Sądzę, że matka lubiła, gdy było do dupy. Chłonęła porażki. „Beznadziejne” filmy, „gówniane” wystawy, „nienormalni” ludzie – o nich mogła gadać zawsze. Pośród takich zjawisk czuła się u siebie. To, co się nie udawało, było dla niej „złotem”.
Ta pseudo-relacja jest tyleż toksyczna, co zagadkowa. Znamy wyłącznie okrojoną wersję Bridget, która skąpi informacji o sobie i wydaje się postacią totalnie bezbarwną. Nie wiadomo na przykład, dlaczego nie utrzymuje kontaktu z siostrą, w jakich okolicznościach ojciec definitywnie odszedł od rodziny, kiedy zmarł. A ponieważ opowieść skupia się na szajbach matki, w pewnym momencie pojawia się refleksja, że może to wszystko obliczone jest na efekt, może ktoś tu liczy na współczucie, w pokrętny sposób rekompensując sobie emocjonalne braki. W świecie realnym obie bohaterki z pewnością nadawałyby się na terapię.
Książka jest
sprawnie napisana, wciąga, jednak wcale nie jestem przekonana, czy zasługiwała na wydanie. Do dziś zastanawiam się, do czego zmierzała narratorka, co poza
ewentualnym współczuciem chciała uzyskać. Jakby czegoś kluczowego tu zabrakło.
________________________________________________________________
Gwendoline
Riley, Moje zmory, tłum. Maciej Stroiński, Wyd. Czarne 2025

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz