poniedziałek, 24 lipca 2017

Hopper

Szymon Słomczyński

Edward Hopper, The Hotel Room

Boże tak nieobecny jak ruch
w tym pokoju, chroń Madryt,
a jeśli się nie da, ocal chociaż
tego jednego Hoppera i może
jeszcze della Francescę, a jeśli
uniesiesz, to też czarnego Goyę,
i Botticellego, a Guernicę zostaw
potrzebującym jej do szczerbatego
szczęścia, nie mnie. Ja usłyszałem,
gdy tuż obok przemknęło tajemnicze
ktoś, rodem z Almodóvara, próxima
esctación – Atocha. To stacja, gdzie
nie należy się wychylać, pomyślałem,
i pobiegłem w nieudaną pogoń po peronie
za tym kimś. Nagle spod stóp, na schodach,
wychynął stalowy napis „ThyssenKrupp”.

Odtąd wiem, skąd się biorą tak wyszukane,
cenne kolekcje, jak Thyssen-Bornemisza
(wtedy internet nie działał w telefonie
za granicą, wtedy należało wszystkiego
doświadczyć bezpośrednio). Prado to
inna historia, zamierzchła, królewska –
nie pytaj, komu bije palma,
no komu kieszonkową palmę
ze skrzyżowania między galeriami?

(Latakia, Biuro Literackie 2016)



czwartek, 20 lipca 2017

Sztuczki

Z pewną nostalgią czytam dzisiaj książki o dorastaniu w erze przedcyfrowej. O dzieciach, które nie miały gadżetów i były zdane na własną pomysłowość, a więc najczęściej bawiły się z innymi dziećmi. Jeśli zmęczyły się kopaniem piłki i jazdą na rowerach, grały w kapsle lub w karty, biły się kijkami, zbierały pety, strzelały z procy. Albo namiętnie bawiły się w umieranie.


Taki właśnie jest świat narratorki Sztuczek, dziewczynki bawiącej się głównie z chłopcami, wiecznie zabieganej i kapkę niesfornej. Skaranie boskie nie dziecko, jak mówią najbliżsi. Czytelnik wie więcej, więc dostrzeże, że nastolatka jest również nieśmiała, wycofana i może dlatego ma trudności z komunikowaniem się oraz relacjami. Jej przyjaźń z Andym jest chropowata, ale mimo nieporozumień wyjątkowo trwała. Z Ulą jest już inaczej, także dlatego, że „dziewczyńskie” przyjaźnie rządzącą się innymi prawami. Obie znajomości wygasną z powodu zwykłych młodzieńczych zgrzytów, niemniej dla bohaterki będą kluczowe.

Dorastanie u Joanny Lech jest jednocześnie liryczne i niepokojące, i to właśnie atmosfera książki najlepiej zapada w pamięć. Wrażenia z lektury byłyby niewątpliwie lepsze, gdyby nie kompozycja powieści –chyba nie do końca przemyślana, a przez to niezbyt spójna. Na niedociągnięcia przymykam oko i trzymam kciuki za autorkę, bo potencjał niewątpliwie ma.

__________________________________________
Joanna Lech, Sztuczki, Nisza, Warszawa 2016


piątek, 14 lipca 2017

Alabama song

Alabama song to oparta na faktach króciutka powieść o Zeldzie Fitzgerald. W mojej ocenie książka bardzo dobra, ponieważ świetnie pokazuje skomplikowany charakter głównej bohaterki i równie skomplikowany charakter jej burzliwego związku z Francisem Scottem.


Ona – panienka z dobrego domu, bezczelna i bezpruderyjna jak na standardy skostniałego Południa. Chce się wyrwać z rzekomego raju, który dla niej jest cmentarzyskiem ambicji. A Zelda ambicje ma: marzy o tańcu i pisaniu. On – przystojniak z Północy, zdeklasowany, ale wciąż z klasą, będzie szansą na ucieczkę do zupełnie innego świata. Scott wkrótce odniesie literacki sukces, oboje staną się ulubieńcami Ameryki, nie na długo niestety.

U Gillesa Leroya opowiada Zelda czterdziestoletnia i, co znaczące dla całej historii, od ponad dekady leczona psychiatrycznie. Nieobecnego męża darzy  jeszcze pewnym sentymentem, niemniej pretensje biorą górę. Uważa, że zniszczył jej życie i nie pozwolił realizować się artystycznie. Jej opowieść brzmi bardzo przekonująco i trudno nie współczuć tej biednej kobiecie, która mało szczęśliwie ulokowała uczucia i dokonywała kiepskich wyborów.

Warto podkreślić, że autor dobrze wczuł się w postać swojej bohaterki i zgrabnie zróżnicował jej stany emocjonalne. Nie jest to postać do lubienia i taka chyba była Zelda w rzeczywistości. Ale to już trzeba będzie sprawdzić w fachowej biografii Fitzgeraldów, do czego Leroy skutecznie mnie zachęcił.

_______________________________________________________________________
Leroy Gilles Alabama Song, przeł. Wojciech Gilewski, Wyd. Czytelnik, Warszawa 2009

niedziela, 9 lipca 2017

Paryskie niedziele

Tak Sándor Márai pisał o Paryżu lat 20. ubiegłego stulecia:
Czasami nawiedza mnie i straszy lodowata, mglista nuda niedzielnych popołudni paryskich. To okrutne wspomnienie pachnie jak wilgotne, zimne łóżko, w którym nie mogłeś zasnąć. Bistra, gdzie alkoholicy grają w karty, paryskie kawiarnie z ich szczególną oschłością i złośliwością, straszliwe godziny, podczas których chodziłem w kółko po tym ogromnym mieście, z Montmartre'u na Montparnasse, albo włóczyłem się po przedmieściach, gdzie śmierdziało moczem, prostytutki, kręcący się w pobliżu francuscy alfonsi i francuscy kapitaliści (nie było łatwo odróżnić jednych od drugich), popołudniowe wydania niedzielnych gazet z głupimi wiadomościami sportowymi i głupimi przemówieniami ministrów, z fotografiami świeżo odsłoniętych pomników bohaterów, zimne światła na fasadach domów przy Champs-Élysées, dozorcy w spodniach na szelkach na trawnikach Bois, z dziećmi na kolanach i butelką wina, bez butów, zasmradzający wonią zapoconych nóg okoliczne zarośla, wyścigi konne, podczas których człowiek zawsze najpierw nałyka się kurzu, a po ostatniej gonitwie, przepychając się w tłumie, pędzi do autobusu, ta pustynność i niepocieszenie, ta ucywilizowana bezdomność, ta mglista i zimno-kleista, gorzka beznadziejność — w tym wszystkim było coś z niedziel w więzieniach, domach poprawczych i szpitalach. Londyn jest w niedzielę cokolwiek pusty, ale cieplejszy, bardziej ludzki. Paryż jest w niedzielę okrutny i przerażający. To miasto, w którym można tylko pracować i używać. Na odpoczynku się tu nie znają.
Sándor Márai, W podróży, wybór i przekład Teresa Worowska, Zeszyty Literackie, Warszawa 2011, s. 44

zdj. Pierre-Yves Petit (źródło: Wikipedia)

 

wtorek, 4 lipca 2017

Egzorcyzmy warszawskiego pisarza

Krzysztof Varga jest jak zwykle czujny i dobrze zorientowany w warszawskiej rzeczywistości. Opowiadania ze zbioru Egzorcyzmy księdza Wojciecha pokazują, że bacznie obserwuje ulice, osiedla, biura i kawiarnie, wychwytuje aktualne trendy i mody, a później wszystko to uwiecznia na papierze w charakterystycznym dla siebie stylu. Niby jest interesująco, ale zachwycić się trudno.


