poniedziałek, 29 maja 2017

Dorosłe dzieci

Nonszalancja polskich wydawców w tłumaczeniu tytułów bywa irytująca. Tak jest na przykład w przypadku ostatniej książki Toni Morrison God help the Child, która w Polsce ukazała się jako Skóra. Domyślam się, że Niech Bóg strzeże to dziecko nie brzmi dobrze, niemniej warto zauważyć, że zdanie jest cytatem z zakończenia powieści. Co ważniejsze, wypaczony został sens utworu, bo nie o skórę czy jej kolor tutaj chodzi.


Morrison, owszem, podnosi problem rasizmu, na dodatek z bardzo ciekawej perspektywy, jednak jest to wątek drugorzędny. Głównym tematem pozostaje dziecko, które pośrednio lub bezpośrednio dotknęła krzywda – na tyle dotkliwa, że przez długie lata będzie mu ciążyć i utrudniać współżycie z innymi. Jeśli przyjrzeć się Bride, odtrąconej przez matkę, oraz Bookerowi, niepogodzonemu ze stratą brata, można nawet uznać, że traumy nie pozwalają im w pełni dojrzeć:
Każde będzie się czepiać smętnej historyjki o bólu i żalu - jakiejś dawnej przykrości, którą życie zwaliło na ich czyste, niewinne jaźnie. I każde przepisze sobie tę historię na nowo, znając treść, odgadując temat, zmyślając znaczenie i lekceważąc oryginał. Wielka szkoda. [s. 171]
Fabuła odkrywcza nie jest i z żalem stwierdzam, że Skórze daleko do najlepszych dokonań noblistki. Ta skromna objętościowo książka wydaje się wyjątkowo niedopracowana: postaci są bez wyrazu albo jednowymiarowe, z kolei problematyka została nakreślona grubą, dydaktyczną kreską. Potencjał był duży, ale najwyraźniej przerósł możliwości wiekowej autorki (dziś 86-letniej).


______________________________________________________
Toni Morrison, Skóra, przeł. Jolanta Kozak, Świat Książki 2016

wtorek, 23 maja 2017

Dziki Lou

Czytanie o Lou Reedzie przez blisko 500 stron to prawdziwe wyzwanie, jako że muzyk był wyjątkowym dupkiem (eufemizm). Tak przynajmniej wynika z licznych wypowiedzi jego bliskich, znajomych i współpracowników, przepytanych przez Howarda Sounesa na potrzeby biografii.


W Polsce Reed cieszył się umiarkowaną popularnością, niemniej utwory takie jak Walk on the Wild Side, Satellite of Love czy Perfect Day do dzisiaj są grywane w niektórych radiostacjach. W Stanach Zjednoczonych był ważną postacią sceny muzycznej – stworzył legendarną grupę The Velvet Underground, która z czasem stała się inspiracją dla innych zespołów. Reed nie osiągnąłby większych sukcesów, gdyby nie znacząca pomoc m.in. Davida Bowie i Andy'ego Warhola. Obu potraktował bardzo nieelegancko: pierwszego zdarzyło mu się publicznie pobić, drugiego porzucił w chorobie.

Jeśli wierzyć przytoczonym w książce Sounesa wspomnieniom, Lou był wyjątkowym egoistą, kłamcą i pozerem. Uwielbiał prowokować, manipulować i stawiać na swoim. Podczas studiów był leczony psychiatrycznie, który to fakt niejednokrotnie później wykorzystywał: opowieści o elektrowstrząsach u kobiet miały wzbudzać współczucie, u rodziców – wyrzuty sumienia. Do skłonności depresyjnych dołączyło uzależnienie od alkoholu i narkotyków, po latach kilka innych poważnych chorób, co oczywiście nie pozostawało bez wpływu na pracę artysty. Na osobną uwagę zasługują relacje Lulu (przezwisko nadane przez kolegów): równie bujne, co skomplikowane.

Reed jako artysta ma bez wątpienia zapewnione miejsce w historii muzyki. Był fascynującą osobowością i to znakomicie widać w książce Sounesa – nie trzeba być fanem nowojorskiego muzyka, żeby jego biografię czytać z zainteresowaniem. 

______________________________________________________________________
Howard Sounes, Lou Reed. Zapiski z podziemia, Kosmos Kosmos, Warszawa 2016

czwartek, 18 maja 2017

Kuchenne rewolucje

Katarzyna Fetlińska

Kuchenne rewolucje

Nini

Rozchwiany stolik w kuchni, dwa kulawe krzesła,
dwa talerze z obiadem – banalna sceneria,
w której odpychamy się od siebie, jakby nasze ciała
posiadały tożsame ładunki po tych kilku latach
bycia razem; i tylko spiętrzony brzęk naczyń,
stukot tłuczka, syk tłuszczu, lakoniczny dialog
pozwala nam wierzyć, że wciąż między nami iskrzy,
że cokolwiek zostało z minionej bliskości i
słów wcale nie trzeba, żeby się zrozumieć.

A jednak w gardle coś więźnie. Wiatr wzdyma firany,
wdziera się do domu wartki, rześki strumień
wrześniowego powietrza – kubki, szklanki dygoczą,
jakby było zimno, i nagle goryczą coś serca ścina
bądź trwogą, że już się nam nie zdarzy
poczuć głodu, pragnienia – gdzieś nad morzem,
grzmiącym przez słoną ciemność, tępą finką rozwierać
muszle ostryg; jak niegdyś, na kacu, na kempingu

w Karwi, wsuwać z przyjemnością grube pęta kaszanki
lub wtranżolić ze szczeciną ślunski galert z nóżek –
a jednak, siorbiąc dystyngowanie i chuchając w łyżki,
jemy obiad w milczeniu. Stygnie kawa w imbryku.
W fusach czarne myśli. Już nie jestem głodna –
bąkasz w końcu, po cichu, i choć – na pewno – by mogła
tak się zacząć poważna dyskusja, coś każe odpowiedzieć:
zjedz, skarbie, chociaż mięso. A ziemniaczki zostaw.

(Sekstaśmy, 2015)

piątek, 12 maja 2017

Niedziela ich życia

- Uważasz, że jestem szpetna?
- Nie, nie, całkiem dobrze się trzymasz. Ale dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat różnicy to już coś. Ty mogłaś widzieć, jak francuska piechota w czerwonych portkach drobiła przed prezydentem Fallières. A on nawet nie musi wiedzieć, co to za jeden ten Fallières.
- Po pierwsze, dzięki za aluzję.
- Taka jest prawda.
- Co więcej, on nie ma dwudziestu lat. A co więcej mam to gdzieś. Powiedz: uważasz, że jestem przechodzona?

Tak oto gawędzą sobie siostry Sègovie, obie rozkosznie wygadane i przebojowe. Julia, panna niezupełnie młoda i niezupełnie panna, upatrzyła sobie szeregowca Brû jako kandydata na męża. A że chłopak jest poczciwiną bez większych ambicji, marzącym jedynie o zobaczeniu pola bitwy pod Jeną, po krótkim namyśle przystanie na propozycję matrymonialną. Ba! wciągnie się nawet w prowadzenie sklepu pasmanteryjnego żony.


Niedziela życia to nader pocieszna powieść, głównie dzięki Valentinowi, który z racji swej prostolinijności (żeby nie powiedzieć naiwności) stwarza zabawne sytuacje. I tak na przykład samotnie wyjeżdża w podróż poślubną, zakochuje się w guzikach i postanawia zostać ich kolekcjonerem, kiedy indziej zgadza się przepowiadać przyszłość pod postacią Madame Saphir. Val nie jest jednak głuptasem – owszem, czyta pasjami „Marie Claire”, ale też coraz intensywniej oddaje się badaniom czasu i filozoficznym rozważaniom. Wszystko ku zadowoleniu Julii, która najwyraźniej nie pomyliła się w wyborze męża.

W powieści Raymonda Queneau pobrzmiewają i poważniejsze tony: ludzie umierają lub zapadają na ciężkie choroby, mówi się o wojnie z Niemcami, na koniec ogłoszona zostaje mobilizacja. Że Niedziela życia nie jest błahą komedyjką, podpowiada już motto z Hegla ([...] jest to niedziela ich życia, która wszystkich zrównuje i usuwa wszystko, co złe; ludzie, którzy mogą być tak z całego serca weseli, nie mogą być naprawdę na wskroś źli i niegodziwi), w rozważaniach Brû także trafiają się celne spostrzeżenia. Jego postać jest zresztą jedną wielką pochwałą stoicyzmu i zdrowego rozsądku.

Książka pozostawia czytelnika w dobrym nastroju i nie mogło być inaczej, zważywszy na styl Queneau, który obfituje w humor sytuacyjny i słowny i charakteryzuje się fantastycznym żywym językiem. Osobiście żałuję tylko, że tłumaczka uwspółcześniła mowę potoczną, ponieważ dzisiejsze odzywki młodzieżowe zupełnie nie pasują do realiów przedwojennego Paryża. Poza tym lektura prima sort, z okładką włącznie.

