Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografie. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 lipca 2026

Ta cała Pacuła

Kto dorastał w PRL-u i oglądał telewizję, Joannę Pacułę musiał zauważyć – dzięki uderzającej urodzie zwracała na siebie uwagę. Widzom długo nie dała się sobą nacieszyć, ponieważ stan wojenny zastał ją w Paryżu i nie powróciła do kraju. Wyjechała natomiast do Stanów, gdzie udało jej się dość szybko zaistnieć w Hollywood. Polacy najczęściej jednak  mówią, że aktorka w Ameryce kariery nie zrobiła. Marta Górna, z racji młodego wieku nieobarczona jakimikolwiek oczekiwaniami wobec Pacuły, natomiast żywo zainteresowana jej osobą, postanowiła sprawdzić, czy pretensje (sic) rodaków są uzasadnione.

sobota, 22 marca 2025

Rozważania po próbie zabójstwa

Książka Salmana Rushdiego, który cudem przeżył atak nożownika w 2022 roku, miała być sposobem na przejęcie kontroli nad tamtym wydarzeniem, zawładnięcie nim, odrzucenie roli ofiary [s. 181]. Nie terapią, ale próbą zdystansowania się od bolesnych przeżyć, uporządkowania ich, aby móc wrócić do „normalnego” pisania. Terapia czy nie, odpowiedzenie na przemoc sztuką było niewątpliwie dobrym posunięciem – skorzystał i autor, i czytelnicy.

niedziela, 14 lutego 2021

Ta Kowalska

O Annie Kowalskiej wspomina się rzadko i na ogół kontekście jej związku z Marią Dąbrowską. Nie mówi się o niej jako pisarce, choć ma na koncie opowiadania, powieści oraz dziennik, a jej twórczość cenił m.in. Iwaszkiewicz i Broniewski. Przed wojną współorganizowała życie literackie we Lwowie, krótko po wojnie – we Wrocławiu. Znała biegle kilka języków obcych, tłumaczyła. O tym jednak się nie mówi, autorka Safony wciąż pozostaje „tą od Dąbrowskiej”.

niedziela, 2 lutego 2020

Szaman

Czytając książkę Aleksandry Szarłat, zdałam sobie sprawę, że szerokiej publiczności Andrzej Żuławski był chyba bardziej znany jako skandalista niż artysta. O jego trudnym charakterze, wysokich wymaganiach wobec aktorów, nieeleganckim traktowaniu partnerek rozpisywały się kolorówki jeszcze w epoce przedtabloidalnej, zresztą on sam przy różnych okazjach również nie szczędził pikantnych szczegółów oraz niewybrednych uwag. Prowokował, siał ferment, jątrzył.

czwartek, 1 sierpnia 2019

Gajcy

Jego talentem zachwycał się Iwaszkiewicz, pochwał nie szczędził wiekowy Staff, a Herbert i Miłosz po latach uznali go za najlepszego poetę z pokolenia Kolumbów. W świadomości Polaków Tadeusz Gajcy (1922-1944) nie zapisał się chyba zbyt mocno, nawet w szkole mało się o nim mówi. Nie bez przyczyny – komunistyczne władze konsekwentnie wymazywały pamięć o działaczach podziemnej armii polskiej i uczestnikach powstania warszawskiego; dotyczyło to również literatów, zwłaszcza tych skupionych wokół pisma ultraprawicowców „Sztuka i naród”. Zresztą o tym, jak politycy przemilczali, a koledzy i entuzjaści walczyli o publikację twórczości poległych, z pewnością mogłaby powstać osobna, wielce zajmująca książka.


Dzieło Stanisława Beresia szaleńczo zajmujące nie jest, jego znaczną cześć stanowi opracowanie dorobku literackiego Gajcego, rzecz zdecydowanie dla fanów poety i badaczy literatury. Niemniej część pierwszą tego pokaźnego tomu czyli biografię przeczytać z pewnością warto, jako że autor Miłości bez jutra był niewątpliwie postacią interesującą, nie do końca jednoznaczną. Do dzisiaj trwają spory, czy podzielał ideologię swoich pracodawców i czy był antysemitą – Bereś zakłada, że raczej nie. Wiadomo natomiast, że Gajcy wierzył w dziejową rolę Polski, chciał poezji narodowej i rwał się do walki z okupantem. Poza tym był jak setki innych młodzieńców: kochliwy, skory do zabawy i żartów, z głową pełną pomysłów. I z wyobraźnią nasyconą apokaliptycznymi wizjami.

_______________________________________________________________
Stanisław Bereś, Gajcy. W pierścieniu śmierci, Czarne, Wołowiec 2016
 

wtorek, 16 lipca 2019

W zbliżeniu

On już w samej swojej postaci miał coś, co budziło respekt: wzrost, spojrzenie spod krzaczastych brwi. Był przy tym skryty, małomówny. To potęgowało nimb tajemniczości. Milczy, bo pewnie cały czas w myślach rozmawia z Bogiem, prawda? Wszystko ładnie się składało. […] Przyprawiono mu gombrowiczowską gębę, a on nie miał siły, żeby powiedzieć im: „Słuchajcie, czy wyście wariowali? Ja przecież nie tego...". Zresztą nie uwierzono by mu, powiedziano by: „Och, jaki skromny, jaki ekscentryczny". [s. 515]

Tak – według słów Romana Grena – Krzysztofa Kieślowskiego postrzegano we Francji, gdzie cieszył się ogromną popularnością. W moim odbiorze był nieco inny: refleksyjny i lakoniczny, ale też pewny siebie, czasem nawet obcesowy. Po lekturze książki Katarzyny Surmiak-Domańskiej zakładam, że mogła to być poza albo forma obrony, jako że twórca Amatora ponoć bardzo źle znosił krytykę, a tej w kraju mu nie szczędzono. Tu również odnosiłam inne wrażenie, bo po sukcesach zagranicznych KK często gościł w mediach, frekwencja w kinach na jego filmach była duża.


