Ostatnie lato w mieście to książka wspaniała, przynajmniej dla mnie. Czytałam ją długo, ale z rosnącą satysfakcją – melancholijna historia osadzona w Rzymie wpisała się idealnie w schyłkową aurę wakacji. Powieść przypomniała mi o filmach Felliniego obśmiewających stołeczną śmietankę towarzyską, przy czym Calligarich potraktował temat poważnie.
środa, 4 września 2024
poniedziałek, 18 marca 2024
Zakazany brulion
Źle zrobiłam kupując ten brulion, bardzo źle. [s. 7]
Gruby zeszyt w czarnej, lśniącej okładce od chwili zakupu ma w sobie aurę czegoś zakazanego – nabyty pod wpływem impulsu, nielegalnie (w niedzielę w trafice), dla czterdziestotrzyletniej Walerii staje się ciągłym wyrzutem sumienia. Kobieta z jednej strony nie lubi nic ukrywać przed rodziną, z drugiej strony chce, aby jej osobiste zapiski pozostały tajemnicą, mimo że nie zawierają zdrożnych treści.
środa, 31 stycznia 2024
Niemy lament
Jeśli zachowasz pamięć o grzechu to jeden wielki lament. Beznamiętny monolog kierowany do zmarłej matki podszyty jest żalem porzuconego dziecka, żalem nie zawsze okazywanym, ale mimo upływu lat nadal żywym. Bo Lula, choć nie była matką wzorową, podobnie jak nie była w oczach rodziny wzorową córką, siostrą i żoną, dla Lorenza była matką wspaniałą. Taką, z którą jako kilkulatek chodził do biura, prowadził samochód i, co bardziej istotne, dzielił intymne sekrety.
sobota, 29 kwietnia 2023
Córka
Córka Eleny Ferrante jest powieścią krótką i zwięzłą, za to intensywną. I choć autorka porusza temat rozebrany już na czynniki pierwsze, czyli macierzyństwo, potrafi zaskoczyć. Na ten efekt złożyły się dwie rzeczy: sposób prowadzenia narracji oraz bohaterka, a w szczególności kontrowersyjne decyzje, jakie czasem podejmuje.
wtorek, 31 maja 2022
Za otrzymane łaski
Valeria Parrella bardzo oszczędnie wydziela słowa; chwilami zdaje się, że wykreśliła całe zdania, by zostawić tylko esencję. Skąpi opisu bohaterów, nie wyjaśnia powiązań między postaciami, nie buduje tła wydarzeń. Fabuła jest skondensowana, ograniczona. I może właśnie dlatego tak skutecznie uwodzi czytelnika, który tym chętniej szuka tropów i próbuje łączyć je w całość.
czwartek, 14 kwietnia 2022
Czwartki pani Julii
Okładka minipowieści Piero Chiary sugeruje, że tytułowa pani Julia czwartki spędza przyjemnie – jeśli nie na plaży nudystów, to tak czy owak oddaje się uciechom cielesnym. Poniekąd tak, bowiem raz w tygodniu udaje się do Mediolanu, aby odwiedzić córkę przebywającą na pensji, a później spotkać się z kochankiem.
wtorek, 2 czerwca 2020
Czas porzucenia
poniedziałek, 27 stycznia 2020
Dziecko w śniegu
niedziela, 28 października 2018
Włoskie klimaty
Mówiliśmy więc o nieśmiertelnej Sycylii, o Sycylii jako zjawisku natury. O zapachu rozmarynu na zboczach Nebrodi, o smaku miodu z Melilli, o falowaniu kłosów na wietrze w dzień majowy, tak dobrze widocznym z Enny, o pustkowiach dokoła Syrakuz, o falach zapachów, którymi okoliczne gaje pomarańczowe i cytrynowe zalewają po prostu Palermo podczas tych szczególnych czerwcowych zachodów słońca. Mówiliśmy o uroku letnich nocy, gdy człowiek leżąc na wznak wśród drzew pistacjowych widzi zatokę Castellammare i gwiazdy odbijające się w uśpionym morzu; jego dusza ginie wtedy w przestworzach, lecz ciało drży napięte w pogotowiu, czując zbliżające się demony. [s. 56]
