Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. czeska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. czeska. Pokaż wszystkie posty

środa, 25 marca 2026

Najlepiej dla wszystkich

Soukupová po raz kolejny dowodzi, że historie rodzinne są jej mocną stroną. Problemy znane wielu czytelnikom, zgrabnie zawiązana fabuła oraz pełnowymiarowe postaci powodują, że jej książki chłonie się z zainteresowaniem. Nawet jeśli po raz kolejny opowiada o tym samym, czyli o pozornej bliskości. W powieściach czeskiej pisarki rodzice niby interesują się swoimi potomkami, a jednak nie mają pojęcia o ich prawdziwych potrzebach.

poniedziałek, 18 grudnia 2023

Kolekcjoner śniegu

Każdej zimy robili z tatą nowego bałwana, następnie wsadzali kawałek do zamrażarki, żeby zachować go na zawsze, na przyszłość.

Kolekcjonowanie śniegu to osobliwe hobby. Przede wszystkim bardzo niepraktyczne, bo zamrażarek potrzeba wielu, na dodatek trwałość kolekcji jest uzależniona od zasilania prądem. Najbardziej nurtującą kwestią pozostaje celowość przechowywania śniegu, ale tego Dominik nie potrafiłby wyjaśnić, tak jak nie wytłumaczył mu tego w dzieciństwie ojciec, który rozpoczął rodzinną tradycję. Śniegowe hobby dobrze charakteryzuje chłopaka: niepraktyczny, bez pomysłu na życie, wiecznie z głową w chmurach.

wtorek, 19 lipca 2022

Zniknąć

Zniknąć zawiera trzy dłuższe opowiadania, które łączy motyw rodzeństwa, a dokładniej – animozji między rodzeństwem. Animozje to zresztą eufemizm, dzieci po prostu się nie znoszą i nawzajem zwalczają. Interesujący temat, raczej rzadko przedstawiany tak jaskrawo jak u Petry Soukupovej. 

 

niedziela, 14 czerwca 2020

No i tak tu sobie żyjemy

- Ja bym się nie śmiał, jakbym był poważnie chory.
A ten, co sprzedaje ubezpieczenia, mówi:
- No i tak tu sobie żyjemy.

Pierwszy raz czytałam prozę Jaroslava Rudiša i od pierwszych stron miałam wrażenie, że dobrze trafiłam. Czeski Raj to książka bezpretensjonalna, umiejętnie wyważona: niby traktuje o codziennych troskach zwykłego obywatela, niejednokrotnie zahaczając o kwestie fundamentalne, a jednak nie brak jej lekkości i dystansu.

wtorek, 3 marca 2020

Straszydła na co dzień

— No tak. Po prostu będziemy udawać, że go nie ma i że nikt go nie widział. Żaden normalny człowiek nie widzi duchów, ponieważ duchów nie ma. To logiczne, prawda?
— No, niby tak — zastanawiał się zastępca. — Ale co będzie, jeśli jednak go ktoś zobaczy?
— Tego, kto go zobaczy, ukarzemy – powiedział stanowczo oficer Mikys i zapiął kołnierzyk. — To jest szerzenie niepokojących wieści i podkopywanie morale. Jasne? Rachunek!
[s. 81]


środa, 5 czerwca 2019

W ciemność

Tylko zioła jeszcze się dla mnie liczą. To za ich sprawą pojawili się w moim życiu różni ludzie, wydarzenia, sytuacje - a potem wszystko się poplątało. One zaczarowały moje niepozorne, zwyczajne życie. Nadawały mu sens, by potem znów go odebrać; przewracały wszystko do góry nogami i przynosiły ukojenie w najgorszych chwilach. Moje ukochane zioła. [s. 15]

W ciemność to idealna książka na czerwiec – rozświetlona słońcem, bogata w kolory i pachnąca przede wszystkim lipą. Główna bohaterka poświęca ziołom każdą wolną chwile i każdą myśl. Zbiera je nagminnie, chyba dla samego zbierania, bo z pewnością nie dla zysku – ten jest niewspółmiernie mały w stosunku do włożonego wysiłku. Ważny jest jednak sam kontakt z przyrodą, tak bardzo niedocenianą przez innych.