Sprawy przedstawiały się niestety mniej różowo. Okazuje się, że metafizyka tak charakterystyczna dla ostatnich dzieł Kieślowskiego nad Wisłą raczej drażniła niż zachwycała, tymczasem na Zachodzie trafiła na podatny grunt: w okresie postsolidarnościowym Polacy wzbudzali autentyczne zainteresowanie i mieli duże fory. Co więcej, filmy KK z ich tematyką i specyficznym klimatem zaspokajały potrzeby kinomanów spragnionych bardziej uduchowionej rozrywki. Swoją drogą fascynujące są cytaty z analiz Dekalogu – czego tam się nie dopatrywano, jakie symbole dostrzeżono!;)

Skupiłam się na jednym wątku, ale pozostałe są bez wyjątku także arcyciekawe. Niby o Kieślowskim dużo się mówiło i pisało, a jednak książka przynosi wiele nowych informacji np. o dzieciństwie, o przyjaźniach, o stosunku do polityki, o stylu pracy, czy wreszcie o kryzysach i poczuciu niespełnienia stale obecnych w życiu reżysera. Surmiak-Domańska pokazała KK w iście filmowym stylu: z wielu perspektyw i w krótkich odsłonach, dzięki czemu jej bohater wydaje się bardzo prawdziwy, ludzki. Sześćset stron z okładem pochłonęłam w mgnieniu oka.

__________________________________________________________________________
Katarzyna Surmiak-Domańska, Krzysztof Kieślowski. Zbliżenie, Agora, Warszawa 2018


wtorek, 14 maja 2019

Villas

Violetta Villas była dla mnie zawsze uosobieniem kiczu: tak wyglądała i tak niestety również śpiewała (mimo dużego talentu). Dekadę temu było mi jej już tylko żal: niegdysiejsza gwiazda żyła bardzo skromnie, alarmowano, że nie radzi sobie ze schroniskiem zwierząt urządzonym w rodzinnym Lewinie Kłodzkim. Teraz, po lekturze książki Izy Michalewicz i Jerzego Danilewicza, zobaczyłam piosenkarkę w jeszcze innym świetle.


Autorzy podeszli do zadania profesjonalnie i z wyczuciem. Nie szukają za wszelką cenę sensacji, nie dyskredytują artystki, raczej próbują zrozumieć, na czym polegał jej fenomen i dlaczego jej losy toczyły się dość krętymi ścieżkami. W obu przypadkach odpowiedzią wydaje się być trudny charakter Villas. Z jednej strony była osobą o dużych możliwościach scenicznych, z drugiej osobą wyjątkowo trudną w kontaktach: chimeryczną, przekonaną o własnej wielkości i totalnie nieodporną na krytykę. Dla kariery była gotowa zrobić wiele (dopiero z książki dowiedziałam się, jak wiele), co nierzadko prowadziło do chybionych decyzji i w rezultacie do kolejnych porażek. W długim i bujnym życiu piosenkarki było ich sporo.

Po lekturze książki zaryzykuję tezę, że do realizacji ambitnych planów VV zabrakło przede wszystkim pokory i trzeźwej oceny sytuacji, ale i konkretnego wsparcia w środowisku show biznesu. Być może na Zachodzie mogłaby w pełni rozwinąć skrzydła, tam ponoć była przyjmowana z całym dobrodziejstwem inwentarza – pięknym głosem, wyglądem i słabościami. Polska najwyraźniej nie była gotowa na gwiazdę tego formatu.

_______________________________________________________________
Iza Michalewicz, Jerzy Danilewicz, Villas, Wyd. WAB, Warszawa, 2019


poniedziałek, 21 stycznia 2019

Orzeł w kurniku

Z czasów szkoły podstawowej pamiętam lekturę Z rodu tytanów Władysława Bodnickiego – mimo objętości czyli trzech tomów czytało się to znakomicie, bo pisarz świetnie oddał życiorys Stanisława Wyspiańskiego w zbeletryzowanej formie. Dla młodzieży w sam raz, mnie ten cykl skutecznie „zainfekował” twórczością krakowskiego malarza.


Książek o Wyspiańskim jest dzisiaj co najmniej kilka, biorąc jednak pod uwagę jego wszechstronność, to wciąż za mało. W ubiegłym tygodniu udało mi się przeczytać wreszcie biografię pióra Marty Tomczyk-Maryon – rzecz napisaną przystępnie, nieprzeładowaną szczegółami, ale jasno pokazującą, że autor Wesela był twórcą wielkoformatowym, na wskroś europejskim, a zarazem mocno zanurzonym w polskości. Malował, tworzył literaturę, projektował szatę graficzną książek i czasopism, ba! także kostiumy, meble i wystrój wnętrz. Był znakomitym inscenizatorem i reformatorem teatru, niektórzy twierdzili nawet, że dobrze sobie radził jako aktor w amatorskich przedstawieniach. Jednostka o nieprzeciętnej wyobraźni, ale i skomplikowanej psychice, co niejednokrotnie rzutowało na relacje ze znajomymi i zleceniodawcami.
 

