Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. bałkańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. bałkańska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 kwietnia 2022

Koczownicy

Przez kilka następnych godzin mama płukała mąkę i oddawała się medytacji transcendentalnej. Babcia pytała karty, czy bajaderki znajdujące się we wspomnianej bombonierce ma zjeść jako pierwsze, czy też zostawić je sobie na koniec. Sanja szyła i haftowała nową kolekcję igielników, które można nosić jako breloczki bądź przypinadła. Davor kończył ogrodzenie wokół studni, w której wody, poza błotem i mułem na samym dnie, najprawdopodobniej nigdy nie uświadczymy i którą zapewne wykorzystywać będziemy jako lodówkę. [str. 90]

Można pomyśleć, że to opis zwykłego popołudnia jednej rodziny i w zasadzie tak jest, tyle, że u Nenada Veličkovicia to popołudnie ma miejsce w Sarajewie w 1992 r. na początku wojny. Rodzina narratorki oraz dwóch znajomych siedemdziesięciolatków znaleźli schronienie w piwnicy muzeum, gdzie próbują „normalnie” żyć mimo nieustających ostrzałów i eksplozji w pobliżu.

czwartek, 26 listopada 2020

Bębny nocy

Josip Gubernik przybył do Sarajewa z Wiednia w czerwcu 1914 roku, żeby zbadać zasięg występowania rzadkiej odmiany klonu. Nie miał żadnych ambicji literackich, jednak już w pociągu zaczął zapisywać wrażenia z podróży. Opublikowane po latach jako Dzienniki sarajewskich nocy doczekały się dwóch wydań, za każdym razem w burzliwych czasach. Dzieło legendarne, sam autor uchodzi za jednego z najznakomitszych pamiętnikarzy w historii literatury jugosłowiańskiej. Szkopuł w tym, że Gubernik nie istniał.

wtorek, 19 maja 2020

Sabo się zatrzymał

Starannie układasz wspomnienia jak szczapy w szopie przed długą, mroźną zimą, a one i tak się przewracają i spadają ci pod nogi. Słowa, obrazy, klisze pamięci. [s. 106]

Nie mam pewności, czy narrator książki Oto Horvata chce ułożyć wspomnienia o zmarłej żonie w elegancki stos, myślę, że raczej nie ma na nie wpływu. Wspomnienia nasuwają się bezwiednie i niespodziewanie, wyzwalane często drobiazgiem: wizytą w kawiarni, w której razem z A. pijali macchiato i przeglądali prasę, spotkaniem ze starym znajomym, piosenką usłyszaną w radiu. Nie ma możliwości, aby te odpryski scalić w jedno, a tym bardziej uporządkować, zresztą stale przybywa nowych fragmentów domagających się uwagi, przypomnienia.

środa, 14 czerwca 2017

Słodko i zaszczytnie...

Toczka to inaczej kropka. To również nazwa małego wydawnictwa z Krakowa, które specjalizuje się w prozie niszowej, głównie bałkańskiej. Książki są najczęściej skromne objętościowo, jak choćby Słodko i zaszczytnie… Nevena Lukačevića, który pięć opowiadań zmieścił na 70 stronach. 


Akcja wszystkich historii toczy się podczas I wojny światowej, można nawet powiedzieć – w jej centrum. Za każdym razem wydarzenia śledzimy z innej perspektywy: Czech Lojka feralnego 28 czerwca 1914 r. wiezie samochodem cesarską parę, przemarznięty włoski wojak gdzieś w tyrolskich Alpach szykuje się do wymarszu, a na opuszczonej stacji kolejowej niedobitki bośniackiego plutonu rozważają dezercję. Jest jeszcze Brytyjczyk w okopach nad Sommą czekający na sygnał do ataku oraz dwóch młodziutkich żołnierzy z przeciwnych armii, których wiadomość o zakończeniu wojny zastaje w Belgii.