_____________________________________________________________
Raymond Queneau Niedziela życia, przeł. Hanna Igalson-Tygielska
Biuro Literackie, Stronie Śl. 2016 


niedziela, 7 maja 2017

Wszystko jak chcesz

Listy Jarosława Iwaszkiewicza do Jerzego Błeszyńskiego czytałam z narastającym współczuciem do pisarza: na stare lata zakochał się jak sztubak i zupełnie stracił głowę. „Podglądamy” człowieka, który troszczy się, cieszy z każdego spotkania, dzieli wrażeniami z wyjazdów. Kiedy trzeba, wspiera duchowo i finansowo, opiekuje się w chorobie. Ale również tęskni, bywa zazdrosny, złości się i drwi z własnej naiwności.


Panowie poznali się w 1953 r., Jarosław był wtedy uznanym literatem i posłem na Sejm PRL, Jerzy – urodziwym dwudziestolatkiem z sąsiedztwa, członkiem delegacji goszczącej na Stawisku. Z inicjatywy Błeszyńskiego nie skończyło się na jednej wizycie, z czasem zawiązała się poważna znajomość, dla Iwaszkiewicza wyjątkowo istotna. W liście z 1958 r. pisał: Jesteś mi wszystkim: kochankiem i bratem, śmiercią, życiem, istnieniem, słabością, siłą… a przede wszystkim siłą, czymś, co podtrzymuje we mnie resztki życia, daje złudzenie młodości, co mi pomaga patrzeć na liście, tęczę, kwiaty i piękne kobiety. [s. 143]

Ta znajomość ma pewną wagę także dla czytelników, ponieważ była inspiracją do napisania Kochanków z Marony, Tataraku, Wzlotu oraz Wesela pana Balzaka. Same listy do Błeszyńskiego to bezcenny dokument, który można dziś traktować jako literaturę – głęboko ludzką i uniwersalną. Widać tu bodaj wszystkie odcienie miłości, od euforii po rezygnację i wycofanie. Co niezwykłe, możemy obserwować Iwaszkiewicza w żałobie, bo pisał do kochanka także po jego śmierci w 1959 r.: rozpaczał z powodu straty, kilka dni później zżymał się na dopiero co odkryte kłamstwa i zdrady Jerzego. I jak tu nie żałować starego.

Lektura niewesoła, ale zarazem fascynująca, bo pokazuje klasyka literatury polskiej w nowej odsłonie. Dla mnie jedna z najlepszych książek, jakie ostatnio czytałam.

________________________________________________________________________
Wszystko jak chcesz. O miłości Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Błeszyńskiego
Oficyna Wydawnicza Wilk i Król, Warszawa 2017

wtorek, 2 maja 2017

Motylek

Koło książki z taką okładka jak Ćma nie sposób przejść obojętnie – czerń w połączeniu z kwiatami i szkieletem intryguje. Na dodatek setna rocznica uzyskania niepodległości przez Finlandię skłoniła mnie do przejrzenia bibliotecznych półek z literaturą tego kraju. Oględnie mówiąc, jest skromnie, szczególnie jeśli mowa o prozie najnowszej; Katja Kettu jest wyjątkiem, bo doczekała się przekładu aż (sic) dwóch książek.


W jej Ćmie Finlandii jest niewiele, ponieważ główna bohaterka już w pierwszym rozdziale ucieka do Związku Radzieckiego. Jest rok 1937 r., toteż młodziutka Irga zostaje uznana za szpiega i skazana na 25 lat więzienia w jednym z obozów Workuty. Równolegle do jej historii śledzimy losy innej Finki, Verny, która w 2015 r. w zupełnie innych okolicznościach trafia z niezbyt przyjemną misją do wioski w republice Mari El. Wątki pozornie bardzo odległe, u Kettu zaczną się zgrabnie zazębiać. Będzie dramatycznie, romantycznie, sensacyjnie i szamańsko – mieszanka wprost wybuchowa, dosłownie i w przenośni.

Ćma jest bardzo sprawnie napisaną powieścią z ambicjami, niestety nadmiar „atrakcji” całości zaszkodził, a zabrakło najważniejszego: głębi. Nie pomogły ani plastyczne opisy surowej przyrody, ani egzotyczna obrzędowość Maryjczyków, zgrzytało również zakończenie w iście amerykańskim stylu. Nie wątpię, że książka będzie cieszyła się dużym powodzeniem, osobiście wolę jednak bardziej wyważoną prozę.

______________________________________________________________
Kettu Katja, Ćma, tłum. Bożena Kojro, Świat Książki, Warszawa 2017

czwartek, 27 kwietnia 2017

Psalm 44

Psalm 44 to cieniutka książeczka, wydawać by się mogło - do przeczytania w jeden wieczór. A jednak tak się nie da: opowieść Danilo Kiša przytłacza i męczy, zmusza do częstego zaczerpywania tchu. Nie dlatego, że opowiadając o Holokauście, autor epatuje brutalnością, bo tego nie robi. Przeciwnie, okrucieństwo oddaje półsłówkami i rozkłada na raty.


Fabuła powieści koncentruje się wokół ucieczki dwóch więźniarek z Auschwitz, ale to nie obozowa rzeczywistość najbardziej porusza. Największą siłę rażenia mają wspomnienia Marii z Węgier: pierwszy szok wywołany antysemickim atakiem, gwałtowny wykład ojca o nazizmie, masakra nad Dunajem, odwiedziny u koleżanki ukrywającej się w warsztacie stolarskim. Ten ostatni epizod szczególnie intensywnie przemawia do wyobraźni: dziewczyna przesypia całe dni w trumnie, a kiedy wybudza się z letargu, gra mozartowskie Requiem na paciorkach pamiątkowych korali.

Węgierskie doświadczenia w pewien sposób zaimpregnowały główną bohaterkę na okropieństwa wojny, zapewne dlatego wydaje się wyzuta z emocji. Wiemy, że się boi, co zresztą nie dziwi – ma kilkutygodniowe dziecko, za które czuje się odpowiedzialna. Z Marią mam jednak duży problem, ponieważ jej postać zupełnie mnie nie przekonuje. Jest nieznośnie nijaka, albo gorzej – gapowata. Nawet jeśli autor tak ją sobie wymyślił, nawet jeśli miała być antybohaterką, nie wzbudza niestety żadnych emocji, trudno się do niej przywiązać.

Oczywiście nie przekreśla to powieści, którą nomen omen sam Kiš po latach krytykował, nie bez powodu, za patos. Mimo uchybień Psalm 44 pozostaje wciąż dobrą prozą: z licznymi odniesieniami do Biblii, rwaną narracją, która z czasem stanie się dla pisarza charakterystyczna, oraz błyskotliwymi skojarzeniami. Jak na debiut naprawdę nieźle.

_______________________________________________
Danilo Kiš Psalm 44, przeł. Danuta Cirlić-Straszyńska
Książkowe Klimaty, Wrocław 2016 


niedziela, 23 kwietnia 2017

facet prowadzi księgarnię

Charles Bukowski

***

facet prowadzi księgarnię
chodzę tam podpisywać swoje
książki
a on za każdym razem wciska mi cudzą
o czyimś burzliwym
życiu
ale te książki napisali
gazetowi
felietoniści
profesorowie, ludzie z zamożnych rodzin
itp.
a wszyscy oni widzieli mniej więcej tyle samo prawdziwie
rynsztokowego życia
co ksiądz proboszcz;
życie każdego z nich
to równie wielka przygoda
jak odkurzanie półki w
bibliotece
i nie było dnia, żeby któryś zjadł mniej niż 3
posiłki.
te książki są dobrze napisane
czasem zręcznie
z odrobiną
brawury
ale nad wszystkim dominuje wrażenie
wygód
jakich zaznawał pisarz i
człowiek.
te książki same wypadają mi z
ręki.
pan księgarz będzie
musiał wymyślić
jakąś inną
nagrodę
za to
że podpisuję swoje własne
bo lektura tego ślicznie
wydrukowanego
gówna
tylko mi po raz kolejny
przypomina
że ścigam się wyłącznie
sam
z sobą.

tłum. Michał Kłobukowski

Z obłędu odsiać słowo, wers, drogę (2005)

wtorek, 18 kwietnia 2017

Zgubiłem okulary

Zgubiłem okulary zawiera korespondencję Władysława i jego ostatniej żony, Wandy. Zetknęli się jeszcze przed wojną, ale zaprzyjaźnili dopiero jesienią 1947 r., krótko po śmierci poprzedniej małżonki poety, Marii Zarębińskiej. Pobrali się kilka miesięcy później, przeżyli razem 14 lat. Wanda była przy mężu, gdy tworzył i odnosił sukcesy, kiedy tragicznie zmarła jego córka Anka i kiedy zamykano go w szpitalu psychiatrycznym. Była przy nim w zdrowiu i chorobie, aż do śmierci w 1962 r. Można powiedzieć: opoka.