Vargę czytam od lat i może dlatego od jakiegoś czasu mam wrażenie, że – przynajmniej jeśli idzie o beletrystykę – pisarz wciąż drąży te same tematy, nie oferując czytelnikowi w zasadzie nic nowego. No bo tak: z korporacyjnej kultury, Facebooka oraz kultu młodości i zdrowia niejednokrotnie już się natrząsał, grzechy polskiego kleru i rodziny obśmiewa regularnie. Bohaterowie opowiadań również wydają się znajomi – czy będzie to Malwina z Mąciwód szukająca szczęścia w stolicy, telewizyjny wróżbita zatroskany słabą oglądalnością programu, apatyczny księgowy czy emeryt podglądający młodzież na basenie – wszyscy oni są samotni i sfrustrowani.

Varga mocno się powtarza i coraz częściej jeździ po bandzie – przyciężkawy humor, pseudo-erotyka oraz jednowymiarowe postaci znacząco odbijają się na poziomie zbioru. Autor powoli zaczyna przypominać bardziej starego tetryka niż ironistę. Albo gorzej: przegranego bohatera własnego tekstu. Szkoda było zgrabnych aluzji do Prousta, Eliota i paru innych tuzów literatury, zaprawdę szkoda.

____________________________________________________________________
Krzysztof Varga, Egzorcyzmy księdza Wojciecha, Wielka Litera, Warszawa 2017


środa, 28 czerwca 2017

Księga japońskich strachów

Tajemnicze stwory to nie moja bajka, ale Yōkai przeczytałam. Przeczytałam, ponieważ dziwne postacie w twórczości Japończyków niejednokrotnie mnie zaskakiwały. O ile przedstawienia demonów w malarstwie są w miarę zrozumiałe, a nawet fascynujące, to czytanie np. o kobietach-wężach pełzających po suficie, na dodatek we współczesnym opowiadaniu obyczajowym, wprawia mnie w konsternację.


Okazuje się, że yōkai są bardzo mocno zakorzenione w kulturze japońskiej, co według M. D. Fostera ma łatwą do wyjaśnienia przyczynę: mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni wciąż chcą opowiadać o monstrach i wymyślać je na nowo. I rzeczywiście, nie tylko tworzą kolejne anime i mangi poświęcone duchom, ale prowadzą szeroko zakrojone badania nad tematem. Materiału badawczego stale przybywa, w ostatnich dekadach do galerii straszydeł dołączyła dziewczynka-widmo strasząca w szkolnych toaletach oraz kobieta z rozciętymi ustami.

Dziwne zjawy najwyraźniej na dobre wrosły w kulturę Japonii, skoro ich oswojone i uładzone wizerunki wykorzystywane są dzisiaj jako symbol lokalnej tożsamości – od logo i gadżetów po święta i festiwale. Yōkai mają na tyle dużą siłę przebicia, że zdobyły popularność także poza granicami Nipponu i ze świata komiksów trafiły wprost na duży ekran (pojawiły się choćby w filmach Spirited Away. W krainie bogów, Ring, Harry Potter i Więzień Azkabanu) – fenomen godny uwagi.

Autor, który jest badaczem i wielbicielem japońskiego folkloru, fachowo przybliżył i usystematyzował świat japońskich potworków. Sporządził nawet „kompletnie niekompletny bestiariusz” ważniejszych yōkai z wykorzystaniem ilustracji. Na marginesie dodam, że w 1963 r. wydano w Polsce klasyczną już powieść Ryūnosukego Akutagawy Kappy, opowiadającą o rzecznych dzieciach – można skonfrontować odkrycia Fostera z czysto japońskim ujęciem zagadnienia.

_____________________________________________________________
Michael Dylan Foster Yōkai. Tajemnicze stwory w kulturze japońskiej
przeł. Agnieszka Szurek
Wyd. Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2017

piątek, 23 czerwca 2017

Ojcowskie niedole

Ojcowie mają czasem ciężki los, zwłaszcza z córkami.;) W październiku 1958 r. Jarosław Iwaszkiewicz tak oto skarżył się w liście do Jerzego Błeszyńskiego:
[…] Czuję się pod zdechłym medorkiem - na dobitkę ujrzałem dziś wieczorem u Teresy jej amanta, dla którego ona rozstaje się z mężem. Coś tak okropnego, jakieś chamisko z nieprawdziwego zdarzenia. Jak do naszego brzegu co przypłynie, to albo trzaska, albo gówno. Naprawdę córki „największego" domu w Polsce mogłyby mieć trochę bardziej udanych mężów. Pierwszy mąż Marysi, na którego narzekaliśmy w swoim czasie, wydaje się dzisiaj szczytem lordostwa. Możesz sobie wyobrazić, jak mnie szalenie przygnębia sytuacja Teresy, ten cały jej głupi rozwód, złe postępowanie jej męża (któremu się zresztą nie bardzo dziwię) i ten cały galimatias, który ona sobie bierze na głowę - i nie umie absolutnie rozwiązać. Moje córki jak moje siostry są zupełnie w sprawach życiowych- nie umieją układać sobie życia, tak aby byto choć trochę znośne. Teresa zawsze otacza się smarkaterią, najwięksi przyjaciele to Wiesio i Stasio Kępińscy, i jakieś okropne typy zawsze się u niej widzi. Ach, mój drogi, naprawdę my z moją żoną zasługiwalibyśmy na mniej kłopotów chociażby pod tym względem.
Wszystko jak chcesz. O miłości Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Błeszyńskiego
Warszawa 2017, s. 269
 
Jarosław Iwaszkiewicz z kilkuletnimi córkami


Najlepsze życzenia dla wszystkich ojców w dniu ich Święta.;)

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Na rozdeptanych morwach

O narratorze Palinki nie dowiemy się zbyt wiele: mieszkał w Pradze, w Brnie, także na prowincji w Bawarii. Trenował sport, grał na instrumentach muzycznych, komponował piosenki. Jeśli kochał, to bez większego powodzenia. Na dłużej osiadł w banackiej wsi, gdzie uczył w szkole języka czeskiego. Wyludnione pogranicze serbsko-rumuńskie miało być azylem, nie pierwszym zresztą.