W przypadku Anny można mówić o autentycznej miłości do roślin, które są jej bliższe niż ludzie i stanowią odrębny byt. Można też mówić o natręctwie, ewentualnie uzależnieniu, ponieważ ta młoda kobieta nie jest w stanie oprzeć się widokowi dorodnych ziół – dla kilku wiązek krwawnika czy dziurawca jest w stanie brodzić w bagnie i wdrapywać się na skały, nierzadko narażając przy tym życie. Stopniowo zatraca się w zbieraniu i tylko czytelnik śledząc jej monolog, może zaobserwować, że pasja wymknęła się spod kontroli i przeszła w obsesję.

Bolavá niezwykle interesująco pokazała proces „odklejania” się od rzeczywistości i zamykania w świecie własnych wyobrażeń. I dobrze się stało, że powody tej przemiany pozostają niewyjaśnione, podobnie jak niewyjaśniona, a raczej niedopowiedziana pozostaje przeszłość zielarki – Anna wspomina zaledwie epizody, które w jakiś sposób dotyczyły zbierania. Zapewne dlatego zioła wydają się pełnoprawnym bohaterem W ciemność, jednej z najbardziej aromatycznych powieści, jakie znam.

___________________________________________________________________________
Anna Bolavá, W ciemność, tłum. Agata Wróbel, Książkowe Klimaty, Wrocław 2017

piątek, 22 marca 2019

Pieniądze od Hitlera

[…] człowiek odpowiada za swoje czyny. Chociaż nigdy nie ma wpływu na to, jak zostaną zinterpretowane. [s. 212]

Lato 1945. Gita Lauschmann wraca z obozu koncentracyjnego do rodzinnego domu na prowincji. Folwark niestety rozparcelowano, mieszkanie przejęli już nowi właściciele. Dziewczyna zostanie potraktowana przez dawnych sąsiadów bardzo brutalnie; jej winą jest to, że wróciła, bo miliony niewinnych padły [s. 27]. Pozostanie jej tylko uciekać, choć jeszcze powróci – 60 lat później będzie chciała wyrównać rachunki. 


Historia Gity jest naznaczona tragedią i okrucieństwem, łatwo zrozumieć jej gniew i zatwardziałość. Za wyrządzone krzywdy poniekąd należy się zadośćuczynienie, ale w Pieniądzach od Hitlera nic nie jest jednoznaczne. Lauschmannowie przed wojną cieszyli się szacunkiem, głównie dlatego, że byli zamożni, wykształceni i zatrudniali okolicznych chłopów. Podczas wojny okazało się, że dla hitlerowców byli Żydami, dla Czechów Niemcami. Powrót jedynej ocalałej z rodziny przypomniał o starych zadrach, ponownie dały o sobie znać różnice klasowe i narodowościowe. A przecież w całej tej sprawie kluczowa jest grabież mienia Lauschmannów, która nawet sześć dekad po zakończeniu wojny wzbudza wciąż silne emocje: u winowajców oraz ich potomków strach, u pokrzywdzonej chęć zemsty.

Radka Denemarková doskonale poprowadziła narrację, nie pozwalając na łatwą ocenę sytuacji – w powieści nie ma bohatera bez skazy, każdy ma coś na sumieniu. Stopniowe odkrywanie prawdy przynosi wiele niespodzianek, aż do ostatnich stron, a mimo to nawet finał pozostawia czytelnika z pytaniami. Książka świetnie napisana, dotykająca delikatnego, niewygodnego tematu. I to się daje wyraźnie odczuć podczas lektury.

______________________________________________________
Radka Denemarková, Pieniądze od Hitlera (letnia mozaika)
przeł. Tomasz Timingeriu, Olga Czernikow, Atut, Wrocław 2008 

środa, 11 lipca 2018

Lwiątko

Lwiątko (1969) to powieść o praskim Casanovie, który zagiął parol na ślicznotkę o bakelitowych oczach. A że redaktor Leden jest równie zdeterminowany co zepsuty, nie zawaha się intrygować, zdradzić najlepszego przyjaciela i narzeczonej, byle tylko osiągnąć cel. Należy bowiem do gatunku osób, które szybko i skutecznie zagłuszają ewentualne wyrzuty sumienia, można powiedzieć, że osiągnął wyjątkową biegłość w wybaczaniu sobie popełnionych draństw.


