Bohaterka powieści Gábora Thurzó jest istotą nieznośną: skoncentrowana na sobie, bezustannie manipuluje ludźmi i faktami. Nieścisłości i niedomówienia zmieniają się stopniowo w kłamstwa, i tak z ojca, emerytowanego listonosza, panna Jola zrobiła już byłego oficera, a inżynier Berkovics lada moment stanie się jej mężem. Iluzje biorą górę nad prawdą, tymczasem kobieta stopniowo traci kontrolę nad tym co prawdziwe, a co urojone.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. węgierska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. węgierska. Pokaż wszystkie posty
środa, 29 listopada 2023
czwartek, 6 października 2022
Szatański pomiot
Szatański pomiot bezapelacyjnie zasługuje na uwagę, przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, dotyczy rzadko pojawiającego się w literaturze Zakarpacia. Po drugie, ma formę oryginalnego monologu – wypowiedzianego jednym tchem (w całym utworze znalazła się tylko jednak kropka), jakby wyrzuconego jakby wbrew sobie, w wyniku nadmiernego i długotrwałego stresu i z chęci odczucia ulgi. Stąd pośpiech, brak pauz.
środa, 13 maja 2020
Dom kłamczuchów
Siedzieli w poświacie księżyca i kłamali na wyścigi – czyż nie jest to urocza puenta?;) Pochodzi z opowiadania Dom kłamczuchów, którego tytułem opatrzono również cały tom. Chyba nieprzypadkowo, bo tematem przewodnim dla Dezső Kosztolányinego są wszelkiego rodzaju nieprawdy, a więc fałszywe wyobrażenia, pozory, drobne kłamstewka i zwykła blaga.
poniedziałek, 6 stycznia 2020
Gra w cykora
– Przeczytałem twoje ostatnie wiersze – powiedział. – Są dobre, ale nikt ich nie wyda. Jeśli chcemy mieć szczęśliwe życie, musimy zacząć pisać inaczej. To nic innego jak gra na zwłokę.
– Wiem. Amerykanie nazywają to grą w cykora. Wygrywa ten, który spośród stojących na szynach odskoczy jako ostatni przed nadjeżdżającym pociągiem. [s. 90]
Narrator powieści Szilárda Rubina osiągnął dużą wprawę w grze na zwłokę – w życiu zawodowym i osobistym dąży do zrealizowania swoich planów za wszelką cenę, głuchy i ślepy na zmieniające się okoliczności. Jest w stanie zdradzić młodzieńcze ideały i przyjaciół, by wreszcie zostać uznanym literatem i zdobyć Urszulę, dziewczynę nieuchwytną. Młodzi przyciągają się i odpychają, ale Attila nalega na bycie parą, z desperacji posuwając się do czynów głupich i okrutnych.
niedziela, 30 czerwca 2019
Żar
Rzeczywistość była taka, że ty nienawidziłeś mnie przez dwadzieścia dwa lata, z tą pasją, której skala przypominała nieledwie żar wielkich związków uczuciowych – ależ tak, miłość. Nienawidziłeś, a gdy uczucie, pasja całkowicie wypełni lekką duszę, na spodzie takiego stosu, obok entuzjazmu, żarzy się i dymi żądza zemsty… [s. 87]
Powyższy cytat daje chyba pewne pojęcie o stylu Maraiego: długie, gęste zdania, podniosły, niemal koturnowy ton. I tak jest prawie od początku do końca Żaru, książki cieniutkiej (bardziej opowiadania niż minipowieści), acz gęstej od emocji, które u głównego bohatera, starego generała, dojrzewały przez czterdzieści jeden lat. A dokładniej czterdzieści jeden lat i czterdzieści trzy dni.
Generał jest precyzyjny nie tylko w tej kwestii – żyjąc od lat w samotności, wiele czasu spędził na przemyśleniach i rachubach, przy czym ewidentnie najwięcej uwagi poświęcił młodzieńczej przyjaźni z Konradem i małżeństwu z Krystyną. Na wieść o wizycie przyjaciela nie jest zbytnio zaskoczony, jest wręcz przygotowany, bo wreszcie może – jak mówi – odebrać mu prawdę czyli zrewanżować się za zdradę. Przedstawia własną wersję zdarzeń, wersję cyzelowaną przez ponad cztery dekady, powstałą z pomieszania faktów, domysłów i przeczuć. Podczas uroczystej kolacji peroruje bez wytchnienia, nie przejawiając większego zainteresowania ewentualnymi odpowiedziami gościa. To jest jego pięć minut, które wykorzystuje do końca.
Nie mogę powiedzieć, żeby węgierski pisarz tym razem mnie zachwycił. Monolog generała wydał mi się nienaturalnie napompowany, a w konsekwencji nieznośny w odbiorze. Owszem, proza w Żarze jest elegancka i finezyjna, niestety jest też niedzisiejsza – przynależy do dawno minionej epoki. To książka dla zwolenników literackich bibelotów: mocno przykurzona, ale tu i ówdzie jeszcze błyszcząca.
