Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iwaszkiewicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iwaszkiewicz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 września 2025

Z innej perspektywy

O swoim złotym weselu świętowanym 12 września 1972 roku Jarosław Iwaszkiewicz napisał w dzienniku dopiero 30 listopada, przebywając w Rzymie. Na jesieni wiele się działo w życiu pisarza i jak tłumaczył się we wpisie  wszystko to razem raczej zachwiało moją równowagę duchową, a w każdym razie nie dawało tej spokojnej chwili zastanowienia i możności oceny, która powoduje zapis w tym kajecie. Wrześniowe wydarzenie opisał następująco:

Złote wesele było ewenementem „olbrzymim". Przygotowywałem się do niego przez parę lat, a chwila podsumowania półwiekowego pożycia przyszła raczej nieoczekiwanie. Jak zwykle takie dnie ślubów i rocznic są tryumfem panny młodej. To był także taki wielki dzień Hani i dlatego mnie tak bardzo  wzruszał i cieszył. Organizacyjnie było to coś wspaniałego, nie myślałem, że jeszcze coś takiego może być i w dodatku zorganizowane ze wszystkimi szczegółami przez  Szymka, który nie okazuje na ogół talentów organizacyjnych. A wszystko było tak piękne, tak składne, tak ładnie pomyślane — i nagle miało się wrażenie, że się jest otoczonym morzem radości i życzliwości, serdeczności i snopami kwiatów. Hania  tak prześlicznie wyglądała, aż mały Jasio nawet powiedział: kiedy babcię zobaczyłem, to mnie zatkało z podziwu! Powiedziałem mu: a żebyś zobaczył pięćdziesiąt lat temu! Ale nie miałem racji, pięćdziesiąt lat temu Hania była ładną, ale rozwydrzoną pannicą, a teraz była piękną kobietą u szczytu życia. I znowu ten moment mojego tryumfu nad śmiercią duchową, nad chorobą Hani, ta moja odbudowa jej istoty i jej życia — o czym ona nigdy nie pamięta i nie ma tej wdzięczności w stosunku do mnie. Cieszyła mnie ilość dalekiej rodziny, która się zjawiła, ten Wacek i Olgierd Iwaszkiewiczowie, i Zaionce, i Piątkowski, i resztki rodziny Hani, i mnóstwo prześlicznej młodzieży, która już przez cale życie będzie pamiętała to „złote wesele Jarosławów". I ta cudna orkiestra z Brwinowa z takim refrenistą, i Wanda Telakowska tańcząca z Kołodziejczykiem (mężem Czesi) i Ziemek Fedecki z Zosią Wójcik i [Pierre] Collet z Magdą [Markowską] i Daniel [Olbrychski] z Anusią [Włodek]. I ta kolacja na sześć stołów i jak mówiła  Wanda Wertenstein, ta reżyseria, kiedy podwieczorek powoli zmieniał się w ucztę. Tak głęboko to przeżyłem — przecież to już trzeci miesiąc upływa, a ja pamiętam każdy szczegół i kiedy nie śpię w nocy, przewija mi się wszystko przed oczami.

Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki 1964-1980, Czytelnik, Warszawa 2011, s.325


 

 

piątek, 12 września 2025

Złote wesele Jarosława

12 września 1972

Wieczorem [?] wyjazd do Stawiska na złote wesele Jarosława. Widowisko niezapomniane i jedyne, stylizowane na wiejskie wesele (a może nawet i udawane na wesele w Bronowicach), proste stoły wyniesione na dwór wśród drzew i zieleni, wyborne jadło, indyczki i prosię, proste gliniane dzbany napełnione winem (nie było wódki, nie było bójki [?]), natomiast przygrywała pięknie [?] wsiowa kapela. Dekoracji medalami Jarosława i Hani nie widziałem. Kiedy przyjechaliśmy, uroczystość właściwie została zakończona i słyszeliśmy, wysiadając z auta, śpiew 100 lat. Dużo gości, ale mniej niż na 60-lecie, tj. 18 lat temu. Czyżby tylu przez ten czas przyjaciół Jarosława wymarło? Choć wielu z tamtego przyjęcia leży już w grobie. Ale raczej było to przyjęcie rodzinno-przyjacielsko(?) skromne. Jarosław miał minę rozdrażnionego, wielkiego człowieka, Hania w pięknej srebrnej sukni tuliła przez cały czas do piersi piękne naręcze kwiatów. W ogóle kwiatów było tyle, że nie było ich gdzie stawiać! Róże, setki róż i innych kwiatów. Kto był? A więc nasza Redakcja jak zwykle, tylko Bieńkowskiego zabrakło. Nie wiem dlaczego? Może nie zaproszono jego nowej żony.