Wśród opublikowanych listów przeważają te od Władysława oraz listy Wandy do siostry Neli mieszkającej w Londynie, natomiast jej listów do męża jest zaledwie kilka (ponoć sama wprowadziła cenzurę). Treść korespondencji trudno uznać za porywającą: małżonkowie ciągle są w rozjazdach (razem i osobno), pochłonięci pracą i budową domu na Mokotowie oraz zwykłymi sprawami rodzinnymi. On pisze serdecznie i dowcipnie, ona – powściągliwie, z powagą.

Przypisy rzucają więcej światła na tę interesującą parę, a zwłaszcza na to, o czym w listach nie pisano: że poeta z powodu alkoholizmu stawał się nieobliczalny, że „pani poetowa” – jak ją niektórzy złośliwie nazywali – była skąpa i zazdrosna, że oboje często publicznie się kłócili. Z kolei zapiski Wandy pokazują, że była niezwykle przejęta swoją rolą i robiła wiele dla zachowania pamięci o mężu. Ta „pamięć” została odpowiednio skrojona i podkoloryzowana, co gorsza, przetrwała w takim kształcie przez kilka dekad.

Dla mnie najciekawszy w tej publikacji jest Broniewski jako literat-celebryta: bardzo często jeździł na spotkania z czytelnikami albo robotnikami w fabrykach, reprezentował polskich twórców za granicą, mógł wyjeżdżać prywatnie na Zachód. Do tego niezłe dochody, dobre auto, willa w nagrodę od państwa, wczasy w Bułgarii. Dla takich właśnie smaczków warto przeczytać książkę o Broniewskich. Opracowanie pozostawia nieco do życzenia, na szczęście nie ono jest tu najważniejsze, ale dokumenty.

_________________________________________________________________
Wanda i Władysław Broniewscy. Zgubiłem okulary. Listy z lat 1947–1962
oprac. Wioletta Bojda, Wyd. Krytyki Politycznej, Warszawa 2017

czwartek, 13 kwietnia 2017

Dowody na istnienie

Zaczęłam tłumaczyć, po co mi nazwiska.
Żeby zostały.
Nie mają nagrobków, niech będą w książce.
[ s. 24]

Adam S. z Nowego Jorku nosi w sobie duszę przyrodniego brata, którego nigdy nie poznał, ponieważ ten zginął podczas wojny w getcie. Chory na AIDS Peter z Holandii przygotował dokładny program własnego pogrzebu, z datą śmierci włącznie. W czasie marszu na Umschlagplatz do wozu z więźniami podchodzi elegancka kobieta i proponuje matce z kilkuletnią córeczką, że pojedzie zamiast nich. Każdego ranka stary, brodaty Żyd z Targowej po powrocie z synagogi kładzie się do łóżka i zbiera siły, aby wstać na wieczorną modlitwę. Od ponad 30 lat wybiera się do Izraela.


Te historie nie zostały zmyślone dla efektu, miały miejsce naprawdę i według Hanny Krall są w swej niewytłumaczalności dowodem na boskie istnienie. Reporterka zbiera te opowieści od lat, nawet jeśli czasami, a w zasadzie bardzo często, docierają do niej zaledwie strzępy życiorysów. Skoro nie zachowały się urzędowe dokumenty i nie przeżył nikt z rodziny ofiar, niech chociaż zostaną odnotowani na stronach książki, tak jak ich zapamiętano: ruda Pesia Safir ze sklepiku z wodą sodową i ciastkami, Maurycy Apfelbaum, najlepszy kuśnierz w Warszawie, nauczyciel czytania i pisania Josł Kraus, szklarz Chain, który uciekł z obozu i ukrywał się kolejno w szesnastu domach, w których przed wojną wstawiał szyby. I wielu, wielu innych.

Najlepszy w zbiorze jest moim zdaniem Hamlet, w którym reporterka zwraca się wprost do głównego bohatera, uznanego pianisty oraz kompozytora, i opowiada mu o jego własnym życiu. Można powiedzieć: frapująca postać otrzymała godną siebie oprawę literacką. Nie wszyscy bohaterowie mieli to szczęście, niektóre teksty są nijakie, niektóre mają w sobie coś wręcz drażniącego (np. Dybuk). Czytać jednak warto i chyba nawet trzeba, ku pamięci.

__________________________________________________
Hanna Krall Dowody na istnienie, Wyd. a5, Kraków 2000


niedziela, 9 kwietnia 2017

Brunatna kołysanka

Według niepotwierdzonych szacunków podczas II wojny światowej z Polski wywieziono do Niemiec ok. 200 tys. dzieci „poprawnych rasowo”. Najpierw w ośrodkach Lebensbornu były poddawane germanizacji, później trafiały do rodzin niemieckich. Program wymyślony przez Himmlera zakładał, że z czasem staną się pełnoprawnymi obywatelami Rzeszy. Po wojnie do kraju wróciło ok. 15-20% uprowadzonych. To zaledwie suche fakty i liczby, które w żaden sposób nie oddają koszmaru ofiar.


Wydawać by się mogło, że powroty oznaczały szczęśliwy finał rodzinnych dramatów, a przecież nie zawsze tak było, co doskonale pokazuje zbiór wywiadów Anny Malinowskiej. Owszem, zdarzały się cudowne odnalezienia jak w przypadku sióstr Witoszek, wywiezionych przez hitlerowców jako kilkulatki i rozdzielonych. Bywało też zupełnie inaczej: matka nie chciała przyjąć syna, bo założyła już nową rodzinę; odnaleziony chłopiec okazał się „niewłaściwym” Zdzisławem, więc został oddany do sierocińca; dziewczynka wróciła, niestety z powodu nieustalonej tożsamości do dzisiaj nie znalazła rodziców.

Co zrozumiałe, pojawiały się też bardziej prozaiczne trudności, głównie związane z adaptacją: powracający często nie znali języka polskiego, pogarszały się ich warunki bytowe, spotykali się z szykanami w szkole. Niejednokrotnie odnalezieni nie mogli zaaklimatyzować się we własnej rodzinie, dochodziło do nieporozumień, a w konsekwencji do zerwania więzi. Żeby nie uderzać w zbyt ponury ton, warto podkreślić mniej oczekiwane i szczególnie pozytywne zakończenia: niektóre polskie i niemieckie rodziny nawiązywały kontakt, odwiedzały się.

Brunatna kołysanka składa się wyłącznie z ciekawych historii, każdy życiorys nadawałby się zapewne na osobną książkę. Ale to nie wszystko – Malinowska przybliżyła również działalność Lebensbornu oraz postać adwokata Romana Hrabara, dzięki któremu tysiące dzieci wróciły do Polski. Dobrze się stało, że autorka zdołała dotrzeć do kilkanaściorga z nich, obecnie zaawansowanych wiekiem staruszków – ich świadectwo jest nie do przecenienia.

______________________________________________________________________________
Anna Malinowska Brunatna kołysanka. Historie uprowadzonych dzieci, Agora, Warszawa 2017

środa, 5 kwietnia 2017

Morze Karaluchów

Zgoda! Trzeba mieć w sobie pewną dozę szaleństwa, aby tworzyć opowieści, i być może tytuł całego zbioru powinien brzmieć mniej dwuznacznie – „Opowiadanie: niemożliwe”. [s. 89]

Nawet jeśli Tommaso Landolfiemu (1908-1979) szaleństwo było obce, to sądząc po Morzu Karaluchów, które co chwila zaskakuje i wprawia w konsternację, miał z pewnością dużą dozę przekory i dziwaczności. Wyszukany język sugeruje, że mamy do czynienia z literaturą na wysokim poziomie. Przejęty swoją rolą narrator usłużnie objaśnia to i owo, jakby chciał dowieść, że jest pełen dobrej woli. Wszystko to pozory. Prędzej czy później okazuje się, że czytelnik został wpuszczony w maliny, a dokładniej – w dość osobliwy świat.


I tak czytamy na przykład o żonie Gogola, która była lalką nadmuchiwaną stosownie do upodobań męża (pisarz w rzeczywistości był kawalerem), o piórze, które na bieżąco oceniało wychodzące spod niego utwory poety, albo o mężczyźnie, który nauczył się nieistniejącego języka obcego i zaczął w nim tworzyć wiersze. Co rusz przez stronice przemykają pająki, karaluchy albo gekony, od czasu do czasu ustępując miejsca natrętnym zjawom, a w najgorszym wypadku – rozmaitym obwiesiom, sadystom i zabójcom. Przyjemnie nie jest, na dodatek gdzieś w tle wciąż daje się słyszeć złośliwy chichot.