Może to wrodzona nadwrażliwość, a może fatalny stan ducha powodują, że nawet błahe zdarzenia skłaniają bohatera Hořavy do wspomnień. Bodźcem może okazać się smak morwy albo kropli na ból gardła, grabienie liści w parku, zasłyszany menuet Bacha czy gra światłocienia. Mężczyzna przywołuje z pamięci osoby, emocje i miejsca, które prawdopodobnie w znacznym stopniu go ukonstytuowały. Nie składają się na przejrzysty życiorys, raczej na bardzo luźny i wyrywkowy zbiór epizodów, dający dość mgliste wyobrażenie o przeszłości pana nauczyciela, który wciąż przed czymś ucieka i z premedytacją wybiera odosobnienie. I czuje się przeraźliwie samotny.

W książce ta samotność jest namacalna, osacza czytelnika jak banacka mgła. Styl Hořavy jest na tyle gęsty i plastyczny, że bez trudu zobaczymy górskie zbocza porośnięte paprociami, pobielone chałupy z czerwonymi dachami i krowy na pastwisku. Nie trzeba też wielkiej wyobraźni, żeby usłyszeć szum Dunaju, a na języku poczuć ognistą palinkę ze śliwek i lubaszek. Dużo wrażeń jak na niecałe 190 stron.

__________________________________
Matěj Hořava Palinka. Prozy z Banatu
tłum. Anna Radwan-Żbikowska,
Książkowe Klimaty, Wrocław 2017

środa, 14 czerwca 2017

Słodko i zaszczytnie...

Toczka to inaczej kropka. To również nazwa małego wydawnictwa z Krakowa, które specjalizuje się w prozie niszowej, głównie bałkańskiej. Książki są najczęściej skromne objętościowo, jak choćby Słodko i zaszczytnie… Nevena Lukačevića, który pięć opowiadań zmieścił na 70 stronach. 


Akcja wszystkich historii toczy się podczas I wojny światowej, można nawet powiedzieć – w jej centrum. Za każdym razem wydarzenia śledzimy z innej perspektywy: Czech Lojka feralnego 28 czerwca 1914 r. wiezie samochodem cesarską parę, przemarznięty włoski wojak gdzieś w tyrolskich Alpach szykuje się do wymarszu, a na opuszczonej stacji kolejowej niedobitki bośniackiego plutonu rozważają dezercję. Jest jeszcze Brytyjczyk w okopach nad Sommą czekający na sygnał do ataku oraz dwóch młodziutkich żołnierzy z przeciwnych armii, których wiadomość o zakończeniu wojny zastaje w Belgii.

Oprócz zróżnicowanych pod względem narodowościowym bohaterów widać tu również przemyślany układ tekstów i dbałość o różnorodność formy (m.in. dziennik, list). To chyba jedyne zalety zbioru, który – sądząc po tytule i ujęciu tematu – miał pokazywać, że wbrew opinii Horacego nie jest słodko i zaszczytnie umierać za ojczyznę, że umieranie w imię wyższych ideałów jest często prozaiczne albo brutalne, a nade wszystko – bezsensowne. Używam słowa „miał”, ponieważ siła przekazu tych opowiadań jest znikoma. Autor nie wychodzi poza schemat i w rzeczywistości oferuje czytelnikowi głównie konfekcję.

Rozczarowanie lekturą jest tym większe, że w prozie Lukačevića był potencjał, niestety zabrakło podstawowego składnika fabuły: wiarygodności. Grzechem autora jest nie tylko powierzchowność i sztuczność, ale i naznaczenie opowieści współczesną wiedzą. W rezultacie książkę czyta się bez emocji, a przecież nie o to w literaturze chodzi.

_____________________________________
Neven Lukačević, Słodko i zaszczytnie… 
tłum. Joanna Kalinowska-Lukačević
Wyd. Toczka, Kraków 2016

piątek, 9 czerwca 2017

Kawa z Lukačevićem

[…] Ten zapach rozprzestrzeniający się po całej czarszii jest inny, nie można go porównać z tym w wiedeńskich kawiarniach. Tam się pije kawę po wiedeńsku z likierem lub mlekiem, z dodatkiem drobno startej czekolady. Serwuje się kawę biedermeier, czyli dużą mokkę z likierem morelowym i bitą śmietaną. Albo cesarski melanż — mokkę z żółtkiem ubitym z miodem lub cukrem. Jest też fiakera, espresso z rumem albo koniakiem, przykryte warstwą śmietanki. Ale ty najbardziej lubisz mariloman, gorącą mokkę z koniakiem. Tutaj nie mają takich kaw. Są wprawdzie miejskie kawiarnie na wzór wiedeńskich, serwują kilka rodzajów, ale to nie to samo. Woda i przygotowanie są inne, więc nie ma tego aromatu ani atmosfery. Dlatego nie podobają ci się sarajewskie miejskie kawiarnie. Ale za to odkryłeś inny świat kawy w małych sarajewskich kawiarenkach na czarszii. Obsługa jest uprzejma i po wschodniemu uniżona, nie taka jak w wiedeńskich hotelach — w liberii, kiczowata, ze sztucznym uśmiechem i udawaną uprzejmością. Tam wszystko robią na pokaz, plotkują, prowadzą gierki, śledzą wzrokiem, spoglądając zza gazety Tutaj nawet obgadywanie jest bardziej szczere, wszystko ci wywalą prosto w twarz, a ty całuj albo zostaw, jak mówią tutejsi.
Neven Lukačević, Słodko i zaszczytnie… tłum. Joanna Kalinowska-Lukačević, Kraków 2016, s. 18

źródło zdjęcia: Wikipedia 

 

niedziela, 4 czerwca 2017

Terremoto

Po wpisaniu do internetowej przeglądarki hasła "Castellucio" ukazują się zdjęcia bajecznego płaskowyżu i wzgórza ciasno zabudowanego bliźniaczo wyglądającymi domami. W przypadku Nursji oglądam rozświetlony plac z renesansową bazyliką. Fotografie z Amatrice są już bardziej aktualne: przeważają te, na których widać całe ulice w gruzach. Te trzy miasta zostały obrócone w ruinę wskutek trzęsień ziemi, jakie dotknęły Włochy na przełomie 2016 i 2017 r. 


Jarosław Mikołajewski twierdzi, że pojechał zobaczyć zniszczenia z ciekawości – jako człowiek urodzony na Mazowszu zna tylko jeden kataklizm, więc trzęsienie ziemi (wł. terremoto) jest dla niego tajemniczym zjawiskiem. Takim, którego skali nie oddadzą w pełni artykuły naukowe, filmy czy relacje w mediach. Myślę jednak, że autorem nie kierowało wścibstwo, ale empatia i poczucie solidarności z mieszkańcami często odwiedzanego i lubianego kraju. Dlatego jeździł, obserwował i rozmawiał, próbując zrozumieć. Kwintesencją tego świata po katastrofie jest dla mnie lista rzeczy dostrzeżonych na jednym z rumowisk – lista długa, obejmująca m.in.: tył fiata cinquecento, łopatę do prac ogrodowych, koszule w różnych odcieniach błękitu, doniczki z drzewkami oliwnymi, zakazy postoju, kapliczkę za szkłem, rachunek za gaz, półotwarty różowy piórnik. I wiele, wiele innych przedmiotów.