Oprócz zróżnicowanych pod względem narodowościowym bohaterów widać tu również przemyślany układ tekstów i dbałość o różnorodność formy (m.in. dziennik, list). To chyba jedyne zalety zbioru, który – sądząc po tytule i ujęciu tematu – miał pokazywać, że wbrew opinii Horacego nie jest słodko i zaszczytnie umierać za ojczyznę, że umieranie w imię wyższych ideałów jest często prozaiczne albo brutalne, a nade wszystko – bezsensowne. Używam słowa „miał”, ponieważ siła przekazu tych opowiadań jest znikoma. Autor nie wychodzi poza schemat i w rzeczywistości oferuje czytelnikowi głównie konfekcję.

Rozczarowanie lekturą jest tym większe, że w prozie Lukačevića był potencjał, niestety zabrakło podstawowego składnika fabuły: wiarygodności. Grzechem autora jest nie tylko powierzchowność i sztuczność, ale i naznaczenie opowieści współczesną wiedzą. W rezultacie książkę czyta się bez emocji, a przecież nie o to w literaturze chodzi.

_____________________________________
Neven Lukačević, Słodko i zaszczytnie… 
tłum. Joanna Kalinowska-Lukačević
Wyd. Toczka, Kraków 2016

czwartek, 27 kwietnia 2017

Psalm 44

Psalm 44 to cieniutka książeczka, wydawać by się mogło - do przeczytania w jeden wieczór. A jednak tak się nie da: opowieść Danilo Kiša przytłacza i męczy, zmusza do częstego zaczerpywania tchu. Nie dlatego, że opowiadając o Holokauście, autor epatuje brutalnością, bo tego nie robi. Przeciwnie, okrucieństwo oddaje półsłówkami i rozkłada na raty.


Fabuła powieści koncentruje się wokół ucieczki dwóch więźniarek z Auschwitz, ale to nie obozowa rzeczywistość najbardziej porusza. Największą siłę rażenia mają wspomnienia Marii z Węgier: pierwszy szok wywołany antysemickim atakiem, gwałtowny wykład ojca o nazizmie, masakra nad Dunajem, odwiedziny u koleżanki ukrywającej się w warsztacie stolarskim. Ten ostatni epizod szczególnie intensywnie przemawia do wyobraźni: dziewczyna przesypia całe dni w trumnie, a kiedy wybudza się z letargu, gra mozartowskie Requiem na paciorkach pamiątkowych korali.

Węgierskie doświadczenia w pewien sposób zaimpregnowały główną bohaterkę na okropieństwa wojny, zapewne dlatego wydaje się wyzuta z emocji. Wiemy, że się boi, co zresztą nie dziwi – ma kilkutygodniowe dziecko, za które czuje się odpowiedzialna. Z Marią mam jednak duży problem, ponieważ jej postać zupełnie mnie nie przekonuje. Jest nieznośnie nijaka, albo gorzej – gapowata. Nawet jeśli autor tak ją sobie wymyślił, nawet jeśli miała być antybohaterką, nie wzbudza niestety żadnych emocji, trudno się do niej przywiązać.

Oczywiście nie przekreśla to powieści, którą nomen omen sam Kiš po latach krytykował, nie bez powodu, za patos. Mimo uchybień Psalm 44 pozostaje wciąż dobrą prozą: z licznymi odniesieniami do Biblii, rwaną narracją, która z czasem stanie się dla pisarza charakterystyczna, oraz błyskotliwymi skojarzeniami. Jak na debiut naprawdę nieźle.

_______________________________________________
Danilo Kiš Psalm 44, przeł. Danuta Cirlić-Straszyńska
Książkowe Klimaty, Wrocław 2016 


wtorek, 25 października 2016

Pułapka na myszy Walta Disneya

Zoran Ferić rozbroił mnie już pierwszym opowiadaniem (Przegoń doktora), w którym grabarze paskudnie zabawiali się kosztem naukowców i w którym sprawy przybrały nieoczekiwany obrót za sprawą Einsteina:
Kiedy człowiek nauki wysiadł, Mac pokazał Alowi niezwykły przedmiot. Był to krążek z twardego kartonu, całkiem czarny, tylko na jednej stronie czerwonymi literami było napisane: E = mc2.
- Co to za gówno? - spytał Mac.
- Jakaś pierdolona groźba - odpowiedział Al. - Nie podoba mi się to. Wcale mi się nie podoba. [s. 11]

