Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. włoska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. włoska. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 września 2024

Ostatnie lato w mieście

Ostatnie lato w mieście to książka wspaniała, przynajmniej dla mnie. Czytałam ją długo, ale z rosnącą satysfakcją – melancholijna historia osadzona w Rzymie wpisała się idealnie w schyłkową aurę wakacji. Powieść przypomniała mi o filmach Felliniego obśmiewających stołeczną śmietankę towarzyską, przy czym Calligarich potraktował temat poważnie.

poniedziałek, 18 marca 2024

Zakazany brulion

Źle zrobiłam kupując ten brulion, bardzo źle.  [s. 7]

Gruby zeszyt w czarnej, lśniącej okładce od chwili zakupu ma w sobie aurę czegoś zakazanego – nabyty pod wpływem impulsu, nielegalnie (w niedzielę w trafice), dla czterdziestotrzyletniej Walerii staje się ciągłym wyrzutem sumienia. Kobieta z jednej strony nie  lubi nic ukrywać przed rodziną, z drugiej strony chce, aby jej osobiste zapiski pozostały tajemnicą, mimo że nie zawierają zdrożnych treści.


środa, 31 stycznia 2024

Niemy lament

Jeśli zachowasz pamięć o grzechu to jeden wielki lament. Beznamiętny monolog kierowany do zmarłej matki podszyty jest żalem porzuconego dziecka, żalem nie zawsze okazywanym, ale mimo upływu lat nadal żywym. Bo Lula, choć nie była matką wzorową, podobnie jak nie była w oczach rodziny wzorową córką, siostrą i żoną, dla Lorenza była matką wspaniałą. Taką, z którą jako kilkulatek chodził do biura, prowadził samochód i, co bardziej istotne, dzielił intymne sekrety.

sobota, 29 kwietnia 2023

Córka

Córka Eleny Ferrante jest powieścią krótką i zwięzłą, za to intensywną. I choć autorka porusza temat rozebrany już na czynniki pierwsze, czyli macierzyństwo, potrafi zaskoczyć. Na ten efekt złożyły się dwie rzeczy: sposób prowadzenia narracji oraz bohaterka, a w szczególności kontrowersyjne decyzje, jakie czasem podejmuje.

wtorek, 31 maja 2022

Za otrzymane łaski

Valeria Parrella bardzo oszczędnie wydziela słowa; chwilami zdaje się, że wykreśliła całe zdania, by zostawić tylko esencję. Skąpi opisu bohaterów, nie wyjaśnia powiązań między postaciami, nie buduje tła wydarzeń. Fabuła jest skondensowana, ograniczona. I może właśnie dlatego tak skutecznie uwodzi czytelnika, który tym chętniej szuka tropów i próbuje łączyć je w całość.

 


czwartek, 14 kwietnia 2022

Czwartki pani Julii

Okładka minipowieści Piero Chiary sugeruje, że tytułowa pani Julia czwartki spędza przyjemnie – jeśli nie na plaży nudystów, to tak czy owak oddaje się uciechom cielesnym. Poniekąd tak, bowiem raz w tygodniu udaje się do Mediolanu, aby odwiedzić córkę przebywającą na pensji, a później spotkać się z kochankiem. 

 

wtorek, 2 czerwca 2020

Czas porzucenia

Tym razem Elena Ferrante pozytywnie mnie zaskoczyła. O ile jej neapolitańska tetralogia pozostaje dla mnie czytadłem z wyższej półki, to Czas porzucenia jest świetnie skrojoną powieścią obyczajową. Kameralną i duszną, jako że mamy do czynienia z relacją kobiety świeżo porzuconej po piętnastu latach małżeństwa.

poniedziałek, 27 stycznia 2020

Dziecko w śniegu

Dzięki znajomości z Markiem Edelmanem utwierdziłem się w przekonaniu, że pamięć o gettach i obozach, w których rozegrała się Szoa, nie ma sensu, jeśli nie służy obronie pokrzywdzonych, wszędzie i zawsze.[…] W przeciwnym razie ta pamięć sprowadza się do pustej retoryki, ceremoniału, który niczemu nie służy, do rytualnego powtarzania „nigdy więcej”, które nie mówi nic nikomu i nie może powiedzieć. [s. 159-160]