Do tego samego tematu zupełnie inaczej podeszła Krystyna Zbijewska, która jako dziennikarka miała szczęście poznać jeszcze osoby, które Wyspiańskiego pamiętały. Orzeł w kurniku przybliża postać mistrza przez opowieści o ludziach szczególnie mu bliskich (ojciec, żona, przyjaciele) oraz o ważnych dlań miejscach. To bardzo dobre uzupełnienie książki Tomczyk-Maryon, ponieważ daje szerszy wgląd w pewne zdarzenia m.in. dzięki licznym cytatom z korespondencji. Wyjątkowo interesujące, wręcz odkrywcze, okazały się rozdziały o dzieciach oraz o Wilhelmie Feldmanie – samouku, krytyku literackim. Zbijewska dotarła do wielu dokumentów rzucających nowe światło na pewne fakty i chwała jej za to, niemniej przy wszystkich zaletach jej pracy warto zauważyć, że chyba ani razu nie używa słowa syfilis, choć o chorowaniu dramaturga wspomina często.

Obie publikacje są godne polecenia, nie znudziły mnie, mimo że czytałam je właściwie jedna po drugiej. Na pewno pozwalają na pełniejszy odbiór dzieł Wyspiańskiego i lepsze poznanie jego epoki. Tak czy owak, wciąż mam poczucie, że na sążnistą biografię przyjdzie jeszcze długo poczekać.

_____________________________________________________
Marta Tomczyk-Maryon, Wyspiański, PIW, Warszawa 2009
Krystyna Zbijewska, Orzeł w kurniku. Z życia Stanisława Wyspiańskiego, PIW, Warszawa 1980

poniedziałek, 10 września 2018

Bergman prywatnie

Podtytuł Miłość, seks i zdrada nie wróżył dobrze książce Thomasa Sjöberga, na szczęście publikacja okazała się wyważona (oraz pięknie wydana). W całości dotyczy życia prywatnego Ingmara Bergmana, zgodnie z tezą autora, że stanowi ono klucz do twórczości legendarnego artysty, niemniej  daleka jest od taniej sensacji.


Już bardzo ciekawy wstęp prezentuje mocno zróżnicowane opinie na temat szwedzkiego reżysera. Że był genialny, despotyczny i źle reagował na jakąkolwiek krytykę, raczej wiadomo. O romansach i kolejnych małżeństwach (w liczbie pięciu) chętnie rozpisywała się niegdyś prasa. Niespodzianką mogą być natomiast opowieści o młodzieńczej fascynacji niemieckim faszyzmem i dozgonnie silnej więzi z matką, podobnie jak dementi odnośnie rzekomo surowego, wręcz brutalnego traktowania małego Ingmara przez ojca.

Dzieciństwo i dorastanie przyszłego filmowca zajmują w książce dużo miejsca, równie obszernie opisane zostały związki Bergmana z kolejnymi partnerkami. Autor dowodzi, że twórca Siódmej pieczęci od najmłodszych lat miał ogromną wyobraźnię wykorzystywaną nie tylko na potrzeby sztuki. A na poważnie: łatwo zauważyć, że bodaj od zawsze był wrażliwy na piękno i wykazywał twórcze ciągoty, od zawsze też zabiegał o uwagę. Uderza silna potrzeba niezależności, która może tłumaczyć częstą zmianę partnerek i luźne relacje z dziećmi (miał ich dziewięcioro).

Sjöberg portretuje swojego bohatera jako syna, kochanka, ojca i przyjaciela, człowieka z wadami i zaletami. Od czasu do czasu podpowiada, które wydarzenia z życia Bergmana i w jakiej formie znalazły odbicie w scenariuszach jego sztuk i filmów. Na pewno dobrym uzupełnieniem tej biografii jest film dokumentalny Jane Magnusson Bergman – rok z życia, do obejrzenia w telewizji i niebawem w kinach studyjnych.

_______________________________________________
Thomas Sjöberg Ingmar Bergman. Miłość, seks i zdrada
przeł. Wojciech Łygaś, Wyd. Albatros, Warszawa 2018

wtorek, 12 czerwca 2018

Fini

Gdyby nie Kot Jeleński, o Leonor Fini (1907-1996) raczej długo bym nie usłyszała. W 2011 r. w stołecznym Muzeum Literatury zorganizowano wystawę poświęconą tej jakże osobliwej parze, którą przez 35 łączył bliski związek. W rzeczywistości razem z włoskim malarzem Stanislao Lepri tworzyli artystyczno-uczuciowy trójkąt, jakich mało. Ale też trzeba powiedzieć, że sama Fini była postacią niepospolitą.


Przede wszystkim była malarką – autorka odrealnionych, niepokojących obrazów (do obejrzenia TU), z uporem broniąca się przed mianem surrealistki. Poza tym osoba, która lubowała się w prowokacjach i przebierankach – zakładanie kostiumów własnego pomysłu traktowała jako akt twórczy. Wykazywała szczególną słabość do motywów zwierzęcych – piór, ogonów, zębów, rogów, stąd tyle dziwnych masek i kreacji na jej fotografiach. Przepadała za kotami, stąd przydomek Gattora (od hiszpańskiego gato).

Fini dość szybko stała się częścią paryskiej bohemy: Dior pomógł zorganizować wystawę jej płócien, Cartier Bresson chętnie fotografował ją nagą, z Dalim i jego żoną Galą spędzała wakacje. Przede wszystkim jednak tworzyła i to z powodzeniem. Często portretowała znajomych i celebrytów, dla Schiapparelli wymyśliła stosowany do dziś flakon perfum Shocking, niejednokrotnie projektowała też dekoracje teatralne. Jakby tego było mało, podejmowała także próby literackie – w ciągu jednego roku napisała trzy powieści.

Żywiołowa, świadoma swojej indywidualności i twardo krocząca własną drogą – tak można w dużym skrócie scharakteryzować Eleonorę Fini. Była osobowością, jak dla mnie artystką totalną i myślę, że dzisiaj bez trudu odnalazłaby się w zwariowanym świecie show biznesu. Dorota Hartwich bardzo przystępnie pokazała swoją bohaterkę, idąc raczej w stronę reportażu biograficznego niż biografii, ale to nie przeszkadza w poznawaniu Kocicy.