Alowi miało prawo się nie podobać, ale mnie – owszem.;) Kolejne opowiadania okazały się zresztą jeszcze ciekawsze: nawet jeśli nie były zabawne, to przynajmniej groteskowe i napisane z fantazją. Stróż nocny o imieniu Dante, Zorba nękający pasażerów metra głośną muzyką, Jan Palach jako patron straży ogniowej, śmiałek umierający na odwagę to tylko kilka przykładów na pomysłowość autora Pułapki na myszy Walta Disneya.

Nie jestem pewna, czy – jak twierdzi wydawca – Ferić rzeczywiście dociera w tych opowiadaniach do sedna powojennej rzeczywistości byłej Jugosławii, wiem natomiast, że jego opowiastki mówią wiele o człowieku jako takim. W szczególności o naszej bezradności wobec przykrych niespodzianek, jakie serwuje nam od czasu do czasu życie, które potrafi okrutnie zakpić z człowieka. Chorwacki pisarz wystawia swoich bohaterów na ciężkie próby, ale też najwyraźniej jest po ich stronie – pochyla się nad nieborakami z troską, choć czasem trudno ją rozpoznać pośród czarnego humoru:
Pierwszą rzeczą, o jakiej pomyślałem po amputacji prawej nogi, była szubienica. Gdybym się teraz powiesił, myślałem, wisiałbym krzywo. Z równowagą byłoby coś nie tak. W westernach nie widuje się takich rzeczy. Powiedziałem o tym swojej żonie, kiedy tylko wybudziłem się z narkozy.[s. 61]
Obrazek ponury, a czytelnik się śmieje. I tak to właśnie jest z Pułapką na myszy Walta Disneya.

__________________________________________________
Zoran Ferić, Pułapka na myszy Walta Disneya
przeł. Gordana Durdev i in.
Wyd. Pogranicze, Sejny 2007

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Bałkański nokturn

Nasze miasto narodziło się z bliskości pomiędzy ludźmi a rzeką. Una to siła, która utrzymuje miasto w ryzach, w przeciwnym razie już dawno temu okryłoby się ziemią. A jego mieszkańcy uciekliby jak żółwie, z domami na plecach, daleko stąd. W tym mieście wszyscy ludzie są wyznawcami wody. Wiedzą, że większość problemów zniknie, jeśli będą po prostu wpatrywać się w przepływającą rzekę. Dlatego właśnie warto tutaj zamieszkać, zobowiązać się do dożywotniej wierności. Do utrzymania przymierza, którego pod żadnym pozorem nie można ujawnić. [s. 127]


Una istnieje naprawdę (płynie w zachodniej Bośni i Hercegowinie), jednak w powieści Faruka Šehicia wydaje się rzeką magiczną i baśniową. Oczyszcza, czasem ożywia zwłoki, daje też schronienie. Dla narratora jest częścią krainy dzieciństwa, do której w życiu dorosłym będzie często powracać. Bo rzeka płynie, jakby nic się działo. Trzy metry pod powierzchnią panuje nienaruszalna cisza, której nie jest w stanie zakłócić nawet artyleryjski ostrzał. Dla Mustafy Husara wodna republika stanie się protezą świata utraconego podczas wojny, wyimaginowanym azylem dla sponiewieranej duszy.

Książka Šehicia jest niezwykła: poetycka i melancholijna, z pogranicza jawy i snu. Czytelnik wsiąka w ten turkusowo-zielony ocean opowieści, by razem z głównym bohaterem dorastać z roślinami, zanurzać się w zwierciadle i zaglądać w ryby. Albo śnić o marynarzach zielonej armii, bogach rzeki i potworze z Sokiony. Wszystko po to, by uciec od wojennych okropieństw. Šehić wie, o czym pisze: w kwietniu 1992 r. dobrowolnie wstąpił do armii BiH i jako porucznik dowodził ponad setką żołnierzy. Można się domyślać, że w Książce o Unie zawarł własne doświadczenia i podobnie jak Mustafa sam również poddaje się autohipnozie, aby załagodzić ból i słowami odbudować utraconą przeszłość. Z mojej perspektywy efekt jest znakomity.