W książce Josefa Škvorecký’ego pojawia się co najmniej kilku podobnych delikwentów – różnej maści konformistów i karierowiczów, którzy dla zachowania pozycji lub zdobycia lepszej skłonni są wiele poświęcić. W wydawnictwie Ledena większość pracowników już dawno temu porzuciła młodzieńcze ideały i literackie ambicje na rzecz bardziej bezpiecznych zajęć. To oznacza m.in. ochronę talentów, bo nierozsądnych, pełnych bezkrytycznego entuzjazmu pisarzy trzeba przecież prowadzić. Dokąd? Do rozwagi, rzecz jasna, bo za głupotę nikt jeszcze nagrody państwowej nie dostał [s. 109]

Swoją drogą opis redakcyjnych zmagań z ambitnymi autorami wydaje się dzisiaj zabawny. Główny bój toczy się o współczesną, naturalistyczną nowelę o „upadłej” dziewczynie – poprawki utworu wiele mówią o czeskiej obyczajowości lat 60. Jeszcze ciekawiej brzmią opowieści o uładzaniu dzieł politycznie niepoprawnych. I tak na przykład z historii jazzu usunięty został Duke Ellington, ponieważ arystokratów nie propagowano, z kolei tłumacząc Klub Pickwicka, slangowe wypowiedzi Sama Wellera przekładano na język literacki, jako że slang uchodził za wymysł burżuazyjnych uczonych czyli nie istniał.

Wypada zaznaczyć, że Lwiątko nie jest jedynie pocieszną lekturą (nomen omen według autora to kryminał), bo choć Škvorecký obśmiewa absurdy socjalistycznej rzeczywistości, wspomina także o jej ciemnych stronach. Dla mnie to przede wszystkim znakomity portret środowiska literackiego z czasów, kiedy – jak mówi jedna z bohaterek – było się albo człowiekiem, albo świnią, i przeważnie nie sposób było tego rozpoznać. Gorąco polecam.

________________________________________________________________
Jozef Škvorecký, Lwiątko, przeł. Emilia Witwicka, PIW, Warszawa 1992


wtorek, 26 czerwca 2018

Ciotka bełkotka

Julie co wieczór wystaje na balkonie swojego mieszkania. Wypatruje gościa, z którym mogłaby porządnie pogadać, od stworzenia świata począwszy, a skończywszy długo po północy. Ale żadna z niej szekspirowska Julia czyli niewinne, romantyczne dziewczątko, nic z tych rzeczy. Bohaterka Petry Hůlovej to dojrzała, zmęczona życiem kobieta, autorka poczytnych harlekinów, która kiedy się napije, jest najtrzeźwiejsza i która ze swej balkonowej trybuny wykrzykuje w próżnię płomienne mowy o abstrakcyjnych znojach dnia codziennego


Przechodnie nie reagują, co wcale nie zniechęca Julie – jak nakręcona opowiada o niefajnym dzieciństwie, o porzuconych ambicjach i marzeniach, o zaniedbywaniu dzieci i zaprzedaniu się mamonie. Z każdym promilem staje się coraz bardziej wymowna, coraz bardziej ironiczna i otwarta, a nawet nieprzyzwoita. Jak sama twierdzi: jestem ascetyczną introwertyczką ze skłonnością do słownego ekshibicjonizmu, mam też rzadki dar: potrafię za pomocą ogromnej ilości słów nie przekazać zupełnie nic, i na odwrót, umiem przekazać tę resztę za pomocą czego innego (…).

Ten pijacki słowotok miejscami męczy, zwłaszcza że Julie nie jest całkowicie szczera, przede wszystkim wobec siebie samej. W którymś momencie rodzi się pytanie, czy faktycznie krzyczy z balkonu, tej sceny bez widzów, czy tylko monologuje w myślach. A może wszystko zmyśliła dla zwiększenia sprzedaży książek, w końcu dobrze wie, że produkty, które mają jakąś pikantną historię (istnieją kobiet szpikujące swoje teksty trupami członków rodziny), schodzą lepiej niż te, które jej nie mają, a to się nazywa doping, i jest to nieetyczne, bo działa

Jak na wynurzenia ciotki bełkotki całość jest podejrzanie dobrym monologiem, choć oczywiście alkohol mógł dodać narratorce skrzydeł, stąd nomen omen imponujący polot. Nie opuszcza mnie jednak wrażenie, że „słuchałam” rewelacyjnej, acz sfrustrowanej pisarki, która gdzieś po drodze roztrwoniła swój talent. O autorce Macochy na szczęście tego powiedzieć nie można – wciąż trzyma wysoki poziom, a jej zwodniczo różowa książeczka to według mnie majstersztyk.