________________________________________________________
Sandor Marai Żar, przeł. Feliks Netz, Czytelnik, Warszawa 2006
czwartek, 17 maja 2018
Ciało i on
Gdy Tibor miał 9 lat, interesowała go tylko piłka nożna, rok później rozpoczął regularne treningi w budapesztańskiej drużynie. Były sukcesy, były wyjazdy zagraniczne. W wieku 14 lat rzucił sport, ponieważ wolał pisać wiersze. Ten sam chłopiec jako sześciolatek przymierzał bieliznę matki – zawsze po kryjomu, nie wiedząc dlaczego. Mając 12 lat, nienawidził siebie w kobiecych fatałaszkach i wciąż się przebierał. Przebierał się także wtedy, kiedy miał już dziewczynę.
Incognito to wyznanie młodego mężczyzny, który chce żyć jako kobieta, bo tylko w kobiecym ciele potrafi siebie wyrazić i tylko w kobiecej postaci odczuwa spokój. Pełna metamorfoza nie jest jednak możliwa, narrator pozostaje zakładnikiem własnego ciała. Jest zarazem mężczyzną i kobietą, a w rzeczywistości nie jest do końca żadnym z nich – ani Tiborem, ani Noemi. Rozdźwięk między „ja” a ciałem pogłębia się, niemożność zaakceptowania męskiej postaci prowadzi do podwójnego wyobcowania: główny bohater czuje się kimś obcym w domu i kimś obcym w obcym. Jak mówi, jest incognito, wszędzie. Co więcej, jest zdany wyłącznie na siebie.
Czytelnik „wysłuchuje” tej intymnej opowieści ze ściśniętym gardłem i stopniowo ulega rozedrganiu narratora, a Kiss pisze tak, że jest się tuż obok Tibora, w środku jego dramatu. To zresztą nie jedyna zaleta Incognito – powieść jest wysmakowana literacko, a z racji tematu ma duży walor poznawczy. Całość niezwykle dojmująca, dodatkowo porusza świadomość, że fabuła opiera się na doświadczeniach autora.
__________________________________________________________________________
Tibor Noé Kiss, Incognito, przeł. Daniel Warmuz, Książkowe Klimaty, Wrocław 2017
poniedziałek, 27 listopada 2017
Pamięć
W tym miejscu komplikuje się nasza trzecia historia, za wiele wersji już poznaliśmy, by móc rozwikłać coraz bardziej zagmatwaną chronologię wydarzeń, co naturalnie należy do istoty wszelkich opowieści, jako że ukazuje granice ludzkiej pamięci […] s. 270
Powieść Petera Nádasa wymaga doskonałej pamięci, bo pogubić można się już w pierwszych rozdziałach: trudno zgadnąć, który z narratorów opowiada, do których wydarzeń nawiązuje i o jakim okresie mowa. Kiedy już, już się wydaje, że kolejne fragmenty zaczynają układać się w zrozumiałą całość, autor znowu wykonuje woltę i trzeba od nowa dopasowywać elementy tej misternej konstrukcji.
Pamięć jest bowiem dziełem mistrzowskim: napisana z rozmachem, w pełnym dygresji, opisów i przemyśleń stylu, zawiera w istocie trzy osobne, przeplatające się i korespondujące ze sobą fabuły: opowieść bezimiennego Węgra o pobycie w Berlinie Wschodnim, powieść osadzoną w Niemczech na przełomie XIX i XX wieku oraz wspomnienia ze stalinowskiego Budapesztu. Nie fabuła jest jednak u Nádasa najważniejsza, bo jeśli już trwamy do końca 800-stronicowej lektury, to raczej dla formy. Jest coś pociągającego w tej przemieszanej narracji i długich, piętrowych zdaniach, jakich dzisiaj nie spotyka się już w literaturze. Albo w precyzyjnych opisach chwil, rozłożonych na czynniki pierwsze, na najmniejsze drgnienie i muśnięcie. To pisarstwo na granicy wytrzymałości czytelnika – męczy, odpycha i jednocześnie uwodzi.
Te trzy historie spowija otoczka intensywnej zmysłowości, podszytej okrucieństwem i perwersją. Nádas celuje w podglądaniu relacji trzyosobowych, a jest ich w powieści kilka: główny narrator romansujący z aktorką i jej kochankiem, ojciec zdradzający matkę, uczniak pogrywający z kolegą i koleżanką, dziwny układ w nadmorskim kurorcie, czy wreszcie postaci z przywoływanego fresku oraz bohaterowie opery. W Pamięci eros jest główną siłą sprawczą: popycha do działania i w rezultacie niszczy. Podobnie zresztą jak polityka, która w powieści pozostaje na drugim planie, niemniej zbiera obfite żniwo, nomen omen także wskutek erotycznych uwikłań. Znamienne, że najbardziej brakuje tu miłości, częściej widać zauroczenie lub udawanie.
Pamięć to bezapelacyjnie proza najwyższej próby, której w żaden sposób nie zaszkodził upływ czasu (od chwili publikacji mija 31 lat), a z pewnością pomógł pierwszorzędny przekład Elżbiety Sobolewskiej. Nie mogę powiedzieć, że jestem zachwycona, ponieważ książka chwilami przytłacza i nuży, ale pozostaję pod ogromnym wrażeniem. I jakkolwiek rzadko można mówić o kunszcie pisarskim, Peter Nádas z pewnością go posiadł.