niedziela, 28 października 2018

Włoskie klimaty

Książka Giuseppe Tomasiego di Lampedusy zawiera cztery krótkie utwory, z których tylko dwa można tak naprawdę określić mianem opowiadań: Radość i prawo oraz Profesor i syrena. Pierwsze to zabawna historyjka o biednym urzędniku, który wpada w euforię po otrzymaniu premii i nagrody w postaci ogromnej babki drożdżowej, drugie to wysmakowana opowieść o miłości nieśmiertelnej, z interesującymi odniesieniami do mitologii greckiej i światowej literatury, jak również z kąśliwymi lub dla odmiany pięknymi passusami o Sycylii:
Mówiliśmy więc o nieśmiertelnej Sycylii, o Sycylii jako zjawisku natury. O zapachu rozmarynu na zboczach Nebrodi, o smaku miodu z Melilli, o falowaniu kłosów na wietrze w dzień majowy, tak dobrze widocznym z Enny, o pustkowiach dokoła Syrakuz, o falach zapachów, którymi okoliczne gaje pomarańczowe i cytrynowe zalewają po prostu Palermo podczas tych szczególnych czerwcowych zachodów słońca. Mówiliśmy o uroku letnich nocy, gdy człowiek leżąc na wznak wśród drzew pistacjowych widzi zatokę Castellammare i gwiazdy odbijające się w uśpionym morzu; jego dusza ginie wtedy w przestworzach, lecz ciało drży napięte w pogotowiu, czując zbliżające się demony. [s. 56]

W tomiku zamieszczono również autobiograficzne Miejsca mojego dzieciństwa, w których autor niezwykle szczegółowo i plastycznie opisuje m.in. dom w Palermo i letnią posiadłość w Santa Margherita. Wspomina ważniejsze wydarzenia w życiu rodu di Lampedusa i portretuje gości, którzy z różnych powodów zapadli mu niegdyś w pamięć. Czy mowa jest o rozległym tajemniczym ogrodzie, malowidłach w różowej sali jadalnej czy o konkretnych osobach, zawsze można liczyć na urokliwy obrazek, jak na przykład ten:
Zaraz przy wejściu na schody, ale na zewnątrz od strony dziedzińca, zwisał czerwony sznur dzwonu; portier pociągał zań, aby uprzedzić służbę, że państwo wracają lub też że przybywa ktoś z wizytą. Ilość uderzeń dzwonu, czego portierzy przestrzegali z mistrzowską skrupulatnością, umiejąc, nie wiem jak, uzyskiwać brzmienie suche i czyste, wolne od denerwujących podźwięków – należała do rygorystycznego protokołu: cztery uderzenia dla mojej babki principessy i dwa dla jej gości, trzy dla mojej matki duchessy i jedno dla gości przybywających do niej. Ta skrupulatność bywała czasem przesadna: gdy niekiedy, w tym samym powozie, nadjeżdżała moja matka, babka i jedna z przyjaciółek, którą wzięły ze sobą po drodze, odbywał się prawdziwy koncert czterech, trzech i dwu uderzeń, trwający w nieskończoność. Mężczyźni, panowie domu – mój dziadek i ojciec — wychodzili i powracali bez akompaniamentu dzwonu. [s. 98]
Spośród czterech tekstów najbardziej spodobał mi się Poranek don Batassana, będący pierwszym rozdziałem powieści planowanej jako luźna kontynuacja Lamparta. Zapowiadała się niezła rzecz o zachłannych dorobkiewiczach skupujących ziemie na Sycylii oraz o niezdolnej do rządzenia arystokracji. Charakterystyka postaci, puenty i ironia nadają prozie di Lampedusy specyficzny sznyt i świadczą o niemałym talencie literackim autora. Pozostaje tylko żałować, że nie zdążył dokończyć dzieła i że pozostawił po sobie tak skromny dorobek.

___________________________________________
Giuseppe Tomasi di Lampedusa Opowiadania
Przeł. Jadwiga Bristiger, PIW, Warszawa 1961

piątek, 24 sierpnia 2018

Na powierzchni

W opowiadaniu Agostino uroki włoskiego lata są na wyciągnięcie ręki: palące słońce, rozgrzany piasek na plaży i morze, które przynosi ochłodę. Kto chce, usłyszy nawet szum fal, bo proza Alberto Moravii silnie działa na wyobraźnię i na zmysły. Te ostatnie odgrywają w opowiadaniu kluczową rolę, bo o dojrzewaniu tutaj mowa.


Agostino ma 13 lat, spędza wakacje z matką. Lubi mieć ją na wyłączność, jako że czuje się wówczas bardzo męsko, choć w istocie jest jeszcze dzieciakiem, który o życiu dorosłych nic nie wie. Dlatego źle znosi obecność adoratora matki – nie potrafi prawidłowo zinterpretować sytuacji, ani zaakceptować faktu, że najbliższa mu osoba jest przede wszystkim kobietą. Frustracja chłopca pogłębi się, kiedy w ordynarny sposób zostanie uświadomiony przez kolegów poznanych na kąpielisku.