_________________________________________________________________________
Dorota Hartwich, Gattora. Życie Leonor Fini, Wydawnicwo Iskry, Warszawa 2018


niedziela, 6 maja 2018

Książę z Kowla

Książka Samuela Blumenfelda pozostawia wiele do życzenia, ma jednak tę zaletę, że jest w Polsce bodaj jedyną publikacją na temat Michała Waszyńskiego (1904-1965). Dzisiaj artysta niemal całkowicie zapomniany, a szkoda, bo ma swoje miejsce w historii kinematografii i był oryginałem co się zowie. Być może nagrodzony w Wenecji film Elwiry Niewiery i Piotra Rosołowskiego Książkę i dybuk coś zmieni; mnie marzyłaby się rzetelna biografia.


Michał Waszyński (właśc. Mosze Waks) pochodził z Kowla, skąd szybko uciekł w szeroki świat czyli do Warszawy. Trafił do branży filmowej i zrobił iście filmową karierę – od gońca po wziętego reżysera. Nakręcił ok. 40 filmów (głównie komedie i melodramaty, z popularnymi aktorami obsadzie), które publiczność uwielbiała, a krytyka obśmiewała i rugała. Przełomem był Dybuk (1937), najważniejszy wówczas film w języku jidysz, będący ekranizacją klasycznego już dramatu Szymona An-skiego. A potem przyszedł wrzesień 1939 r. i słodkie życie się skończyło, przynajmniej to w RP.

Michał Waszyński (źródło zdjęcia)

Waszyński wraz z armią Andersa trafił do Włoch, gdzie po wojnie pozostał na dobre. Od dawna podawał się za księcia, toteż ślub z włoską hrabiną chyba mało kogo zaskoczył. Bo trzeba powiedzieć, że pan reżyser był mistrzem autokreacji i wymyślał sobie różne wersje życiorysu. Miał przy tym ogromny wdzięk i klasę (choć zbytkowny wystrój jego apartamentów ponoć temu przeczył) oraz dar przekonywania. Znajomi i współpracownicy podkreślali jego poczucie wyjątkowości, zdolności adaptacyjne oraz hojność, co z pewnością dodawało wiarygodności jego rzekomo arystokratycznemu pochodzeniu. 

 Sophia Loren i Michał Waszyński

Postać absolutnie niesamowita, a to jeszcze nie koniec historii. Waszyński po wojnie zajmował się głównie produkcją filmów, pracował m.in. z Orsonem Wellsem nad Otellem. Uważa się, że to on odkrył Audrey Hepburn i Sophię Loren. Niewątpliwie był ważną figurą, skoro trafił nawet na okładkę magazynu Time. I tu zgodzę się z autorem Człowieka, który chciał być księciem: Waszyński z życia uczynił prawdziwe arcydzieło.

_____________________________________________________________________
Samuel Blumenfeld, Człowiek, który chciał być księciem, przeł. Maria Żurowska
Świat Książki, Warszawa 2008

wtorek, 9 stycznia 2018

Iłła

Zdarzyło mi się opuścić kilka zebrań, m.in. jedno zebranie PEN-Clubu, jedynie dlatego, że mówcy zwracali się do sali: „proszę panów", jakby wykluczając obecne panie spomiędzy słuchaczy. A jakże byliby sami dotknięci, gdyby, będąc dajmy na to w dziesięciu panów na zebraniu, gdzie by w większości były kobiety, usłyszeli od mówców: „proszę pań", zamiast: „proszę państwa".

To cytat ze wspomnień Kazimiery Iłłakowiczówny - z jednej strony autorki lirycznych i nostalgicznych wierszy, z drugiej – kobiety niezwykle praktycznej, zasadniczej i upartej. Ba, w ocenie Marii Dąbrowskiej była wręcz niemiła, kapryśna i nieszczera (choć znakomita poetka). Sympatyczna lub nie, autorka Ikarowych lotów  miała z pewnością silną osobowość, co wyraźnie pokazuje biografia Joanny Kuciel –Frydryszak.


Co uderzyło mnie w tej opowieści, a wcześniej podczas lektury Wspomnień i reportaży Iłłakowiczówny, to jej swego rodzaju światowość. Jako nastolatka kształciła się m.in. w Petersburgu, Genewie i Oxfordzie, gdzie przy okazji szlifowała rosyjski, niemiecki, francuski i angielski. W latach 30. podróżowała po Europie z recytacjami i odczytami o Polsce, świetnie odnajdując się w bardzo różnych kręgach słuchaczy. Poetka niejednokrotnie była chwalona za wysoką kulturę osobistą i elegancję, podobno zresztą lubiła celebrę i etykietę (fascynujący jest jej opis przebierania się stosownie do okazji).

Znajomości zawarte zagranicą przydały się Iłłakowiczównie podczas wojny spędzonej w Rumunii, z kolei dzięki językom obcym mogła utrzymywać się w socjalistycznej Polsce. Bo trzeba podkreślić, że pani Kazimiera była niezwykle przedsiębiorcza i zaradna, nawet w sytuacjach krytycznych starała się trzymać fason. Tak było, gdy uciekła spod kurateli przybranej matki aż do Rosji, gdy pracowała w mało przyjaznym męskim środowisku w ministerstwie i gdy usilnie starała się o jakąkolwiek posadę w powojennej Polsce. A że poetka (notabene KI uważała się przede wszystkim za urzędniczkę) charakteryzowała się również pryncypialnością, bywała dla otoczenia po prostu uciążliwa.