Landolfi ma fantazję co się zowie, czego dowodzi także zróżnicowana forma opowiadań. Są pastisze powieści historycznej i awanturniczej, biografii, rozprawki oraz powiastki filozoficznej. Ta różnorodność po części wynika prawdopodobnie z wyboru tekstów dokonanego przez Annę Wasilewską, mimo to imponuje. Przyznam, że dawno żadna książka nie zdezorientowała mnie tak jak Morze Karaluchów: z jednej strony odstręcza, z drugiej każe sprawdzić, jakie jeszcze pomysły zalęgły się w wyobraźni autora i znalazły ujście na papierze.

____________________________________
Tommaso Landolfi, Morze karaluchów
Przeł. Anna Wasilewska, Halina Kralowa
Biuro Literackie, Stronie Śl. 2016

piątek, 31 marca 2017

Oszukańczy chleb á la Vilhelm Moberg

Krystyna piekła oszukańczy chleb. Kiedy żytniej mąki nie starczało, dopełniała ją plewą, bukowymi orzeszkami, nasionami wrzosu, suszoną jarzębiną. Próbowała też dosypywać do ciasta zmielonych żołędzi, ale chleb z żołędzi wywoływał takie zatwardzenie, ze przez wiele dni nie wychodziło się za potrzebą. Zamiast polewki z czystej żytniej mąki , bez której musieli się przez zimę obywać, gotowała jadalną zupę z jąder laskowych orzechów. Trudno by nazwać to zastępcze jadło błogosławieństwem, pączki, nasiona, orzechy, co się dało zebrać na nieużytkach, wypełniało brzuch, ale nie syciło prawdziwie. Odchodziło się od stołu, bo posiłek się skończył, a nie dlatego, że się było najedzonym. A choć się tym wszystkim dopełniało jadło, skrzynie i stągwie będą puste, nim nowe zboże dojrzeje.
Vilhelm Moberg Emigranci przeł. Maria Olszańska, Poznań 1982, s. 117


Bohaterowie Emigrantów jedli chleb oszukańczy, my możemy jeść prawdziwy. Poniżej przepis na chleb, który jest bardzo prosty w wykonaniu i zawsze się udaje.

Chleb

Składniki (proporcje na dwie formy):
1 kg mąki krupczatki lub pszennego
1 szkl. ziaren słonecznika
1,5 łyżeczki soli
3 łyżki cukru
1 szkl. mieszanki otrąb pszennych, owsianych i żytnich
2 torebki suchych drożdży
ok. 1 l bardzo ciepłej wody

Sposób wykonania: Suche składniki wymieszać w misce łyżką i stopniowo wlewać wodę, całość mieszać 2-3 min. Masę podzielić na dwie części i wyłożyć do blaszek wyłożonych papierem do pieczenia.

Formy włożyć do na ok. 20 min. do piecyka nagrzanego do temp. 25°C, na wierzch wyłożyć papier. Kiedy ciasto lekko wyrośnie, zdjąć papier i zwiększyć temp. do 175-180°C, piec przez ok. 40 min. Jeśli góra zbyt szybko zacznie się rumienić, należy ponownie nakryć ją papierem. Gotowe.;)


niedziela, 26 marca 2017

Emigranci ze Szwecji

Ten Vilhelm Moberg jest niezły, mówi mama do taty o książce, którą oboje przeczytali. Pisano o niej w gazecie. Jest uważana za nieprzyzwoitą. O tej powieści dyskutowano w parlamencie, mówi tata. Kiedy oboje ją skończyli, także ona ją czyta, z latarką pod kołdrą. Emigranci Vilhelma Moberga to najlepsza książka, jaką czytała. 
Agneta Pleijel Wróżba, Karakter, Kraków 2016 [s. 22]

Moberg rzeczywiście jest niezły, ale za nieprzyzwoitego trudno go dzisiaj uznać. Od chwili opublikowania książki w 1949 r. obyczajowość mocno się zmieniła i pisanie o prostytutce, gwałcie na młodziutkiej służącej czy o niecodziennej przypadłości seksualnej proboszcza nikogo już raczej nie zgorszy, wniesie natomiast do utworu więcej realizmu albo - jak w ostatnim przykładzie - odrobinę humoru.


Emigranci to pierwsza z czterech części epopei, będącej kroniką wychodźstwa szwedzkiego do Ameryki. Nilssonów ze Smalandii poznajemy w połowie XIX w. – mimo ciężkiej pracy i zaradności popadają w nędzę, a głód i długi stają się coraz bardziej dotkliwe. Tymczasem w okolicy krążą pogłoski o odległej części świata, gdzie urodzajna ziemia jest rozdawana niemal każdemu i niemal za darmo:
Szerzyły się wieści, czytano nowiny, wiadomości przenosiły się od sąsiada do sąsiada poprzez gminy, powiaty, całe połacie i różne części kraju. Niby niesione wiatrem nasienie były te niespokojne gadki – nasienie spada, kiełkuje w głębi ludzkiej duszy, skrycie prowadzi swe dzieło. W tajemnicy wschodzi posiew, niespodziewanie dla otoczenia pojawia się roślina. [s. 107]
Ilustracje przedstawiające bezkresne pole pszeniczna podziałają na wyobraźnię niejednego zubożałego chłopa, także Karla Oskara. Głuchy na krytyczne głosy postanowi wyemigrować z rodziną w nadziei na objęcie żyznej ziemi. Towarzyszący mu młodszy brat marzy o wolności i przygodzie, dla innych daleka podróż będzie ucieczką – przed niedobrą żoną, wyrokiem sądu albo prześladowaniami. Pewnego wiosennego dnia wypłyną starym szkunerem.


Oprócz wciągającej fabuły mocną stroną Emigrantów jest barwne tło społeczno-kulturowe, które polskiemu czytelnikowi pozwala w pewnym stopniu zrozumieć dzisiejszą Szwecję. U Moberga zwracają uwagę również sugestywne obrazy, jak ten z finału, kiedy po dziesięciu męczących tygodniach na morzu pasażerowie dostrzegają w oddali upragnioną ziemię obiecaną:
Ci stłoczeniu na pokładzie są jak stado bydła, które przez całą zimę zamknięte w ciasnej oborze, wyciąga szyje ku wrotom, bo już czuje zapach świeżej trawy na pastwisku, wkrótce zostanie wypuszczone, skończy się niewola.
W tejże chwili wstępuje w nich na nowo otucha i chęć życia. Ożywają, czują się jak nowo narodzeni, nowy duch wstępuje im w piersi. Chorzy na szkorbut czują, że wyzdrowieją, ociężali nabierają energii, w osłabionych budzi się siła, ospałym powraca przedsiębiorczość, małodusznym odwaga. Zobojętnienie rozprasza się jak poranna mgła. [s. 380]
Już jestem ciekawa, co przyniesie część druga tetralogii pt. Imigranci.

_______________________________________________________________________
Vilhelm Moberg Emigranci, przeł. Maria Olszańska, Wyd. Poznańskie, Poznań 1982


wtorek, 21 marca 2017

Oko za oko

Wreszcie współczesna powieść z Izraela, w której nie ma ani słowa o terroryzmie czy konflikcie z Palestyną. Co nie znaczy, że w Dwóch niedźwiedzicach nie dochodzi do przelewu krwi  przeciwnie, dochodzi kilkakrotnie, bo to powieść o zemście w starotestamentowym wydaniu czyli oko za oko, ząb za ząb. Wątków z Biblii będzie u Meira Shaleva zresztą wiele, niemniej jego książka jest bardzo współczesna.


Oto nauczycielka Tavori, wypytywana przez młodą badaczkę o kwestie genderowe w moszawie, zaczyna opowiadać o jego początkach i jednym z pierwszych osadników, dziadku Ze’evie. Zamiast o genderze i kobietach, Warda będzie zmuszona słuchać o mężczyznach - upartych, brutalnych, czasem po prostu prymitywnych. Ruta wykorzysta sytuację, by wreszcie otwarcie opowiedzieć o rodzinnych grzechach i stracie dziecka, o czym przez długi czas nie miała z kim porozmawiać. A że ta osamotniona kobieta jest zarazem impertynencka i zdeterminowana, jej opowieść będzie długa i pełna sarkazmu,

O ile Dwie niedźwiedzice nie zrobiły na mnie piorunującego wrażenia, to dzięki biblijnej symbolice, nietuzinkowym bohaterom i opisom przyrody z pewnością nie dadzą szybko o sobie zapomnieć. Są tu również przynajmniej dwie sceny (telefoniczna rozmowa mściciela z zabójcą oraz kąpanie dorosłego wnuka przez dziadka) świadczące o dużym kunszcie pisarza. Lektura pozostawia pewien niedosyt, ale z gatunku tych, które każą sprawdzić inne książki autora.