Moravia interesująco odmalowuje zagubienie młodego człowieka, wywołane zburzeniem starego porządku, bo tym w przypadku Agostina zaowocowała niechciana wiedza. Wykracza ona poza kwestie ściśle biologiczne, ponieważ za sprawą nowego towarzystwa chłopiec ociera się o totalnie obcy sobie świat biedy i zła. W konsekwencji traci złudzenia i siłą rzeczy musi zrewidować swoje wyobrażenia o rzeczywistości. I właśnie ten moment utraty niewinności jest w książce celnie uchwycony.

Od chwili powstania Agostina w 1942 r. obyczajowość mocno się zmieniła i dzisiaj zapewne nie ma już tak nieświadomych niczego trzynastolatków, niemniej utwór Moravii jako zapis przejścia na wyższy etap „chłopięctwa” przekonuje. Mnie się podobał, choć nie przepadam za wątkiem dojrzewania w literaturze.

_______________________________________________________________________
Alberto Moravia, Agostino, przeł. Barbara Sieroszewska, PIW, Warszawa 1958


środa, 5 kwietnia 2017

Morze Karaluchów

Zgoda! Trzeba mieć w sobie pewną dozę szaleństwa, aby tworzyć opowieści, i być może tytuł całego zbioru powinien brzmieć mniej dwuznacznie – „Opowiadanie: niemożliwe”. [s. 89]

Nawet jeśli Tommaso Landolfiemu (1908-1979) szaleństwo było obce, to sądząc po Morzu Karaluchów, które co chwila zaskakuje i wprawia w konsternację, miał z pewnością dużą dozę przekory i dziwaczności. Wyszukany język sugeruje, że mamy do czynienia z literaturą na wysokim poziomie. Przejęty swoją rolą narrator usłużnie objaśnia to i owo, jakby chciał dowieść, że jest pełen dobrej woli. Wszystko to pozory. Prędzej czy później okazuje się, że czytelnik został wpuszczony w maliny, a dokładniej – w dość osobliwy świat.


I tak czytamy na przykład o żonie Gogola, która była lalką nadmuchiwaną stosownie do upodobań męża (pisarz w rzeczywistości był kawalerem), o piórze, które na bieżąco oceniało wychodzące spod niego utwory poety, albo o mężczyźnie, który nauczył się nieistniejącego języka obcego i zaczął w nim tworzyć wiersze. Co rusz przez stronice przemykają pająki, karaluchy albo gekony, od czasu do czasu ustępując miejsca natrętnym zjawom, a w najgorszym wypadku – rozmaitym obwiesiom, sadystom i zabójcom. Przyjemnie nie jest, na dodatek gdzieś w tle wciąż daje się słyszeć złośliwy chichot.

Landolfi ma fantazję co się zowie, czego dowodzi także zróżnicowana forma opowiadań. Są pastisze powieści historycznej i awanturniczej, biografii, rozprawki oraz powiastki filozoficznej. Ta różnorodność po części wynika prawdopodobnie z wyboru tekstów dokonanego przez Annę Wasilewską, mimo to imponuje. Przyznam, że dawno żadna książka nie zdezorientowała mnie tak jak Morze Karaluchów: z jednej strony odstręcza, z drugiej każe sprawdzić, jakie jeszcze pomysły zalęgły się w wyobraźni autora i znalazły ujście na papierze.

____________________________________
Tommaso Landolfi, Morze karaluchów
Przeł. Anna Wasilewska, Halina Kralowa
Biuro Literackie, Stronie Śl. 2016

sobota, 12 grudnia 2015

Sycylijska rozmowa

Narrator „Sycylijskiej rozmowy” mówi o sobie, że jest pusty myśląc o rodzaju ludzkim, który się zatracił, pusty i spokojny bez nadziei. Rzeczywiście, młody mężczyzna wydaje się wypalony i zrezygnowany, pogrążony w apatii. W takim nastroju, pod wypływem impulsu, wyrusza do rodzinnej wioski położonej w skalistych górach Sycylii, u Vittoriniego wyspy chłodnej i surowej, nękanej biedą i chorobami.