Terremoto nie jest właściwie reportażem, to raczej zapis wrażeń i przemyśleń z podróży oraz spotkań, dywagacje natury religijnej, socjologicznej, literackiej, a nawet lingwistycznej. Czasem trafiają się zaskakujące i wręcz dziwne skojarzenia, ale w tej dość osobistej opowieści poety i italianisty nie rażą. Podsumowując: książka Mikołajewskiego to rzecz raczej dla miłośników Włoch niż fanów literatury faktu.

________________________________________________________________________
Jarosław Mikołajewski, Terremoto, Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa 2017

poniedziałek, 29 maja 2017

Dorosłe dzieci

Nonszalancja polskich wydawców w tłumaczeniu tytułów bywa irytująca. Tak jest na przykład w przypadku ostatniej książki Toni Morrison God help the Child, która w Polsce ukazała się jako Skóra. Domyślam się, że Niech Bóg strzeże to dziecko nie brzmi dobrze, niemniej warto zauważyć, że zdanie jest cytatem z zakończenia powieści. Co ważniejsze, wypaczony został sens utworu, bo nie o skórę czy jej kolor tutaj chodzi.


Morrison, owszem, podnosi problem rasizmu, na dodatek z bardzo ciekawej perspektywy, jednak jest to wątek drugorzędny. Głównym tematem pozostaje dziecko, które pośrednio lub bezpośrednio dotknęła krzywda – na tyle dotkliwa, że przez długie lata będzie mu ciążyć i utrudniać współżycie z innymi. Jeśli przyjrzeć się Bride, odtrąconej przez matkę, oraz Bookerowi, niepogodzonemu ze stratą brata, można nawet uznać, że traumy nie pozwalają im w pełni dojrzeć:
Każde będzie się czepiać smętnej historyjki o bólu i żalu - jakiejś dawnej przykrości, którą życie zwaliło na ich czyste, niewinne jaźnie. I każde przepisze sobie tę historię na nowo, znając treść, odgadując temat, zmyślając znaczenie i lekceważąc oryginał. Wielka szkoda. [s. 171]
Fabuła odkrywcza nie jest i z żalem stwierdzam, że Skórze daleko do najlepszych dokonań noblistki. Ta skromna objętościowo książka wydaje się wyjątkowo niedopracowana: postaci są bez wyrazu albo jednowymiarowe, z kolei problematyka została nakreślona grubą, dydaktyczną kreską. Potencjał był duży, ale najwyraźniej przerósł możliwości wiekowej autorki (dziś 86-letniej).

________________________________________________________
Toni Morrison, Skóra, przeł. Jolanta Kozak, Świat Książki 2016

wtorek, 23 maja 2017

Dziki Lou

Czytanie o Lou Reedzie przez blisko 500 stron to prawdziwe wyzwanie, jako że muzyk był wyjątkowym dupkiem (eufemizm). Tak przynajmniej wynika z licznych wypowiedzi jego bliskich, znajomych i współpracowników, przepytanych przez Howarda Sounesa na potrzeby biografii.


W Polsce Reed cieszył się umiarkowaną popularnością, niemniej utwory takie jak Walk on the Wild Side, Satellite of Love czy Perfect Day do dzisiaj są grywane w niektórych radiostacjach. W Stanach Zjednoczonych był ważną postacią sceny muzycznej – stworzył legendarną grupę The Velvet Underground, która z czasem stała się inspiracją dla innych zespołów. Reed nie osiągnąłby większych sukcesów, gdyby nie znacząca pomoc m.in. Davida Bowie i Andy'ego Warhola. Obu potraktował bardzo nieelegancko: pierwszego zdarzyło mu się publicznie pobić, drugiego porzucił w chorobie.

Jeśli wierzyć przytoczonym w książce Sounesa wspomnieniom, Lou był wyjątkowym egoistą, kłamcą i pozerem. Uwielbiał prowokować, manipulować i stawiać na swoim. Podczas studiów był leczony psychiatrycznie, który to fakt niejednokrotnie później wykorzystywał: opowieści o elektrowstrząsach u kobiet miały wzbudzać współczucie, u rodziców – wyrzuty sumienia. Do skłonności depresyjnych dołączyło uzależnienie od alkoholu i narkotyków, po latach kilka innych poważnych chorób, co oczywiście nie pozostawało bez wpływu na pracę artysty. Na osobną uwagę zasługują relacje Lulu (przezwisko nadane przez kolegów): równie bujne, co skomplikowane.

Reed jako artysta ma bez wątpienia zapewnione miejsce w historii muzyki. Był fascynującą osobowością i to znakomicie widać w książce Sounesa – nie trzeba być fanem nowojorskiego muzyka, żeby jego biografię czytać z zainteresowaniem. 

______________________________________________________________________
Howard Sounes, Lou Reed. Zapiski z podziemia, Kosmos Kosmos, Warszawa 2016

czwartek, 18 maja 2017

Kuchenne rewolucje

Katarzyna Fetlińska

Kuchenne rewolucje

Nini

Rozchwiany stolik w kuchni, dwa kulawe krzesła,
dwa talerze z obiadem – banalna sceneria,
w której odpychamy się od siebie, jakby nasze ciała
posiadały tożsame ładunki po tych kilku latach
bycia razem; i tylko spiętrzony brzęk naczyń,
stukot tłuczka, syk tłuszczu, lakoniczny dialog
pozwala nam wierzyć, że wciąż między nami iskrzy,
że cokolwiek zostało z minionej bliskości i
słów wcale nie trzeba, żeby się zrozumieć.

A jednak w gardle coś więźnie. Wiatr wzdyma firany,
wdziera się do domu wartki, rześki strumień
wrześniowego powietrza – kubki, szklanki dygoczą,
jakby było zimno, i nagle goryczą coś serca ścina
bądź trwogą, że już się nam nie zdarzy
poczuć głodu, pragnienia – gdzieś nad morzem,
grzmiącym przez słoną ciemność, tępą finką rozwierać
muszle ostryg; jak niegdyś, na kacu, na kempingu

w Karwi, wsuwać z przyjemnością grube pęta kaszanki
lub wtranżolić ze szczeciną ślunski galert z nóżek –
a jednak, siorbiąc dystyngowanie i chuchając w łyżki,
jemy obiad w milczeniu. Stygnie kawa w imbryku.
W fusach czarne myśli. Już nie jestem głodna –
bąkasz w końcu, po cichu, i choć – na pewno – by mogła
tak się zacząć poważna dyskusja, coś każe odpowiedzieć:
zjedz, skarbie, chociaż mięso. A ziemniaczki zostaw.

