbliższych oraz o nieuzasadnionym poczuciu winy wobec rodziców z powodu tego, co przeszli. Wspólna jest im również nostalgia za czymś, czego nie znali – za dziadkami, wujkami, kuzynami. Ta genealogiczna wyrwa bywa dotkliwa, zwłaszcza że po wymordowanych członkach rodziny często nie pozostał żaden namacalny ślad.

Kiedyś powiedziałam mojej terapeutce, że gdy jestem w Auschwitz, to czuję się, jakbym wreszcie wróciła do domu. Bardzo się obruszyła. A ja się tam naprawdę czuję spokojna i wyciszona. Marzę, by się położyć na ziemi i powoli się w nią zapadać, tak by poczuć ciepło tych wszystkich, którzy tam zostali. 

Kilka razy odzywa się w rozmowach głos, że Hitler mógłby być z siebie dumny: jego wojna niszczy Żydów do dziś. Czytając wywiady z Oskarżam Auschwitz, nie miałam wątpliwości, że tak jest. Trzeba jednak zaznaczyć, że rozmówcy nie narzekają, próbują żyć z uśmiechem na twarzy. I o tym właśnie jest książka Mikołaja Grynberga, także przedstawiciela tego pokolenia. Znakomita lektura.

___________________________________________________________________________
Mikołaj Grynberg, Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne, Czarne, Wołowiec 2014 


 Wszystkie cytaty z pochodzą z książki Oskarżam Auschwitz.


wtorek, 24 października 2017

Szukając Michela F. w Warszawie

Michel Foucault (1926-1984) był filozofem i intelektualistą światowego formatu. Mało kto wie, że od jesieni 1958 do połowy roku 1959 kierował warszawskim Ośrodkiem Kultury Francuskiej oraz wykładał na uniwersytecie. Fakt ten jest mało znany może dlatego, że Foucault opuścił Warszawę nagle i w niesławie, czego powodem był romans z pewnym chłopcem. A być może dlatego, że w instytucjach i prasie zachowało się wyjątkowo mało śladów tego pobytu.


Po długich poszukiwaniach wiodących m.in. przez archiwa IPN Remigiusz Ryziński wpadł na trop tajemniczego młodzieńca (dziś już nieżyjącego) oraz kilku panów, którzy mieli okazję poznać Foucault w Warszawie lub znali tych, którzy go znali. Książka jest przede wszystkim kroniką żmudnego śledztwa oraz opisem inwigilowanego w PRL-u środowiska homoseksualistów. Najmniej miejsca w tej skądinąd wciągającej opowieści zajmuje sam filozof. Stąd też wynika moje lekkie rozczarowanie lekturą, bo i tytuł, i notka na okładce sugerują zdecydowanie inne rozłożenie akcentów.

Poza tym autor zrobił coś, czego w rodzimych reportażach wyjątkowo nie lubię: główny wątek zagęścił masą informacji i anegdot luźno związanych z właściwym bohaterem, a dziury załatał gdybaniem i domysłami. Skopiował stylistykę oraz chwyty z upodobaniem stosowane przez innych polskich twórców literatury faktu, co w moim odczuciu staje się już nieznośne. Reportaż naprawdę nie musi być „ładniusi”, żeby zainteresować czytelnika.

_____________________________________________________________________________
Remigiusz Ryziński, Foucault w Warszawie, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2017

środa, 18 października 2017

Inne ochoty

Inne ochoty zapowiadały się na powtórkę z rozrywki, na szczęście książka pozytywnie zaskakuje. Wizyta w mieszkaniu na Hożej stała się okazją do rozmowy o bardziej prywatnych aspektach życia Pilcha, a dzięki zamieszczonym zdjęciom można obejrzeć fragment jego biblioteki albo "pamiątkową" ścianę. Jest szansa podejrzeć pisarza w bardziej przyziemnym świetle – wiedza, że czekoladowe batoniki zawsze kupuje w liczbie dziesięciu sztuk, dziwnie mnie uspokaja.


Pilch w domowej odsłonie nie oznacza bynajmniej Pilcha trywialnego. Dużo mówi się tu o jego mało znanych zainteresowaniach muzyką klasyczną (Bach, Haydn, Schubert), malarstwem (Bosch, Bruegel, Hopper) oraz fotografią. Znać, że nie jest to gadanie na potrzeby publiczności, ale opinie poparte wiedzą. I musi to być prawdziwa pasja, skoro Pilch maniakalnie zbiera albumy (ja bym czegoś nie miał?), kupuje wariackie książki na temat sztuki i laminuje reprodukcje. Twierdzi też, że pisanie zaczął od rysowania Woli Justowskiej.

Aż połowa wywiadu poświęcona jest twórczości Pilcha i literaturze w ogóle. Dowiemy się, że według głównego zainteresowanego jedną z fundamentalnych szkół pisania jest felieton, że łatwiej machnąć reportaż niż wymyślić historię od zera oraz że poglądy prawicowe literaturze szkodzą. Jest mowa o wciąż niezrealizowanym pomyśle stworzenia salonu literackiego i pisanej właśnie powieści antyutopijnej. A poza tym: o namiętnym czytaniu przypisów i nieczytaniu fantastyki, o słabości do nadawania bohaterom znaczących nazwisk oraz o głębokiej niechęci do pożyczania książek.

Każdy z podrozdziałów jest ciekawy – nawet jeśli rozmowa dotyczy mniej istotnych zagadnień (dla mnie np. sport), wiadomo, że prędzej czy później padnie błyskotliwe stwierdzenie albo pojawi się anegdota. Cieszy mnie bardzo ten powrót Pilcha do dobrej formy.

_______________________________________________________________
Inne ochoty. Jerzy Pilch w rozmowach z Eweliną Pietrowiak. Część 2
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017


czwartek, 12 października 2017

Pilch o książkach

 Fragment z nowego tomu rozmów Eweliny Pietrowiak z Jerzym Pilchem:

Trzy powieści wszech czasów to - zgadnę - Czarodziejska góra, Anna Karenina i Lalka?

Chyba dokładnie tak bym powiedział.

Dlaczego? 