poniedziałek, 14 czerwca 2021

Portrety pani Marii

Czytać wspomnienia Marii Iwaszkiewicz to jak przeglądać bardzo stary album ze zdjęciami osób w większości nieznanych, ale interesujących. Dzieje się tak głównie dlatego, że Portrety są zbiorem gawęd, a autorka opowiada żywo – do każdego z bohaterów ma stosunek osobisty, każdy w jakiś sposób zapisał się w jej życiu. Duża część portretowanych to przyjaciele rodziców, są koledzy z redakcji Czytelnika, jest nawet fryzjer. Nie zabrakło opowieści o kolejce EKD, sklepie Wedla oraz stołecznym barze Jontek.

poniedziałek, 2 listopada 2020

Martwa Pasieka

Jak czytać utwór, którego fabuła według samego autora jest absurdalna i nie ma wielkiego sensu? Jarosław Iwaszkiewicz we wstępie stwierdza, że jego Martwa Pasieka ma formę muzyczną i na nią należy zwrócić uwagę. Nie mam niestety słuchu muzycznego i nie dostrzegłam owej formy, podobnie jak nie dostrzegłam specjalnej pozycji każdego słowa czy zdania. Pan pisarz musi wybaczyć – skupiłam się na treści. 

sobota, 7 grudnia 2019

Ale najprzyjemniejszym dniem była sobota

Ze wspomnień warszawskich Jarosława Iwaszkiewicza:
Ale najprzyjemniejszym dniem była sobota. W sobotę przychodziłem wcześniej ze szkoły, zjadałem obiad i wychodziłem na miasto. W ten dzień wolno mi było pójść samemu, aby odebrać numer „Wieczorów Rodzinnych” w redakcji, na Mazowieckiej. […]

Ulica Mazowiecka przed wojną
Otóż ta cotygodniowa wędrówka Kruczą, Jerozolimską, Szpitalną i Mazowiecką miała, prócz radości intelektualnych, smakowania przyszłych rozkoszy umysłowych, które mnie czekały w numerze „Wieczorów", również pewne podniety zmysłowe. W drodze powrotnej w tajemnicy przed matką zachodziłem zawsze do Wedla, aby kupić sobie tabliczkę czekolady. Codziennie dostawałem, prócz pokaźnej paczki śniadaniowej, jeszcze trzy kopiejki na herbatę w szkole. Herbaty tej często nie piłem – i zaoszczędzone w ten sposób w ciągu tygodnia pieniądze co sobotę lokowałem w słodyczach Wedla.

Z pewnego rodzaju tremą przekraczałem narożne drzwi tego sklepu. Ogarnęła mnie atmosfera ciepła, światła i subtelnego zapachu słodyczy, pomieszana z lekką wonią cygar palonych przez zachodzących tu panów.

Ociągałem się przez pewien czas z powiedzeniem, o co mi chodzi. Uprzejma panienka dawała mi czekoladkę, płaciłem przy kasie, ale wszystkie ruchy moje były powolne i jakby sparaliżowane fascynacją tej atmosfery. Wiedziałem: matka by się gniewała za to, że, zamiast mieć coś gorącego na drugie śniadanie, poświęcam ten grosz na łakocie. Ale tu w gruncie rzeczy może nie tyle łakomstwo było przyczyną moich odwiedzin cotygodniowych w tym sezamie, w tym eldorado. Po prostu lubiłem się zanurzyć w atmosferze świata, który poza sklepem Wedla był mi niedostępny. 

Kamienica Wedla przy ul. Szpitalnej (1927 r.)
Na ladach wznosiły się stosy czekoladek i cukierków mniej może niż dzisiaj różnorodnych i wymyślnych. Ale były tu fascynujące kawałki złotego ananasa, niedostępnego z powodu swej ceny dla mojej kieszeni, były białe pomadki, specjalnie pociągające swym zapachem, wreszcie – wspaniałe, niezapomniane, atłasowe bombonierki, które wydawały mi się największymi cudami sztuki. Pamiętam takie różowe czy niebieskie pudła, zrobione z dwóch gatunków pluszu i z błyszczącego atłasu, przewiązane złotymi sznureczkami, napełnione czekoladkami, na których na samym wierzchu leżał kawał ananasa, a obok niego złocisty widelczyk – przedmiot pożądań mojej małej kuzynki Zosi – i parę zielonych listków anżeliki – Boże, jakie to było cudo! Pewnego razu zdobyłem się na odwagę i wyciągnąwszy rękę, pogłaskałem taką bombonierkę – wydawało mi się, że dotknąłem jakiejś tajemniczej skóry, że pogłaskałem rękę wróżki. 

