To pora, kiedy pęd do wyjścia na dwór brutalnie wypycha człowieka opatulonego intymnościami na bezwstydnie przeszkloną werandę.
Rankiem w filiżance kawy pluska mu promyk słońca albo strużka deszczu. A wieczorem z namaszczeniem krwawi latarnia.
Łono rodziny i wszystko, co w nim zimowało, wywraca się na zewnątrz, dla wszystkich widoczne. Poufność pilnie strzeżonych gestów odbywa się na oczach sąsiedzkiego świata.
Wzdłuż ulic o zmierzchu rozlega się huk eksplodujących w pocałunku warg, a czule zgruchotane widelce z lekko płaczliwym brzękiem konają pod ręką nieposkromionych ojców rodzin.
Ściany mają oczy. Człowiek w szklanej klatce, wyeksponowany w całej swojej bezsilności, gniewie i niedbałym stroju, pod skąpą osłoną roślin doniczkowych, wisi nad chodnikiem, na podobieństwo własnego kanarka. […]
Joseph Roth, Proza podróżna, tłum. Małgorzata Łukasiewicz, Austeria, Kraków 2018, s. 65