Czarodziejska góra jest jednak nadksiążką. Początek, czyli przyjazd do sanatorium, świetny, od razu jest się wewnątrz sytuacji, nie masz cienia wątpliwości co do jakości postaci, każda, nawet epizodyczna, została wspaniale napisana. Na przykład Hermina Kleefeld, która występuje tylko jako postać, która umie gwizdać płucem. Samo to! Oczywiście dwaj antagoniści, Settembrini i Naphta, spierający się o duszę Hansa Castorpa, to już jest najwyższa szkoła jazdy. A na przykład moi ulubieni studenci w Lalce — tu też mistrzostwo postaci trzecioplanowych. Podobne walory ma Anna Karenina, która nawiasem mówiąc, zaczyna się tak samo jak Czarodziejska góra, czyli przyjazdem głównej postaci. 
 

Jeśli jakiś młody pisarz miałby ambicję napisać „prawdziwą" klasyczną powieść, to musiałaby to być powieść realistyczna?

Lepiej, żeby była. Są oczywiście genialne książki, na przykład Sto lat samotności Marqueza, które są feerią myślenia magicznego, kompletnie nierealistycznego, ale moim zdaniem one przez to trochę tracą. Realistyczny wielki romans Marqueza Miłość w czasach zarazy jest bardziej odporny na czas.

Czy powstanie jeszcze realistyczna powieść o polskiej rzeczywistości, taka jak Przedwiośnie?

A czy współczesne polskie Przedwiośnie zaciekawiłoby kogokolwiek? Powieść Żeromskiego jest bardzo wąska, jak zresztą — niestety — cały autor. Pisarz mi daleki, najdalszy. Ani erotomania, ani przejście na luteranizm gościa nie ratuje. Jest to czystsze od Popiołów, co nie znaczy, że czyste. Jaka jest wymowa tej książki? Co Gajowiec ma do zaoferowania Europie? Polskie spory? Stary Baryka marzący o szklanych domach? Przecież to jest zupełna niedorzeczność! Szklane domy! Brednia dla ekshibicjonistów i kapusiów! Szklane domy w naszym klimacie! Można powiedzieć, autor nie tylko pisał, ale i myślał. Mówiliśmy już o tym: nie ma w Polsce wielkiej tradycji prozy, to kraj poetów. Przez tydzień możesz tomik wierszy machnąć, wielkiej powieści realistycznej nie napiszesz. Potrzeba cech, których widocznie Polacy nie mają, takich jak cierpliwość, wytrwałość, takt...

Takt?
 
Tak. Pisanie musi być taktowne, nie można załatwiać w powieści wszystkich doraźnych rachunków życiowych. Literatura jest oczywiście w pewnym sensie wymierzaniem sprawiedliwości widzialnemu światu, ale to właśnie wymaga dystansu, umiejętności. Niektórzy mówią, my też o tym wspomnieliśmy, że polska proza zaczyna się od Paska. Wielki pisarz, ale powiedzmy sobie jasno, czasem nie wiadomo u niego, gdzie początek, gdzie koniec zdania, jeszcze nie tak ten język ustawiony. Kitowicza pamiętniki są o niebo lepsze, ale też dużo późniejsze. Są mocarze prozy: Sienkiewicz, Prus, są też pomniejsi: Teodor Tomasz Jeż, Józef Weyssenhoff.[...]

Inne ochoty. Jerzy Pilch w rozmowach z Eweliną Pietrowiak, część 2, Wyd. Literackie, Kraków 2017 s. 208


sobota, 7 października 2017

Chroma

Według słownika języka polskiego chroma to pigment malarski otrzymywany z siarczanu ołowiu lub chromianów, ale i jedna z trzech cech barwy, odpowiadająca jej nasyceniu. Nasycona kolorami jest z pewnością książka Dereka Jarmana (1942-1994), choć szarawa, opalizująca okładka raczej przeczy temu stwierdzeniu. W środku nie ma też ilustracji, a jednak podczas lektury myśli się kolorami, i nie tylko kolorami:

Nazwy brązowych barwników są słodkie i jadalne. Można kupić płaszcz w kolorze karmelowym, toffi, migdałowym, kawowym, czekoladowym albo curry. Brąz to słodkość i pożywienie. Był kiedyś kolor nazywany grzankowym.


Jarman był zafascynowany malarstwem i sam malował. Wyrazem tej pasji były również jego filmy fabularne, np. skąpany w złocie i czerwieni Caravaggio (1986) pełen był żywych obrazów nawiązujących do dzieł włoskiego mistrza. Chroma powstała pod koniec życia artysty, kiedy stopniowo tracił wzrok. Książkę można czytać na wyrywki, bo w istocie stanowi zbiór dość luźnych uwag i skojarzeń dotyczących kilkunastu barw. Dużo tu odniesień do literatury, filozofii oraz historii sztuki, są także wspomnienia z dzieciństwa i migawki z życia prywatnego. Jarman nawet o postępującej chorobie i śmierci pisze kolorami, a ściślej – błękitem.


Chroma jest książką szczególną, z pewnością docenią ją wielbiciele malarstwa. Daje wytchnienie i zmusza do refleksji, jednocześnie wyczula na kolory i pozwala na kontakt z pięknem, nawet jeśli ma on nastąpić tylko w wyobraźni. A fragmenty takie jak poniższy to dla mnie poezja i muzyka w jednym:

Chemiczne i romantyczne nazwy - fiolet manganowy, błękit ceruleum, ultramaryna - i nazwy odległych miejsc - żółć neapolitańska. Geografia koloru, błękit antwerpski, sjena surowa. Kolory sięgające odległych planet - fiolet marsowy; nazwane na cześć dawnych mistrzów - brąz Van Dyke'a. Wewnętrznie sprzeczne - jak czerń lampowa.