(Sekstaśmy, 2015)

piątek, 12 maja 2017

Niedziela ich życia

- Uważasz, że jestem szpetna?
- Nie, nie, całkiem dobrze się trzymasz. Ale dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat różnicy to już coś. Ty mogłaś widzieć, jak francuska piechota w czerwonych portkach drobiła przed prezydentem Fallières. A on nawet nie musi wiedzieć, co to za jeden ten Fallières.
- Po pierwsze, dzięki za aluzję.
- Taka jest prawda.
- Co więcej, on nie ma dwudziestu lat. A co więcej mam to gdzieś. Powiedz: uważasz, że jestem przechodzona?

Tak oto gawędzą sobie siostry Sègovie, obie rozkosznie wygadane i przebojowe. Julia, panna niezupełnie młoda i niezupełnie panna, upatrzyła sobie szeregowca Brû jako kandydata na męża. A że chłopak jest poczciwiną bez większych ambicji, marzącym jedynie o zobaczeniu pola bitwy pod Jeną, po krótkim namyśle przystanie na propozycję matrymonialną. Ba! wciągnie się nawet w prowadzenie sklepu pasmanteryjnego żony.


Niedziela życia to nader pocieszna powieść, głównie dzięki Valentinowi, który z racji swej prostolinijności (żeby nie powiedzieć naiwności) stwarza zabawne sytuacje. I tak na przykład samotnie wyjeżdża w podróż poślubną, zakochuje się w guzikach i postanawia zostać ich kolekcjonerem, kiedy indziej zgadza się przepowiadać przyszłość pod postacią Madame Saphir. Val nie jest jednak głuptasem – owszem, czyta pasjami „Marie Claire”, ale też coraz intensywniej oddaje się badaniom czasu i filozoficznym rozważaniom. Wszystko ku zadowoleniu Julii, która najwyraźniej nie pomyliła się w wyborze męża.

W powieści Raymonda Queneau pobrzmiewają i poważniejsze tony: ludzie umierają lub zapadają na ciężkie choroby, mówi się o wojnie z Niemcami, na koniec ogłoszona zostaje mobilizacja. Że Niedziela życia nie jest błahą komedyjką, podpowiada już motto z Hegla ([...] jest to niedziela ich życia, która wszystkich zrównuje i usuwa wszystko, co złe; ludzie, którzy mogą być tak z całego serca weseli, nie mogą być naprawdę na wskroś źli i niegodziwi), w rozważaniach Brû także trafiają się celne spostrzeżenia. Jego postać jest zresztą jedną wielką pochwałą stoicyzmu i zdrowego rozsądku.

Książka pozostawia czytelnika w dobrym nastroju i nie mogło być inaczej, zważywszy na styl Queneau, który obfituje w humor sytuacyjny i słowny i charakteryzuje się fantastycznym żywym językiem. Osobiście żałuję tylko, że tłumaczka uwspółcześniła mowę potoczną, ponieważ dzisiejsze odzywki młodzieżowe zupełnie nie pasują do realiów przedwojennego Paryża. Poza tym lektura prima sort, z okładką włącznie.

_____________________________________________________________
Raymond Queneau Niedziela życia, przeł. Hanna Igalson-Tygielska
Biuro Literackie, Stronie Śl. 2016 


niedziela, 7 maja 2017

Wszystko jak chcesz

Listy Jarosława Iwaszkiewicza do Jerzego Błeszyńskiego czytałam z narastającym współczuciem do pisarza: na stare lata zakochał się jak sztubak i zupełnie stracił głowę. „Podglądamy” człowieka, który troszczy się, cieszy z każdego spotkania, dzieli wrażeniami z wyjazdów. Kiedy trzeba, wspiera duchowo i finansowo, opiekuje się w chorobie. Ale również tęskni, bywa zazdrosny, złości się i drwi z własnej naiwności.


Panowie poznali się w 1953 r., Jarosław był wtedy uznanym literatem i posłem na Sejm PRL, Jerzy – urodziwym dwudziestolatkiem z sąsiedztwa, członkiem delegacji goszczącej na Stawisku. Z inicjatywy Błeszyńskiego nie skończyło się na jednej wizycie, z czasem zawiązała się poważna znajomość, dla Iwaszkiewicza wyjątkowo istotna. W liście z 1958 r. pisał: Jesteś mi wszystkim: kochankiem i bratem, śmiercią, życiem, istnieniem, słabością, siłą… a przede wszystkim siłą, czymś, co podtrzymuje we mnie resztki życia, daje złudzenie młodości, co mi pomaga patrzeć na liście, tęczę, kwiaty i piękne kobiety. [s. 143]

Ta znajomość ma pewną wagę także dla czytelników, ponieważ była inspiracją do napisania Kochanków z Marony, Tataraku, Wzlotu oraz Wesela pana Balzaka. Same listy do Błeszyńskiego to bezcenny dokument, który można dziś traktować jako literaturę – głęboko ludzką i uniwersalną. Widać tu bodaj wszystkie odcienie miłości, od euforii po rezygnację i wycofanie. Co niezwykłe, możemy obserwować Iwaszkiewicza w żałobie, bo pisał do kochanka także po jego śmierci w 1959 r.: rozpaczał z powodu straty, kilka dni później zżymał się na dopiero co odkryte kłamstwa i zdrady Jerzego. I jak tu nie żałować starego.

Lektura niewesoła, ale zarazem fascynująca, bo pokazuje klasyka literatury polskiej w nowej odsłonie. Dla mnie jedna z najlepszych książek, jakie ostatnio czytałam.

________________________________________________________________________
Wszystko jak chcesz. O miłości Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Błeszyńskiego
Oficyna Wydawnicza Wilk i Król, Warszawa 2017

wtorek, 2 maja 2017

Motylek

Koło książki z taką okładka jak Ćma nie sposób przejść obojętnie – czerń w połączeniu z kwiatami i szkieletem intryguje. Na dodatek setna rocznica uzyskania niepodległości przez Finlandię skłoniła mnie do przejrzenia bibliotecznych półek z literaturą tego kraju. Oględnie mówiąc, jest skromnie, szczególnie jeśli mowa o prozie najnowszej; Katja Kettu jest wyjątkiem, bo doczekała się przekładu aż (sic) dwóch książek.


W jej Ćmie Finlandii jest niewiele, ponieważ główna bohaterka już w pierwszym rozdziale ucieka do Związku Radzieckiego. Jest rok 1937 r., toteż młodziutka Irga zostaje uznana za szpiega i skazana na 25 lat więzienia w jednym z obozów Workuty. Równolegle do jej historii śledzimy losy innej Finki, Verny, która w 2015 r. w zupełnie innych okolicznościach trafia z niezbyt przyjemną misją do wioski w republice Mari El. Wątki pozornie bardzo odległe, u Kettu zaczną się zgrabnie zazębiać. Będzie dramatycznie, romantycznie, sensacyjnie i szamańsko – mieszanka wprost wybuchowa, dosłownie i w przenośni.