_________________________________________________________________________
Péter Nádas, Pamięć, przeł. Elżbieta Sobolewska, Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2017
środa, 18 stycznia 2017
W kraju Jednouchego
Są takie książki, co do których dość szybko nabiera się pewności, że reprezentują literaturę wysokich lotów – wystarczy przeczytać kilkanaście stron i już wiadomo. Dla mnie taką książką był ostatnio Dom kata Andrei Tompy – powieść niezwykle gęsta i intensywna, opowiadająca o dorastaniu w rumuńskim reżimie Nicolae Ceausescu. Dla węgierskiej mniejszości, z której wywodzi się główna bohaterka oraz jej rodzina, oznaczał on dodatkowe szykany ze strony władz (Zajrzą, dostrzegą, że szyję, albo będą podsłuchiwać pod domem, o czym mówimy, że mamy gości z Pesztu, i że mówimy po węgiersku, albo pijemy kawę [s. 483]).
Autorka z finezją oddaje grozę i beznadzieję epoki "Jednouchego", stroniąc od dosłowności i efekciarstwa. I tak najpierw czytamy, że dzieci mimo mrozu godzinami ćwiczą na stadionie ustawianie się w portret wodza, że za duży mundurek szkolny zostaje uznany za prowokację, a nastolatka wyrusza w długą podróż do odległego miasta, aby móc kupić trzydzieści jajek. Dowiadujemy się, że jedyną wiarygodną rubryką w prasie są nekrologi, a o likwidacji niepożądanych placówek np. wydziału filologii węgierskiej na uniwersytecie czy żydowskiego sklepu powiadamia się przez ciche usuwanie z oficjalnych rejestrów.
Schizofrenię dyktatury Ceausescu pokazują także próby wystawienia Hamleta – zanim spektakl zatwierdzą cenzorzy, duża część obsady zdąży wyjechać z kraju (do tego czasu zaangażowano już nowego Hamleta, a przedstawienie pokazywano dalej, i dwa widniejące obok siebie nazwiska sprawiały wrażenie, jakby podzielono rolę, jakby szła w podwójnym przydziale, co nie mogło się wydarzyć w do tego czasu skurczonym do półtora tuzina zespole, i tak już ledwie potrafiono rozdać wszystkie role, mnóstwo z nich połączono i wykreślono, ale z polotem, a mimo wszystko wydawało się, jakby Hamleta grało jednocześnie więcej osób, lub jakby każdy mógł być nim, Hamletem [s. 193]).
Jest w Domu kata rozmach (autorka opisała skomplikowane dzieje trzech pokoleń), jest i znakomite wyczucie dramatyzmu. O niesamowitości tej książki zdecydował również specyficzny styl narracyjny, przypominający rozbudowany monolog z licznymi dygresjami, wygłaszany jednym tchem, a zapisany przy pomocy oryginalnej interpunkcji (brawa dla tłumaczki za gładki przekład). To wyjątkowo udana opowieść o totalitaryzmie oraz o poszukiwaniu azylu – w rodzinie, literaturze, teatrze i przyjaźni. W moim odczuciu powieść Tompy ociera się o wielkość, aż trudno uwierzyć, że to debiut prozatorski.
_____________________________________________________________________
Andrea Tompa, Dom kata, przeł. Anna Butrym, Książkowe Klimaty, Wrocław 2016
czwartek, 1 września 2016
Linie
W opowiadaniach Krisztiny Tóth znajduję wiele znajomych obrazków: mało przyjemne wizyty u przyjaciół rodziców, zabawy znalezionymi na drodze szkiełkami, wizyty wujka z zagranicy czy opowieści o fatum ciążącym nad pewnym blokiem. Albo opisy takie jak ten:
Moje dzieciństwo przypadło na okres mundurków w kolorze indygo oraz podręczników i zeszytów obłożonych w papier tego samego koloru. Potężny gmach szkoły zawsze był przepełniony dochodzący mym ze stołów zapachem warzywnej papki, zmieszanym z wydobywającym się z sali gimnastycznej smrodem pryszczatych dziecięcych ciał i butów sportowych na gumie. [s. 15]
Przyjemnie jest odnaleźć w literaturze wycinek własnego świata, jednak z bohaterkami Linii kodu kreskowego łatwo utożsamiam się z innego powodu: intymności. Autorka raczej wykreśla słowa niż dodaje i może w tym, przynajmniej częściowo, tkwi sekret siły jej prozy – skondensowanej i precyzyjnej, a w rezultacie bardzo intensywnej. Z początku zwyczajne i niewinne historie potrafią kilka stron później zdezorientować i mocno szarpnąć emocjami, ale to lubię, lektura powinna odciskać jakieś piętno na czytelniku.
U Tóth podoba mi się również jej „systematyzowanie” opowiadań – w zbiorze Pixele kluczem były części ciała, teraz są nim linie. To ciekawy zabieg i jeszcze ciekawsze wykonanie. Aż chciałoby się sprawdzić, jak autorka radzi sobie w dłuższej formie, w krótszej osiągnęła już wysoki poziom.