Książka Kuciel –Frydryszak nie pozostawia wątpliwości, że jej bohaterka była postacią złożoną, a przez to niezwykle interesującą. Twórczość Iłłakowiczówny pozostaje na drugim planie, co nie dziwi, bo publikacja przeznaczona jest dla szerokiego grona odbiorców. Podczas lektury brakowało mi jednak dokładnego źródła cytatów i indeksu osób – te przydają się nawet laikom. Biografia zdecydowanie warta uwagi, choćby dla rozdziału o powstawaniu przekładu Anny Kareniny pióra Iłły.

_______________________________________________________________
Joanna Kuciel-Frydryszak Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wyd. Marginesy, Warszawa 2017


wtorek, 23 maja 2017

Dziki Lou

Czytanie o Lou Reedzie przez blisko 500 stron to prawdziwe wyzwanie, jako że muzyk był wyjątkowym dupkiem (eufemizm). Tak przynajmniej wynika z licznych wypowiedzi jego bliskich, znajomych i współpracowników, przepytanych przez Howarda Sounesa na potrzeby biografii.


W Polsce Reed cieszył się umiarkowaną popularnością, niemniej utwory takie jak Walk on the Wild Side, Satellite of Love czy Perfect Day do dzisiaj są grywane w niektórych radiostacjach. W Stanach Zjednoczonych był ważną postacią sceny muzycznej – stworzył legendarną grupę The Velvet Underground, która z czasem stała się inspiracją dla innych zespołów. Reed nie osiągnąłby większych sukcesów, gdyby nie znacząca pomoc m.in. Davida Bowie i Andy'ego Warhola. Obu potraktował bardzo nieelegancko: pierwszego zdarzyło mu się publicznie pobić, drugiego porzucił w chorobie.

Jeśli wierzyć przytoczonym w książce Sounesa wspomnieniom, Lou był wyjątkowym egoistą, kłamcą i pozerem. Uwielbiał prowokować, manipulować i stawiać na swoim. Podczas studiów był leczony psychiatrycznie, który to fakt niejednokrotnie później wykorzystywał: opowieści o elektrowstrząsach u kobiet miały wzbudzać współczucie, u rodziców – wyrzuty sumienia. Do skłonności depresyjnych dołączyło uzależnienie od alkoholu i narkotyków, po latach kilka innych poważnych chorób, co oczywiście nie pozostawało bez wpływu na pracę artysty. Na osobną uwagę zasługują relacje Lulu (przezwisko nadane przez kolegów): równie bujne, co skomplikowane.

Reed jako artysta ma bez wątpienia zapewnione miejsce w historii muzyki. Był fascynującą osobowością i to znakomicie widać w książce Sounesa – nie trzeba być fanem nowojorskiego muzyka, żeby jego biografię czytać z zainteresowaniem. 

______________________________________________________________________
Howard Sounes, Lou Reed. Zapiski z podziemia, Kosmos Kosmos, Warszawa 2016

środa, 15 marca 2017

Chłopiec o zniewalającym uśmiechu

Zbigniew Cybulski (1927-1967) zagrał w ponad 30 filmach, niektórych bardzo dobrych, innych słabych. Nawet grając epizod, przyciągał uwagę – nie tylko okularami i zniewalającym uśmiechem. Być może był to osobisty rys, jaki według wielu reżyserów, nadawał swoim bohaterom. Dla mnie był legendą, choć początkowo nie lubiłam go. Dopiero po obejrzeniu "Pociągu", "Do zobaczenia, do jutra" oraz "Jowity" pojawiło się zainteresowanie słynnym odtwórcą roli Maćka Chełmickiego.


O Cybulskim zawsze sporo się mówiło i pisało, niemniej to książka Doroty Karaś uświadomiła mi, jak bardzo złożoną był postacią. Chłopak z dobrej, kochającej się rodziny, typ przywódcy i organizatora od czasów harcerstwa, młody aktor marzący o nowym, współczesnym sposobie grania, wreszcie prawdziwy gwiazdor, rozpoznawany również za granicą. Ponadto: kompleksy, prywatne strachy, drobne manie, słabość do alkoholu, silna potrzeba bycia kochanym i docenianym, bolesny schyłek kariery. Z książki dowiemy się też wielu mniej znanych faktów: że Cybulski bardzo przyjaźnił się z Bogumiłem Kobielą, że nie znosił kostiumów oraz warszawskiego środowiska filmowego, że był wiecznie zadłużony i zakochany oraz że sam chciał wyreżyserować film. Nie zdążył.

Autorka opisała życiorys Cybulskiego z pasją, jednak to bardziej reportaż biograficzny niż biografia. Widać staranność w doborze i układzie materiałów, całość bardzo dobrze się czyta i przyjemnie ogląda. Na koniec mój ulubiony fragment "Jowity" Kuby Morgensterna (Sport to nie imieniny u cioci. Tu się nie mówi dziękuję i wychodzi. Tu się biega i bierze za to pieniądze itd.) - kilka minut na czarno-białej taśmie, a w pamięć zapadają na całe lata.


_____________________________________________________________
Dorota Karaś Cybulski. Podwójne salto, Wydawnictwo Znak, Kraków 2016

piątek, 18 grudnia 2015

Iwaszkiewiczowe rzeczy

Jako dziecko dość często podróżowałam trasą żyrardowską przebiegającą w pobliżu domu Iwaszkiewiczów. Nie było go widać z szosy, ale wysadzana drzewami aleja prowadząca do Stawiska rozbudzała wyobraźnię, zwłaszcza wieczorem, w świetle latarń. Kiedy już dorosłam i chciałam zwiedzić muzeum, z różnych powodów było zamknięte. Wielu pamiątek po pisarzu do kolekcji zresztą nie włączono, bo jak tu prezentować zwiedzającym zżarte przez mole marynarki, gęsto zapisane karteluszki czy resztki kremu do golenia.