_________________________________________________________
Derek Jarman, Chroma. Księga Kolorów, przeł. Paweł Świerczek
Instytucja Filmowa Silesia-Film, Katowice 2017

niedziela, 1 października 2017

Anarchia, sjurealizm, moderna

Lola to atrakcyjna, wygadana i energiczna siedemnastolatka. Marzy jej się lepszy świat: bez władzy, wojska i więzień, z równymi prawami i płacami. Ona, dziewczyna z dobrej żydowskiej rodziny, chce zmieść z powierzchni ziemi fabrykantów, ziemian i kościoły. Zanim jednak tego dokona, w Hiszpanii wybuchnie wojna domowa i panna Moel rzuci się na pomoc republice. Po prostu anarchia, sjurealizm, moderna, jak mawia jej kompanka.


Fantastyczna postać, choć w powieści Jakuba Kamińskiego ma status widma. Lolę zniszczyła Historia, ale wciąż żyje w pamięci Lidki, dawnej towarzyszki broni i kochanki. Dla tej prostej, niewykształconej dziewczyny stała się prawdziwym kompasem życiowym. To dzięki niej Lidka wyrwała się z banału i zamiast zostać robotnicą lub urzędniczką, po wojnie znalazła się wśród tych, którzy tworzyli nowy ład. Gdy w latach 60. trafiła do telewizji, zaczęła współtworzyć propagandowy program dla młodzieży: kształtowała gusty i wyobrażenia tysięcy ludzi. Można powiedzieć, że spełniło się dawne marzenie Loli o władzy, tyle że w groteskowej formie.

I tu do akcji wkracza druga ważna bohaterka książki czyli Nina – siostrzenica Loli, z gatunku młodych zdolnych i ambitnych. Lidka widzi w niej przedłużenie miłości swojego życia, szansę na odrodzenie, niestety obie kobiety zbyt wiele dzieli, stoją właściwie po dwóch stronach barykady. Tymczasem jest rok 1967 r. i coraz częściej słychać hasła nacjonalistyczne, a telewizja staje się jednym z celów wewnątrzpartyjnych rozgrywek. Lidka nie wie, a później długo jeszcze nie zrozumie, że trwają właśnie przygotowania do większej akcji, której kulminacja nastąpi w marcu 1968 r. Walczy o Ninę, a jednocześnie wplątuje się w czystkę w redakcji.

Czytelnik od początku poznaje naprzemiennie dwie wersje wydarzeń: z nieskładnych zapisków Lidki prowadzonych w szpitalu psychiatrycznym oraz z obszernych komentarzy Niny. Ten dwugłos nadaje książce kapitalny sznyt, zwłaszcza że każda z narracji ma odmienny, specyficzny styl. To w ogóle jest wyjątkowo mięsista powieść o Historii i ludziach mielonych przez jej tryby. Szkoda, że dobry efekt psuje epilog, w którym autor podsuwa poniekąd analizę utworu.

_____________________________________________________
Jarosław Kamiński, Tylko Lola, Wyd. WAB, Warszawa 2017


wtorek, 26 września 2017

Drewniany różaniec

Różaniec w powieści Natalii Rolleczek służy do modlenia się i do bicia. Siostry zakonne biją swoje podopieczne z sierocińca, gdy zawodzą inne metody wymuszania posłuszeństwa. Te mniej bolesne obejmują wielogodzinne „ofiarki” i medytacje, a przede wszystkim ciężką pracę fizyczną, często ponad siły dziewcząt. Jeśli dodać do tego brud i głód, mamy już pewne wyobrażenie o warunkach, w jakich żyją bohaterki powieści.


Autorka opisała w książce to, czego sama doświadczyła na początku lat 30. ubiegłego wieku u Felicjanek w Zakopanem. Do ochronki trafiła na dwa lata, poniekąd na przechowanie – rodzice byli zbyt biedni, by utrzymywać całą rodzinę. Ta odmiana nie była pozytywna i musiało upłynąć sporo czasu, zanim Natala opanowała sztukę radzenia sobie w opresyjnym środowisku. Stopniowo straciła złudzenia, może coś więcej:

Tak tu było cicho i biało! Jak gdyby wokół nie istniała nasza bieda, wszy, opuszczenie, jakby nie było głodnych dziewczyn, złodziejskich sztuczek i kar. I nic nie wskazywało, że kaplica ma służyć nam. […] I pomyślałam z żalem, że gdyby można było nie czuć się w tej kaplicy intruzem, może by wtedy nasze życie wyglądało inaczej. Może by i ono przejęło coś z tej łagodnej woni, ciszy i białości, która panowała wokół. [ s. 56]

Los dziewcząt był niewesoły, warto jednak zauważyć, że sytuacja sióstr nie była o wiele lepsza. Jako Felicjanki musiały utrzymywać się z jałmużny, co w praktyce oznaczało biedowanie. Funkcjonowały w mocno zhierarchizowanym świecie, służąc pokornie i nierzadko w upokorzeniu. Dla wielu z nich pójście do zakonu było mniejszym złem – poświęcenie się kościołowi chroniło przed nędzą, gwarantowało dach nad głową. Służba Bogu, którego w klasztorze najbardziej brakowało, została sprowadzona do długiej listy przykrych obowiązków.

Obraz sierocińca odmalowany w Drewnianym różańcu jest dość ponury, niemniej zdarzają się w nim jaśniejsze momenty, jak na przykład epizod opisujący plagę powołań. Wydanie Ha!artu jest szczególnie godne uwagi ze względu na zamieszczony wywiad z autorką – Rolleczek opowiada m.in. o przedwojennym Zakopanem, latach okupacji i „karierze” samej książki. Mimo tematyki z przyjemnością przypomniałam sobie tę lekturę z dawnych lat.

____________________________________________________________
Natalia Rolleczek, Drewniany różaniec, Korporacja Ha!art, Kraków 2009

środa, 20 września 2017

Tak więc wrzesień

[...] Tak więc wrzesień. Początek końca. Ostatni wysiłek świata, zanim zacznie powoli gasnąć, popielić się i zamierać. Heroiczny miesiąc. W ogrodach i sadach obfitość kolorów i owoców. Aż się w oczach mieni od tych czerwieni, oranżów, złota, fioletów, lila różów, od tego jabłczanego połysku, który w słońcu oślepia jak setki zajączków. Trzeba mrużyć oczy. A jak się to ugina, napięte do granicy pęknięcia, złamania, niczym człowiecze grzbiety pod ciężarem ponad siły.