Zanim Silvestro dotrze do celu, spotka podczas podróży zagadkowe postaci, na miejscu także będzie dziwnie. Szybko okaże się, że po długiej nieobecności niewiele pamięta z dzieciństwa i poniekąd będzie poznawał je od nowa, wypytując matkę o szczegóły. Coś każe jednak podejrzewać, że ta „amnezja” jest udawana i wynika z chęci powrotu, choćby w wyobraźni, do beztroskich lat utożsamianych ze szczęściem. To nie zaskakuje, zważywszy na okoliczności: wiadomości o wydarzeniach ze świata nie nastrajają głównego bohatera optymistycznie, a wokół siebie wciąż dostrzega nędzę (wyczulenie na warunki życia proletariatu to bardzo ciekawy rys powieści). Podczas wędrówki po osadzie będzie miał okazję poznać niewidzialnych ludzi ze skalnych jaskiń, zawrze znajomość ze szlifierzem noży i sukiennikiem cierpiącymi za znieważaną ludzkość (jakkolwiek kuriozalnie to brzmi), na koniec trafi na zmarłego żołnierza. Doprawdy trudno o optymizm.

Podczas lektury „Sycylijskiej rozmowy” rodzi się w pewnej chwili pytanie, czy na pewno poruszamy się w realnym świecie. Być może wszyscy rozmówcy Silvestra są zjawami lub po prostu wytworami zmęczonego umysłu – mężczyzna zmagał się przecież wcześniej z własnymi „demonami”. I sama już nie wiem, co bardziej mnie w książce urzekło: niesamowity, lekko oniryczny nastrój czy smagana zimowym wiatrem Sycylia.;)

_____________________________
Elio Vittorini Sycylijska rozmowa
przeł. Barbara Sieroszewska Wyd. PIW, Warszawa 1984

niedziela, 13 września 2015

Ogród cieni

Przewodniki „Touring Clubu” milczą, i to źle, bez wątpienia. Bądźmy jednak sprawiedliwi: ogród, a właściwie bezkresny park, który przed wojną otaczał dom Finzi-Continich i rozciągał się na przestrzeni prawie dziesięciu hektarów aż po Mura degli Angeli z jednej strony i do rogatki Porta San Benedetto z drugiej, stanowiąc sam w sobie coś rzadkiego, wyjątkowego (przewodniki „Touring Clubu” z początku stulecia mówiły o nim zawsze w jakimś szczególnym tonie liryczno-światowym) – dziś już dosłownie nie istnieje. [s. 21]

W rozległym ogrodzie należącym do starej, szacownej rodziny ferraryjskiej rosły lipy, wiązy, buki, topole, platany, kasztanowce, sosny, jodły, modrzewie, cedry libańskie, cyprysy, dęby zwykłe i wiecznozielone, a nawet palmy i eukaliptusy [s. 21]. To istne arboretum było niedostępne dla przechodniów i przez dekady pozostawało miejską enklawą Finzi-Continich – ludzi dumnych, ale cichych i trzymających się na uboczu.


Młodego bohatera powieści Giorgio Bassaniego od dziecka przyciągała tajemniczość i dzikość tego miejsca, kiedy zaczyna dojrzewać, jego zauroczenie przenosi się na nastoletnią Micòl, córkę właścicieli. Znajomość to niełatwa, bo dziewczyna wciąż robi uniki, a czasy jeszcze trudniejsze, zwłaszcza dla obywateli żydowskiego pochodzenia. Jest bowiem koniec lat 30. ubiegłego wieku, które oznaczają uchwalanie ustaw rasistowskich i stopniowe wykluczanie Żydów z życia publicznego, także we Włoszech. Tytułowy ogród Finzi-Continich, dzielnie opierających się niepomyślnym wiatrom historii, staje się urokliwą wysepką normalności dla napiętnowanych. Niestety od początku wiemy, że i ona padnie ofiarą działań faszystów.

Opowieść o posiadłości przy Corso Ercole I d'Este jest w rzeczywistości wyprawą w krainę cieni. Bassani z finezją opisuje podzielone i pełne sprzeczności środowisko ferraryjskich Żydów, ze znawstwem pisze o samym mieście. Naznaczony melancholią i poczuciem straty, Ogród rodziny Finzi-Continich jest piękną elegią dla mieszkańców Ferrary, z której pochodził autor książki.