__________________________________________________________________________
Meir Shalev Dwie niedźwiedzice, tłum. Anna Halbersztat, Marginesy, Warszawa 2017



środa, 15 marca 2017

Chłopiec o zniewalającym uśmiechu

Zbigniew Cybulski (1927-1967) zagrał w ponad 30 filmach, niektórych bardzo dobrych, innych słabych. Nawet grając epizod, przyciągał uwagę – nie tylko okularami i zniewalającym uśmiechem. Być może był to osobisty rys, jaki według wielu reżyserów, nadawał swoim bohaterom. Dla mnie był legendą, choć początkowo nie lubiłam go. Dopiero po obejrzeniu "Pociągu", "Do zobaczenia, do jutra" oraz "Jowity" pojawiło się zainteresowanie słynnym odtwórcą roli Maćka Chełmickiego.


O Cybulskim zawsze sporo się mówiło i pisało, niemniej to książka Doroty Karaś uświadomiła mi, jak bardzo złożoną był postacią. Chłopak z dobrej, kochającej się rodziny, typ przywódcy i organizatora od czasów harcerstwa, młody aktor marzący o nowym, współczesnym sposobie grania, wreszcie prawdziwy gwiazdor, rozpoznawany również za granicą. Ponadto: kompleksy, prywatne strachy, drobne manie, słabość do alkoholu, silna potrzeba bycia kochanym i docenianym, bolesny schyłek kariery. Z książki dowiemy się też wielu mniej znanych faktów: że Cybulski bardzo przyjaźnił się z Bogumiłem Kobielą, że nie znosił kostiumów oraz warszawskiego środowiska filmowego, że był wiecznie zadłużony i zakochany oraz że sam chciał wyreżyserować film. Nie zdążył.

Autorka opisała życiorys Cybulskiego z pasją, jednak to bardziej reportaż biograficzny niż biografia. Widać staranność w doborze i układzie materiałów, całość bardzo dobrze się czyta i przyjemnie ogląda. Na koniec mój ulubiony fragment "Jowity" Kuby Morgensterna (Sport to nie imieniny u cioci. Tu się nie mówi dziękuję i wychodzi. Tu się biega i bierze za to pieniądze itd.) - kilka minut na czarno-białej taśmie, a w pamięć zapadają na całe lata.


_____________________________________________________________
Dorota Karaś Cybulski. Podwójne salto, Wydawnictwo Znak, Kraków 2016

piątek, 10 marca 2017

Adam Zagajewski o czytaniu

[...] Mieszkałem sześć czy osiem minut marszu od miejskiej biblioteki, byłem niezwykle pilnym czytelnikiem książek, głównie powieści, które – wszystkie – obłożone były szarobrunatnym papierem pakunkowym, jakby ktoś ubrał je w mundury, chcąc ujednolicić ich niedającą się ujednolicić odmienność. W domu też nie brakowało książek, wydawało mi się jednak, że wszystkie je już przeczytałem, tak jak o tym mówi Mallarmé w wierszu Brise marine („j’ai lu tous les livres”). Zresztą książki domowe były zbyt domowe, zbyt swojskie. Szukałem niezależności. Biblioteka mieściła się wtedy w miejskim ratuszu; solidna tablica na murze ratusza informowała, że tutaj zatrzymał się na jedną noc król Jan III Sobieski idący na odsiecz Wiednia. Król, myślałem, zatrzymał się w mojej bibliotece! I dzięki temu szarobrunatne książki miały w sobie coś królewskiego.

Gliwicki ratusz wspominany przez Zagajewskiego 

Lubiłem chodzić do biblioteki, codziennie, lub prawie codziennie. Teraz trudno mi w to uwierzyć, ale czytałem wówczas z nieprawdopodobną szybkością, omijając zwykłe opisy przyrody. Z rozmów z przyjaciółmi wiem, że nie było w tym nic wyjątkowego. […] Uwielbiałem moment wyjścia z domu, kiedy już wreszcie wolno mi było wychodzić samemu, moment szczęścia, wolności, gdy przez sekundę moja rodzina wydawała mi się więzieniem, które mogłem porzucić. I potem moment, kiedy z nowo wypożyczonymi tomami wracałem do domu, który już wtedy przestawał być więzieniem, tak jakby moja nieobecność oczyściła go. Nowo wypożyczona książka zapowiadała niezwykłe przeżycia. Do dzisiaj znam ten dreszcz przyjemności i oczekiwania związany z przyniesionym z biblioteki tomem, nowość, zapowiedź niespodzianki. Bardziej nawet niż tom przyniesiony z księgarni, świeżo do mnie należący – tak jakby tutaj zakradało się poczucie odpowiedzialności za moją własność. Biblioteka natomiast stanowi obszar wolnej miłości, ofiarowuje niezobowiązujące romanse, przelotne związki, kapryśne lektury, niekiedy zachwyt, czasem też nudę, ale zawsze z możliwością szybkiej zmiany. Na szczęście nikt nas nie egzaminuje, czy naprawdę przeczytaliśmy tomy, które wzięliśmy do domu.
Adam Zagajewski Lekka przesada Wyd. a5, Kraków 2011, s. 120-121

czwartek, 2 marca 2017

Polska nie tylko kryminalna

O ile Maestro i Białystok Marcina Kąckiego były znakomite, to po lekturze Plaży za szafą miałam mieszane uczucia. Zbiór tekstów z lat 2008-2015 opatrzono podtytułem Polska kryminalna, tymczasem znajdziemy tu również opowieści o adopcji, „kradzieży” krzyża w szkole, osiedlach strzeżonych czy nepotyzmie w środowisku lekarzy. I to właśnie one mówią więcej o naszym społeczeństwie niż historie rodem z pitawala.


Reportaże kryminalne są siła rzeczy monotematyczne, niemniej niektóre z nich wyróżniają się dzięki bohaterom. Trudno będzie zapomnieć na przykład Annę, która zamieszkała w podwarszawskim Konstancinie, ponieważ chciała żyć jak tamtejsze zamożne panie i w tym celu zaciągała liczne pożyczki na konto znajomych. Do nietuzinkowych postaci na pewno można zaliczyć księdza napadającego na banki oraz skromnie sytuowanego olkuszanina, który skradziony obraz Moneta przechowywał w skrytce za szafą rodziców i tylko od czasu do czasu go podziwiał. Nie do końca kryminalna, ale wyjątkowo bulwersująca (m.in. z powodu bezkarności winowajcy) jest sprawa arcybiskupa Paetza – negatywnego bohatera skandalu sprzed ponad dekady, obecnie korzystającego z uroków dość luksusowej emerytury.

Reportażom Kąckiego absolutnie nic nie brakuje pod względem warsztatowym, jednak wybór tematów mógłby być staranniejszy, bardziej przekrojowy.

_________________________________________________________________
Marcin Kącki, Plaża za szafą. Polska kryminalna, Agora, Warszawa 2017


piątek, 24 lutego 2017

Twarze w tłumie

Nieważcy to trzy powieści w jednej: kobieta mieszkająca z rodziną w Meksyku zaczyna pisać książkę o swoim dawnym życiu. Jej bohaterka pracuje jako tłumacz w niszowym nowojorskim wydawnictwie i zaczyna obsesyjnie badać życie i twórczość mało znanego meksykańskiego poety, Gilberta Owena, by w rezultacie spreparować jego rzekome manuskrypty. Tenże z kolei opisuje swój nieciekawy pobyt w Nowym Jorku w 1928 r. i przymierza się do napisania powieści o nieznajomej z metra, uderzająco podobnej do pisarki z Meksyku.


Te trzy poszatkowane historie są na tyle misternie ze sobą splecione, że chwilami trudno rozróżnić szwy i stwierdzić jednoznacznie, kto opowiada. Głosy poszczególnych narratorów nakładają się na siebie i rezonują; przenikają się osoby, miejsca i czasy, a na koniec fabuła zgrabnie się zapętla, bo – jak mówi Owen – ludzie umierają wielokrotnie, opuszczają jedno życie, by rozpocząć następne. Kolejne wcielenia zawsze jednak coś łączy, w Nieważkich takim łącznikiem będzie przede wszystkim pisanie, ale też metro i wyschnięte drzewko pomarańczowe w charakterystycznej doniczce.

Valeria Luiselli stworzyła znakomitą książkę o literatach i literaturze, która może stanowić jednocześnie wygodny azyl oraz pole do gry (pisarka nie bez powodu bawi się z synem w chowanego). Nieważcy to również opowieść o Nowym Jorku – współczesnym i tym z okresu rozkwitu Harlemu, kiedy w klubach grywał Duke Ellington, a na ulicy można było spotkać Ezrę Pounda albo Federico Lorkę. Stworzyć strukturę pełną luk, żeby zawsze można było przewrócić stronę i zamieszkać w kolejnej [s. 21] – to założenie autorka zrealizowała w pełni i z brawurą.