Teraz dzięki książce „Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie” jest okazja zobaczyć kilkanaście eksponatów z muzealnego „czyśćca” i wczuć się w atmosferę Stawiska. Anna Król zajrzała do prywatnych pomieszczeń Iwaszkiewiczów, zbadała zawartość szaf i szuflad, po czym niektóre z odkurzonych przedmiotów potraktowała jako punkt wyjściowy do stworzenia nietypowego portretu pisarza. Łóżko stało się przyczynkiem do opowieści o śmierci i pogrzebie Jarosława w 1984 r., order – o rozmaitych funkcjach pełnionych w środowisku literackim i w polityce, fotografia żony – o jej chorobie. Są rozdziały poświęcone mniej znanym aspektom życia Iwaszkiewicza: miłości do zwierząt, pobytom w ukochanym Sandomierz oraz w Zakopanem u Karola Szymanowskiego czy związkowi z Jerzym Błeszyńskim. Dowiemy się, że główny bohater szanował i papier, i pieniądze, że miał obsesję na punkcie notowania oraz że cenił piękno i elegancję.

Publikację Anny Król poprzedziły badania archiwów i lektury, tak więc zasadniczą część książki stanowią fakty. W każdym rozdziale pojawia się też scena fikcyjna będąca fantazją autorki na temat wybranego epizodu z życia Iwaszkiewicza – moim zdaniem zabieg całkowicie zbędny, ponieważ „Rzeczy” są wystarczająco interesujące i bez takich chwytów, natomiast atmosferę Stawiska dobrze podkreślają zdjęcia Olgi Świąteckiej. Całość jak najbardziej zasługuje na uwagę – może być uzupełnieniem wiedzy o klasyku lub wstępem do znajomości z jego twórczością.

________________________________________________________________
Anna Król Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie, Wilk & Król, Warszawa 2015

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Ucieczka z raju

Przebywanie z Tołstojami na ponad 600 stronach stanowi nie lada wyzwanie. Nie ze względu na pokaźną dawkę informacji zebranych przez Pawła Basińskiego, ale ze względu na przytłaczającą atmosferę Jasnej Polany dającą się odczuć również czytelnikowi. Powiedzieć bowiem, że Lwa Nikołajewicza i Sofię Andriejewnę łączyła skomplikowana relacja, to nic nie powiedzieć – w rzeczywistości ponad trzydzieści z wspólnie przeżytych 48 lat było dla obojga udręką.


Po lekturze tego opasłego tomu nie dziwię się już pisarzowi, że mimo podeszłego wieku postanowił nagle i bez planu opuścić domowe pielesze. Zmęczony ciągłymi pretensjami i intrygami najbliższych, w szczególności żony, miał prawo czuć się osaczony i rozgoryczony. Powodów tak radykalnej decyzji było więcej, jednak źródła nieporozumień między małżonkami należy dopatrywać się głównie w przemianie duchowej, jaką Tołstoj przeszedł na przełomie lat 70. i 80. XIX wieku, a która mogła mieć poważne (czyli nieprzyjemne) konsekwencje dla małżonki oraz dzieci. Pisarz uznał bowiem, że między naukami Chrystusa a praktyką wyznawców prawosławia istnieje duży rozdźwięk. Krytykował cerkiew, przeszkadzać zaczęło mu życie w rzekomym zbytku, stał się przeciwnikiem samodzierżawia. Sofia Andriejewna, na której barkach spoczywało zarządzanie Jasną Polaną, opieka nad liczną rodziną (urodziła 13 dzieci) oraz kuratela nad dorobkiem literackim Lwa Nikołajewicza, doskonale wiedziała, że idealistyczne zapędy męża mogły doprowadzić do katastrofy finansowej. Stąd jej podejrzliwość i zaborczość, stąd szpiegowanie i podstępy.

Basiński w przejrzysty sposób pokazuje genezę i narastanie wieloletniego konfliktu, przyglądając się życiorysom obojga małżonków. Posiłkuje się ich zapiskami z dzienników i listami, wspomnieniami bliskich oraz znajomych, a także utworami Tołstoja. Ilość przytoczonych źródeł oraz wiedza autora doprawdy imponują, podobnie jak duża łatwość w snuciu opowieści. Podkreślić należy też bezstronność, której tak często brakuje osobom piszącym o Tołstojach. Mówiąc krótko: warto zanurzyć się w świecie Jasnej Polany, jakkolwiek duszny mógłby się wydawać.


_______________________________________
Pawieł Basiński Lew Tołstoj. Ucieczka z raju
tłum. Jerzy Czech, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2015


czwartek, 2 kwietnia 2015

Astrid

Biorąc biografię Astrid Lindgren do ręki, można poczuć się trochę jak dziecko. Niby wiadomo, że to publikacja dla dorosłych, ale duże, jaskrawe napisy na okładce przyjemnie kojarzą się z książkami dla najmłodszych. W środku jest podobnie: fragmenty powieści oraz towarzyszące im ilustracje błyskawicznie odświeżają pamięć. Nie sposób nie uśmiechnąć się na widok Emila całującego nauczycielkę w usta albo na widok dziewcząt z Bullerbyn pielących grządki w pocie czoła.


To wszystko dobrze koresponduje z zawartością, ponieważ Margareta Strömstedt skupia się głównie na dzieciństwie swojej bohaterki i na licznych przykładach pokazuje, jak często inspirowało ono Lindgren. Trzeba zaznaczyć, że było to dzieciństwo szczęśliwe: spędzone w kochającej się i dobrze sytuowanej rodzinie, w niemal sielskiej scenerii małego Vimmerby w Smalandii. Nic dziwnego, że lwia część tego świata znalazła później odzwierciedlenie w powieściach Astrid. Nie wszystkie naturalnie są radosne, pisarka niejednokrotnie poruszała trudne albo bolesne tematy. Uważa się nawet, że to ona jako pierwsza w Szwecji zaczęła pisać w dziecięcych książkach o śmierci.