Zaraz przy wejściu na schody, ale na zewnątrz od strony dziedzińca, zwisał czerwony sznur dzwonu; portier pociągał zań, aby uprzedzić służbę, że państwo wracają lub też że przybywa ktoś z wizytą. Ilość uderzeń dzwonu, czego portierzy przestrzegali z mistrzowską skrupulatnością, umiejąc, nie wiem jak, uzyskiwać brzmienie suche i czyste, wolne od denerwujących podźwięków – należała do rygorystycznego protokołu: cztery uderzenia dla mojej babki principessy i dwa dla jej gości, trzy dla mojej matki duchessy i jedno dla gości przybywających do niej. Ta skrupulatność bywała czasem przesadna: gdy niekiedy, w tym samym powozie, nadjeżdżała moja matka, babka i jedna z przyjaciółek, którą wzięły ze sobą po drodze, odbywał się prawdziwy koncert czterech, trzech i dwu uderzeń, trwający w nieskończoność. Mężczyźni, panowie domu – mój dziadek i ojciec — wychodzili i powracali bez akompaniamentu dzwonu. [s. 98]
piątek, 24 sierpnia 2018
Na powierzchni
środa, 5 kwietnia 2017
Morze Karaluchów
sobota, 12 grudnia 2015
Sycylijska rozmowa
_____________________________
Elio Vittorini Sycylijska rozmowa
przeł. Barbara Sieroszewska Wyd. PIW, Warszawa 1984
niedziela, 13 września 2015
Ogród cieni
poniedziałek, 3 marca 2014
Spokojny chaos
Sandro Veronesi „Spokojny chaos” przeł. Anna Osmólska-Mętrak i Natalia Mętrak, Draft Publishing, Warszawa 2013
piątek, 12 sierpnia 2011
Jak karmelek
Takich osobników jak cytowany wyżej Michele jest w powieści znacznie więcej. Członkowie jego rodziny w niczym nie przypominają włoskich familii znanych z filmów Felliniego. U Ginzburg obserwujemy rozkład więzi rodzinnych: każdy żyje osobno, troszczy się głównie o siebie, innym ma do zaoferowania jedynie swoje problemy. Powieść składa się przede wszystkim z listów i egocentryczne ciągoty piszących widać w nich jak na dłoni. Teraz ja! O mnie! Dla mnie! - zdają się krzyczeć. Osamotnieni na własne życzenie, bezpardonowo domagają się uwagi innych. To ex-rodzina, w której ojciec jawnie przyznaje się do nielubienia córek, a matka z braku zajęć zatruwa życie synowi.
Barwna, a zarazem smutna rodzina. Śledzenie jej losów na przełomie roku 1970 i 1971 daje raczej przygnębiający obraz włoskiego społeczeństwa, na dodatek w tle słychać starcia faszystów i komunistów. Książka ma zaledwie 135 stron, ale to proza niezwykle skondensowana. Do opisu bohaterów niepotrzebne były długie zdania, wystarczyły listy, tak dużo mówiące o ich autorach. Już ten pierwszy, pięciostronicowy (sic!) pisany przez matkę, zgrabnie zarysowuje sytuację i dobrze oddaje charakter Adriany. Pozostałe listy z czasem uzupełnią portret rodzinny. Portret w ciemnych barwach, z postaciami zastygłymi w bezruchu.
Wielkie podziękowania dla bezszmerowej Patrycji, której świetny tekst o literaturze włoskiej nakierował mnie na tę powieść. To niestety jedyna książka Natalii Ginzburg przetłumaczona na język polski. Może kiedyś, ktoś...
____________________________________________________________________________________
Natalia Ginzburg "Drogi Michele"; przeł. Barbara Sieroszewska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa, 1976
____________________________________________________________________________________
piątek, 5 listopada 2010
Taki piękny dzień - Melania Mazzucco

Przyznam, że z dużą rezerwą podeszłam do pełnych zachwytu recenzji tej powieści, ale dość szybko sama uległam jej urokowi. Czyta się ją z ogromną przyjemnością, głównie dzięki ciekawym bohaterom i starannie przemyślanej akcji, która w niewinny sposób nabiera tempa i nie wytraca go aż do końca. Na dobrą sprawę "Taki piękny dzień" to powieść polifoniczna - wszystkie osoby dramatu otrzymały szansę wypowiedzenia się. Daje to lepszy pogląd na wydarzenia i pozwala spojrzeć na bohaterów z różnych, a tym samym odmiennych, perspektyw. Niemal każdy pod oficjalną maską skrywa marzenia i tęsknoty, nawet ci, którzy udają, że jest zupełnie inaczej. I choć od początku wiadomo, że historia nie może skończyć się dobrze, a sportretowani Rzymianie wcale nie wydają się sympatyczni, za niektórych trzymałam kciuki.