Ryby wiercą się, przez chwilę są zdenerwowane i wylęknione, lecz zaraz potem uspokajają się i długo tkwią w jednym miejscu, jak gdyby pełniły tam straż. To jest mój świat. Jestem w nim rybą przystosowaną do życia na lądzie. Żywym dowodem darwinowskiej ewolucji. Niebrakującym ogniwem, stadium przejściowym pomiędzy rybą a człowiekiem, chociaż posiadam wygląd doskonale ludzki. [s. 53]

______________________________________________________________________________
Faruk Šehić, Książka o Unie, przeł. Agnieszka Schreier, Biuro Literackie, Stronie Śl. 2016



czwartek, 3 marca 2016

Drugi pocałunek Gity Danon

Gita Danon studiowała w Sarajewie medycynę, a w czasie wolnym dla sportu zwodziła i rozkochiwała mężczyzn, by po pierwszym pocałunku adoratora porzucić i zacząć umawiać się z kolejnym. Miljenko Jergović również czaruje i szybko porzuca czytelnika, na szczęście w swoim zbiorze opowiadań ma do zaoferowania aż dwadzieścia cztery „całusy”, wszystkie pierwszorzędne.


Naturalnie trochę żartuję, ale w kwestii poziomu Drugiego pocałunku Gity Danon bynajmniej – teksty wybrane przez autora złożyły się na wysmakowaną antologię o lokalnym charakterze. U Jergovicia wyraźnie daje się bowiem odczuć duch byłej Jugosławii z jej burzliwą historią, mieszanką kultur i religii oraz chaosem i absurdem. Czy będzie mowa o Božo Katastrofie czy o hodży Kocmołuchu, o dziewczynce szukającej kredy lub o komuniście Ivo, o pobożnym rabinie Dłonisku lub o babci Erice cierpiącej na Alzheimera, usłyszymy historie melancholijne, może nawet nieco gorzkie, w których od czasu do czasu zabrzmi jednak pogodny ton i pojawi się przebłysk szaleństwa. Słowa „usłyszymy” używam tu nie przypadkiem – narrator często zwraca się wprost do czytelnika/słuchacza, stwarzając wrażenie intymności i pozwalając bez problemu zadomowić się w świecie bohaterów. Stają się nam bardzo bliscy, bierzemy udział w ich zmaganiach z losem, a na koniec żałujemy, że wszystkich tych Lotarów, Mahirów i Anatolijki bezpowrotnie tracimy z oczu. I o to przecież chodzi w dobrze opowiedzianych historiach, prawda?

Drugi pocałunek… spodobał mi się ogromnie, głównie dzięki barwnemu bałkańskiemu kolorytowi, który autor znakomicie uchwycił i skompresował do krótkich tekstów. Nie przesadzę, jeśli powiem, że podobnie jak jedna z jego postaci Jergović swoimi opowieściami naprawia świat, jak dobry mechanik naprawia samochód [s. 129]. Dla mnie ten zbiór jest po prostu magiczny.

_______________________________________________________________
Miljenko Jergović Drugi pocałunek Gity Danon, tłum. Miłosz Waligórski
Biuro Literackie, Wrocław 2016

poniedziałek, 20 lipca 2015

Dom na odludziu

Dom to piętrowy, na stromym Alifakovacu stoi nieco na uboczu u samego szczytu. Na parterze, gdzie zimą bywa ciepło, a latem chłód panuje, mieści się pokaźna sień, duża kuchnia i od tyłu dwa mniejsze ciemne pokoiki, na piętrze zaś trzy duże pokoje, a jeden, ten od frontu, wychodzący na rozległą dolinę sarajewską, ma obszerny balkon. [s. 5]

Pierwsze dwa zdania z książki Ivo Andricia podziałały na moją wyobraźnię tak bardzo, że natychmiast wyszukałam w internecie zdjęcia Alifakovacu. Warto było, bo miejsce jest szczególne (patrz: fotografia poniżej). Nieco surowe, ale wyjątkowo malownicze, w dużej części zajęte przez cmentarz muzułmański, będący miejscem pochówku wielu zacnych obywateli Sarajewa. Nic dziwnego, że tytułowy dom narratora często odwiedzają duchy, i to nie byle jakie.