Ćma jest bardzo sprawnie napisaną powieścią z ambicjami, niestety nadmiar „atrakcji” całości zaszkodził, a zabrakło najważniejszego: głębi. Nie pomogły ani plastyczne opisy surowej przyrody, ani egzotyczna obrzędowość Maryjczyków, zgrzytało również zakończenie w iście amerykańskim stylu. Nie wątpię, że książka będzie cieszyła się dużym powodzeniem, osobiście wolę jednak bardziej wyważoną prozę.

______________________________________________________________
Kettu Katja, Ćma, tłum. Bożena Kojro, Świat Książki, Warszawa 2017

czwartek, 27 kwietnia 2017

Psalm 44

Psalm 44 to cieniutka książeczka, wydawać by się mogło - do przeczytania w jeden wieczór. A jednak tak się nie da: opowieść Danilo Kiša przytłacza i męczy, zmusza do częstego zaczerpywania tchu. Nie dlatego, że opowiadając o Holokauście, autor epatuje brutalnością, bo tego nie robi. Przeciwnie, okrucieństwo oddaje półsłówkami i rozkłada na raty.


Fabuła powieści koncentruje się wokół ucieczki dwóch więźniarek z Auschwitz, ale to nie obozowa rzeczywistość najbardziej porusza. Największą siłę rażenia mają wspomnienia Marii z Węgier: pierwszy szok wywołany antysemickim atakiem, gwałtowny wykład ojca o nazizmie, masakra nad Dunajem, odwiedziny u koleżanki ukrywającej się w warsztacie stolarskim. Ten ostatni epizod szczególnie intensywnie przemawia do wyobraźni: dziewczyna przesypia całe dni w trumnie, a kiedy wybudza się z letargu, gra mozartowskie Requiem na paciorkach pamiątkowych korali.

Węgierskie doświadczenia w pewien sposób zaimpregnowały główną bohaterkę na okropieństwa wojny, zapewne dlatego wydaje się wyzuta z emocji. Wiemy, że się boi, co zresztą nie dziwi – ma kilkutygodniowe dziecko, za które czuje się odpowiedzialna. Z Marią mam jednak duży problem, ponieważ jej postać zupełnie mnie nie przekonuje. Jest nieznośnie nijaka, albo gorzej – gapowata. Nawet jeśli autor tak ją sobie wymyślił, nawet jeśli miała być antybohaterką, nie wzbudza niestety żadnych emocji, trudno się do niej przywiązać.

Oczywiście nie przekreśla to powieści, którą nomen omen sam Kiš po latach krytykował, nie bez powodu, za patos. Mimo uchybień Psalm 44 pozostaje wciąż dobrą prozą: z licznymi odniesieniami do Biblii, rwaną narracją, która z czasem stanie się dla pisarza charakterystyczna, oraz błyskotliwymi skojarzeniami. Jak na debiut naprawdę nieźle.

_______________________________________________
Danilo Kiš Psalm 44, przeł. Danuta Cirlić-Straszyńska
Książkowe Klimaty, Wrocław 2016 


niedziela, 23 kwietnia 2017

facet prowadzi księgarnię

Charles Bukowski

***

facet prowadzi księgarnię
chodzę tam podpisywać swoje
książki
a on za każdym razem wciska mi cudzą
o czyimś burzliwym
życiu
ale te książki napisali
gazetowi
felietoniści
profesorowie, ludzie z zamożnych rodzin
itp.
a wszyscy oni widzieli mniej więcej tyle samo prawdziwie
rynsztokowego życia
co ksiądz proboszcz;
życie każdego z nich
to równie wielka przygoda
jak odkurzanie półki w
bibliotece
i nie było dnia, żeby któryś zjadł mniej niż 3
posiłki.
te książki są dobrze napisane
czasem zręcznie
z odrobiną
brawury
ale nad wszystkim dominuje wrażenie
wygód
jakich zaznawał pisarz i
człowiek.
te książki same wypadają mi z
ręki.
pan księgarz będzie
musiał wymyślić
jakąś inną
nagrodę
za to
że podpisuję swoje własne
bo lektura tego ślicznie
wydrukowanego
gówna
tylko mi po raz kolejny
przypomina
że ścigam się wyłącznie
sam
z sobą.

tłum. Michał Kłobukowski

Z obłędu odsiać słowo, wers, drogę (2005)

wtorek, 18 kwietnia 2017

Zgubiłem okulary

Zgubiłem okulary zawiera korespondencję Władysława i jego ostatniej żony, Wandy. Zetknęli się jeszcze przed wojną, ale zaprzyjaźnili dopiero jesienią 1947 r., krótko po śmierci poprzedniej małżonki poety, Marii Zarębińskiej. Pobrali się kilka miesięcy później, przeżyli razem 14 lat. Wanda była przy mężu, gdy tworzył i odnosił sukcesy, kiedy tragicznie zmarła jego córka Anka i kiedy zamykano go w szpitalu psychiatrycznym. Była przy nim w zdrowiu i chorobie, aż do śmierci w 1962 r. Można powiedzieć: opoka.


Wśród opublikowanych listów przeważają te od Władysława oraz listy Wandy do siostry Neli mieszkającej w Londynie, natomiast jej listów do męża jest zaledwie kilka (ponoć sama wprowadziła cenzurę). Treść korespondencji trudno uznać za porywającą: małżonkowie ciągle są w rozjazdach (razem i osobno), pochłonięci pracą i budową domu na Mokotowie oraz zwykłymi sprawami rodzinnymi. On pisze serdecznie i dowcipnie, ona – powściągliwie, z powagą.

Przypisy rzucają więcej światła na tę interesującą parę, a zwłaszcza na to, o czym w listach nie pisano: że poeta z powodu alkoholizmu stawał się nieobliczalny, że „pani poetowa” – jak ją niektórzy złośliwie nazywali – była skąpa i zazdrosna, że oboje często publicznie się kłócili. Z kolei zapiski Wandy pokazują, że była niezwykle przejęta swoją rolą i robiła wiele dla zachowania pamięci o mężu. Ta „pamięć” została odpowiednio skrojona i podkoloryzowana, co gorsza, przetrwała w takim kształcie przez kilka dekad.

Dla mnie najciekawszy w tej publikacji jest Broniewski jako literat-celebryta: bardzo często jeździł na spotkania z czytelnikami albo robotnikami w fabrykach, reprezentował polskich twórców za granicą, mógł wyjeżdżać prywatnie na Zachód. Do tego niezłe dochody, dobre auto, willa w nagrodę od państwa, wczasy w Bułgarii. Dla takich właśnie smaczków warto przeczytać książkę o Broniewskich. Opracowanie pozostawia nieco do życzenia, na szczęście nie ono jest tu najważniejsze, ale dokumenty.