_____________________________________________________________________
Giorgio Bassani Ogród rodziny Finzi-Continich, przeł. Zofia Sieroszewska, PIW 1964


poniedziałek, 3 marca 2014

Spokojny chaos

Rozglądam się dokoła oparty o samochód: strażnik miejski, Pakistańczyk myjący szyby samochodowe, świergocące ptaki, niewiele pojazdów, niewielu przechodniów, para nastolatków całujących się na ławce w parku. Podobnie jak wczoraj, zadziwiający, bukoliczny spokój tego miejsca na świecie dodaje mi pewności, choć w środku wciąż czuję burzę lub raczej echo burzy: coś w rodzaju dalekiego, ale nie bardzo dalekiego, pobudzenia, tak jak dalekie, ale nie bardzo dalekie, zdają się hałasy ruchu ulicznego, tam w dole, które docierają tutaj przytłumione, miękkie, ale docierają. Spokojny chaos – myślę: jak u wszystkich rodziców wczoraj po południu przy wyjściu ze szkoły, jak każda chwila w duszy wszystkich dzieci świata. Tyle że teraz myślę tak o sobie, o tym impasie, który wciąż mnie ratuje przed cierpieniem, jakiego zgodnie z wyobrażeniem wszystkich, ale to wszystkich, zdaję się ofiarą, a tak jeszcze nie jest. To spokojny chaos, tak, ten, który mam w środku. Spokojny chaos. (s. 50-51)


Nic dodać, nic ująć - główny bohater powieści Veronesiego doskonale określił swój stan ducha. Ze stoickim spokojem znosi nagłą śmierć wieloletniej partnerki oraz fuzję w firmie, w której zajmuje wysokie stanowisko. Tak przynajmniej nietypowe zachowanie Pietra interpretują bliscy i znajomi, oczekujący raczej oznak rozpaczy oraz podenerwowania. Tymczasem mężczyzna postanawia być blisko 10-letniej córki i większość czasu spędza na placu przed jej szkołą. Pozornie irracjonalny gest jest z jednej strony formą zadośćuczynienia osieroconemu dziecku, z drugiej ucieczką przed stresem.

Najciekawszym wątkiem w książce wydała mi się żałoba – coś, z czym Pietro ma problem. Zaskakuje go opanowanie córki, jej szybkie pogodzenie się ze śmiercią matki. Dziewczynka prawdopodobnie z braku wzorców po prostu naśladuje ojca, w rzeczywistości oboje działają jak naczynia połączone, ku wyraźnej, obopólnej korzyści. Wątpliwości co do przejawów żałoby jednak pozostają, bo czy podobny spokój w obliczu straty bliskiej osoby jest naturalny? Co ciekawe, zachowanie Pietra wywiera nieoczekiwany wpływ na jego bliskich i znajomych, którzy nie bez ukrytych zamiarów przyjeżdżają na plac przed szkołą. Te wizyty przypominają pielgrzymki, a główny bohater mędrca – jest traktowany jak powiernik i doradca, choć w istocie najczęściej ogranicza się do słuchania. Zastanawiające.

Czytając „Spokojny chaos” nie mogłam wymazać z pamięci ekranizacji znanej u nas pod tytułem „Cichy chaos” (2008). Film zrobił na mnie bardzo duże i dobre wrażenie, trudno mi zatem ocenić powieść całkiem obiektywnie. Z pewnością jest to kawał solidnej, współczesnej włoskiej prozy, jakiej na polskim rynku od dawna brakuje, chwała więc wydawnictwu Draft Publishing, które ma kolejne powieści z Włoch w planach. Przegapić ich się nie da – okładki  zbyt mocno wyróżniają się szatą graficzną od setek innych. I dobrze!

___________________________________________________________________________________________

Sandro Veronesi „Spokojny chaos” przeł. Anna Osmólska-Mętrak i Natalia Mętrak, Draft Publishing, Warszawa 2013
___________________________________________________________________________________________

piątek, 12 sierpnia 2011

Jak karmelek

W gruncie rzeczy wolałbym mieć żonę głupią, która by mnie słuchała cierpliwie i tępo. W tej chwili nie miałbym nic przeciwko tremu, żeby tu była ze mną Mara. Długo bym jej nie wytrzymał, bo po wysłuchaniu moich kłopotów zaczęłaby wyciągać swoje własne, przylepiłaby się do mnie jak karmelek i nie miałbym już chwili spokoju. Z pewnością nie chciałbym jej mieć za żonę. Ale właśnie teraz chętnie miałbym ją tutaj. [str. 104]


Takich osobników jak cytowany wyżej Michele jest w powieści znacznie więcej. Członkowie jego rodziny w niczym nie przypominają włoskich familii znanych z filmów Felliniego. U Ginzburg obserwujemy rozkład więzi rodzinnych: każdy żyje osobno, troszczy się głównie o siebie, innym ma do zaoferowania jedynie swoje problemy. Powieść składa się przede wszystkim z listów i egocentryczne ciągoty piszących widać w nich jak na dłoni. Teraz ja! O mnie! Dla mnie! - zdają się krzyczeć. Osamotnieni na własne życzenie, bezpardonowo domagają się uwagi innych. To ex-rodzina, w której ojciec jawnie przyznaje się do nielubienia córek, a matka z braku zajęć zatruwa życie synowi.