Krzykiem lub szeptem widma zabiegają o uwagę narratora, który nieszczęśnikom użycza ucha i miejsca na papierze. W domu na odludziu mostarski wezyr mija się w drzwiach z baronem fantastą, chwacki pasza z księgowym alkoholikiem, wiekowa służka Zuja z dyrektorem cyrku, a bośniacka niewolnica z geometrą narzekającym na nadmierną towarzyskość żony. Płyną opowieści o spiskach, zdradach i namiętnościach, nierzadko leje się krew, a jednak te historie mają w sobie coś z baśni. Coś, co każe często wracać myślą bohaterów oraz ich świata z pogranicza jawy i snu.


Dzieje się tak po części za sprawą kulturowej otoczki Bałkanów, po części za sprawą stylu Andricia, który czaruje słowem jak mało kto. Bajecznie opisuje chwile tak ulotne jak przypływ natchnienia oraz zdarzenia całkiem zwyczajne – czy mowa o piciu rakii czy o wizycie na targu. „Dom na odludziu” przyciąga i urzeka, niebezpiecznie rozbudza marzenia. Z pewnością odwiedzę go kiedyś ponownie.


___________________________
Ivo Andrić Dom na odludziu
przeł. Halina Kalita, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1979



wtorek, 5 sierpnia 2014

Mechaniczne lwy, psy gończe i inne bestie

Dałam się nabrać Kišowi jak dziecko. Tak sprytnie szafował cytatami, przypisami i wycinkami z prasy, tak często powoływał się na archiwa policyjne i zapiski biografów, że pierwsze dwa z siedmiu tekstów w „Grobowcu dla Borysa Dawidowicza” wzięłam za literackie opowieści o autentycznych postaciach i wydarzeniach. Autor co chwila utwierdzał mnie w tym przekonaniu, a to odsyłając do bibliografii, a to wtrącając wypowiedzi typu: świadectwa są nieliczne i sprzeczne, według wiarygodnych źródeł itp. Gdyby nie bajeczna opowieść o browarze urządzonym przez komunistów w kijowskim Soborze Sofijskim, Kiš zapewne długo by jeszcze mnie zwodził. Historie przytoczone w „Grobowcu…” są jednak fikcją. Fantastycznie upozorowaną na literaturę faktu, ale fikcją.


Nie ma dla mnie znaczenia, czy pisarz skopiował pomysł Borgesa (co zarzucali mu zażarci oponenci), czy nie; ważne, że mistyfikacja udała się. Kiš jest na tyle przekonujący, że czytelnik podejmuje grę i bez większego oporu poddaje się jej regułom, by na koniec skapitulować. Lekturę kończyłam z poczuciem obcowania z  p r a w d ą, a przynajmniej bardzo chciałam w to wierzyć. Bo czy wymyślone przez Serba życiorysy nie mogły mieć autentycznych pierwowzorów? Przecież nie jeden żyd zmuszony został przemocą do chrztu, nie jeden zamachowiec zgnił w kazamatach, a niesłusznie posądzonych i straconych rzekomych wrogów komunizmu historia zna tysiące. W tym sensie Kiš mówi prawdę: za każdym razem totalitaryzmy pożerały morze ofiar, łamiąc kręgosłupy nieposłusznym, nierzadko także oprawcom. Ideologia mogła być dowolna, mechanizm działania pozostawał z grubsza identyczny.