No i leżę w środku tego września, w środku mojego kraju, w śpiworze, na deskach pachnących surową ropą prosto z kopalni i nasłuchuję, i wyobrażam sobie, co się dzieje po sadach, po ogrodach i lasach. Zatopiony w tym wszystkim, otumaniony z lekka, oczadziały od urody i rozpaczy ostatnich jasnych i ciepłych dni, zanim sczezną, zanim zatopi je mrok i chłód, zanim pomrzemy. Bo nigdy nie widać życia lepiej niż jesienią. Nigdy nie jest piękniejsze i nigdy nie przychodzi łatwiej zgodzić się na śmierć niż w karnawale jesieni. Tak sobie myślę w śpiworze, w środku kraju, z czarnym Uhercem zamykającym dolinę.
Andrzej Stasiuk Kucając, Wyd. Czarne, 2015 s.81
 

czwartek, 14 września 2017

Czarci pomiot

Strzały padające w prologu Czarciego pomiotu sugerują, że w uwspółcześnionej wersji Burzy będzie się działo. I tak jest: powieściowy Prospero czyli Felix marzy o dotkliwej zemście na byłym asystencie, mimo upływu lat jego żal nie słabnie. Okazją do rewanżu stanie się spektakl reżyserowany w więzieniu przy aktywnym udziale osadzonych – historia władcy podstępnie pozbawionego królestwa będzie wręcz oczywistym wyborem.


W odróżnieniu od innych pisarzy biorących udział w Projekcie Szekspir, Margaret Atwood pozostała blisko dramatu Wielkiego Barda oraz samego teatru, co okazało się bardzo zgrabnym posunięciem. Czytelnik ma szansę prześledzić pracę nad Burzą od podstaw: więźniowie zapoznają się z treścią, dyskutują o bohaterach, a po zajęciach z reżyserem wykonują prace pisemne (muszą m.in. wypisać przekleństwa padające w tekście, wymyślić dalsze losy postaci). Można powiedzieć, że otrzymujemy gotową analizę utworu.

Za pośrednictwem głównego bohatera autorka zaproponowała własną interpretację dramatu i własny pomysł inscenizacyjny. Zaskoczyło mnie zwłaszcza jej spojrzenie na Mirandę, którą przedstawiła jako oczytaną, wysportowaną chłopczycę, po kryjomu studiującą ojcowskie księgi – dość nowoczesne odczytanie tej postaci, trzeba przyznać. Prospero został odbrązowiony i pokazany jako człowiek gniewny, skory do rękoczynów, z kolei Kaliban zyskał ludzką twarz.

O ile wątek teatralny udał się Atwood bardzo dobrze, to główna fabuła czyli historia Felixa pozostawia nieco do życzenia. Miejscami zawodzi psychologia postaci i realizm, przeszkadzają uproszczenia i dosłowność. Całość na szczęście się broni, powiem nawet więcej: fabuła jest znana, a jednak im bliżej końca, tym bardziej Czarci pomiot wciąga. 

______________________________________________________________________
Margaret Atwood Czarci pomiot, przekład Łukasz Witczak, Wyd. Dolnośląskie 2016


sobota, 9 września 2017

Luźne sploty

Przez ucho igielne (sploty) to dość przyjemna książka o mało przyjemnych sprawach. Na początek Ján Púček serwuje nam długi rozdział o umieraniu dziadka, później przechodzi do właściwej opowieści o jego życiu: biednym dzieciństwie, żmudnym zdobywaniu fachu, pobycie w obozach koncentracyjnych i wreszcie kłopotach w socjalistycznej Czechosłowacji.


I tu zaskoczenie: o tematach poważnych, wręcz ponurych, autor pisze bez zadęcia patriotyczno-martyrologicznego, poświęcając im zaledwie kilka zdań, skupia się natomiast na pozytywach czyli – oględnie mówiąc – na umiejętności przetrwania. Jego bohater, murarz Jan Holly, wytrwale drepcze własną drogą i kiedy zajdzie potrzeba (a zachodzi dobrych kilka razy), podnosi się z upadku, żeby zacząć wszystko od nowa. Stoicyzmu i uporu można mu pozazdrościć, choć trzeba zaznaczyć, że żaden z niego święty, po prostu ma swoje zasady.

Powieść jest dobrze skrojona, pozostawia czytelnikowi spory margines na refleksję i wzruszenie. Wyraźnie daje się odczuć czułość, co nie zaskakuje, ponieważ Púček opisał losy swoich dziadków. Wątpię jednak, aby ta rodzinna historia zapisała się na dłużej w pamięci czytelników – wrażenia z lektury niestety dość szybko rozmywają się.  

____________________________________________________________________________
Ján Púček, Przez ucho igielne (sploty), przeł. Weronika Gogola, Książkowe Klimaty 2017

poniedziałek, 4 września 2017

Krusząc literaturę

Czytając Wykłady o literaturze rosyjskiej zazdrościłam trochę amerykańskim studentom, którzy w latach 40. i 50. ubiegłego wieku poznawali Martwe dusze albo Zbrodnię i karę na zajęciach z Vladimirem Nabokovem. Po pierwsze, sam wychował się na tej literaturze; po drugie, był wnikliwym czytelnikiem; po trzecie, do tematu podchodził z pasją, ale i subiektywnie.


I tak na przykład prozę Turgieniewa uważał za „dobrze naoliwioną”, co w rzeczywistości oznaczało, że fabuła była prowadzona banalnie. Dostojewskiego miał za pisarza miernego, zwłaszcza jeśli chodzi o ponadczasowe wartości artystyczne oraz indywidualny geniusz. Nabokov podkreślał brak smaku, sentymentalizm i farsowość w twórczości Fiodora Michajłowicza, na plus wyróżniając jedynie Sobowtóra. Z kolei brak formatu intelektualnego zarzucał Gorkiemu, uwzględnionemu na kursie literatury głównie z powodu barwnego życiorysu.

