W gruncie rzeczy wolałbym mieć żonę głupią, która by mnie słuchała cierpliwie i tępo. W tej chwili nie miałbym nic przeciwko tremu, żeby tu była ze mną Mara. Długo bym jej nie wytrzymał, bo po wysłuchaniu moich kłopotów zaczęłaby wyciągać swoje własne, przylepiłaby się do mnie jak karmelek i nie miałbym już chwili spokoju. Z pewnością nie chciałbym jej mieć za żonę. Ale właśnie teraz chętnie miałbym ją tutaj. [str. 104]
Takich osobników jak cytowany wyżej Michele jest w powieści znacznie więcej. Członkowie jego rodziny w niczym nie przypominają włoskich familii znanych z filmów Felliniego. U Ginzburg obserwujemy rozkład więzi rodzinnych: każdy żyje osobno, troszczy się głównie o siebie, innym ma do zaoferowania jedynie swoje problemy. Powieść składa się przede wszystkim z listów i egocentryczne ciągoty piszących widać w nich jak na dłoni. Teraz ja! O mnie! Dla mnie! - zdają się krzyczeć. Osamotnieni na własne życzenie, bezpardonowo domagają się uwagi innych. To ex-rodzina, w której ojciec jawnie przyznaje się do nielubienia córek, a matka z braku zajęć zatruwa życie synowi.
Barwna, a zarazem smutna rodzina. Śledzenie jej losów na przełomie roku 1970 i 1971 daje raczej przygnębiający obraz włoskiego społeczeństwa, na dodatek w tle słychać starcia faszystów i komunistów. Książka ma zaledwie 135 stron, ale to proza niezwykle skondensowana. Do opisu bohaterów niepotrzebne były długie zdania, wystarczyły listy, tak dużo mówiące o ich autorach. Już ten pierwszy, pięciostronicowy (sic!) pisany przez matkę, zgrabnie zarysowuje sytuację i dobrze oddaje charakter Adriany. Pozostałe listy z czasem uzupełnią portret rodzinny. Portret w ciemnych barwach, z postaciami zastygłymi w bezruchu.
Wielkie podziękowania dla bezszmerowej Patrycji, której świetny tekst o literaturze włoskiej nakierował mnie na tę powieść. To niestety jedyna książka Natalii Ginzburg przetłumaczona na język polski. Może kiedyś, ktoś...
____________________________________________________________________________________
Natalia Ginzburg "Drogi Michele"; przeł. Barbara Sieroszewska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa, 1976
____________________________________________________________________________________
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść epistolarna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść epistolarna. Pokaż wszystkie posty
piątek, 12 sierpnia 2011
poniedziałek, 15 marca 2010
Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek
Na wstępie składam wielkie podziękowania Lirael, dzięki której uprzejmości mogłam powieść przeczytać w oryginale;)Guernsey to wyspa na Kanale La Manche przy wybrzeżu francuskim, będąca terytorium zależnym Wielkiej Brytanii. Tu właśnie przez przypadek zawiązało się tytułowe stowarzyszenie, z którego członkami zaczyna korespondować Juliet, felietonistka z Londynu.
Powieść - poza jednym fragmentem - składa się z listów pisanych przez kilkanaście osób w okresie od stycznia do września 1946 r. Z początku dotyczą Juliet i wydarzeń związanych z wydaniem jej książki, w miarę rozwoju akcji centrują się wokół mieszkańców Guernsey. A jacyż to są mieszkańcy! Co osoba, to oryginał. Mocno różnią się od miłośników literatury, z którymi do tej pory stykała się Juliet. To przede wszystkim rolnicy i rybacy, którzy zaczęli czytać książki dla zachowania pozorów przed Niemcami okupującymi wyspę. Ich sposób postrzegania literatury może wydać się ekscentryczny i daleki od powszechnych interpretacji, ale trudno odmówić im racji. Poza tym książki są tu tylko pretekstem, na pierwszy plan wysuwają się opowieści mieszkańców o okupacji niemieckiej podczas II wojny światowej. Dla Juliet to nowość, jako że Guernsey było w tym czasie odcięte od świata i wszelkich wiadomości, a tym samym inni nie wiedzieli nic o losach wyspy.
Podejrzewam, że dla amerykańskich autorek temat okupacji był niezwykle ciekawy, jednak polskiemu czytelnikowi - z racji uwarunkowań historycznych - może wydać się niezbyt odkrywczy. Przytoczone opowieści są nam doskonale znane z wielu innych źródeł, w końcu sami byliśmy okupowani. Śmiem nawet twierdzić, że niemieccy żołnierze z powieści są nieco podkoloryzowani, wydają się momentami cokolwiek za dobrzy.