„Grobowiec dla Borysa Dawidowicza” powstał w 1976 r. i był przejawem „obsesji” autora, który przy pomocy wiarygodnych opowieści starał się otwierać oczy młodym ludziom uważającym zbrodnie stalinowskie, w tym łagry, za kłamstwo. Czas zrobił swoje i wątki obozowe u Kiša nie mają już takiej siły rażenia jak mogły mieć trzy dekady temu. Owszem, robią wrażenie, głównie za sprawą kunsztu literackiego pisarza, mnie przede wszystkim poruszyła jednak smutna prawda o powtarzalności historii – o ile stalinizm, legalny antysemityzm należą do przeszłości, na inne –izmy grunt jest niestety wciąż podatny.

W moim odczuciu w „Grobowcu…” forma wzięła górę nad treścią, co bynajmniej nie jest zarzutem. Kiš rozbroił mnie swoją finezyjną mistyfikacją i ujął urodą niektórych zdań oraz całych akapitów, choćby tego:
Zajęty byłem czytaniem i pisaniem, kiedy do mego pokoju wtargnęło mnóstwo ludzi zbrojnych w niewiedzę tępą jak bat i nienawiść ostrą jak nóż. Nie od moich jedwabi czerwieniły im się oczy, ale od książek ustawionych na półkach. Jedwab pochowali pod opończe, książki zaś pozrzucali na podłogę, zaczęli deptać je i drzeć na moich oczach. A były te książki oprawne w skórę i oznaczone cyframi, napisane przez uczonych; gdyby owi zechcieli je czytać, znaleźliby w nich tysiąc powodów, by mnie zabić na miejscu. I znaleźliby, gdyby zechcieli je czytać, lek i balsam na swoją nienawiść. [s. 140-141]
Ten serbski pisarz potrafi kapitalnie budować napięcie (jak w opisie morderczej gry w karty w łagrze), zaskakiwać poetyckością, ale też wzbudzać odrazę (np. w scenie polowania na mordercę kur) – a wszystko to na kartach paradokumentalnych opowieści, napisanych w stosownym dla tego gatunku stylu. Jak głoszą ostatnie słowa z „Grobowca…”: nie wystarczy mieć jaja, aby pisać. Kiš bez wątpienia dysponował nie tylko jajami.

___________________________________________________________________________
Danilo Kiš, Grobowiec dla Borysa Dawidowicza. Siedem rozdziałów wspólnej historii
przeł. Danuta Cirlić-Straszyńska
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2005


poniedziałek, 7 października 2013

Na siedemnastym kilometrze

Wydarzenie wydawało się całkiem zwyczajne. Taksówka spadła w przepaść na siedemnastym kilometrze autostrady prowadzącej na lotnisko. Dwoje pasażerów zginęło na miejscu, a ciężko ranny kierowca został przewieziony nieprzytomny do szpitala. (s. 11)


Wypadek, dochodzenie, zamknięcie sprawy. W śmierci pary Albańczyków nawet przedstawiciele rządów bałkańskich nie doszukali się niczego podejrzanego. Tylko anonimowy badacz nie jest usatysfakcjonowany wynikami śledztwa. Uporczywie studiuje zgromadzone materiały, świadkom zdarzenia i znajomym ofiar zadaje coraz bardziej zaskakujące pytania, chwyta się najmniejszych drobiazgów. Zupełnie bez powodu odtwarza ostatnie czterdzieści tygodni życia Roveny i Besforda.

Zaangażowanie badacza bliskie jest obsesji i taki był też związek łączący ofiary. Zmęczeni sobą nawzajem, przygodnymi spotkaniami i atmosferą zagrożenia nie potrafią (i po trosze nie chcą) się rozstać. W tej relacji, karmionej niedomówieniami i fałszywymi sygnałami, nie ma żadnego punktu zaczepienia, nic pewnego – w rezultacie gubią się kochankowie, gubi się dociekliwy badacz, a wraz z nimi czytelnik. Granica między prawdą a domysłami staje się tak słabo widoczna, że cała historia wydaje się snem albo projekcją chorego umysłu.