_________________________________________________________________________
Krisztina Tóth, Linie kodu kreskowego, przeł. Anna Butrym, Książkowe Klimaty 2016
niedziela, 24 lipca 2016
Dzwony Einsteina
Kim są „my" a kim „oni"? Po czyjej jestem stronie? Możliwe że po żadnej, czym ściągam na siebie nienawiść jednych i drugich. W czasie rewolucji trzeba się bowiem opowiedzieć: albo rybka, albo akwarium, „my" lub „oni" nie ma trzeciej drogi. Kto nie należy tu, ten należy tam, nawet jeśli subiektywnie nie należy nigdzie. Bez zastanowienia zgłosiłem więc akces do grupy „my", bo przecież lepiej trzymać z wygranymi. „Oni" zaś na razie niech dadzą mi spokój. Później, kiedy już ucichną spory, usiądę z nimi przy ognisku, usmażymy sobie słoninkę i wszystko im wyjaśnię. [s. 87]
Wyjaśnić - właśnie. Bohater Dzwonów Einsteina wyjątkowo często musi tłumaczyć się z gaf, dziwnych zbiegów okoliczności i niezręcznych sytuacji, w które bezustannie się pakuje. I tak od dziecka, kiedy to po raz pierwszy odezwało się jego niedoścignione Ja i zasugerowało, że powinien zostać Leninem. Z czasem przyjęło ono postać Einsteina i doradzało Frankowi w trudnych chwilach, niestety najwyraźniej było bezsilne wobec jego pecha.
Naturalnie ku uciesze czytelnika, który śledzi „karierę” gapowatego marksisty w szwalni będącej przykrywką dla badań nad rozwojem dojrzałego socjalizmu, po rewolucji przemianowanej na instytut przyszłościowy. Nie ma większego znaczenia, czy bohater Grendela występuje pod pseudonimem Cara Piotra czy Rzeźnika, ani po czyjej stronie opowie się podczas kolejnej zawieruchy politycznej, ponieważ - jak w kolejnej krytycznej chwili stwierdziło niedoścignione Ja - i tak, znając logikę dziejów, prędzej czy później „oni” staną się „nami”, a „my” „nimi” [s. 106]. Czysty obłęd, nie można dziwić się biedakowi, że przestał nadążać za przemianami i nieco się pogubił.
Dzwony Einsteina są zabawne, ale kiedy pojawia się refleksja, że życie bywa równie groteskowe co Absurdystan Grendela, dobry nastrój pryska. W świetle wydarzeń na świecie ta książka nabiera dość gorzkiej wymowy - pokazuje, że historia niczego nas nie uczy i powtarzamy wciąż te same błędy. Na to nie poradzi prawdopodobnie niczyje niedoścignione Ja, więc może lepiej wzorem autora obrócić wszystko w żart.
_______________________________________________
Lajos Grendel Dzwony Einsteina. Opowieść z Absurdystanu
przeł. Miłosz Waligórski
Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2016
niedziela, 22 maja 2016
Noc poślubna
Każde duże miasto ma swój charakterystyczny zapach.
Budapeszt ma zapach kawy zbożowej, Wiedeń - ciastek, Berlin - dymu, Warszawa - palonego cukru, Madryt - czekolady, Bruksela - wanilii, Londyn - łoju, Paryż natomiast miał zapach topionego masła. Tego nie cierpiał. [s. 257]
Budapeszt ma zapach kawy zbożowej, Wiedeń - ciastek, Berlin - dymu, Warszawa - palonego cukru, Madryt - czekolady, Bruksela - wanilii, Londyn - łoju, Paryż natomiast miał zapach topionego masła. Tego nie cierpiał. [s. 257]
Lubię przewrotność Dezső Kosztolányiego. Dała się już zauważyć w Ptaszynie, a w opowiadaniach ze zbioru Noc poślubna widać ją jeszcze wyraźniej. Trzeba być małym złośliwcem, żeby panu młodemu zakłócić weselną zabawę bólem zęba albo oszczędnemu studentowi kazać ćwiczyć francuski podczas rozmów z subiektem ze sklepu pasmanteryjnego. Trzeba lubić dokuczać bliźnim, żeby zakpić z damy domagającej się recenzji jej wypieszczonego rękopisu albo żądnego wrażeń Węgra skazywać w Paryżu wyłącznie na rozczarowania.
Kosztolányi czasem posuwa się jeszcze dalej – jest nadal przewrotny, ale przybiera poważną minę i bez cienia uśmiechu pastwi się nad swoimi bohaterami. Biedaków pozbawia nadziei na poprawę losu, wrażliwców doświadcza szaleństwem, dzieci straszy śmiercią. Robi się ponuro i paskudnie, tymczasem po kilku stronach autor funduje czytelnikowi następną niespodziankę, znowu niekoniecznie wesołą. Ta zmienność nastrojów i tematów jest niewątpliwie dużą zaletą zbioru, będącego autorskim wyborem tłumaczy.