P.S. Wyrazy uznania dla tłumaczki Julii Różewicz – w jej przekładzie nie znajduję ani jednego fałszywego słowa i tonu.

____________________________________________________________________
Petra Hůlová, Macocha, przeł. Julia Różewicz, Wyd. Afera, Wrocław 2017

sobota, 17 marca 2018

Walc pożegnalny

Przyjaciele, spróbujcie tego wina. Ma słodki smak przeszłości. Smakujcie je, jakbyście wysysali z długiej kości szpik jakiegoś dawno zapomnianego lata.

Z Walcem pożegnalnym jest zupełnie jak z winem proponowanym w powieści przez smakosza życia – to proza w starym, dobrym wydaniu (rocznik 1972), proza esencjonalna, a jednocześnie subtelna. Na pewno nie o słodkim smaku, ale na tyle przyjemnym, że chciałoby się dłużej sączyć historię doktora Slamy, jego przyjaciela Jakuba i trębacza Klimy.


Jest coś w uzdrowisku stworzonym przez Milana Kunderę, co przyciąga i rozleniwia, każe na dobre się rozgościć i włączyć w tutejsze życie. Umiejscowienie pawilonu „Richmond” naprzeciwko „Domu Marksa” sugeruje, że będzie zabawnie i tak rzeczywiście jest. Muzyk zdradza żonę, żeby utwierdzić się w miłości monogamicznej, ginekolog niekonwencjonalną metodą leczy bezpłodność, wszystko z myślą o nowych wspaniałych pokoleniach, domorosły filozof uparł się krzewić wokół siebie dobro i dostrzegać tylko piękno.

Bohaterowie ze swoimi drobnymi szajbami i niedostatkami charakteru są pocieszni, jako że  ludzkie słabości są traktowane wyrozumiale, a nawet z pewną dozą czułości. Walc pożegnalny nie jest jednak radosną powiastką o kobieciarzach i niegroźnych fantastach, przeciwwagę stanowi Jakub, ofiara komunistycznego reżimu. Wraz z jego pojawieniem się w powieści zaczynają pobrzmiewać ponure tony: mówi się o represjach politycznych, a jeszcze więcej o szczuciu i upodleniu obywateli, zwłaszcza tych biernych.

Na szczęście polityka nie przesłania innych wątków, autor potrafi odpowiednio rozłożyć akcenty i nawet pisząc o sprawach arcyważnych, wystrzega się tragizmu i patosu. To wyważenie i pochylanie się nad ludzkimi słabościami zawsze mnie w twórczości Kundery ujmowało, dzisiaj może jeszcze bardziej – ponowna lektura smakowała lepiej niż kilkanaście lat temu.

_____________________________________________________________________
Milan Kundera Walc pożegnalny, przeł. Piotr Godlewski, PIW, Warszawa 2001

poniedziałek, 5 lutego 2018

Rok koguta

Czytając zapiski Terezy Boučkovej z jednego zaledwie roku, kilkakrotnie zastanawiałam się, skąd brała siły, żeby każdego ranka wstawać z łóżka, podejmować wyzwanie i walczyć, próbując przy tym nie oszaleć i nikogo ze złości nie udusić.


Problemem nr 1 są adoptowani synowie: pełnoletni już Patrik wybrał życie kloszarda, z kolei 17-letni Lukas notorycznie kłamie, kradnie i nie chce się uczyć. Do listy przewinień dojdą z czasem narkotyki i konflikt z prawem, a przecież o chłopców dbano – nie szczędzono im uwagi, miłości ani czasu, na różne sposoby motywowano i dyscyplinowano. Niestety kilkanaście lat wysiłków poszło na marne.