Tak czy owak to przyzwoicie napisana powieść. Uderza w niej ogromna życzliwość i uprzejmość głównych bohaterów, posiadających - jak przystało na Brytyjczyków - niesamowite wyczucie formy. Dużym walorem jest język skrzący się od tzw. angielskiego humoru, a więc bazującego na ironii. "Stowarzyszenie..." z pewnością gwarantuje nie tylko uśmiech, ale i wzruszenie. Bez wątpienia jest to dobra książka na poprawę nastroju, a jej bohaterów żegna się z żalem.
Moja ocena: 8/10
***********************
Dopisek z 30.11.2010 r.
Z perspektywy czasu ocena tej książki spadłaby to 6/10. Przyjemna lektura, niewiele więcej.
***********************
Mary Ann Shaffer & Annie Barrows, 'The Guernsey Literary and Potato Peel Pie Society', Bloomsbury Publishing PLC, 2009
środa, 13 stycznia 2010
Kolor Purpury - Alice Walker
"Kolor Purpury" to powieść epistolarna, składająca się z listów słabo wykształconej Celii (stąd ich wyjątkowo potoczny, często niegramatyczny styl) oraz jej siostry Nettie przebywającej na misji w Afryce. Osamotniona Celia początkowo pisze do Boga, bo - jak twierdzi póki umię napisać "Bóg" to nie jestem sama (s. 22), a trafiwszy na ślad siostry, adresuje korespondencję już do Nettie. Wskutek zawiłości losu, ich listy przez lata mijają się.
Opisywane wydarzenia mają miejsce w latach 30-tych i późniejszych ubiegłego stulecia, głównie w stanie Georgia i w Liberii. Umiejscowienie akcji nie jest oczywiste, w zasadzie trzeba się go domyślać na podstawie przemyconych informacji. Świat Celii wydaje się ograniczać do najbliższego otoczenia czyli małego miasteczka, historia prawie tu nie dociera. Główne bohaterki powieści (bohaterowie również) to czarni, biali pojawiają się tu z rzadka.
I mimo, że wydarzenia dotyczą czasów segregacji rasowej, to nie znajdziemy tu rozdzierających serce historii o złym traktowaniu przez białych. Owszem, wspomina się tu oddzielne przedziały w pociągu, nieuprzejmą obsługę w sklepie, opisuje wykorzystaną seksualnie przez policję Mary Agnes, czy niesprawiedliwie i dotkliwie potraktowaną przez burmistrza Sofię, ale nie są to najważniejsze tematy.
Najważniejsza jest droga Celii do uzyskania własnej niezależności i zaistnienia jako kobieta. Poniewierana przez ojczyma, później męża, przez lata żyje jako tania siła robocza i służąca we własnym domu. Jest tak zastraszona i uległa, że sprawia wrażenie opóźnionej w rozwoju. Za sprawą przyjaźni z kochanką męża (sic) sytuacja powoli się zmienia: Celia zaczyna bronić własnego "ja", odkrywa swoją seksualność, zmienia sposób postrzeganie Boga, a w końcu usamodzielnia się. Wszystko jest trudne nie za sprawą białych, ale czarnych, zwłaszcza mężczyzn, którym emancypacja kobiet zupełnie nie odpowiada.
Sam tytuł, który właściwie powinien brzmieć "Kolor Fioletu", wiąże się początkowo z bólem - fioletowe są siniaki powstałe wskutek bicia, fioletowe są najbardziej intymne części ciała gwałconej kobiety. Z czasem jednak fiolet staje się symbolem piękna (rośliny na polu) i marzeń (kolor ścian we własnym domu). Przy pomocy przyjaciół i ukochanych oraz własnej woli wiele w życiu można zmienić.
Powieść bardzo mi się podobała, zakończenie mocno mnie wzruszyło. Myślę, że film - jakkolwiek świetny - nie jest w stanie oddać wszystkich niuansów. Gratulacje należą się Michałowi Kłobukowskiemu za tłumaczenie, to sztuka tak doskonale wczuć się w tok myślenia i język niewykształconej osoby.
W 1983 r. "Kolor Purpury" został nagrodzony Pulitzerem.
Moja ocena: 10/10
Alice Walker, "Kolor Purpury", Wydawnictwo Ryton, 1992
Subskrybuj:
Posty (Atom)