Dużym plusem niniejszej biografii są częste odwołania do twórczości Lindgren. Czasem chodzi o okoliczności powstania historyjki, czasem o odbiór utworu. I tu Strömstedt uświadomiła mi ważną rzecz: publikacja „Pippi Pończoszanki” w 1945 r. była z pewnością dość odważnym posunięciem. Czytelnicy i krytycy co prawda polubili niesforną dziewczynkę o wybujałej wyobraźni, niemniej drugi tom jej przygód wywołał ożywione dyskusje. Autorce zarzucano, że Pippi stanowi zły przykład dla dzieci, natomiast książkę uznano za demoralizującą. Z czasem okazało się, że polemika na temat tzw. swobodnego wychowania była potrzebna i przyniosła wiele dobrego m.in. zakaz stosowania kar cielesnych.

Paradoksalnie ponad rok temu zaczęto bić na alarm i mocno krytykować szwedzki system opieki nad dziećmi, który zdaniem wielu komentatorów doprowadził do stworzenia narodu małych potworów. Winą obarczono Pippi i Karlssona z dachu. Brzmi jak primaaprilisowy żart, niestety tak nie jest. Sprawa odbiła się szerokim echem na świecie, dość powiedzieć, że rosyjska Duma poparła żądania obywateli postulujących, aby wycofać książki niegdyś uwielbianej Lindgren z listy lektur szkolnych. Więcej na ten temat można poczytać TU.

Cała ta wrzawa na szczęście nie przeszkadza w lekturze książki Strömstedt. To biografia z gatunku przyjemnych, czyli takich, które nie przytłaczają czytelnika faktami i datami, natomiast celnie pokazują postać artysty w kontekście jego dzieł. Oraz – jak w moim przypadku – zachęcają do ponownego sięgnięcia po książki szwedzkiej pisarki.


TU można wirtualnie zwiedzić Muzeum Astrid Lindgren.

_______________________________________
Margareta Strömstedt Astrid Lindgren
przeł. Anna Węgleńska, Wyd. Marginesy, Warszawa 2015

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Ślady nieobecności

Nie przesadzę, jeśli napiszę, że na książkach Ewy Szelburg-Zarembiny uczyłam się czytać. Do dzisiaj pamiętam, że jej imię i dwa nazwiska zajmowały dużo miejsca w jednej linijce zeszytu, a nietypowa pisownia „Zarembiny” bez „ę” za każdym razem budziła moje wątpliwości. Lektury pozostawiły po sobie pozytywne wrażenie, choć nazwisko autorki od tamtej pory kojarzyło mi się już raczej smutnawo. Po przeczytaniu książki Anny Marchewki to wrażenie dodatkowo się utrwali, nie ma innej możliwości.


Życie pisarki usłane było raczej kolcami niż różami: niebogaty dom rodzinny, dwie wojny, dwa małżeństwa, w tym jeden rozwód, niedonoszona ciąża, choroba nerwowa i stopniowa utrata wzroku. Trudne doświadczenia niejednokrotnie znajdywały odzwierciedlenie w tekstach Szelburg przeznaczonych dla dorosłych, co widać w przytoczonych obszernych fragmentach prozy. Daje się w nich także zauważyć wyczulenie na niesprawiedliwość i krzywdę oraz zaangażowanie w bieżące problemy społeczne. Zagadnienia te pojawiały się w zawoalowanej formie również w utworach dziecięcych, niestety o nich dowiemy się z książki Marchewki niewiele, ponieważ i twórczość, i życiorys swojej bohaterki potraktowała bardzo wybiórczo.

Na okładce „Śladów nieobecności” słusznie napisano, że jest to osobliwy esej. Z niezrozumiałych dla mnie powodów autorka absorbuje uwagę czytelnika własną osobą, wypełniając tekst szczegółami bez znaczenia, na dodatek w irytującym stylu. Zamiast czytać, że Marchewka podróżowała autobusem, przeglądała się w sklepowych witrynach, a sandały grzęzły jej w rozgrzanym upałem piasku, wolałabym na przykład dowiedzieć się, kiedy Szelburg przestała pisać, pod czyją opieką pozostawała w ostatnich latach życia oraz kiedy i gdzie zmarła. Nic z tego. Opowieść kończy się raptownie na roku 1958, kiedy Zarembowie wracają do Polski z placówki dyplomatycznej w Rzymie, tymczasem pisarka żyła jeszcze 28 lat czyli długo.

Zagadką pozostaje dla mnie, jaki cel przyświecał autorce tego szkicu i czego chciała dowieść. Bo w opinię, jakoby Szelburg wymazywała własną przeszłość, trudno mi uwierzyć. I choć „Śladom nieobecności” nie można odmówić wartości poznawczej, książka pozostawia ogromny niedosyt, którego nie zaspokoją odważne tezy Marchewki. Oby był to jedynie wstęp do poważniejszej pracy.

__________________________________________________________________________________
Anna Marchewka Ślady nieobecności. Poszukiwanie Ireny Szelburg, DodoEditor, Kraków 2014


środa, 7 stycznia 2015

Garb mój noszę za sobą

Mistrzyni mistyfikacji – tak można powiedzieć o bohaterce książki Remigiusza Grzeli. Irena Conti di Mauro przez wiele lat uchodziła za polską poetkę włoskiego pochodzenia, niekiedy za poetkę włoską świetnie władającą językiem polskim. Gdyby nie Marek Edelman, który w jednym z wywiadów zdekonspirował ją, zapewne wiele osób nie dowiedziałoby się o niezwykłej przeszłości tej jeszcze mniej zwykłej kobiety. 