_____________________________________________________________________
Valeria Luiselli Nieważcy, tłum. Katarzyna Okrasko, Wyd. WAB, Warszawa 2016

niedziela, 19 lutego 2017

Bułhakow w odcieniach czerwieni

Pan Piłsudski mieni się na czerwono nie tylko na okładce: wydawnictwo nazywa się „Czerwone Pióro”, redakcja prasowa „Czerwone Jutro”, czerwone są rubelki i nosy sołdatów, a nad Słobodką czerwienieje Wenus. Nawet zielonkawy likier nosi nazwę „Czerwona słodycz”. Nie dziwne – akcja opowiadań osadzona jest w Rosji w czasach wojny domowej i krótko po jej zakończeniu. Są więc przemarsze wojsk, potyczki oraz nowy proletariacki ład, znalazło się też miejsce i dla Marszałka.

Polski wątek pojawia się zaledwie na chwilę pod postacią polskich żołnierzy. Wkraczają do Kijowa, wzbudzając poważne obawy wśród lokalnej inteligencji. Bułhakow tak opisał naszych rodaków ustami jednej z szanownych matron:
A Polacy to kulturalny naród. Wszyscy grają Chopina i wszyscy mówią po francusku. I co niedzielę słuchają mszy katolickiej. […] Po każdej potyczce ustawiają ołtarz polowy i wychwalają Pana. A przed podniesieniem, tydzień w tydzień doprowadzają przed ołtarz związanych drutami brańców, sokoły nasze. I każą im się ukorzyć przed tym ołtarzem. Jakby Bóg nigdy nie zmartwychwstał!!! [s. 22]

Opowiadania kijowskie wyraźnie wiążą się ze sobą, ponieważ zgodnie z planem pisarza miały złożyć się na kontynuację Białej gwardii, co niestety nie nastąpiło. Oddzielny nurt w zbiorze stanowią opowiadania moskiewskie pokazujące groteskową porewolucyjną rzeczywistość. Najlepszym jej obrazem jest zdecydowanie Psie serce czyli opowieść o kundlu Szariku, który po przeszczepie ludzkiej przysadki zaczął zmieniać się w człowieka, czy też raczej w kreaturę przypominającą człowieka. Wyjątkowo gorzka, acz miejscami zabawna historia.

Pan Piłsudski na pewno wiele by stracił na uroku i wartości, gdyby nie fachowe opracowanie Barbary Dohnalik. W przedmowie podkreśla bowiem, że Bułhakow był nie tylko pechowcem i niespełnionym artystą, ale że był również niepoprawnym żartownisiem, co wpłynęło zresztą negatywnie na przebieg jego kariery. Tylko dzięki przypisom dowiemy się, w którym fragmencie autor robił aluzje do Majakowskiego, Gorkiego i futurystów, albo czyj utwór sparodiował. Bez tych uwag lektura książki byłaby z pewnością mniej satysfakcjonująca.

_______________________________________________
Michaił Bułhakow Pan Piłsudski i inne opowiadania
tł. i oprac. Barbara Dohnalik
Orbita, Warszawa 1989

wtorek, 14 lutego 2017

Największa miłość

Anna Świrszczyńska

Największa miłość

Ma sześćdziesiąt lat. Przeżywa
największą miłość swego życia.

Chodzi z miłym pod rękę,
wiatr rozwiewa ich siwe włosy.

Jej miły mówi:
– Masz włosy jak perły.

Jej dzieci mówią:
– Stara wariatka.

(Jestem baba, 1975)

piątek, 10 lutego 2017

Zima w sercu

Zima tymczasem trwała. Nie była romantyczna ani malownicza: śnieg, powabny na wsi, w mieście miał już parę dni: rozdeptywano go na brązowy proszek i spychano łopatami do rynsztoków. Tam, gdzie leżał nietknięty, na wypalonych budynkach, dachach składów czy szop warsztatów kolejowych, sprawiał, że zdawały się jeszcze bardziej zaniedbane i ponure. [s.159]

Rzeczywiście zima u Philipa Larkina nie ma w sobie nic z malowniczości, jest raczej paskudna i dotkliwa. Autor najwyraźniej miał słabość do brzydoty, bo wciąż czytamy o zniszczonych domach, obskurnych pokoikach i nieatrakcyjnych ludziach w sfatygowanych ubraniach. Główna bohaterka doskonale wpisuje się w tę scenerię: jest chłodna, bezbarwna i wycofana. Oczywiście ma ku temu powody: uciekła do Anglii z Europy, gdzie wciąż toczy się wojna, wcześniej straciła całą rodzinę. To duży bagaż doświadczeń, a Katherine Lind ma zaledwie 22 lata.


Bo też trzeba na wstępie zaznaczyć, że Zimowe królestwo jest powieścią o straconych złudzeniach. Co istotne, źródłem rozczarowania są fałszywe wyobrażenia i związane z nimi nadzieje. Katherine najpierw jako nastolatka pada ofiara własnych mrzonek – wyjeżdżając na wakacje do angielskiej rodziny liczy na romantyczną przygodę z korespondencyjnym kolegą, Robinem. Sześć lat później jest mądrzejsza, ale dopiero wydarzenia pewnej styczniowej soboty uświadomią jej, że nadal coś sobie roi i idealizuje dawnego znajomego. Można się domyślać, że w ten sposób osładza sobie nieciekawą rzeczywistość – mieszka w obcym kraju, nie ma bliskich ani przyjaciół, pracuje tymczasowo jako bibliotekarka w mało przyjaznym otoczeniu, perspektywy na bliską przyszłość rysują się niezbyt optymistycznie, a młody Fennel pozostaje wspomnieniem minionego lepszego życia.

Larkin stworzył kilka interesujących postaci, skrzętnie przy tym kamuflując tym tożsamość głównej bohaterki – czytelnik sam musi dopowiedzieć sobie jej historię na podstawie nielicznych wskazówek. Detale mają zresztą w Zimowym królestwie ogromne znaczenie, są używane z rozmysłem i precyzją (było nie było autor był głównie poetą). To wszystko, zwłaszcza w parze z niezwykłym zrozumieniem pozycji kobiet w społeczeństwie, przyjemnie zaskakuje, biorąc pod uwagę, że Larkin w chwili publikacji książki miał tylko 25 lat. Podsumowując: świetna lektura na zimę.

______________________________________________________________________________
Philip Larkin, Zimowe królestwo, przeł. Jacek Dehnel, Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2017

sobota, 4 lutego 2017

Kobiety i Schulz

Książka Anny Kaszuby-Dębskiej to trzynaście portretów kobiet, które według wydawniczej notki miały istotny wpływ na życie i twórczość Brunona Schulza. Z pewnością do tej grupy zaliczała się matka Henrietta, narzeczone, mentorka Romana Halpern i opiekunka literacka Zofia Nałkowska. Co do wpływu pozostałych pań mam wątpliwości, zwłaszcza że w kilku przypadkach ich kontakt z pisarzem był naskórkowy, a w jednym tylko domniemany – przypuszczenie, że Schulz podziwiał na kinowym ekranie Elisabeth Bergner, aktorkę urodzoną w Drohobyczu, pozostaje wyłącznie hipotezą.


Tak czy owak, dobrze się stało, że autorka ocaliła swoje bohaterki od zapomnienia, a niektórym pozwoliła wręcz zaistnieć. Były to bowiem kobiety inteligentne, często wykształcone, o szerokich zainteresowaniach. Zdecydowanie najbarwniejszą postacią w tej galerii jest elegantka z okładki czyli Jeanette Suchestow, kuzynka pisarza, o której głośno było w całej Europie z powodu romansu i planowanego ślubu z księciem Radziwiłłem. Najwięcej informacji o samym pisarzu dostarczają rozdziały poświęcone Deborze Vogel oraz Józefinie Szelińskiej – żadna z nich nie została panią Schulz, ponieważ narzeczony nie wykazał się wystarczającym zdecydowaniem i praktycznością. Prawdopodobnie wystarczała mu przyjaźń oparta na porozumieniu intelektualnym i po prostu nie widział się w roli męża.

Kaszuba-Dębska niewątpliwie wykonała tytaniczną pracę i dotarła do wielu nowych materiałów, niemniej jej książka pozostawia nieco do życzenia. W moim odczuciu zabrakło wstępu lub posłowia, które połączyłoby poszczególne życiorysy. W obecnej formie książka sprawia wrażenie dość przypadkowej składanki, a przecież tak nie jest. Dużym plusem Kobiet i Schulza jest obraz życia kulturalnego w międzywojennym Drohobyczu i Borysławiu, jaki zarysował się w tle głównych opowieści. Przeczytać nie zawadzi.