Barwna, a zarazem smutna rodzina. Śledzenie jej losów na przełomie roku 1970 i 1971 daje raczej przygnębiający obraz włoskiego społeczeństwa, na dodatek w tle słychać starcia faszystów i komunistów. Książka ma zaledwie 135 stron, ale to proza niezwykle skondensowana. Do opisu bohaterów niepotrzebne były długie zdania, wystarczyły listy, tak dużo mówiące o ich autorach. Już ten pierwszy, pięciostronicowy (sic!) pisany przez matkę, zgrabnie zarysowuje sytuację i dobrze oddaje charakter Adriany. Pozostałe listy z czasem uzupełnią portret rodzinny. Portret w ciemnych barwach, z postaciami zastygłymi w bezruchu.

Wielkie podziękowania dla bezszmerowej Patrycji, której świetny tekst o literaturze włoskiej nakierował mnie na tę powieść. To niestety jedyna książka Natalii Ginzburg przetłumaczona na język polski. Może kiedyś, ktoś...


____________________________________________________________________________________

Natalia Ginzburg "Drogi Michele"; przeł. Barbara Sieroszewska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa, 1976
____________________________________________________________________________________



piątek, 5 listopada 2010

Taki piękny dzień - Melania Mazzucco

Za motto i tytuł powieści posłużył utwór Lou Reeda o przewrotnym tytule "Perfect day". Wybór znakomity, bo piosenka świetnie współgra z treścią książki: powolny, jakby rozleniwiony wstęp, podszyty dużą ilością smutku, z czasem przechodzi w intensywniejsze, bardziej zdecydowane tony, żeby zabrzmieć wreszcie z pełną mocą i silnym akcentem. Tak jest u Mazzucco: godzina po godzinie, od wczesnego piątkowego poranka 4 maja 2001 r. do świtu kolejnego dnia, śledzimy losy kilkorga mieszkańców Rzymu, powiązanych ze sobą uczuciowo lub zawodowo. Bardzo się od siebie różnią, ale łączy ich jedno: wszyscy o coś walczą, szamocą się z życiem. Samotną matkę z dziećmi nęka były mąż, polityk rozpaczliwie zabiega o głosy wyborców, młody antyglobalista buntuje się przeciw całemu światu, nauczyciel gej stara się wyżebrać u żonatego kochanka kilka wspólnych chwil. Są jeszcze dzieci, które nie potrafią odnaleźć się w świecie sprokurowanym przez rodziców.


Przyznam, że z dużą rezerwą podeszłam do pełnych zachwytu recenzji tej powieści, ale dość szybko sama uległam jej urokowi. Czyta się ją z ogromną przyjemnością, głównie dzięki ciekawym bohaterom i starannie przemyślanej akcji, która w niewinny sposób nabiera tempa i nie wytraca go aż do końca. Na dobrą sprawę "Taki piękny dzień" to powieść polifoniczna - wszystkie osoby dramatu otrzymały szansę wypowiedzenia się. Daje to lepszy pogląd na wydarzenia i pozwala spojrzeć na bohaterów z różnych, a tym samym odmiennych, perspektyw. Niemal każdy pod oficjalną maską skrywa marzenia i tęsknoty, nawet ci, którzy udają, że jest zupełnie inaczej. I choć od początku wiadomo, że historia nie może skończyć się dobrze, a sportretowani Rzymianie wcale nie wydają się sympatyczni, za niektórych trzymałam kciuki.

W powieści bardzo spodobał mi się również Rzym - można go właściwie uznać za jednego z bohaterów. Przez cały czas wraz z poszczególnymi osobami czytelnik przemierza wymieniane z nazwy ulice, place, mosty i parki. Poznajemy dzielnice eleganckie, robotnicze i te biedne. Pojawiają się konkretne miejsca - od kościołów przez stacje metra i więzienie aż po wille i pałace. Książkę śmiało można - a może nawet trzeba - czytać z planem miasta pod ręką. Jeśli dodać do tego kilka włoskich hitów muzyki pop pobrzmiewających w tle wydarzeń, to nietrudno poczuć się jak w Rzymie. W mieście, które wzbudza ambiwalentne odczucia, bo można widzieć go na przykład tak:

Rzym był miastem zgrzybiałym i nieruchomym, zachwycającym bagnem. Przeszłość nie pozwalała mu mieć przyszłości. Mieszkańcy krążyli w kółko, jak potępieni. Nikt nie wydostawał się z piekielnego kręgu, który został mu przydzielony.
[s. 141].