W powieści bardzo spodobał mi się również Rzym - można go właściwie uznać za jednego z bohaterów. Przez cały czas wraz z poszczególnymi osobami czytelnik przemierza wymieniane z nazwy ulice, place, mosty i parki. Poznajemy dzielnice eleganckie, robotnicze i te biedne. Pojawiają się konkretne miejsca - od kościołów przez stacje metra i więzienie aż po wille i pałace. Książkę śmiało można - a może nawet trzeba - czytać z planem miasta pod ręką. Jeśli dodać do tego kilka włoskich hitów muzyki pop pobrzmiewających w tle wydarzeń, to nietrudno poczuć się jak w Rzymie. W mieście, które wzbudza ambiwalentne odczucia, bo można widzieć go na przykład tak:
Rzym był miastem zgrzybiałym i nieruchomym, zachwycającym bagnem. Przeszłość nie pozwalała mu mieć przyszłości. Mieszkańcy krążyli w kółko, jak potępieni. Nikt nie wydostawał się z piekielnego kręgu, który został mu przydzielony. [s. 141].
albo inaczej:
Najlepszym sposobem na to, żeby uczynić miasto swoim, jest utracić w nim nadzieje, przewlec przez nie własne cierpienie. O, Rzymie, twoja ascetyczność wspaniała i gościnna. Twój duch surowy, a jednak tak mądry, twoja istota nieprzenikniona, twoja zdolność trwania, przetrzymania - każdej zmiany i każdej katastrofy. O, najbardziej włoskie z włoskich miast, nieporównywalne w swoim pięknie - o smaku przepychu, rozkoszy, winy i przebaczenia. [s. 445]
Jedno jest pewne: to miasto nikogo nie pozostawia obojętnym. I tak jak Rzym zasługuje na miłość, tak powieść Mazzucco zasługuje na lekturę. Myślę, że liczne pochwały na jej temat są w pełni uzasadnione. Cieszy również, że książka została sfilmowana przez Ferzana Ozpetka - znając jego wcześniejsze dokonania, to może być dobry film.
Na zakończenie łyżka dziegciu: tłumaczka mogłaby wykazać się konsekwencją, bo stosowanie określeń "poseł" i "senator" jako synonimów jest rażącym błędem. Warto też się zdecydować, czy nazwy kościołów należy zostawić w oryginale, jak to ma najczęściej miejsce w powieści (np. Sant'Agostino na str. 129), czy też tłumaczyć na polski, co też się w tekście zdarza (np. kościół św. Agnieszki na str. 422).
Melania Mazzucco, "Taki piękny dzień", tłum. Joanna Wachowiak-Finlaison, Wydawnictwo WAB, Warszawa, 2010
sobota, 24 kwietnia 2010
Póki rekin śpi - Milena Agus
Lekki ton powieści jest początkowo mylący, z czasem dopiero się okaże, że historia rodziny Sevilla Mendoza z Sardynii jest niewesoła. Matka jest malarką-amatorką cierpiącą na depresję, ojciec marzy o pomaganiu biednym w Ameryce Południowej, syn, nad którym znęcają się w szkole koledzy, ucieka w świat muzyki. Nie lepiej jest z narratorką - jeszcze maturzystka, a już pozostaje w związku z żonatym mężczyzną o skłonnościach sado-masochistycznych. Jest także ciotka, która mimo swej niezwykłej atrakcyjności nie potrafi zbudować trwałej relacji damsko-męskiej.Powyższy opis mógłby sugerować kiepską powieść, której autorka postawiła na tanie chwyty polegające na skomasowaniu dziwactw. Na szczęście tak nie jest - portret rodziny wyłania się powoli, stopniowo. Krótkie rozdziały przywodzą na myśl krótkie sceny w filmach. Historia jest przedstawiana na chłodno (znamienne, że nie poznajemy nawet imion bohaterów) i ma zdecydowanie gorzki wydźwięk. Ale w końcu takie są opowieści o ludziach niespełnionych, a także niedojrzałych i zagubionych. Uderza, jak mało wiedzą o sobie poszczególni członkowie rodziny. Kochają się, są ze sobą zżyci, a jednak nie dostrzegają w porę problemów. Czasem trzeba sięgnąć dna, żeby móc się odbić i wypłynąć na powierzchnię życia.
Książka znacznie lepsza od "Bólu kamieni" tej samej autorki, może faktycznie debiuty są bardziej udane od swoich następców. Dla mnie było to miłe zaskoczenie, zwłaszcza, że początek powieści nie rokował dobrze. Zaznaczam, że lektura nie jest tak przygnębiająca, jak mogłaby to sugerować powyższa recenzja.
Moja ocena: 8/10
Milena Agus, "Póki rekin śpi", W.A.B., 2009
czwartek, 25 marca 2010
Ból kamieni - Milena Agus
Wbrew tytułowi ta cienka książeczka jest ciepłą, pogodną historią sardyńskiej rodziny, z nietuzinkową babcią narratorki w roli głównej. Ta cierpiąca na "szaleństwo miłosne" kobieta, przez lata żyjąca u boku kochającego, acz niekochanego męża, była niespełnioną kochanką i poetką. Mimo przeżyć wojennych, kilku nieudanych prób urodzenia potomka potrafiła stworzyć udaną rodzinę. Ba, jej wnuczka wręcz ją ubóstwiała, a okresowa niestabilność emocjonalna babki dodała w jej tylko uroku.W historii uderzył mnie sposób, w jaki babka postrzegała samą siebie. Zupełnie nieświadoma swojej urody, dobra żona i matka, była przekonana o tym, że poronienia były spowodowane brakiem miłości z jej strony. Wyrzucała sobie, że była wciąż niezadowolona, zbyt oschła dla męża, a przecież opowieść wnuczki świadczy o czymś innym. Być może w oczekiwaniu na miłość romantyczną nie potrafiła uznać tej prawdziwej, "codziennej" za satysfakcjonujące uczucie. Ale może to tylko pozory.