Autor Lolity cenił za to Gogola, między innymi za precyzyjny styl oraz postaci drugoplanowe. O Czechowie wypowiadał się wręcz z pewną czułością, wskazując na "wzruszającą subtelność, przeuroczą słabość i gołębioszary niepozorny świat". Najwybitniejszym pisarzem był według Nabokova oczywiście Tołstoj, z jego znakomitym wyczuciem czasu, dopracowaną kompozycją i symboliką. Notatki dotyczące Anny Kareniny są najbardziej rozbudowane – wykładowca naszkicował nawet rozkład wagonu sypialnego, wychodząc z założenia, że to ważne dla dobrego czytelnika.

Z prezentowanymi opiniami można się nie zgadzać, warto jednak sprawdzić ich uzasadnienie. Książa wyjątkowo wartościowa, m.in. dlatego, że pokazuje, jak należy czytać literaturę. Na koniec cytat:
[…] literatury, prawdziwej literatury, nie można połykać jak jakiejś mikstury uzdrawiającej serce czy mózg - ten żołądek duszy. Literaturę należy pokruszyć, rozdrobnić, rozetrzeć – a wtedy poczujemy jej cudowny aromat w zagłębieniu dłoni, będziemy ją z rozkoszą obracać na języku, i wtedy, tylko wtedy docenimy naprawdę jej jedyny w swoim rodzaju posmak, a rozdrobnione cząstki połączą się z powrotem w całość w naszym umyśle i objawią swoje zintegrowane piękno, do którego wnieśliśmy odrobinę własnej krwi. [s. 161]
____________________________________________________________________________
Vladimir Nabokov Wykłady o literaturze rosyjskiej przeł. Zbigniew Batko, Aletheia 2017

czwartek, 31 sierpnia 2017

Figi

Adam Zagajewski

Figi

Figi są słodkie, lecz nie trwają długo.
W transporcie szybko marnieją,
Mówi właściciel sklepiku.
Jak pocałunki, dodaje jego żona,
zgarbiona staruszka o wesołych oczach.

(Zeszyty Literackie nr 138)




sobota, 26 sierpnia 2017

Dziewczynka

Żydzi. Tego słowa u nas w domu się nie wymawiało, nie przy dziecku. Gdy mieszkaliśmy w getcie, nikomu, kto do nas przychodził, nie wolno było mówić przy mnie „Żyd".
Tak moja mama opowiadała, opowiadała i opowiadała.
Nie mówić „Żyd" w getcie?
Mama i tata nie chcieli, żebym znała to słowo. Chcieli, by nie wywoływało u mnie żadnej reakcji. Żebym słysząc to słowo, „Żyd", nie myślała, że odnosi się ono do mnie, i nie reagowała.


Alona Frankel miała dużo szczęścia: podczas wojny najpierw przebywała u obcej rodziny na wsi, gdy skończyły się pieniądze, dołączyła do rodziców ukrywających się we Lwowie. Cała trójka przetrwała okupację w znośnych warunkach, później przeniosła się do Krakowa i gdyby nie „życzliwi” Polacy, być może nie musieliby emigrować do Palestyny w 1949 r. O tym wszystkim wspomina w Dziewczynce.

Całość opowiedziana jest z perspektywy dziecka i dziecięcym językiem – krótkimi, prostymi zdaniami, niektóre z nich będą wielokrotnie się powtarzać, podobnie jak relacjonowane zdarzenia. Spostrzeżenia Ilonki potrafią być bardzo bezpośrednie, wręcz nietaktowne, albo dla odmiany zabawne. Nie znosi zwracać na siebie uwagi, jest małomówna, nie chce też słuchać brzydkich i wynędzniałych ludzi opowiadających o tym, jak się uratowali. Lubi historie o Jezusiku i zwierzęta, nawet jeśli są to myszy w skrytce lub martwy szczur. Najbardziej uwielbia jednak czytać. W sumie zwykłe dziecko, choć według matki – wieczne zmartwienie.

Dziewczynka opowiada również o rodzicach Ilonki, barwnej parze komunistów-idealistów, oraz w małym stopniu o ich rodzinach wymordowanych podczas Holokaustu. Mimo trudnego tematu książkę bardzo dobrze się czyta i będzie to, jak sądzę, dobra lektura zarówno dla dorosłych, jak i dla młodych czytelników. Tymczasem niedawno w księgarniach pojawiła się kontynuacja powieści czyli Dziewczyna.

___________________________________________________________________________
Alona Frankel Dziewczynka, przeł. Leszek Kwiatkowski, Wyd. Nisza, Warszawa 2007 


poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Na oślep

Bohaterka Na oślep studiuje w Nowym Jorku literaturę, jest bez grosza i bez charakteru. Ten drugi brak jest kluczowy dla powieści – Iris wydaje się przeźroczysta, wyrazistości nabiera dopiero pod wpływem kilku poznanych mężczyzn. Łatwo im się poddaje, podejmuje ich grę, pozwala sobą manipulować. Z każdej znajomości wychodzi poturbowana, ale też dowiaduje się czegoś o sobie, na przykład tego, że względnie dobrze czuje się w męskim garniturze, z tożsamością „pożyczoną” od postaci literackiej.


Siri Hustvedt bardzo ciekawie potraktowała kwestię osobowości i sposobów jej wyrażania: umiejętności wychwycenia i tego, co odróżnia nas od innych albo najlepiej opisuje. Drugim ważnym wątkiem w powieści jest patrzenie i widzenie – Iris od czasu do czasu cierpi na dziwne zaburzenia wzroku, kiedy indziej staje się jednym z obiektów dla fotografa, ale też sama podgląda. Z kolei tytuł książki celnie obrazuje styl życia naszej bohaterki, która opornie zmierza do bliżej nieokreślonego celu, potykając się stale o własne błędy. A jednak na tyle ją polubiłam, że z przyjemnością przypomniałam sobie niedawno tę powieść.

P.S. Tłumaczący powieść Krzysztof Obłucki przekładał tekst chyba też na oślep, bo George Eliot był według niego mężczyzną.

____________________________________________________________________
Siri Hustvedt Na oślep tłum. Krzysztof Obłucki, Noir sur Blanc, Kraków 1999


środa, 16 sierpnia 2017

Na obiedzie w Moskwie

Autorka Szarlotki Lenina w 1987 r. po raz pierwszy od czasu emigracji przyjechała do ZSRR. Opisuje obiad, na który zaprosił ją ojciec:
    Wypakowałyśmy już prezenty - dla Taty Prousta, dla Leny klejnoty z amerykańskiego sezamu „wszystko za 99 centów", do tego absurdalnie droga butelka smirnoffa ze sklepu dewizowego, w którym nie kłębiły się rozjuszone tłumy.
    Na nasz pozerski, bezduszny trunek mój bezzębny ojciec zareagował godnym podziwu napitkiem domowego wyrobu. Bursztynowa nalewka orzechowa z samogonu destylowanego w starym maminym szybkowarze nie przypominała żadnej tam proletariackiej berbeluchy, lecz wykwintną, tajemniczą whisky. W innej karafce połyskiwał spirt o zadziwiająco różowej barwie. Była to nalewka ze słodzonej borówki brusznicy, zwana (jak się dowiedziałam) niesmiejanowką („nieśmiejówką"), od Aleksandra Niesmiejanowa, czołowego chemika rosyjskiego, ponieważ to w jego ośrodku naukowym jego bystrzy współpracownicy opracowali tę recepturę. Jakimś cudem borówki łagodziły ostrość etanolu o mocy 50% i w moim żołądku mikstura rozkwitała bez końca niczym bezcenny pączek zimowego goździka.
- Kanapki - czy nie takie lubiłaś? - gruchał Tata, podając mamie na jej diwanie wyborny tost z tartym serem.
- Serek „Drużba", kolendra i co? Adżika (pikantna gruzińska pasta z chili)? – komentowała niewzruszona.
- Adżikę zrobiłem sam - zauważył Tata pokornie, nieomal uniżenie, podstawiając jej kolejny talerz, jakieś coś ze śledzi i jajek.
    Kolejnym fajerwerkiem był barszcz.
    W niczym nie przypominał on tradycyjnej maminej jarzynowej wersji naprędce, minitriumfu wyczarowywanego z wymizerowanych warzyw korzeniowych i puszki koncentratu pomidorowego. Mama była kucharzem kapryśnym, impulsywnym, marzycielskim. Próżniaczy Tata okazał się metodycznym, zdeterminowanym mistrzem sztuki kulinarnej. Uparł się, żeby do swojego barszczu mozolnie wyciskać sok ze świeżych marchewek i buraków. Zalał nim porządną, dorodną wołowinę, która marynowała się tak przez cały dzień, w ostatniej chwili całość zwieńczyła zaskakująca niespodzianka z miażdżonego czosnku i szkwarek, chrupiących, słonych, wieprzowych.
    Tatowe satsiwi, kurczak w kremowym gruzińskim sosie orzechowym również odjęło mi mowę. Pomyślałam sobie, jak niemożliwym wyczynem było zdobycie w Moskwie przyzwoitego kurczaka. Jak astronomiczna była cena orzechów włoskich na Centralnym Rynku niedaleko cyrku, jak niewdzięczną robotą jest ich obieranie i mielenie, jak wiele żółtek jaj tak obficie wzbogaciło sos. Z każdym kolejnym kęsem byłam pod coraz większym wrażeniem [...].
Anya von Bremzen Szarlotka Lenina i inne sekrety kuchni radzieckiej, Kraków 2016, s. 222-223
Kurczak saciwi (źródło zdjęcia)

Najciekawszą pozycją w tym obiedzie wydał mi się kurczak satsivi czyli w spolszczonej wersji saciwi. Poniższy przepis na wykonanie tego dania pochodzi z książki Kuchnia gruzińska Grażyny Strumiłło-Miłosz (w Szarlotce Lenina akurat tego przepisu nie było):

Kurczak saciwi

Przygotowanie: ok. 50 min.
Pieczenie: ok. 1 godz.

Składniki: 1 duży kurczak, 1/2 szklanki wyłuskanych orzechów włoskich, 3 żółtka, 1 cebula, oliwa, 4 łyżki octu winnego, 1/2 (lub więcej) ostrej papryczki, szczypta mielonych goździków, cynamonu, szafranu, 4 ząbki czosnku (lub więcej), natka pietruszki, sól, pieprz

Sposób wykonania: Kurczaka gotować w osolonej wodzie ok. 10 min, następnie wyjąć, posmarować oliwą  i upiec w piekarniku na rumiano. Orzechy, czosnek i ostrą papryczkę zmielić w maszynce (lub utłuc), dodać posiekaną natkę pietruszki, cynamon, goździki, szafran, rozprowadzić szklanką rosołu i octem, doprawić solą, pieprzem i postawić na 10 min na wolnym ogniu. Następnie dodać roztrzepane żółtka (bez przerwy mieszając), zdjąć sos z ognia. Kurczaka podzielić na porcje, wyłożyć na półmisek, zalać gorącym sosem i odstawić do ostygnięcia, podawać na zimno. Danie można udekorować natką pietruszki i ziarnami granatu.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Zatrute magdalenki

Anya von Bremzen w roku 1974 wyemigrowała z mamą ze Związku Radzieckiego do Stanów Zjednoczonych. Miała 10 lat, niezbyt dobrze adaptowała się do nowych warunków i była kompletnie rozczarowana mdłą amerykańską kuchnią, o której fantazjowała przed wyjazdem z Moskwy. Tęskniła za kołbasą, serkami „Drużba” i ciasteczkami z fabryki „Bolszewik”, a ponieważ były wytworami znienawidzonego państwa partyjnego, nazwała je „zatrutymi magdalenkami”.


Te zatrute magdalenki dały po latach początek Szarlotce Lenina, książce opowiadającej o ZSRR oraz rodzinie autorki przez pryzmat jedzenia. Pomysł genialny, jego realizacja znakomita: von Bremzen pisze z polotem i w miarę możliwości z humorem. Każdy rozdział odpowiada innej dekadzie XX w., dla każdej – z wyjątkiem piątej, głodowej – wybrano charakterystyczną potrawę, od dekadenckiego kulebiaka i odeskiej gefilte fisz przez gruzińskie chanachi i kukurydziany chleb Chruszczowa aż po sałatkę „Olivier” i bliny. Szczegółowe przepisy wykonania dań zamieszczone są na końcu książki.