W rzeczywistości nazywała się Irena Gelblum, pochodziła z dobrze sytuowanej rodziny żydowskiej. Podczas wojny straciła  rodziców i brata w obozie koncentracyjnym, o co obwiniała się chyba do końca życia. Wcześniej zdążyła już zaangażować się w pracę dla Żydowskiej Organizacji Bojowej: pomagała tworzyć siatkę konspiracyjną na terenie okupowanego kraju, przewoziła meldunki i broń, pomagała znaleźć schronienie Żydom po aryjskiej stronie.  W pamięci kolegów zapisała się jako specjalistka od akcji trudnych i wręcz niemożliwych, jej brawura i tupet były legendarne.  

Po wojnie zaczynają się peregrynacje Gelblum – wyjedzie nielegalnie do Palestyny, aby tworzyć państwo Izrael, potem przez Włochy wróci do Polski. Właściwie stale jest w ruchu, z różnych przyczyn nie może zakorzenić się nigdzie na dłużej. Po drodze zdarza się mąż, córka, drugi mąż i nowe tożsamości. W pewnym momencie całkowicie odcina się od żydowskiej przeszłości, nie przyznaje się do znajomości z osobami, z którymi kiedyś walczyła i dla których wiele by poświęciła, może nawet wszystko. Nie tylko Marek Edelman nie potrafił zrozumieć jej postępowania, jednak wybór –  już wtedy Waniewicz, później Conti, uszanowano.

Irena często podróżowała, nieustannie była czymś zajęta i wciąż podejmowała nowe wyzwania. Jednocześnie także uciekała – od bolesnych przeżyć wojennych, od kochających ją mężczyzn i ewidentnie od prawdziwej siebie. Niepojęte, że mogła po latach wykrzyczeć: Nie mam żadnego związku z Żydami! Bardziej mnie wzruszają murzyńskie dzieci! Z drugiej strony wielu rozmówców autora, w tym córka Ireny, powtarza, że jej nie daje się zrozumieć, że to zadanie niewykonalne. I chyba trzeba to zaakceptować.

Książka Grzeli jest zapisem dość żmudnego śledztwa, bardzo interesującego dla czytelnika właśnie ze względu na zatarte ślady i różne tożsamości głównej bohaterki. Oprócz opowieści znajomych poetki, szczątków korespondencji oraz urzędowych dokumentów dziennikarz wykorzystał informacje często na pozór bez znaczenia, ale trzeba przyznać, że tworzą one znakomite tło głównych wydarzeń. Mówiąc krótko – „Wybór Ireny” był dla mnie pierwszorzędną lekturą.


Na koniec fragment jednego z wierszy Ireny Conti di Mauro:

Garb mój noszę za sobą
Nie oglądam się do tyłu
i innym też nie radzę
Garb jest moją sprawą prywatną
korespondencją ściśle tajną
ode mnie do świata
i odwrotnie



______________________________________________________________
Remigiusz Grzela Wybór Ireny, Dom Wydawniczy PWN, Warszawa 2014



poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Szukając pana Banksa

To nie opowieści dla dzieci, tylko ostatnie pozostałości mitów. Jeszcze sto lat temu opowiadano je dorosłym. Zawarte w nich treści były dla dorosłych, to „sposób na stawianie czoła życiu". [s. 340]

Tak P.L. Travers postrzegała swoje książki o Mary Poppins, choć doskonale wiedziała, że jej niania najwięcej zwolenników miała właśnie wśród najmłodszych. Dość rzadkie podejście, dobrze wpisuje się w teorię, według której literaci traktują pisanie jak terapię. Travers odreagowywała przede wszystkim brak ojca, który zmarł, gdy miała 7 lat. Namiastką kochanego tatki, który miał i fantazję, i silny pociąg do alkoholu, był w dużym stopniu powieściowy pan Banks. Ojca szukała prawdopodobnie także w partnerach – przeważnie byli sporo starsi, piekielnie inteligentni i obdarzeni charyzmą. Jeśli nie partner, zawsze istniał jakiś duchowy przewodnik, z których najbarwniejszy był chyba Gurdżijew – dla jednych guru, dla innych oszust.


Bez względu na to, czy Travers próbowała odnaleźć „ojca zastępczego” czy własną tożsamość, jej wytrwałość jest godna podziwu: poszukiwania trwały właściwie do końca jej długiego życia i zawiodły Pamelę aż do klasztoru buddyjskiego w Japonii. Czy były satysfakcjonujące, trudno stwierdzić jednoznacznie, w świetle książki Lawson można się domyślać, że raczej nie. Schorowana, dręczona bliżej nieuzasadnionym niepokojem, wymagająca dla siebie i innych, sprawia wrażenie osoby niespełnionej. Co nie przeszkadzało jej być również twardym graczem na płaszczyźnie zawodowej: uparcie dążyła do celu, który najczęściej wiązał się z promowaniem jej twórczości. Między wierszami da się wyczytać, że bywała także szorstka i apodyktyczna.

Nie wiem, jak książkę Lawson odbierają zwolennicy Mary Poppins, mnie, nieobeznaną z serią o niani z ulicy Czereśniowej, wciągnęła opowieść o jej pomysłodawczyni. Dostałam dokładnie to, czego oczekiwałam, a więc biografię postaci nietuzinkowej, o dużych możliwościach twórczych (w młodości Travers zapowiadała się jako niezła aktorka, później jako całkiem dobra poetka i dziennikarka), do tego odważnej w kategoriach obyczajowych. Jedynym poważnym minusem tej biografii są fabularyzowane wstępy do rozdziałów – są tak infantylne na tle przyzwoicie napisanej całości, że chyba sama Pamela zgrzytałaby podczas lektury zębami.

____________________________________________________________
Valerie Lawson To ona napisała Mary Poppins. Życie P. L. Travers
przeł. Bogumiła Nawrot
Wyd. Marginesy, Warszawa 2014