albo inaczej:

Najlepszym sposobem na to, żeby uczynić miasto swoim, jest utracić w nim nadzieje, przewlec przez nie własne cierpienie. O, Rzymie, twoja ascetyczność wspaniała i gościnna. Twój duch surowy, a jednak tak mądry, twoja istota nieprzenikniona, twoja zdolność trwania, przetrzymania - każdej zmiany i każdej katastrofy. O, najbardziej włoskie z włoskich miast, nieporównywalne w swoim pięknie - o smaku przepychu, rozkoszy, winy i przebaczenia. [s. 445]

Jedno jest pewne: to miasto nikogo nie pozostawia obojętnym. I tak jak Rzym zasługuje na miłość, tak powieść Mazzucco zasługuje na lekturę. Myślę, że liczne pochwały na jej temat są w pełni uzasadnione. Cieszy również, że książka została sfilmowana przez Ferzana Ozpetka - znając jego wcześniejsze dokonania, to może być dobry film.

Na zakończenie łyżka dziegciu: tłumaczka mogłaby wykazać się konsekwencją, bo stosowanie określeń "poseł" i "senator" jako synonimów jest rażącym błędem. Warto też się zdecydować, czy nazwy kościołów należy zostawić w oryginale, jak to ma najczęściej miejsce w powieści (np. Sant'Agostino na str. 129), czy też tłumaczyć na polski, co też się w tekście zdarza (np. kościół św. Agnieszki na str. 422).

Melania Mazzucco, "Taki piękny dzień", tłum. Joanna Wachowiak-Finlaison, Wydawnictwo WAB, Warszawa, 2010

sobota, 24 kwietnia 2010

Póki rekin śpi - Milena Agus

Lekki ton powieści jest początkowo mylący, z czasem dopiero się okaże, że historia rodziny Sevilla Mendoza z Sardynii jest niewesoła. Matka jest malarką-amatorką cierpiącą na depresję, ojciec marzy o pomaganiu biednym w Ameryce Południowej, syn, nad którym znęcają się w szkole koledzy, ucieka w świat muzyki. Nie lepiej jest z narratorką - jeszcze maturzystka, a już pozostaje w związku z żonatym mężczyzną o skłonnościach sado-masochistycznych. Jest także ciotka, która mimo swej niezwykłej atrakcyjności nie potrafi zbudować trwałej relacji damsko-męskiej.

Powyższy opis mógłby sugerować kiepską powieść, której autorka postawiła na tanie chwyty polegające na skomasowaniu dziwactw. Na szczęście tak nie jest - portret rodziny wyłania się powoli, stopniowo. Krótkie rozdziały przywodzą na myśl krótkie sceny w filmach. Historia jest przedstawiana na chłodno (znamienne, że nie poznajemy nawet imion bohaterów) i ma zdecydowanie gorzki wydźwięk. Ale w końcu takie są opowieści o ludziach niespełnionych, a także niedojrzałych i zagubionych. Uderza, jak mało wiedzą o sobie poszczególni członkowie rodziny. Kochają się, są ze sobą zżyci, a jednak nie dostrzegają w porę problemów. Czasem trzeba sięgnąć dna, żeby móc się odbić i wypłynąć na powierzchnię życia.

Książka znacznie lepsza od "Bólu kamieni" tej samej autorki, może faktycznie debiuty są bardziej udane od swoich następców. Dla mnie było to miłe zaskoczenie, zwłaszcza, że początek powieści nie rokował dobrze. Zaznaczam, że lektura nie jest tak przygnębiająca, jak mogłaby to sugerować powyższa recenzja.

Moja ocena: 8/10

Milena Agus, "Póki rekin śpi", W.A.B., 2009

czwartek, 25 marca 2010

Ból kamieni - Milena Agus

Wbrew tytułowi ta cienka książeczka jest ciepłą, pogodną historią sardyńskiej rodziny, z nietuzinkową babcią narratorki w roli głównej. Ta cierpiąca na "szaleństwo miłosne" kobieta, przez lata żyjąca u boku kochającego, acz niekochanego męża, była niespełnioną kochanką i poetką. Mimo przeżyć wojennych, kilku nieudanych prób urodzenia potomka potrafiła stworzyć udaną rodzinę. Ba, jej wnuczka wręcz ją ubóstwiała, a okresowa niestabilność emocjonalna babki dodała w jej tylko uroku.