_________________________________________________________________
Wanda i Władysław Broniewscy. Zgubiłem okulary. Listy z lat 1947–1962
oprac. Wioletta Bojda, Wyd. Krytyki Politycznej, Warszawa 2017

czwartek, 13 kwietnia 2017

Dowody na istnienie

Zaczęłam tłumaczyć, po co mi nazwiska.
Żeby zostały.
Nie mają nagrobków, niech będą w książce.
[ s. 24]

Adam S. z Nowego Jorku nosi w sobie duszę przyrodniego brata, którego nigdy nie poznał, ponieważ ten zginął podczas wojny w getcie. Chory na AIDS Peter z Holandii przygotował dokładny program własnego pogrzebu, z datą śmierci włącznie. W czasie marszu na Umschlagplatz do wozu z więźniami podchodzi elegancka kobieta i proponuje matce z kilkuletnią córeczką, że pojedzie zamiast nich. Każdego ranka stary, brodaty Żyd z Targowej po powrocie z synagogi kładzie się do łóżka i zbiera siły, aby wstać na wieczorną modlitwę. Od ponad 30 lat wybiera się do Izraela.


Te historie nie zostały zmyślone dla efektu, miały miejsce naprawdę i według Hanny Krall są w swej niewytłumaczalności dowodem na boskie istnienie. Reporterka zbiera te opowieści od lat, nawet jeśli czasami, a w zasadzie bardzo często, docierają do niej zaledwie strzępy życiorysów. Skoro nie zachowały się urzędowe dokumenty i nie przeżył nikt z rodziny ofiar, niech chociaż zostaną odnotowani na stronach książki, tak jak ich zapamiętano: ruda Pesia Safir ze sklepiku z wodą sodową i ciastkami, Maurycy Apfelbaum, najlepszy kuśnierz w Warszawie, nauczyciel czytania i pisania Josł Kraus, szklarz Chain, który uciekł z obozu i ukrywał się kolejno w szesnastu domach, w których przed wojną wstawiał szyby. I wielu, wielu innych.

Najlepszy w zbiorze jest moim zdaniem Hamlet, w którym reporterka zwraca się wprost do głównego bohatera, uznanego pianisty oraz kompozytora, i opowiada mu o jego własnym życiu. Można powiedzieć: frapująca postać otrzymała godną siebie oprawę literacką. Nie wszyscy bohaterowie mieli to szczęście, niektóre teksty są nijakie, niektóre mają w sobie coś wręcz drażniącego (np. Dybuk). Czytać jednak warto i chyba nawet trzeba, ku pamięci.

__________________________________________________
Hanna Krall Dowody na istnienie, Wyd. a5, Kraków 2000


niedziela, 9 kwietnia 2017

Brunatna kołysanka

Według niepotwierdzonych szacunków podczas II wojny światowej z Polski wywieziono do Niemiec ok. 200 tys. dzieci „poprawnych rasowo”. Najpierw w ośrodkach Lebensbornu były poddawane germanizacji, później trafiały do rodzin niemieckich. Program wymyślony przez Himmlera zakładał, że z czasem staną się pełnoprawnymi obywatelami Rzeszy. Po wojnie do kraju wróciło ok. 15-20% uprowadzonych. To zaledwie suche fakty i liczby, które w żaden sposób nie oddają koszmaru ofiar.


Wydawać by się mogło, że powroty oznaczały szczęśliwy finał rodzinnych dramatów, a przecież nie zawsze tak było, co doskonale pokazuje zbiór wywiadów Anny Malinowskiej. Owszem, zdarzały się cudowne odnalezienia jak w przypadku sióstr Witoszek, wywiezionych przez hitlerowców jako kilkulatki i rozdzielonych. Bywało też zupełnie inaczej: matka nie chciała przyjąć syna, bo założyła już nową rodzinę; odnaleziony chłopiec okazał się „niewłaściwym” Zdzisławem, więc został oddany do sierocińca; dziewczynka wróciła, niestety z powodu nieustalonej tożsamości do dzisiaj nie znalazła rodziców.

Co zrozumiałe, pojawiały się też bardziej prozaiczne trudności, głównie związane z adaptacją: powracający często nie znali języka polskiego, pogarszały się ich warunki bytowe, spotykali się z szykanami w szkole. Niejednokrotnie odnalezieni nie mogli zaaklimatyzować się we własnej rodzinie, dochodziło do nieporozumień, a w konsekwencji do zerwania więzi. Żeby nie uderzać w zbyt ponury ton, warto podkreślić mniej oczekiwane i szczególnie pozytywne zakończenia: niektóre polskie i niemieckie rodziny nawiązywały kontakt, odwiedzały się.

Brunatna kołysanka składa się wyłącznie z ciekawych historii, każdy życiorys nadawałby się zapewne na osobną książkę. Ale to nie wszystko – Malinowska przybliżyła również działalność Lebensbornu oraz postać adwokata Romana Hrabara, dzięki któremu tysiące dzieci wróciły do Polski. Dobrze się stało, że autorka zdołała dotrzeć do kilkanaściorga z nich, obecnie zaawansowanych wiekiem staruszków – ich świadectwo jest nie do przecenienia.

______________________________________________________________________________
Anna Malinowska Brunatna kołysanka. Historie uprowadzonych dzieci, Agora, Warszawa 2017

środa, 5 kwietnia 2017

Morze Karaluchów

Zgoda! Trzeba mieć w sobie pewną dozę szaleństwa, aby tworzyć opowieści, i być może tytuł całego zbioru powinien brzmieć mniej dwuznacznie – „Opowiadanie: niemożliwe”. [s. 89]

Nawet jeśli Tommaso Landolfiemu (1908-1979) szaleństwo było obce, to sądząc po Morzu Karaluchów, które co chwila zaskakuje i wprawia w konsternację, miał z pewnością dużą dozę przekory i dziwaczności. Wyszukany język sugeruje, że mamy do czynienia z literaturą na wysokim poziomie. Przejęty swoją rolą narrator usłużnie objaśnia to i owo, jakby chciał dowieść, że jest pełen dobrej woli. Wszystko to pozory. Prędzej czy później okazuje się, że czytelnik został wpuszczony w maliny, a dokładniej – w dość osobliwy świat.


I tak czytamy na przykład o żonie Gogola, która była lalką nadmuchiwaną stosownie do upodobań męża (pisarz w rzeczywistości był kawalerem), o piórze, które na bieżąco oceniało wychodzące spod niego utwory poety, albo o mężczyźnie, który nauczył się nieistniejącego języka obcego i zaczął w nim tworzyć wiersze. Co rusz przez stronice przemykają pająki, karaluchy albo gekony, od czasu do czasu ustępując miejsca natrętnym zjawom, a w najgorszym wypadku – rozmaitym obwiesiom, sadystom i zabójcom. Przyjemnie nie jest, na dodatek gdzieś w tle wciąż daje się słyszeć złośliwy chichot.