W książce von Bremzen znajdziemy mnóstwo dowcipów, anegdot i historyjek np. o całkowicie zbędnej siatce na zakupy (awaśka) noszonej wszak w kieszeni z nadzieją na dostawę towarów deficytowych do sklepu, o kawiorze wpychanym przedszkolakom do ust (za Rodinu, za Partię!), o cenzurowaniu radzieckiej biblii kulinarnej z kosmopolitycznych naleciałości, o zaletach słoika po majonezie oraz o zamykaniu garnków na kłódkę we wspólnych kuchniach w blokach komunalnych. Dzisiaj te opowieści brzmią dość zabawnie, ale Rosjanom zapewne nie było do śmiechu.

Szarlotka Lenina ma nieco gorzkawy posmak (inna zresztą być nie mogła), niemniej jest daniem wyśmienitym: lekka, esencjonalna, z osobistą nutą. Bardzo mnie ciekawi, jaki byłby jej polski odpowiednik.

_______________________________________________________________
Anya von Bremzen Szarlotka Lenina i inne sekrety kuchni radzieckiej
przeł. Aleksandra Czwojdrak
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2016

piątek, 4 sierpnia 2017

Z piekła do raju

Założycielka wydawnictwa Dorota Blomberg, architekt Aleksander Włodarski, profesor kryminologii Jerzy Sarnecki, dokumentalistka Joanna Helander, dziennikarz Maciej Zaremba Bielawski i ortopeda Karol Żyto to tylko kilkoro bohaterów Wygnanych do raju. Krystyna Naszkowska rozmawiała z osobami, które po wydarzeniach Marca’68 wyjechały do Szwecji i tam osiadły.


O raju, jak sugeruje tytuł książki, trudno mówić. Starsze pokolenia zazwyczaj nie mogły na obczyźnie się odnaleźć, także rozmówcy Naszkowskiej wspominają o osamotnieniu, różnicach kulturowych i uprzedzeniach Szwedów. Z racji młodego wówczas wieku mieli jednak łatwiejszy start: szybciej się uczyli, swobodniej korzystali ze wsparcia i szans, jakie oferowała nowoczesna i liberalna Szwecja. Dzięki ciężkiej pracy i wytrwałości zostali po latach cenionymi fachowcami, co jest budujące.

Ciekawym wątkiem rozmów jest stosunek do Polski – tak różny, jak różne były okoliczności wyjazdu po antysemickiej nagonce. Przykro i z niedowierzaniem czyta się o szykanach, z jakimi spotykały się zmuszone do emigracji rodziny, ale tym lepiej rozumie się gorycz i żal niektórych z bohaterów książki. Tak jak w przypadku Emilii Białostockiej-Degenius, dziś psychiatry, która wyjeżdżała z kraju samotnie jako nastolatka – rodzice zmarli podczas wiadomych wydarzeń, w konsekwencji przepadło mieszkanie. W przeciwieństwie do innych emigrantów pani Emilia nie tęskni za Polską.

Każda z opowiedzianych historii zasługuje na osobną książkę, bo wszystkie życiorysy bez wyjątku są ciekawe. Dla odmiany chętnie poczytałabym o tych, którzy nie mieli tyle szczęścia co rozmówcy Naszkowskiej i żyli lub żyją w Szwecji zupełnie przeciętnie, a może nawet z kłopotami. Sukces jest tylko jedną stroną medalu, ta druga może być bardziej miarodajna.

______________________________________________________________________
Krystyna Naszkowska, Wygnani do raju. Szwedzki azyl, Agora, Warszawa 2017


niedziela, 30 lipca 2017

Wakacje nad Adriatykiem

W Wakacjach nad Adriatykiem, podobnie jak we wcześniejszej o 8 lat Pasażerce, Zofia Posmysz wykorzystała motyw przypadkowego spotkania Polki z Niemcami, aby opowiedzieć o pobycie w Auschwitz. Tym razem stworzyła jednak książkę o wiele bardziej złożoną i głębszą, wyróżniającą się także na tle innych utworów z nurtu obozowego.


Auschwitz to miejsce, którego nie da się zrozumieć ani wytłumaczyć; jedna z bohaterek nazywa je Królestwem na wzór dziwnej, spowitej ciemnościami i mgłą krainy z przerażających baśni. Władzę nad poddanymi sprawują Rycerki Zakonu Trupiej Główki, prawdziwe panie życia i śmierci. Z kolei narratorka mówi o piekle podzielonym na kręgi, których liczba wydaje się nieograniczona, zupełnie jak możliwości stopniowania zła. Zezwierzęcenie dotyczy także więźniarek: o ile początkowo pozwalają sobie na ludzkie odruchy i myślenie, to z czasem zwycięży instynkt przeżycia:
Jak zwierzę zagnane w kocioł przypadając do ziemi, zrywając się, rwąc przed siebie w obłąkańczym pędzie, uskakując, by tym rozpaczliwym tańcem śmierci przedłużyć swe istnienie o sekundy wprawdzie, ale jednak, tak i my walczyłyśmy o każdą minutę w nierozumnej biologicznym podszeptem dyktowanej nadziei, że byle o minutę oddalić śmierć, a kocioł pęknie. [s. 43]
Tu nie używa się słów „było” i „będzie”, ani „dawniej” i „w przyszłości”, bo pewne jest tylko „teraz”. Owo „teraz” jest bardzo kruche, większe szanse na jego przedłużenie daje (choć nie gwarantuje) pragmatyzm, pozwalający niekiedy całkiem dobrze i wygodnie funkcjonować w irracjonalnej rzeczywistości Auschwitz. Trzeba jedynie (sic) opanować sztukę uników oraz handlu towarami i przysługami, wyrobić w sobie warstwę ochronną z cynizmu i egoizmu. Wbrew przekonaniom jednej z więźniarek to jest możliwe.