_______________________________________
Anna Kaszuba-Dębska, Kobiety i Schulz
Wydawnictwo słowo/obraz Terytoria, Gdańsk 2016

niedziela, 29 stycznia 2017

Farmerskie córki

William Carlos Williams (1883-1963) nie cieszy się u nas popularnością, ale dzięki filmowi Jima Jarmusha Paterson, w którym jest wielokrotnie przywoływany, może jego nazwisko trafi przynajmniej do świadomości widzów. Ten amerykański poeta, prozaik i dramaturg, był przede wszystkim lekarzem, co szybko daje się zauważyć w Farmerskich córkach – w opowiadaniach często pojawiają się pacjenci, lekarze i pielęgniarki, mówi się o porodach i operacjach, na szczęście nie tylko.
Trochę po dwunastej zawarczał silnik i słyszę, jak samochód oddala się ulicą. Potem ktoś wbiega na stopnie. Drzwi się otwierają i wchodzi dziewczyna. Śliczności, możecie mi wierzyć. Na mój widok zatrzymuje się i stoi okręcając majtki na palcu lewej ręki.
Dobry wieczór, mówi i rzuca swoją spodnią garderobę na tapczan. Co słychać?
Evelyn! wybucha jej matka, mam nadzieję, że nie ściągniesz na nas wstydu i hańby?
Nie bój się, mamo, powiada dziewczyna, my bardzo uważamy.

(z opow. Koniec świata)

W zbiorze zamieszczono także historie pozamedyczne: ktoś wspomina pobyt w Europie podczas wojny, młodziutka niania idzie z podopiecznymi do zoo, pomocnik farmera szuka żony przez ogłoszenia prasowe, młody mężczyzna zrywa z narzeczoną, która okazuje się obrończynią praw kobiecych. W innej historii sprzątaczka zaśmiewa się z przygody syna w szkole, w jeszcze innej właściciel warsztatu samochodowego rozwodzi się nad urodą pań z miasteczka. Williams pisze o zwykłych ludziach i ich zwykłej codzienności, którą tylko od czasu do czasu urozmaicają nieoczekiwane zdarzenia. Widać, że opowiadania wyszły spod pióra humanisty – uważnego obserwatora i słuchacza, osoby autentycznie zainteresowanej drugim człowiekiem.
Widzi pan ten kamień. Jest przeznaczony do pańskiej korespondencji. W miarę nadchodzenia listów będzie je pan układał starannie jeden na drugim, na wierzchu zaś położy pan kamień. Proszę ich nie ruszać przez dwa tygodnie. A po dwóch tygodniach zacznie pan wyjmować po jednym liście, z samego spodu, pięć albo sześć dziennie. Jeśli pan to zrobi, przekona się pan, że większość tych listów odpowiedziała sama na siebie w chwili ich otwarcia. To bardzo wydajna metoda i oszczędzająca wiele trudu.
(z opow. Dobre dawne czasy)
Nie wszystkie teksty w Farmerskich córkach są dobre, kilka aż się prosi o interwencję redaktora. Zdecydowanie najlepiej wypadają te napisane w formie dialogu lub monologu, głównie za sprawą naturalnego, żywego języka. Bardzo często ma się wrażenie, że bohaterowie są tuż obok, na wyciągnięcie ręki – prawdziwi jak my sami. To nieczęste odczucie podczas lektury, tym większe uznanie dla Williamsa.

_________________________________________________________________________________
William Carlos Williams Farmerskie córki, tłum. Krystyna Tarnowska, Czytelnik, Warszawa 1970


wtorek, 24 stycznia 2017

Kuchnia rumuńska według Andrei Tompy

[…] jego rodzice chodzili na grzyby, Krisztiny zbierali ślimaki na cmentarzu, zaś Papaiowie zawsze trzymali nutrie, robili z nich kiełbasy i podwędzali, ale babcia nie potrafiła wymyśleć niczego, nowej mody gotowanie, jak nazywa to mości Keszei w zbiorze przepisów księżnej, obce jest babci, Nie umiała przywyknąć, nie umie nic wykoncypować, współczuła jej mama, bowiem jej matka nie pitrasiła, tylko znała przepisy, Gęsiotto, mówiła na danie z gumowatej starej kury i ryżu, ale wnuczki nie pytały, co robiło w nim za gęś, bowiem prawdziwej gęsi nigdy nie jedli – ojciec co prawda miał jedną, ale nie pozwolił jej zarżnąć - i babcia upichcone przez córkę potrawy, włączając w to pizzę, urażona komentowała, Ja tego dnia nie znam, u nas tak nie gotowali, i nie próbowała kwaśnej zupy z wymion ze śmietaną (to także mama dostała ze wsi od jednego z klientów), swoją drogą była smaczna, mięso pierwszego gatunku, i nie kosztowała też rumuńskich flaczków, zupy ręcznikowej, jak ją nazywała Juci, Niech ją jedzą Wołosi!, mówiła babcia i oburzona opowiadała, że jej sąsiadka, pani Tórók, dodawała do zupy jabłecznej mielonkę!, ale w święta mama też miała wszystko do tradycyjnych przepisów: po długim zbieraniu w małej zamrażarce znajdowało się pięć rodzajów mięsa do profesjonalnej faszerowanej kapusty, w której to „przeróżne składa się ingredienta”, jak w najlepszych potrawach mości Keszeiego, Najsampierw na spód garnca kładzie się wędzoną słoninę dla wyłożenia, świński boczek, bo mięsisty jest i gruby, piękną, wielką wędzoną pęcinę, ale nie z dziczyzny, bo tej brakuje mięsa, choć w wielkiej biedzie i ją dać można, to wszystko idzie do garnca z drobnicą kapuścianą, do farszu przemielone mięso, do tego takoż trzeba porządny kawał wędzonej pęciny – No i co, jest pięć? Liczyłaś?, tłumaczyła mama, A golonka, jej nie trzeba dodać?, zapytała młodsza córka, i mama dwa dni gotowała wszystko w dwóch ogromnych garnkach – w jednym szatkowaną kapustę, w drugim farsz – Zupełnie jak holopotryda, sylabizowała Juci literaturę naukową, holopotryda, którą z dziewięćdziesięciu dwóch składników trzeba przygotować z okazji odwiedzin księcia lub króla, lub elektora, kiedy to gospodyni, księżna, wydawała wielkie bankieta [...]

Andrea Tompa, Dom kata, przeł. Anna Butrym, Wrocław 2016 s. 391-392


O ile mogę wyobrazić sobie smak gęsiotto, flaczków i faszerowanej kapusty, to zupa jabłeczna z mielonką brzmi co najmniej intrygująco. Okazuje się, że faktycznie na pograniczu Rumunii i Węgier taka potrawa występuje, na dodatek jest prosta w przygotowaniu. Oto przepis (z portalu Ugotuj.to)

Zupa jabłeczna po rumuńsku

Składniki:
80 dag łopatki wieprzowej
po 10 dag marchwi i pietruszki
1.5 l wody
40 dag kwaśnych jabłek
5 dag mąki
1 szklanka śmietany
cukier i sól do smaku
1 pęczek natki pietruszki
suszony majeranek

Sposób przygotowania: Mięso pokrojone na kawałki grubości palca wraz z pokrojoną marchewką i pietruszką wkładamy do zimnej wody i gotujemy. Wywar lekko solimy, miękkie mięso odcedzamy, a do zupy wkładamy obrane, pokrojone jabłka i gotujemy. Następnie dodajemy mięso, zagęszczamy zupę mąką wymieszaną ze śmietaną. Słodzimy i solimy do smaku. Posypujemy natką pietruszki i majerankiem. Gotowe.;)


środa, 18 stycznia 2017

W kraju Jednouchego

Są takie książki, co do których dość szybko nabiera się pewności, że reprezentują literaturę wysokich lotów – wystarczy przeczytać kilkanaście stron i już wiadomo. Dla mnie taką książką był ostatnio Dom kata Andrei Tompy – powieść niezwykle gęsta i intensywna, opowiadająca o dorastaniu w rumuńskim reżimie Nicolae Ceausescu. Dla węgierskiej mniejszości, z której wywodzi się główna bohaterka oraz jej rodzina, oznaczał on dodatkowe szykany ze strony władz (Zajrzą, dostrzegą, że szyję, albo będą podsłuchiwać pod domem, o czym mówimy, że mamy gości z Pesztu, i że mówimy po węgiersku, albo pijemy kawę [s. 483]).


Autorka z finezją oddaje grozę i beznadzieję epoki "Jednouchego", stroniąc od dosłowności i efekciarstwa. I tak najpierw czytamy, że dzieci mimo mrozu godzinami ćwiczą na stadionie ustawianie się w portret wodza, że za duży mundurek szkolny zostaje uznany za prowokację, a nastolatka wyrusza w długą podróż do odległego miasta, aby móc kupić trzydzieści jajek. Dowiadujemy się, że jedyną wiarygodną rubryką w prasie są nekrologi, a o likwidacji niepożądanych placówek np. wydziału filologii węgierskiej na uniwersytecie czy żydowskiego sklepu powiadamia się przez ciche usuwanie z oficjalnych rejestrów.