"Ból kamieni" czyta się bardzo szybko i podejrzewam, że szybko się też o nim zapomina. Owszem, lektura przyjemna, ale niezbyt głęboka. W gruncie rzeczy to kolejna słodko-gorzka historia, jakich w literaturze wiele. Według informacji na okładce książka otrzymała kilka nagród i stała się bestsellerem, a mnie się jednak wydaje, że nie świadczy to zbyt dobrze o kondycji literatury włoskiej.Zdjęcie obok to okładka wydania anglojęzycznego, nie mogłam sobie odmówić przyjemności zamieszczenia jej tutaj;) Chyba znacznie lepiej oddaje zawartość powieści niż nasza rodzima wersja.
Moja ocena: 6/10
Milena Agus, "Ból kamieni", Wydawnictwo W.A.B., 2008
wtorek, 16 marca 2010
Samotność liczb pierwszych - Paolo Giordano
Dla przypomnienia: Liczby pierwsze dzielą się tylko przez 1 i przez siebie. Stoją na swoich miejscach w nieskończonym szeregu liczb naturalnych, ściśnięte, jak wszystkie, między dwiema innymi liczbami, ale mają w sobie coś, co różni je od innych. To liczby podejrzliwe i samotne. (s. 139)
Definicja ta znakomicie pasuje do dwójki głównych bohaterów powieści czyli Alice i Mattii. Od najmłodszych lat są samotnikami, po części wskutek bolesnych (dosłownie) przeżyć w dzieciństwie, po części z własnego wyboru. Ich znajomość zaczyna się w szkole średniej i mimo, że więcej w niej milczenia i zahamowań, przeradza się w silny związek przyjacielski. Bardzo dziwny to związek, bardzo dziwna to para: ona - anorektyczka, on - geniusz matematyczny. A jednak trwają przy sobie przez lata:
Mattia i ona byli połączeni niewidzialną, elastyczną nicią, zagrzebaną pod stosem nieważnych rzeczy, nicią, która mogła istnieć tylko między dwojgiem takich jak oni: ludzi, którzy znaleźli własną samotność jedno w drugim. (s. 296)
Z czasem budzi się w nich pociąg erotyczny i chociaż doskonale wiedzą, co powinni zrobić, nie potrafią zdecydować się na dalszy krok, nie potrafią przebić się przez mur partnera. W chwili, która może zaważyć na ich wspólnej przyszłości (w powieści są dwie takie kluczowe sytuacje), coś ich dekoncentruje i powoduje, że pod wpływem impulsu wycofują się, robią unik. Doprawdy skomplikowana to przyjaźń, trudna do zaakceptowania.
Z książki wieje chłodem, ciszą i pustką (choć sporo się tu dzieje). Duża w tym zasługa prostego i precyzyjnego języka (autor jest fizykiem). I tak np. można przeczytać szczegółowy akapit o kolejnych czynnościach związanych z konserwacją roweru, przygotowywaniem posiłku lub zdejmowaniem ubrania. Mattii autor każe z kolei postrzegać rzeczywistość przez pryzmat matematyki i fizyki. Patrząc np. na ciało leżącej obok niego nagiej kobiety nie myśli o jej pięknie, ale o kątach i odległościach wynikających z ułożenia rąk i nóg. To jednak bardziej mechanizm obronny niż natręctwo.
Smutny jest świat w interpretacji Giordana, bo właściwie wszyscy jego bohaterowie są samotnikami. Poraża niemożność dotarcia do drugiego człowieka, czy to na linii rodzic - dziecko, czy też na linii kobieta - mężczyzna. Próby porozumienia wydają się niezgrabne i nietrafione, a rezygnacja z nich przynosi ulgę obu stronom. Okrutne to kalectwo, które dotyka "liczby pierwsze".
Lektura godna uwagi, choć nie jest wybitna. Mimo smutnego wydźwięku czyta się ją nadzwyczaj szybko. Co z niej pozostanie w pamięci na dłużej, nie jestem pewna.
Moja ocena: 7/10
Paolo Giordano, "Samotność liczb pierwszych", Wydawnictwo WAB, 2010