W opisie rzeczywistości autorka postawiła na realizm i zaprezentowała zróżnicowany, a zarazem niejednoznaczny świat. Pomogło w tym stworzenie dwóch wyrazistych postaci: młodziutkiej, szybko uczącej się obozowych reguł Sekretarki oraz kompletnie niezaradnej i bezbronnej Ptaszki, niedoszłej skrzypaczki. Ich znajomość w sposób niesztampowy dotyka kwestii lojalności i odpowiedzialności za drugiego człowieka w warunkach granicznych, dając pole do dyskusji.

W Wakacjach nad Adriatykiem jest co najmniej kilka frapujących tematów do rozważenia, choćby wiodący wątek ekspiacji. To w ogóle książka gęsta od treści i wyrafinowana pod względem formalnym - specyficzną, rwaną narrację nawet dzisiaj można uznać za oryginalną. Dobrze, że powieść doczekała się niedawno wznowienia, ponieważ Posmysz opowiada o Auschwitz z mało popularnej perspektywy i na dodatek w znakomitym stylu.

_____________________________________________________
Zofia Posmysz, Wakacje nad Adriatykiem, Czytelnik 1970


poniedziałek, 24 lipca 2017

Hopper

Szymon Słomczyński

Edward Hopper, The Hotel Room

Boże tak nieobecny jak ruch
w tym pokoju, chroń Madryt,
a jeśli się nie da, ocal chociaż
tego jednego Hoppera i może
jeszcze della Francescę, a jeśli
uniesiesz, to też czarnego Goyę,
i Botticellego, a Guernicę zostaw
potrzebującym jej do szczerbatego
szczęścia, nie mnie. Ja usłyszałem,
gdy tuż obok przemknęło tajemnicze
ktoś, rodem z Almodóvara, próxima
esctación – Atocha. To stacja, gdzie
nie należy się wychylać, pomyślałem,
i pobiegłem w nieudaną pogoń po peronie
za tym kimś. Nagle spod stóp, na schodach,
wychynął stalowy napis „ThyssenKrupp”.

Odtąd wiem, skąd się biorą tak wyszukane,
cenne kolekcje, jak Thyssen-Bornemisza
(wtedy internet nie działał w telefonie
za granicą, wtedy należało wszystkiego
doświadczyć bezpośrednio). Prado to
inna historia, zamierzchła, królewska –
nie pytaj, komu bije palma,
no komu kieszonkową palmę
ze skrzyżowania między galeriami?

(Latakia, Biuro Literackie 2016)



czwartek, 20 lipca 2017

Sztuczki

Z pewną nostalgią czytam dzisiaj książki o dorastaniu w erze przedcyfrowej. O dzieciach, które nie miały gadżetów i były zdane na własną pomysłowość, a więc najczęściej bawiły się z innymi dziećmi. Jeśli zmęczyły się kopaniem piłki i jazdą na rowerach, grały w kapsle lub w karty, biły się kijkami, zbierały pety, strzelały z procy. Albo namiętnie bawiły się w umieranie.


Taki właśnie jest świat narratorki Sztuczek, dziewczynki bawiącej się głównie z chłopcami, wiecznie zabieganej i kapkę niesfornej. Skaranie boskie nie dziecko, jak mówią najbliżsi. Czytelnik wie więcej, więc dostrzeże, że nastolatka jest również nieśmiała, wycofana i może dlatego ma trudności z komunikowaniem się oraz relacjami. Jej przyjaźń z Andym jest chropowata, ale mimo nieporozumień wyjątkowo trwała. Z Ulą jest już inaczej, także dlatego, że „dziewczyńskie” przyjaźnie rządzącą się innymi prawami. Obie znajomości wygasną z powodu zwykłych młodzieńczych zgrzytów, niemniej dla bohaterki będą kluczowe.

Dorastanie u Joanny Lech jest jednocześnie liryczne i niepokojące, i to właśnie atmosfera książki najlepiej zapada w pamięć. Wrażenia z lektury byłyby niewątpliwie lepsze, gdyby nie kompozycja powieści –chyba nie do końca przemyślana, a przez to niezbyt spójna. Na niedociągnięcia przymykam oko i trzymam kciuki za autorkę, bo potencjał niewątpliwie ma.

__________________________________________
Joanna Lech, Sztuczki, Nisza, Warszawa 2016


piątek, 14 lipca 2017

Alabama song

Alabama song to oparta na faktach króciutka powieść o Zeldzie Fitzgerald. W mojej ocenie książka bardzo dobra, ponieważ świetnie pokazuje skomplikowany charakter głównej bohaterki i równie skomplikowany charakter jej burzliwego związku z Francisem Scottem.


Ona – panienka z dobrego domu, bezczelna i bezpruderyjna jak na standardy skostniałego Południa. Chce się wyrwać z rzekomego raju, który dla niej jest cmentarzyskiem ambicji. A Zelda ambicje ma: marzy o tańcu i pisaniu. On – przystojniak z Północy, zdeklasowany, ale wciąż z klasą, będzie szansą na ucieczkę do zupełnie innego świata. Scott wkrótce odniesie literacki sukces, oboje staną się ulubieńcami Ameryki, nie na długo niestety.

U Gillesa Leroya opowiada Zelda czterdziestoletnia i, co znaczące dla całej historii, od ponad dekady leczona psychiatrycznie. Nieobecnego męża darzy  jeszcze pewnym sentymentem, niemniej pretensje biorą górę. Uważa, że zniszczył jej życie i nie pozwolił realizować się artystycznie. Jej opowieść brzmi bardzo przekonująco i trudno nie współczuć tej biednej kobiecie, która mało szczęśliwie ulokowała uczucia i dokonywała kiepskich wyborów.

Warto podkreślić, że autor dobrze wczuł się w postać swojej bohaterki i zgrabnie zróżnicował jej stany emocjonalne. Nie jest to postać do lubienia i taka chyba była Zelda w rzeczywistości. Ale to już trzeba będzie sprawdzić w fachowej biografii Fitzgeraldów, do czego Leroy skutecznie mnie zachęcił.

_______________________________________________________________________
Leroy Gilles Alabama Song, przeł. Wojciech Gilewski, Wyd. Czytelnik, Warszawa 2009