Najciekawsze były dla mnie opowiadania, w których autor odziera bohaterów ze złudzeń i pokazuje, że spełnione marzenia nie zawsze satysfakcjonują. Przeciwnie, sprawiają zawód. I jakkolwiek w Nocy poślubnej nie znajdziemy wielkiej psychologii, można wnioskować, że Kosztolányi wiele w życiu widział i słyszał. Inna możliwość jest taka, że po prostu miał dryg do pisania krótkich i zajmujących historyjek. Są przyjemnie staroświeckie.
______________________________________________
Dezső Kosztolányi Noc poślubna
przeł. Magdalena Schweinitz-Kulisiewicz, Tomasz Kulisiewicz
Czytelnik, Warszawa 1989
środa, 1 lipca 2015
Fresk
„Fresk” Magdy Szabo to bezsprzecznie dobra powieść. Nawet bardzo dobra, jeśli nie miało się do czynienia z innymi utworami tej autorki, a zwłaszcza z późniejszym o dwa lata „Świniobiciem” (1960). Obie książki są bowiem do siebie bardzo podobne – chwilami miałam wrażenie, że ich bohaterowie mieszkają w bliskim sąsiedztwie i doskonale się znają.
Za sprawą „Fresku” ponownie trafiamy na węgierską prowincję lat 50-tych, problemy bohaterów wydają się dziwnie znajome: niespełnione miłości, małżeństwa z rozsądku, konflikty międzypokoleniowe, klasowe i ideologiczne. Najbardziej uderza rozpad więzi rodzinnych; członkowie rodzin Mathe i Kun żyją stadnie, ale - poza nielicznymi wyjątkami – pozostają sobie obcy. Oczywiście na własne życzenie, ponieważ wolą snuć domysły na temat bliskich niż podjąć rozmowę.
Co myślą bohaterowie, czytelnik wie dokładnie, jako że w „Fresku” Szabo zastosowała polifoniczność – zabieg wykorzystywany w kolejnych książkach wielokrotnie. Głosu udzieliła wszystkim osobom dramatu, w przeważającej części odstręczającym typom: co drugi to zazdrośnik albo hipokryta, co trzeci zgorzknialec. Najbardziej dostaje się dwóm duchownym oraz młodemu komuniście, odmalowanym wyjątkowo grubą kreską. Pisarce dobrze udały się natomiast postaci kobiece – od kilkuletniej, bystrej Zuzanki po zniedołężniałą prababkę rozpamiętującą lepsze czasy.
Przyznaję, że historia Annuszki, która przyjeżdża w rodzinne strony na pogrzeb matki po dziewięcioletnim wygnaniu z zimnego, surowego domu, jest wciągająca. Mniej przyjemne jest już niestety odnotowywanie chwytów dobrze znanych z innych powieści Szabo. Jeszcze nie szablon, ale sprawdzone wzorce. W dużych odstępach czasu na szczęście nadal cieszą.
___________________________________________________________
Magda Szabo Fresk przeł. Jan Ślaski, Czytelnik, Warszawa 1960
sobota, 20 grudnia 2014
Ręka, noga, kark i pieprzyki
Pojedynczy piksel jest punktem bez znaczenia, dopiero w zestawieniu z tysiącami innych tworzy konkretny obraz. Podobnie jest w książce Krisztiny Tóth, która każde ze swoich trzydziestu opowiadań osnuła wokół jakiegoś szczegółu ludzkiego ciała: ręki, uda, serca, pieprzyków. Elementy anatomii nie dominują, posłużyły głównie za pretekst do opowiadania historii; najważniejsze wydarza się poniekąd obok albo mimo tych detali.
Sceneria i bohaterowie „Pixela” zmieniają się jak w kalejdoskopie, niektóre postaci będą jednak co pewien czas powracać. Będą już w innym wieku i miejscu, czasem bardzo odległym od Budapesztu. Niektórzy zmienią się wręcz nie do poznania: Agę szukającą desperacko kandydata na męża spotkamy po kilkuletniej przerwie na pogrzebie teścia w Niemczech, dawny lowelas ciężko zachoruje i będzie zdany na łaskę rodziny, a osierocony podczas wojny Dawid zostanie cenionym lekarzem i wyjedzie pracować do Rumunii. Czasem o losach bohaterów usłyszymy w zupełnie innym opowiadaniu np. w rozmowie zatroskanej matki, poirytowanego ojca albo monologu zgorzkniałej żony, nie zawsze mając świadomość, o kim mowa.
Jest w tych opowiadaniach świeżość i lekkość, mimo że Tóth porusza wyłącznie poważne tematy. Skupia się przede wszystkim na przemijaniu, zawiedzionych nadziejach i straconych szansach, na szczęście ciężar tych historii nie przytłacza. Autorka zresztą dokłada starań, aby nie było zbyt koturnowo i od czasu do czasu wkracza na scenę, puszczając do czytelnika oko. Z jej pikseli powstała bardzo interesująca mozaika, która pokazuje, że młoda literatura węgierska ma się dobrze.