„Wypadek”, jak większość książek o obsesji, wymaga dużo cierpliwości, jednak efekt końcowy wart jest tego wysiłku. W pozornie prostej powieści Kadare pomieścił historię miłosną, obsesję i politykę, wplatając w całość mit o Orfeuszu i Eurydyce. I choć „Wypadek” trudno uznać za szczytowe osiągnięcie albańskiego pisarza, nie sposób oprzeć się niezwykłej atmosferze książki.

___________________________________________________________________

Ismail Kadare „Wypadek”, tłum. Dorota Horodyska, Świat Książki, Warszawa 213
___________________________________________________________________


piątek, 18 maja 2012

Book proposal


"Book proposal, konspekt książki, to jedna z najważniejszych rzeczy w nastawionej na rynek kulturze literackiej. Book proposal to kamień węgielny, bez niego nie ma książki. Dlatego podręcznik How to Write a Book Proposal powinien być Biblią każdego autora, który chce być pewnym graczem we współczesnym ostro konkurencyjnym przemyśle wydawniczym.

- Tak, tak - mruczy w słuchawkę redaktor. - Otrzymałem pani rękopis, ale nie zamierzam niczego zrobić, zanim nie przyśle mi pani book proposalu.


Co to jest book proposal? Streszczenie książki, wyciąg, krótko ujęta zawartość. Który book proposal jest udany? Ten, który sprowokuje redaktora, żeby przekazał rękopis do przeczytania lektorom wydawnictwa. Który book proposal jest naprawdę udany? Ten, który sprowokuje redaktora do podpisania umowy na książkę, zanim jeszcze książka została zaczęta.

Udany book proposal musi mieć w sobie hook, haczyk, przynętę, lepik. Tak przynajmniej twierdzi autor wspomnianej Biblii. Trzeba mieć hook, powiada, który przyszpili uwagę redaktora i odsunie, jeśli wręcz nie uniemożliwi, lot proposalu do kosza na śmieci.

- Nijak nie mogę znaleźć tego hooka - skarży się Ellen. Moja koleżanka zupełnie zarzuciła pracę nad książką, już od miesięcy pisze doskonały book proposal. - Szybciej bym napisała powieść niż dwie stroniczki streszczenia.

- Wyobraź sobie, że piszesz ofertę do informatora matrymonialnego, może łatwiej ci pójdzie - pocieszam ją głupio.

Udany book proposal powinien następnie odpowiedzieć na pytanie, dla jakiego typu czytelników przyszła książka jest przeznaczona. O ile sprawy z przynętą są dla mnie w jakimś sensie jasne, o tyle nie potrafię wyobrazić sobie z wyprzedzeniem swoich czytelników...

- Wyobraź sobie, że twoim czytelnikiem będzie Arnold Schwarzenegger, może łatwiej ci pójdzie - mówi Ellen.

Dziewiętnasty wiek, Francja, młoda ładna kobieta, wydana za mąż za prowincjonalnego lekarza, marzy o miłości. Rozdarta między nudnym mężem a jednym i potem drugim kochankiem, przytłoczona długami, które rosną z dnia na dzień, młoda kobieta popełnia samobójstwo. Książka skierowana jest do szeroko rozumianego kobiecego audytorium. - W porządku - powiada redaktor. - Proszę tylko zmienić dziewiętnasty wiek na dwudziesty i dodać jeszcze kilku kochanków. Niech pani też wymyśli rozrywkę dla męża, niech się okaże, że jest gejem. I proszę wyrzucić to samobójstwo na końcu! Jest absolutnie nieprzekonujące.

Dziewiętnasty wiek, Rosja, mężatka z wysokich sfer zakochuje się, zostawia męża i syna, żyje wyrzucona poza nawias społeczeństwa z uwielbianym kochankiem, a gdy ten ją zostawia, idąc na wojnę, rzuca się pod pociąg. Książka skierowana jest do szeroko rozumianego kobiecego audytorium.