Schizofrenię dyktatury Ceausescu pokazują także próby wystawienia Hamleta – zanim spektakl zatwierdzą cenzorzy, duża część obsady zdąży wyjechać z kraju (do tego czasu zaangażowano już nowego Hamleta, a przedstawienie pokazywano dalej, i dwa widniejące obok siebie nazwiska sprawiały wrażenie, jakby podzielono rolę, jakby szła w podwójnym przydziale, co nie mogło się wydarzyć w do tego czasu skurczonym do półtora tuzina zespole, i tak już ledwie potrafiono rozdać wszystkie role, mnóstwo z nich połączono i wykreślono, ale z polotem, a mimo wszystko wydawało się, jakby Hamleta grało jednocześnie więcej osób, lub jakby każdy mógł być nim, Hamletem [s. 193]).

Jest w Domu kata rozmach (autorka opisała skomplikowane dzieje trzech pokoleń), jest i znakomite wyczucie dramatyzmu. O niesamowitości tej książki zdecydował również specyficzny styl narracyjny, przypominający rozbudowany monolog z licznymi dygresjami, wygłaszany jednym tchem, a zapisany przy pomocy oryginalnej interpunkcji (brawa dla tłumaczki za gładki przekład). To wyjątkowo udana opowieść o totalitaryzmie oraz o poszukiwaniu azylu – w rodzinie, literaturze, teatrze i przyjaźni. W moim odczuciu powieść Tompy ociera się o wielkość, aż trudno uwierzyć, że to debiut prozatorski.

_____________________________________________________________________
Andrea Tompa, Dom kata, przeł. Anna Butrym, Książkowe Klimaty, Wrocław 2016


piątek, 13 stycznia 2017

Kryzys

Tomasz Różycki

Kryzys czytelnictwa polskiego

Tymczasem w auli spotkanie z Czytelnikiem,
na sali sami autorzy książek,
dla niektórych zabrakło miejsc siedzących.
Wreszcie wchodzi nieco spóźniony,
chwiejnym krokiem.
Łyknął sobie jednego dla kurażu w garderobie.
Brawa i flesze, transmisja na żywo.

Czytelnik wymienia dwa lub trzy wybrane tytuły,
Streszcza fabuły.
Na sali jęk zachwytu, jęk zawodu.
Pisarze zadają pytania:
Jak pan właściwie to robi?
Jak pan znajduje moment?
Na kanapie? Przed snem?
W podróży?
Papier czy czytniki?
Co pan lubi?

Chcę, żeby czytanie
było dla mnie świętem, odpowiada.
Niech to będzie celebracja.
Wybieram dzień i godzinę,
strój i drobne słabostki.
Czytać – uśmiecha się lekko – powinno się rzadko
i niechętnie.
Czy pan nie jest zmęczony? – pytają.
I co następne, czy zdradzi pan nam
Swoje plany?

Tournée trwa drugi tydzień,
Czytelnik dyskretnie ociera pot z czoła.
Przed nim kolejka pisarzy po autograf,
każdy ze swoją książką.
Niektórzy są natrętni, a on
Przecież jeden.
Tak wielu chciałoby być pośród wybranych.
Czy pan się nie boi? – pada ostatnie pytanie.
To trudne hobby, by nie rzec powołanie.
Niech ktoś sam spróbuje.

To zajęcie ma znamiona świętości.
Nie wiem, skąd to się wzięło.
Od początku coś czułem.
Śniły mi się litery.
Potem poznałem poetkę, nie wiem,
Czy to poświęcenie.
Gdyby nie honorarium i setki fanek – żartuje –
Dawno bym to rzucił.

Czasem jest bardzo ciężko,
Mam czarne myśli.
Dostaję listy z pogróżkami, ktoś zostawia mi
na drzwiach cytaty.
Dręczą mnie nałogi.
Jestem wrakiem człowieka.
Sny są fabularne.
Tak naprawdę żyję w koszmarze.
To żart – mówi i ściska plastikową butelkę
po wodzie mineralnej.
Kończmy już.
Bardzo tu duszno.
A jeszcze przed nim
wywiady do pism kolorowych.


(Litery, 2016)


niedziela, 8 stycznia 2017

Z dala od radosnych, świetlistych przestrzeni

Można by uznać, że wszystko w tych radosnych, świetlistych przestrzeniach jest dla młodych matek wymyślone. Centrum handlowe daje młodym matkom przyjazną namiastkę kontaktu ze światem, bez konieczności składania deklaracji, bez brania na siebie zobowiązań, bez przyjmowania stanowiska i przymusu wyrażania opinii. [s. 72]

Jak pokochać centra handlowe to opowieść o macierzyństwie w drugiej dekadzie XXI wieku. Narratorka jest młodą mężatką i matką, bez stałej pracy i bez stałego adresu zamieszkania, pomieszkującą na przedmieściach Warszawy. Kobieta niezbyt dobrze radzi sobie z narodzinami najpierw syna, krótko później córki, zmaga się z depresją. Walczy o siebie, dzieci i normalność, stara się funkcjonować sprawnie.


Natalia Fiedorczuk nie jest pierwszą autorką, która pokazuje ciemne strony macierzyństwa, jednak w jej książce – skądinąd bardzo dobrej - znajduję coś znacznie bardziej interesującego. Kolejne epizody z życia bohaterki uzmysławiają bowiem, jak wielkie wymagania stawia się obecnie matkom: poświęcaj dużo czasu dziecku, ale dbaj o siebie; dzieci wychowuj świadomie i ekologicznie; pracuj w domu i zawodowo, udzielając się także towarzysko; bądź w doskonałej formie fizycznej i psychicznej. Od samego czytania o tych wszystkich: musisz, nie wolno, nie możesz, powinnaś itp. można popaść w frustrację. Właściwie smutne jest, że to same kobiety wysoko ustawiają poprzeczkę swoim następczyniom, również te, którym rodzicielstwo akurat nie wychodzi.

W tej książce podoba mi się wszystko, od ognistej okładki (fragment obrazu Nigela van Wiecka) przez rzeczowy, chwilami lekko ironiczny styl narracji aż po samą historię stawania się matką opowiedzianą bez sentymentów, ale i bez cierpiętnictwa. Zastanawia mnie tylko całkowity brak babć, dziadków oraz rodzeństwa bohaterki i jej męża – trudno uwierzyć, że oboje nie mają żadnej rodziny, która choćby w niewielkim stopniu bierze udział w ich życiu.

__________________________________________________________________________
Natalia Fiedorczuk, Jak pokochać centra handlowe, Wielka Litera, Warszawa 2016

wtorek, 3 stycznia 2017

Przezimowanie

Osią Przezimowania jest ostatni rok życia Sylvii Plath. Mieszkała wówczas w Anglii, od 6 lat była żoną Teda Hughesa, uznanego już poety. Rok 1962 obfitował w wydarzenia: narodziny drugiego dziecka, rozstanie z mężem, wyprowadzka do Londynu, intensywna praca nad nowym tomikiem poezji, nawrót depresji. Kate Moses opowiedziała o tym trudnym okresie w oparciu o dziennik i korespondencję poetki oraz liczne opracowania, ściśle trzymając się faktów.


Przezimowanie pokazuje kobietę nadwrażliwą i rozedrganą emocjonalnie: smutek, poczucie bezradności, desperacja przeplatają się ze wzburzeniem, rzadkimi przebłyskami nadziei i chwilami ożywienia. Po lekturze chyba nikt nie będzie miał wątpliwości, że Plath była na skraju załamania nerwowego, choć zakończenie książki może nastrajać optymistycznie: pod koniec grudnia Sylvia decyduje się na rozwód, dużo pisze, robi plany. Wygląda na to, że uda jej się „przezimować” i wyjść na prostą, tymczasem w rzeczywistości zaledwie kilka tygodni później poetka popełniła samobójstwo.

Nie do końca wiem, jaki cel przyświecał Moses, łatwo jednak dostrzec, że uważnie wczytała się w utwory Plath, bo próbowała nawet naśladować jej styl we własnej książce. Moim zdaniem cokolwiek przedobrzyła z poetyckością, ale to drobiazg w porównaniu z planowo poszatkowaną konstrukcją Przezimowania. Tak czy owak, powieść nie jest zła, uznaję ją za ciekawy eksperyment literacki, u którego podstaw leżała prawdopodobnie chęć uhonorowania ulubionej twórczyni.

__________________________________________________________________________
Kate Moses Przezimowanie, tłum. Magdalena Słysz, Świat Książki, Warszawa 2004