P.S. Duże brawa dla wydawnictwa za ascetyczną okładkę i staranną oprawę książki
_____________________________________________
Krisztina Tóth, Pixel, przeł. Klara Anna Marciniak
Wydawnictwo Studio Emka, Warszawa 2014
środa, 31 sierpnia 2011
Pochwała przekory
Dziwny ten Kosztolányi. Niby klasyk, a jakiś inny. Niby wszystko w powieści jest jak należy, a jednak podczas lektury można się poczuć jak po otrzymaniu prztyczka w nos. Bo w "Ptaszynie" jest tak: autor pieczołowicie opisuje świat, którego już nie ma, zaznajamia nas ze smutnymi głównymi bohaterami, z wolna wprowadza czytelnika w stan uśpienia i nagle: hop! wykonuje woltę. Cofam się, czytam ponownie niepokojący fragment, z czasem przestaję się dziwić.
Psikusy Kosztolányiego polegają na tym, że po kilku akapitach melancholijnych opisów serwuje coś nieoczekiwanego i - można powiedzieć - niepopularnego. I tak na przykład kiedy zaczynamy już smucić się razem z państwem Vajkay z powodu wyjazdu ich ukochanej jedynaczki, kiedy wraz z ojcem patrzymy z żalem na tę mało urodziwą kobietę i martwimy się o jej nieciekawą przyszłość, nagle zostajemy wytrąceni z równowagi. Przy całym swoim współczuciu tatce zdarza się bowiem myśleć o Ptaszynie w sposób następujący:
Wpatrywał się w córkę z obraźliwą niemal uwagą: patrzał na jej niezwykłą, ni to tłustą, ni to chudą twarz, na mięsisty nos z szerokimi, końskimi chrapami, na męskie, surowe brwi i malutkie, wodniste oczka, trochę przypominające jego własne.
Nigdy nie był znawcą kobiet, ale wyjątkowo jasno zdawał sobie sprawę z tego, że jego córka jest brzydka. W tej chwili była nie tylko brzydka: zwiędnięta, przekwitła - prawdziwa stara panna.
Właśnie teraz, w tym różowym snopie światła, rzucanym przez parasolkę, w tym jakby scenicznym oświetleniu zobaczył to zupełnie wyraźnie. "Wygląda jak gąsienica pod krzakiem róży" - pomyślał. [str. 27]
Dość nietypowe spojrzenie na własne dziecko. W podobny sposób Kosztolányi zaskoczy czytelnika niejednokrotnie i właśnie ta przekora podobała mi się w powieści najbardziej. Gdyby nie ona, tydzień na węgierskiej prowincji AD 1899 byłby trudny do zniesienia. Czas wlecze się niemiłosiernie, na dodatek Vajkajowie stronią od wszelkich uciech zadowalając się chudymi obiadkami, robótkami na drutach i wyjściem do kościoła. Dobrze, że chociaż czasem Ptaszyna wyfruwa z rodzinnego gniazda i można nieco ulżyć nieznośnej ciężkości bytu. Klatka z gołębiem pojawia się w finale nie bez powodu...
_________________________________________________________________________________
Dezsö Kosztolányi ''Ptaszyna'', przeł. Andrzej Sieroszewski, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011
_________________________________________________________________________________
Psikusy Kosztolányiego polegają na tym, że po kilku akapitach melancholijnych opisów serwuje coś nieoczekiwanego i - można powiedzieć - niepopularnego. I tak na przykład kiedy zaczynamy już smucić się razem z państwem Vajkay z powodu wyjazdu ich ukochanej jedynaczki, kiedy wraz z ojcem patrzymy z żalem na tę mało urodziwą kobietę i martwimy się o jej nieciekawą przyszłość, nagle zostajemy wytrąceni z równowagi. Przy całym swoim współczuciu tatce zdarza się bowiem myśleć o Ptaszynie w sposób następujący:
Wpatrywał się w córkę z obraźliwą niemal uwagą: patrzał na jej niezwykłą, ni to tłustą, ni to chudą twarz, na mięsisty nos z szerokimi, końskimi chrapami, na męskie, surowe brwi i malutkie, wodniste oczka, trochę przypominające jego własne.
Nigdy nie był znawcą kobiet, ale wyjątkowo jasno zdawał sobie sprawę z tego, że jego córka jest brzydka. W tej chwili była nie tylko brzydka: zwiędnięta, przekwitła - prawdziwa stara panna.
Właśnie teraz, w tym różowym snopie światła, rzucanym przez parasolkę, w tym jakby scenicznym oświetleniu zobaczył to zupełnie wyraźnie. "Wygląda jak gąsienica pod krzakiem róży" - pomyślał. [str. 27]
Dość nietypowe spojrzenie na własne dziecko. W podobny sposób Kosztolányi zaskoczy czytelnika niejednokrotnie i właśnie ta przekora podobała mi się w powieści najbardziej. Gdyby nie ona, tydzień na węgierskiej prowincji AD 1899 byłby trudny do zniesienia. Czas wlecze się niemiłosiernie, na dodatek Vajkajowie stronią od wszelkich uciech zadowalając się chudymi obiadkami, robótkami na drutach i wyjściem do kościoła. Dobrze, że chociaż czasem Ptaszyna wyfruwa z rodzinnego gniazda i można nieco ulżyć nieznośnej ciężkości bytu. Klatka z gołębiem pojawia się w finale nie bez powodu...