- Wspaniale - powiada redaktor. - Dwie siostry, jedna żyje w sowieckiej Rosji, wydana za porucznika KGB, zakochuje się w dysydencie. Druga udaje się na emigrację i wychodzi za nudnego lekarza żyjącego na francuskiej prowincji. Lata dziewięćdziesiąte, siostry się spotykają. Pojawiają się flashbacki, dwa odmienne żywoty, dwa kobiece losy. Iluzje i rozczarowania Wschodu i Zachodu po upadku komunizmu. Tytuł: Dwie siostry... Niech pani pisze!" [str. 25]


Więcej w książce:

_________________________________________________________________________________________

Dubravka Ugrešić "Czytanie wzbronione", tłum. Dorota Jovanka Ćirlić, Wyd. Świat Literacki, Izabelin, 2004
_________________________________________________________________________________________

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Kraj, gdzie nigdy się nie umiera - Ornela Vorpsi

Urodzić się w Albanii - to nie rokuje dobrze. Urodzić się w Albanii dziewczynką - to już prawdziwa katastrofa. Jeszcze gorzej może być wówczas, gdy wyrośnie się na atrakcyjną kobietę. Albo ma się ojca więźnia politycznego. Albo światopogląd niezgodny z obowiązującą linią Matki Partii. Tak, w Albanii nie jest łatwo żyć.

To jest kraj, gdzie nigdy się nie umiera. Ciała wzmocnione przez niekończące się godziny spędzane przy stole, podlewane rakiją, zdezynfekowane ostrą papryczką dodawaną do gęstej oliwy nabierają tutaj nadzwyczajnej siły, pozwalającej przejść wszystkie próby. Kręgosłup jest z żelaza. Możesz go używać, jak ci się podoba. Jeśli coś się zepsuje, zawsze da się temu zaradzić. Serce, na przykład, może się powiększyć, zrobić niewydolne, może mu się przytrafić zawał, zator i bo ja wiem, co jeszcze, ale nadal dumnie trwa na posterunku. Jesteśmy w Albanii, tutaj nie ma żartów. [str. 7]



Opowieść Vorpsi utkana jest z luźnych wspomnień z dzieciństwa. Tu epizod o szukaniu skarbów w ogródku, tam o nauczycielce sadystce, gdzie indziej o tajemniczym zniknięciu sąsiadek. Niepostrzeżenie z tych odprysków wyłania się historia rodzinna i obraz życia w totalitarnej Albanii. Byłby zapewne przygnębiający, gdyby nie ironiczny ton nadający całości gorzkiego posmaku. W książce nie ma nostalgii za dawną ojczyzną, jest raczej ulga z powodu opuszczenia smutnego kraju i jego dokuczliwych mieszkańców.

Powieść Vorpsi nie jest w moim odczuciu wybitna czy szczególnie porywająca, jest za to ciekawa ze względu na narodowość autorki, a więc inność, która potrafi urzekać. Literatura albańska tak rzadko gości w polskich księgarniach, że warto czasem zafundować sobie wycieczkę w tak mało znane rejony jak "Kraj, gdzie nigdy się nie umiera".

____________________________________________________________________________________

Ornela Vorpsi "Kraj, gdzie nigdy się nie umiera", tłum. Joanna Ugniewska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2008
____________________________________________________________________________________

niedziela, 6 grudnia 2009

Krzesło Eliasza - Igor Stiks

Nie byłam w stanie doczytać tej książki choćby do połowy. Przez pierwsze 40 stron autor przygotowuje czytelnika do właściwego początku historii czyli odnalezienia w schowku listu matki głównego bohatera zmarłej krótko po jego narodzinach. Poznane fakty prowadzą do śledztwa w sprawie prawdziwego ojca Richarda Richtera, akcja z Wiednia przenosi się do Sarajewa.

Styl narracji - rozwlekły i po prostu nudny - był dla mnie zbyt irytujący, żeby wytrwać w śledzeniu fabuły. Nawet po przekartkowaniu dalszych 50 stron nie było lepiej. Okazuje się, że porównanie "Krzesła Eliasza" do "Homo Faber" Frischa nie zawsze jest gwarancją dobrej lektury. A zapowiadało się tak ciekawie...