Od czasu, kiedy znalazłem księgarnię Sylwii Beach, przeczytałem całego Turgieniewa, to co wydano po angielsku z Gogola, przekłady Constance Garnett z Tołstoja i angielskie tłumaczenia Czechowa. W Toronto, jeszcze zanim przyjechaliśmy do Paryża, mówiono mi, że Katherine Mansfield jest autorką dobrych opowiadań, nawet świetnych opowiadań, ale próba czytania jej po Czechowie była jak słuchanie wymyślnie sztucznych opowieści młodej starej panny w porównaniu do opowiadań wymownego i świadomego rzeczy lekarza, który był dobrym i prostym pisarzem. Mansfield była jak cienkie piwo. Lepiej pić wodę. Natomiast Czechow nie był wodą, chyba pod względem klarowności. Niektóre opowiadania wydawały się tylko dziennikarstwem. Ale były też i wspaniałe.
Ernest Hemingway w Paryżu w 1924 r. (źródło zdjęcia)
U Dostojewskiego były rzeczy wiarygodne i rzeczy nie do wiary, ale niektóre tak prawdziwe, że odmieniały człowieka, kiedy je czytał; mogłeś tam poznać słabość i szaleństwo, zepsucie i świętość, i obłęd hazardu, tak jak poznawałeś krajobraz i drogi u Turgieniewa, a ruchy wojsk, teren, oficerów i żołnierzy, i walkę u Tołstoja. Tołstoj sprawiał, że to, co Stephen Crane napisał o Wojnie Domowej, wydawało się błyskotliwymi rojeniami chorego chłopca, który nigdy nie widział wojny, a tylko czytał te opisy bitew i kroniki i oglądał te fotografie Brady’ego, które ja czytałem i oglądałem w domu moich dziadków. Dopóki nie przeczytałem „Chartreuse de Parme” Stendhala, nigdy nie czytałem o wojnie takiej, jaka jest, z wyjątkiem Tołstoja, a wspaniała relacja Stendhala o Waterloo była przypadkowym fragmentem w książce zawierającej sporo nudy. Natrafić na cały ten nowy świat pisarstwa mając czas na czytanie w takim mieście jak Paryż, gdzie mogłeś dobrze żyć i pracować bez względu na to, jak byłeś ubogi, było to tak, jakby się otrzymało wielki skarb w podarunku. Mogłeś też zabrać ze sobą swój skarb, kiedy podróżowałeś, a w górach, gdzie mieszkaliśmy w Szwajcarii i we Włoszech, nim znaleźliśmy Schruns w wysokiej dolinie w Vorarlbergu w Austrii, zawsze były te książki, tak że żyło się w tym nowym świecie, który odkryłeś, za dnia był śnieg, lasy i lodowce i ich zimowe problemy, i nasze schronienie wysoko w hotelu „Taube” w miasteczku, a wieczorami mogłeś żyć w tym innym cudownym świecie, który dawali ci rosyjscy pisarze. Z początku byli Rosjanie, a potem wszyscy inni. Ale przez długi czas byli Rosjanie.
Pamiętam, jak raz spytałem Ezry, kiedy wróciliśmy pieszo do domu po grze w tenisa na Boulevard Arago, a on zaprosił mnie do swojej pracowni na kieliszek, co naprawdę myśli o Dostojewskim.
– Żeby ci tak powiedzieć prawdę, Hem – odrzekł Ezra – to nigdy nie czytałem ruskich.
Była to szczera odpowiedź i Ezra nigdy nie dał mi innej ustnie, ale zrobiło mi się bardzo przykro, bo oto był człowiek, którego lubiłem i któremu wówczas najbardziej ufałem jako krytykowi, człowiek wierzący w mot juste – to jedno jedyne właściwe słowo, jakiego należało użyć – człowiek, który nauczył mnie nie ufać przymiotnikom, tak jak później miałem nauczyć się nie ufać pewnym ludziom w pewnych sytuacjach, i chciałem usłyszeć jego zdanie o kimś, kto prawie nigdy nie używał mot juste, a jednak chwilami nadawał swoim postaciom tyle życia, co niemal nikt inny.
– Zostań przy Francuzach – powiedział Ezra. – Tam możesz się masę nauczyć.
– Wiem o tym – odpowiedziałem. – Wszędzie mogę się masę nauczyć.
Ernest Hemingway Ruchome święto przeł. Bronisław Zieliński, Warszawa 2000