To rzadki obraz macierzyństwa, mało kto ma odwagę mówić głośno o porażce wychowawczej, zwłaszcza jeśli dotyczy adopcji romskich dzieci. Dla jasności: Tereza i jej mąż nie żałują decyzji o przysposobieniu, są po prostu śmiertelnie zmęczeni długotrwałą i bezowocną szarpaniną, która zaczyna odbijać się na relacjach całej rodziny (Boučkovie mają też biologicznego, najmłodszego syna).

Jakby tego było mało, pisarka cierpi na depresję i trudne do zdiagnozowania bóle, co więcej, nie może zacząć pisać ani doprowadzić do sfilmowania własnego scenariusza. I bardzo tęskni za mężem, który co prawda jest tuż obok, ale woli zajmować się rowerem. Całe szczęście, że ta umordowana życiem kobieta ma jeszcze dystans do świata oraz pasje pozwalające na złapanie oddechu.

Rok koguta chwilami przytłacza, i dobrze, bo to uświadamia czytelnikowi ogrom ciężaru, z jakim Boučková obcowała codziennie. Dla mnie ta książka jest wewnętrznym krzykiem osoby na skraju załamania nerwowego; takiej, którą należałoby natychmiast przytulić i zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Mam nadzieję, że tak się stało.

____________________________________________________________________
Tereza Boučková, Rok koguta, tłum. Olga Czernikow, Wyd. Afera, Wrocław 2017


poniedziałek, 19 czerwca 2017

Na rozdeptanych morwach

O narratorze Palinki nie dowiemy się zbyt wiele: mieszkał w Pradze, w Brnie, także na prowincji w Bawarii. Trenował sport, grał na instrumentach muzycznych, komponował piosenki. Jeśli kochał, to bez większego powodzenia. Na dłużej osiadł w banackiej wsi, gdzie uczył w szkole języka czeskiego. Wyludnione pogranicze serbsko-rumuńskie miało być azylem, nie pierwszym zresztą.


Może to wrodzona nadwrażliwość, a może fatalny stan ducha powodują, że nawet błahe zdarzenia skłaniają bohatera Hořavy do wspomnień. Bodźcem może okazać się smak morwy albo kropli na ból gardła, grabienie liści w parku, zasłyszany menuet Bacha czy gra światłocienia. Mężczyzna przywołuje z pamięci osoby, emocje i miejsca, które prawdopodobnie w znacznym stopniu go ukonstytuowały. Nie składają się na przejrzysty życiorys, raczej na bardzo luźny i wyrywkowy zbiór epizodów, dający dość mgliste wyobrażenie o przeszłości pana nauczyciela, który wciąż przed czymś ucieka i z premedytacją wybiera odosobnienie. I czuje się przeraźliwie samotny.

W książce ta samotność jest namacalna, osacza czytelnika jak banacka mgła. Styl Hořavy jest na tyle gęsty i plastyczny, że bez trudu zobaczymy górskie zbocza porośnięte paprociami, pobielone chałupy z czerwonymi dachami i krowy na pastwisku. Nie trzeba też wielkiej wyobraźni, żeby usłyszeć szum Dunaju, a na języku poczuć ognistą palinkę ze śliwek i lubaszek. Dużo wrażeń jak na niecałe 190 stron.

__________________________________
Matěj Hořava Palinka. Prozy z Banatu
tłum. Anna Radwan-Żbikowska,
Książkowe Klimaty, Wrocław 2017

środa, 18 czerwca 2014

Zaziemie

Okładka „Zaziemia” kojarzy mi się z bajką i opowieść Šrámkovej o babce Noemi taki właśnie ma dla mnie wydźwięk. Sama do babć nie miałam szczęścia: obie były dość powściągliwe w okazywaniu uczuć i dziwnie niezręczne w kontakcie z wnuczkami. Niby były zadowolone z faktu posiadania wnucząt, ale to wszystko. Czeska pisarka miała najwyraźniej dużo więcej szczęścia, zważywszy że jej książka to swoiste wyznanie miłosne, a zarazem oryginalny tren.