_________________________________________________________________________________
Dezsö Kosztolányi ''Ptaszyna'', przeł. Andrzej Sieroszewski, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011
_________________________________________________________________________________
piątek, 3 września 2010
Świniobicie - Magda Szabo
Obrońcy praw zwierząt i wegetarianie mogą się nie obawiać - powieść nie opowiada o praktykach rzeźniczych czy o rozkoszach spożywania wieprzowiny. Co prawda o świniobiciu wspomina się już w pierwszym akapicie, ale autorka skupiła się na kilku grudniowych dniach 1955 r. poprzedzających tytułowe wydarzenie. Trzeba przyznać, że były bardzo emocjonujące, a przedstawiona historia rozwinęła się w dość nieoczekiwany sposób.
"Świniobicie" to powieść polifoniczna, gdzie - jeśli dobrze policzyłam - dano możliwość wypowiedzenia się trzynastu osobom. Są to głównie członkowie rodziny Kemerych i skłóconej z nimi rodziny Tothów oraz znajomi obu stron. Reprezentują różne grupy społeczne (zdeklasowana arystokracja, inteligencja, robotnicy, rzemieślnicy, dawni służący) i stąd też wynikają silne animozje. Wszyscy żyją z poczuciem krzywdy, obszarnicy Kemery nie tylko obcym, ale i swoim dali się mocno we znaki. Zastanawia niesłabnąca nienawiść i okrucieństwo pań Kemery, nawet najmłodsze - czwarte już - pokolenie jest skażone bakcylem zła.Odpowiedź na pytanie, kto jest prawdziwą ofiarą w "Świniobiciu", należy do czytelnika. Ja widzę dwie, ale chyba wszyscy są tu na swój sposób przegrani.
Historię zwaśnionych rodów poznajemy stopniowo i z różnej perspektywy, wyłaniający się obraz przyprawia chwilami o ciarki na plecach: tyle tu złej woli, dramatów i nieszczęść, często sprokurowanych przez najbliższych. W powieści na pierwszy plan wysuwają się kobiety - wydają się o wiele silniejsze od mężczyzn i to one mają decydujący głos. Są motorem wszelkich działań i śmiało można mówić o matriarchacie w przypadku obu rodów. Panowie są wyciszeni i stłamszeni, rzadko przeciwstawiają się kobietom. Swoją drogą to ciekawa cecha twórczości Szabo w ogóle: mężczyźni pozostający w cieniu swoich partnerek.
W książce podobało mi się absolutnie wszystko: i forma, i treść są bez zarzutu. Postacie i konflikty są świetnie zarysowane, akcja poprowadzona po mistrzowsku, ponadto autorce udało się w skrócie przedstawić historię Węgier na przestrzeni ok. 40 lat. Powieść w żaden sposób nie ustępuje poziomem "Zamkniętym drzwiom", które zachwyciły mnie kilka miesięcy temu. Rzadko mi się to zdarza, ale po zakończeniu lektury zauważyłam u siebie przyśpieszone bicie serca.
P.S. Na koniec warto przejrzeć ponownie pierwsze rozdziały - pewne drobne zdarzenia i wypowiedzi można ujrzeć w nowym świetle;)
Magda Szabo, "Świniobicie", tłum. Krystyna Pisarska, Wydawnictwo PIW, Warszawa, 1977
wtorek, 13 kwietnia 2010
Tylko sam siebie możesz ofiarować - Magda Szabo
Budapeszt, 1966. Trzy rodziny przygotowują się do ślubu, który bardziej przypomina pogrzeb niż radosną ceremonię. Nikt się nie cieszy, wszyscy wydają się zrezygnowani i osamotnieni, nawet młodzi, którzy z premedytacją doprowadzili do takiej sytuacji. Ciąża i małżeństwo miały być bowiem przepustką do wolności, jaką jest życie bez toksycznych rodziców.Chcieliśmy mieć wyspę, gdzie nie będzie ani starych, ani dorosłych, ani złych, ani dobrych wspomnień, gdzie nie będzie nic poza nami.Chcieliśmy mieć dom, gdzie nikt się niczego nie boi, gdzie w pamięci mieszkańców nie ma bólu, cierpienia i nędzy, gdzie nie musimy nikogo żałować ani brać z nikogo przykładu, gdzie możemy być tacy, jacy jesteśmy, swobodni i weseli albo smutni.(...) I chcieliśmy mieć własne plany, wielkie lub małe, doniosłe lub zwyczajne, ale żeby wszystkie pochodziły od nas samych i żebyśmy nie musieli realizować tego wszystkiego, co nie udało się starym i dorosłym. (s. 134-135)
Życie węgierskiej młodzieży przedstawione przez Szabo jest nie do pozazdroszczenia: ciągłe pretensje, narzekania i wypominanie poświęceń na rzecz niewdzięcznych dzieci. Nic dziwnego, że te najchętniej uciekłyby jak najdalej, nawet kosztem uczuć innych. To mali egoiści i nie chcą żyć jak ich rodzice, którzy częstokroć byli wtłaczani w ustalone ramy życia przez swoich ojców i matki. Nawet jeśli średnie pokolenie zauważa, że wyrządza dzieciom krzywdę, jakiej zaznali od własnych rodziców, nie waha się przed realizacją planu. Tym bardziej, że najstarsi wciąż patrzą im na ręce.