W historii uderzył mnie sposób, w jaki babka postrzegała samą siebie. Zupełnie nieświadoma swojej urody, dobra żona i matka, była przekonana o tym, że poronienia były spowodowane brakiem miłości z jej strony. Wyrzucała sobie, że była wciąż niezadowolona, zbyt oschła dla męża, a przecież opowieść wnuczki świadczy o czymś innym. Być może w oczekiwaniu na miłość romantyczną nie potrafiła uznać tej prawdziwej, "codziennej" za satysfakcjonujące uczucie. Ale może to tylko pozory.

"Ból kamieni" czyta się bardzo szybko i podejrzewam, że szybko się też o nim zapomina. Owszem, lektura przyjemna, ale niezbyt głęboka. W gruncie rzeczy to kolejna słodko-gorzka historia, jakich w literaturze wiele. Według informacji na okładce książka otrzymała kilka nagród i stała się bestsellerem, a mnie się jednak wydaje, że nie świadczy to zbyt dobrze o kondycji literatury włoskiej.

Zdjęcie obok to okładka wydania anglojęzycznego, nie mogłam sobie odmówić przyjemności zamieszczenia jej tutaj;) Chyba znacznie lepiej oddaje zawartość powieści niż nasza rodzima wersja.

Moja ocena: 6/10

Milena Agus, "Ból kamieni", Wydawnictwo W.A.B., 2008

wtorek, 16 marca 2010

Samotność liczb pierwszych - Paolo Giordano

Dla przypomnienia:

Liczby pierwsze dzielą się tylko przez 1 i przez siebie. Stoją na swoich miejscach w nieskończonym szeregu liczb naturalnych, ściśnięte, jak wszystkie, między dwiema innymi liczbami, ale mają w sobie coś, co różni je od innych. To liczby podejrzliwe i samotne. (s. 139)

Definicja ta znakomicie pasuje do dwójki głównych bohaterów powieści czyli Alice i Mattii. Od najmłodszych lat są samotnikami, po części wskutek bolesnych (dosłownie) przeżyć w dzieciństwie, po części z własnego wyboru. Ich znajomość zaczyna się w szkole średniej i mimo, że więcej w niej milczenia i zahamowań, przeradza się w silny związek przyjacielski. Bardzo dziwny to związek, bardzo dziwna to para: ona - anorektyczka, on - geniusz matematyczny. A jednak trwają przy sobie przez lata:

Mattia i ona byli połączeni niewidzialną, elastyczną nicią, zagrzebaną pod stosem nieważnych rzeczy, nicią, która mogła istnieć tylko między dwojgiem takich jak oni: ludzi, którzy znaleźli własną samotność jedno w drugim. (s. 296)

Z czasem budzi się w nich pociąg erotyczny i chociaż doskonale wiedzą, co powinni zrobić, nie potrafią zdecydować się na dalszy krok, nie potrafią przebić się przez mur partnera. W chwili, która może zaważyć na ich wspólnej przyszłości (w powieści są dwie takie kluczowe sytuacje), coś ich dekoncentruje i powoduje, że pod wpływem impulsu wycofują się, robią unik. Doprawdy skomplikowana to przyjaźń, trudna do zaakceptowania.

Z książki wieje chłodem, ciszą i pustką (choć sporo się tu dzieje). Duża w tym zasługa prostego i precyzyjnego języka (autor jest fizykiem). I tak np. można przeczytać szczegółowy akapit o kolejnych czynnościach związanych z konserwacją roweru, przygotowywaniem posiłku lub zdejmowaniem ubrania. Mattii autor każe z kolei postrzegać rzeczywistość przez pryzmat matematyki i fizyki. Patrząc np. na ciało leżącej obok niego nagiej kobiety nie myśli o jej pięknie, ale o kątach i odległościach wynikających z ułożenia rąk i nóg. To jednak bardziej mechanizm obronny niż natręctwo.

Smutny jest świat w interpretacji Giordana, bo właściwie wszyscy jego bohaterowie są samotnikami. Poraża niemożność dotarcia do drugiego człowieka, czy to na linii rodzic - dziecko, czy też na linii kobieta - mężczyzna. Próby porozumienia wydają się niezgrabne i nietrafione, a rezygnacja z nich przynosi ulgę obu stronom. Okrutne to kalectwo, które dotyka "liczby pierwsze".

Lektura godna uwagi, choć nie jest wybitna. Mimo smutnego wydźwięku czyta się ją nadzwyczaj szybko. Co z niej pozostanie w pamięci na dłużej, nie jestem pewna.

Moja ocena: 7/10

Paolo Giordano, "Samotność liczb pierwszych", Wydawnictwo WAB, 2010