Z tęsknoty za zmarłą babcią powstał specyficzny patchwork uszyty ze wspomnień, ożywających często w najmniej nieoczekiwanych sytuacjach. Nawet drobiazg może przypomnieć Janie historię ocalenia babci podczas wojny, jej nadzwyczajne umiejętności kulinarne czy siatkę żyłek na nogach, a podobiznę Noemi wnuczka potrafi zauważyć i na twarzy czekoladowego anioła w sklepie, i na buźce noworodka. Spomiędzy przebłysków pamięci wyłaniają się epizody z życia dorosłej Jany: żony, matki pisarki w jednym. Młoda kobieta jest zagubiona i rozbita; można odnieść wrażenie, że wraz ze śmiercią babci straciła kawałek siebie. I tak odczytuję tęsknotę narratorki – jako żal za przeszłością, która oznaczała beztroskę oraz ciepło i bezpieczeństwo rodzinnego domu, czyli po prostu szczęście. Opłakując odejście babci, Jana opłakuje również własne dzieciństwo, tak proste i niefrasobliwe w odróżnieniu od kłopotliwej dorosłości.

W „Zaziemiu” prawdziwej bajki z morałem i szczęśliwym zakończeniem nie ma, jest za to soczysta, gęsta opowieść – niewiarygodne, jak wiele udało zmieścić się Šrámkovej na zaledwie 128 stronach. I tylko trudno mi się zdecydować, czy wolę fragmenty o bajecznej Noemi, czy raczej migawki z życia dorosłej Jany (jak np. rozdział o skutkach czytania „Biegunów” Tokarczuk) - oba wątki są świetnie poprowadzone. W przypadku tej książki potwierdza się powiedzenie, że małe jest piękne. Zdecydowanie tak.


_______________________
Jana Šrámková Zaziemie
przeł. Weronika Girys-Czagowiec, Michał Fijałkowski
Wydawnictwo 7/8, Warszawa 2014



piątek, 1 lutego 2013

Śledztwo prowadzi radca Heumann

Gdybyśmy szli tylko tym tropem… - Heumann spojrzał na Wanię i Seibta – musielibyśmy przesłuchać tysiące ludzi na całym świecie, łącznie z cesarzem abisyńskim i królową angielską. Jakiś bałwan wykroiłby z tego oczywiście całą powieść, jeden morderca wśród dwunastu tajemniczych Murzynków… (s. 74)


Ladislav Fuks bałwanem nie był i znalazł inny sposób na napisanie kryminału: stworzył powieść psychologiczną, w której zbrodnia i śledztwo stanowią tło. Od poszukiwań sprawcy ważniejsze są rozgrywki pomiędzy tytułowym Heumannem, szefem stołecznej policji, a jego dorastającym synem. W sumie nic nowego – dwóch skonfliktowanych mężczyzn w jednym domu, młodszy powodowany hormonami i słabo skrywanym żalem, starszy – poczuciem obowiązku i honorem. Teoretycznie powinno buzować i iskrzyć, tymczasem historia przypomina danie spreparowane w laboratorium i serwowane na zimno. Bez przystawek i deseru, za to z kleksem ostrej musztardy podawanej na koniec posiłku.

Początkowo lektura wydała mi się nawet smakowita. Wszak akcja książki nie zawsze musi toczyć się wartko, a z bohaterami nie trzeba się utożsamiać, żeby całość uznać za dobrą. O problemach rodzinnych można opowiadać także bez emocji. Lekka niestrawność pojawiła się dopiero po kilku dniach, a sprawcą okazało się zakończenie „Śledztwa…”. W pierwszej chwili było zaskakujące, z czasem jednak straciło na wiarygodności. Na nic zdała się psychologia postaci i chłodny styl Fuksa - efekt dobrze napisanej powieści został zepsuty. W ostatecznym rozrachunku finał niestety nie przekonuje i pozostawia absmak. A mogło być to wytrawne danie pobudzające apetyt.

_____________________________________________________________________________________

Ladislav Fuks „Śledztwo prowadzi radca Heumann” przeł. Emilia Witwicka, Czytelnik, Warszawa, 1976
_____________________________________________________________________________________


poniedziałek, 22 października 2012

Tylko spokój nas uratuje

Ach, ten wyuzdany poeta! Ach, ta literatura!
Kiedyż znowu usłyszę o szlachetnych cierpieniach duchowych, kiedyż doczytam się, że ktoś turbuje się z sobą samym? Kiedyż literatura wyjdzie poza burdy i burdele? Kiedy zarzuci śpiewanki i niskie powszednie tematy? Kiedy się zwróci ku nieskazitelnym cnotom obywatelskim?
Kiedyż się spotkam w tych księdza książkach bodaj ze stroniczką o sprzedaży i kupnie, ze stroniczką, która traktuje o szkodliwości planowanych plajt, o miłości do ojczyzny, o spieniężaniu bydła i o melioracji?
Kiedy ukażą się nowe Georgiki? Kiedy wyjdzie książka poetycka o tężyznie fizycznej i o zasadach agitacji ze słusznego, klasowego punktu widzenia? Kiedy to nastąpi i ile wody upłynie w Orszy do tego czasu? (s. 60)