Landolfi ma fantazję co się zowie, czego dowodzi także zróżnicowana forma opowiadań. Są pastisze powieści historycznej i awanturniczej, biografii, rozprawki oraz powiastki filozoficznej. Ta różnorodność po części wynika prawdopodobnie z wyboru tekstów dokonanego przez Annę Wasilewską, mimo to imponuje. Przyznam, że dawno żadna książka nie zdezorientowała mnie tak jak Morze Karaluchów: z jednej strony odstręcza, z drugiej każe sprawdzić, jakie jeszcze pomysły zalęgły się w wyobraźni autora i znalazły ujście na papierze.

____________________________________
Tommaso Landolfi, Morze karaluchów
Przeł. Anna Wasilewska, Halina Kralowa
Biuro Literackie, Stronie Śl. 2016

piątek, 31 marca 2017

Oszukańczy chleb á la Vilhelm Moberg

Krystyna piekła oszukańczy chleb. Kiedy żytniej mąki nie starczało, dopełniała ją plewą, bukowymi orzeszkami, nasionami wrzosu, suszoną jarzębiną. Próbowała też dosypywać do ciasta zmielonych żołędzi, ale chleb z żołędzi wywoływał takie zatwardzenie, ze przez wiele dni nie wychodziło się za potrzebą. Zamiast polewki z czystej żytniej mąki , bez której musieli się przez zimę obywać, gotowała jadalną zupę z jąder laskowych orzechów. Trudno by nazwać to zastępcze jadło błogosławieństwem, pączki, nasiona, orzechy, co się dało zebrać na nieużytkach, wypełniało brzuch, ale nie syciło prawdziwie. Odchodziło się od stołu, bo posiłek się skończył, a nie dlatego, że się było najedzonym. A choć się tym wszystkim dopełniało jadło, skrzynie i stągwie będą puste, nim nowe zboże dojrzeje.
Vilhelm Moberg Emigranci przeł. Maria Olszańska, Poznań 1982, s. 117


Bohaterowie Emigrantów jedli chleb oszukańczy, my możemy jeść prawdziwy. Poniżej przepis na chleb, który jest bardzo prosty w wykonaniu i zawsze się udaje.

Chleb

Składniki (proporcje na dwie formy):
1 kg mąki krupczatki lub pszennego
1 szkl. ziaren słonecznika
1,5 łyżeczki soli
3 łyżki cukru
1 szkl. mieszanki otrąb pszennych, owsianych i żytnich
2 torebki suchych drożdży
ok. 1 l bardzo ciepłej wody

Sposób wykonania: Suche składniki wymieszać w misce łyżką i stopniowo wlewać wodę, całość mieszać 2-3 min. Masę podzielić na dwie części i wyłożyć do blaszek wyłożonych papierem do pieczenia.

Formy włożyć do na ok. 20 min. do piecyka nagrzanego do temp. 25°C, na wierzch wyłożyć papier. Kiedy ciasto lekko wyrośnie, zdjąć papier i zwiększyć temp. do 175-180°C, piec przez ok. 40 min. Jeśli góra zbyt szybko zacznie się rumienić, należy ponownie nakryć ją papierem. Gotowe.;)


niedziela, 26 marca 2017

Emigranci ze Szwecji

Ten Vilhelm Moberg jest niezły, mówi mama do taty o książce, którą oboje przeczytali. Pisano o niej w gazecie. Jest uważana za nieprzyzwoitą. O tej powieści dyskutowano w parlamencie, mówi tata. Kiedy oboje ją skończyli, także ona ją czyta, z latarką pod kołdrą. Emigranci Vilhelma Moberga to najlepsza książka, jaką czytała. 
Agneta Pleijel Wróżba, Karakter, Kraków 2016 [s. 22]

Moberg rzeczywiście jest niezły, ale za nieprzyzwoitego trudno go dzisiaj uznać. Od chwili opublikowania książki w 1949 r. obyczajowość mocno się zmieniła i pisanie o prostytutce, gwałcie na młodziutkiej służącej czy o niecodziennej przypadłości seksualnej proboszcza nikogo już raczej nie zgorszy, wniesie natomiast do utworu więcej realizmu albo - jak w ostatnim przykładzie - odrobinę humoru.


Emigranci to pierwsza z czterech części epopei, będącej kroniką wychodźstwa szwedzkiego do Ameryki. Nilssonów ze Smalandii poznajemy w połowie XIX w. – mimo ciężkiej pracy i zaradności popadają w nędzę, a głód i długi stają się coraz bardziej dotkliwe. Tymczasem w okolicy krążą pogłoski o odległej części świata, gdzie urodzajna ziemia jest rozdawana niemal każdemu i niemal za darmo:
Szerzyły się wieści, czytano nowiny, wiadomości przenosiły się od sąsiada do sąsiada poprzez gminy, powiaty, całe połacie i różne części kraju. Niby niesione wiatrem nasienie były te niespokojne gadki – nasienie spada, kiełkuje w głębi ludzkiej duszy, skrycie prowadzi swe dzieło. W tajemnicy wschodzi posiew, niespodziewanie dla otoczenia pojawia się roślina. [s. 107]
Ilustracje przedstawiające bezkresne pole pszeniczna podziałają na wyobraźnię niejednego zubożałego chłopa, także Karla Oskara. Głuchy na krytyczne głosy postanowi wyemigrować z rodziną w nadziei na objęcie żyznej ziemi. Towarzyszący mu młodszy brat marzy o wolności i przygodzie, dla innych daleka podróż będzie ucieczką – przed niedobrą żoną, wyrokiem sądu albo prześladowaniami. Pewnego wiosennego dnia wypłyną starym szkunerem.


Oprócz wciągającej fabuły mocną stroną Emigrantów jest barwne tło społeczno-kulturowe, które polskiemu czytelnikowi pozwala w pewnym stopniu zrozumieć dzisiejszą Szwecję. U Moberga zwracają uwagę również sugestywne obrazy, jak ten z finału, kiedy po dziesięciu męczących tygodniach na morzu pasażerowie dostrzegają w oddali upragnioną ziemię obiecaną:
Ci stłoczeniu na pokładzie są jak stado bydła, które przez całą zimę zamknięte w ciasnej oborze, wyciąga szyje ku wrotom, bo już czuje zapach świeżej trawy na pastwisku, wkrótce zostanie wypuszczone, skończy się niewola.
W tejże chwili wstępuje w nich na nowo otucha i chęć życia. Ożywają, czują się jak nowo narodzeni, nowy duch wstępuje im w piersi. Chorzy na szkorbut czują, że wyzdrowieją, ociężali nabierają energii, w osłabionych budzi się siła, ospałym powraca przedsiębiorczość, małodusznym odwaga. Zobojętnienie rozprasza się jak poranna mgła. [s. 380]
Już jestem ciekawa, co przyniesie część druga tetralogii pt. Imigranci.

_______________________________________________________________________
Vilhelm Moberg Emigranci, przeł. Maria Olszańska, Wyd. Poznańskie, Poznań 1982