Autorka zarysowała bardzo ciekawy problem i czytelnikowi pozostawia odpowiedź na pytanie: lepiej być bezwzględnym, nieposłusznym, ale w przyszłości zapracować na szczęście czy podążać za nakazami rodziców i skazać się na wieloletnią frustrację. Odpowiedź bynajmniej nie jest oczywista, jako że młodzi - choć osiągnęli swój cel - nie wydają się szczęśliwi.
Książka ma bardzo ciekawą formę: narratorami są niemal wszystkie osoby dramatu, dzięki czemu niektóre fakty można ujrzeć w różnym świetle. Duże wrażenie robi użycie przez autorkę strumienia świadomości. Całość nawiązuje do starotestamentowej historii Abrahama, który miał złożyć w ofierze swego syna Izaaka. Historia spina klamrą całą powieść, a przy czym głosy młodych zgromadzono w rozdziałach pt. Izaak, a starszych - w rozdziale pt. Abraham.
Moja ocena: 7/10
Magda Szabo, "Tylko sam siebie możesz ofiarować", PIW, 1974
wtorek, 2 marca 2010
Zamknięte drzwi - Magda Szabo
Rzadko zdarzają się w prozie tak barwne postaci jak staruszka Emerenc z powieści Szabo. Tajemnicza i nieprzystępna gosposia pisarki, a zarazem dozorczyni willi w Peszcie ma coś w sobie i z czarownicy, i z dziecka. Niewykształcona, a jednak mądra wskutek doświadczeń nabytych przez długie lata życia. Niewierząca, a jednak nadzwyczaj chrześcijańska poprzez swoje uczynki względem innych osób oraz zwierząt. Zasadnicza, ale również nieobliczalna, potrafi budzić swoim niekonwencjonalnym zachowaniem skrajne emocje: od miłości po wściekłość.Narratorka czyli pisarka (ma wiele wspólnego z samą Magdą Szabo) opowiada dzieje trudnej znajomości z Emerenc, która z relacji pani - gosposia po wielu latach zamienia się w miłość. Przemianie towarzyszy sporo napięć i nieporozumień, jako że kobiety reprezentują dwa różne światy. Ale to pisarka musi skapitulować i - z ogromnym trudem - zaakceptować staruszkę taką, jaką jest. Nie sposób zresztą z nią walczyć czy też choćby odrobinę zmienić jej światopogląd, bo jej poglądy nie podlegają dyskusji. Oto przykład zapatrywań religijnych Emerenc:
Owocną działalność Boga poznała podczas wojny, nic nie ma do cieśli i jego syna, bo to byli robotnicy, tyle że łgarstwa polityków tak chłopakowi zamąciły w głowie, że trzeba go było w coś wmieszać, aby go wykończyć, kiedy stał się już niewygodny dla przywódców. Najbardziej żal jej matki, bo ta nie miała chyba jednego dobrego dnia, choć jednak to dziwne, że biedaczka na pewno po raz pierwszy spała spokojnie w w Wielki Piątek, bo przedtem wciąż musiała się bać o syna. (s. 26).
Na temat sztuki miała równie nietypowe zdanie:
Gdybyście naprawdę byli artystami, wtedy wszystko byłoby prawdziwe, nawet taniec, bo potrafilibyście sprawić, żeby liście poruszały się od waszych słów, a nie od jakiejś maszyny, ale wy nic nie potraficie, ani pani, ani ta reszta, wszyscyście błazny, a nawet jeszcze gorsi, gorsi od łotrów. (s. 125)
Szabo fantastycznie oddaje wzloty i upadki tej znajomości, wykazując się przy tym dużym wyczuciem ludzkiej psychiki. Początkowo bywa nawet zabawnie, jak np. w rozdziale "Odgracanie", gdzie obie bohaterki próbują ustalić granice kiczu, ale z czasem akcja przyjmuje dramatyczny obrót. Są tu piękne sceny m.in. ta, w której rozsierdzona Emerenc oddaje psu wystawną kolację przygotowaną na przyjazd ważnego gościa, a który się nie pojawił. Podobał mi się również język tej powieści i metaforyka - niewymuszona, ale uderzająca. Moim ulubionym cytatem pozostanie następujący fragment:
(...) nasz neandertalski przodek pewnie wtedy nauczył się płakać, kiedy po raz pierwszy doświadczył, że sam jeden triumfuje nad przywleczonym do domu zwierzem i nie ma z kim podzielić przeżyć tej walki, nie ma też komu pokazać ani łupu, ani swych ran (s. 34).
Mam tylko nadzieję, że powieść zostanie kiedyś wznowiona, bo nawet w antykwariatach jest trudna do zdobycia. Z całą pewnością będę poszukiwać innych książek Magdy Szabo.
Moja ocena: 10/10
Magda Szabo, "Zamknięte drzwi", PIW, 1993
Subskrybuj:
Posty (Atom)