Podobne rozważania można usłyszeć nad Orszą, gdzie czas płynie powoli, a trzej główni bohaterowie z upodobaniem oddają się drobnymi przyjemnościom. Mistrz, ksiądz i major przede wszystkim rozmawiają. Teoretyzują, deliberują i polemizują. Niekiedy plotkują i dowcipkują. Na kąpielisku, w gospodzie i na rynku. W negliżu i kompletnym stroju.

Bez względu na okoliczności styl rozmów pozostaje zawsze na wysokim poziomie. I najwyraźniej tylko jeden drobiazg może wybić panów z rytmu: powab kobiecej urody. Występy magika (podrzędnego, fakt) nie wprowadzą tyle fermentu w sennym miasteczku co osoba jego asystentki. Młodość i ujmujący sposób bycia dziewczęcia skłonią niejednego mężczyznę do wciągania brzucha i podkręcania wąsa. Niektórzy zaryzykują nawet uszczerbkiem na zdrowiu.

"Kapryśne lato" ma dużo uroku, który najlepiej daje się odczuć podczas niespiesznej lektury. Spokój płynący z opowiadania Vančury jest po prostu zniewalający. Jest również lekarstwem na wszystkie problemy: nie warto się spieszyć, ekscytować - wszystko ułoży się samo z biegiem czasu. Lepiej delektować się życiem i porozmawiać z przyjacielem.

_______________________________________________________________________

Vladislav Vančura "Kapryśne lato" tłum. Józef Waczków, Wyd. Agora, Warszawa 2011
_______________________________________________________________________


piątek, 22 czerwca 2012

Balabán

Kupił bilet na karuzelę dziecięcą. Na taką drewnianą obrotnicę z autkami, motorami, końmi, wielbłądami i żyrafami. Kiedy był jeszcze mały, nigdy się na takiej nie przejechał. Teraz był już na nią trochę za duży, ale był sam i zdecydował się. Nikt nie śmiał się z niego, kiedy usiadł na małym zielonym motocyklu. Kawałek dalej siedziała mniejsza dziewczynka na żyrafie. Tatuś ją na niej posadził. Hans skulił się, żeby nie było widać, że jest za duży. Odezwał się dzwonek i karuzela ruszyła. [str. 104]


Powyższy fragment dobrze ilustruje nastrój i główne tematy opowiadań Balabána, w których przeważa melancholia, poczucie straty i osamotnienia. Nie znajdziemy tu ciepła i humoru, do których przyzwyczaiła nas czeska literatura. Raczej refleksję nad niewykorzystaną szansą i brakiem perspektyw na świetlaną przyszłość. Bohaterowie sprawiają wrażenie przegranych, ale też na niczym im specjalnie nie zależy, bez ekscytacji żyją z dnia na dzień, chyba już nic - oprócz świętego spokoju - nie oczekują. Pozornie ciągle są w ruchu, wciąż się przemieszczają, jednak te wycieczki bardziej przypominają brnięcie niż podróżowanie dla przyjemności. Niewesoło jest.

Nie jest łatwo pisać o tej książce. U Balabána większe znaczenie ma nastrój niż akcja, może dlatego trudno jego opowiadania zaszufladkować. Zresztą po co, skoro lepiej poddać się atmosferze i zanurzyć w leniwym świecie Emilów, Jaromirów i Kviet. Może nie nastroi nas ta lektura optymistycznie, ale z pewnością da chwilę wytchnienia, zmusi do zmniejszenia tempa. Dla mnie to cenne.

_____________________________________________________________________________

Jan Balabán "Wakacje. Możliwe, że odchodzimy" przeł. Julia Różewicz, Wydawnictwo Afera, Wrocław 2011
______________________________________________________________________________