Ale najbardziej fascynowało mnie zawsze spojrzenie, które na odchodnym rzucałem ku górze, na trzy niewieście postacie siedzące na plafonie. One to, te dobre czarodziejki, sprawiały, że sklep wydawał mi się tak niezwykły. One uśmiechały się do mnie, one mi mówiły: „widzisz, my jesteśmy z innego, niedostępnego życia, my jesteśmy stąd, od Wedla. Gdy będziesz duży, dowiesz się, jak można do nas przemówić, abyśmy ożyły - my jesteśmy muzy życia, smaku, uciechy - nie, nie, my jesteśmy muzy sztuki!".

Tomasz M. Lerski, Warszawa Jarosława Iwaszkiewicza: portret miasta w zwierciadle literatury, Warszawa 2019 s. 26-27


czwartek, 20 września 2018

Prawie jesień

Równo 60 lat temu w liście z 20 września 1958 r. Jarosław Iwaszkiewicz tak pisał do Jerzego Błeszyńskiego:

[…] Bardzo lubię te jesienne dnie, kiedy wszystko uspokaja się układa na zimę. Zaczyna się rok szkolny, sezon w teatrach i kiedy miłość wchodzi w swe normalne tory. Przeszedłem się wczoraj po Warszawie i aż dziw, jaka mi się wydała ładna, pełna życia i zachęty do życia, zabawna i miła. Aleje Jerozolimskie nabrały swego całkowitego kształtu, biały dom koło Cedetu bardzo wykończył tę ulicę i wszystkie załatane dziury po przeciwnej stronie; tak bardzo lubię iść sobie ulicami Warszawy spokojnie, nie spiesząc się, oglądać się i rozglądać. Kobiety po powrocie z urlopu są wzruszająco piękne i robią wszystkie wrażenie dobrych. Żadna nie wygląda na cholerę. Jest to jedno z owych jesiennych złudzeń, które tak uspokajają. Na rogach ulic olbrzymie stosy kolorowych gruszek, śliwek i pomidorów stwarzają również wrażenie obfitości. Coś szczęśliwego jest w tym jesiennym obrazie warszawskiej ulicy. Jeszcze jedno złudzenie, ja wiem - ale takie miłe złudzenie. A potem Krakowskie Przedmieście, ogród pod Wizytkami, ruch - i mimo szarej barwy deszczu, która wszystko przykrywa - pogoda. Pałac, w którym się mieści Ministerstwo Kultury, Bristol, pałac Rady Ministrów. Ładnie tam i pełno kwiatów. […]

 Wszystko jak chcesz. O miłości Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Błeszyńskiego, Warszawa 2017
 

Aleje Jerozolimskie, dom handlowy Cedet (źródło)

niedziela, 7 maja 2017

Wszystko jak chcesz

Listy Jarosława Iwaszkiewicza do Jerzego Błeszyńskiego czytałam z narastającym współczuciem do pisarza: na stare lata zakochał się jak sztubak i zupełnie stracił głowę. „Podglądamy” człowieka, który troszczy się, cieszy z każdego spotkania, dzieli wrażeniami z wyjazdów. Kiedy trzeba, wspiera duchowo i finansowo, opiekuje się w chorobie. Ale również tęskni, bywa zazdrosny, złości się i drwi z własnej naiwności.


Panowie poznali się w 1953 r., Jarosław był wtedy uznanym literatem i posłem na Sejm PRL, Jerzy – urodziwym dwudziestolatkiem z sąsiedztwa, członkiem delegacji goszczącej na Stawisku. Z inicjatywy Błeszyńskiego nie skończyło się na jednej wizycie, z czasem zawiązała się poważna znajomość, dla Iwaszkiewicza wyjątkowo istotna. W liście z 1958 r. pisał: Jesteś mi wszystkim: kochankiem i bratem, śmiercią, życiem, istnieniem, słabością, siłą… a przede wszystkim siłą, czymś, co podtrzymuje we mnie resztki życia, daje złudzenie młodości, co mi pomaga patrzeć na liście, tęczę, kwiaty i piękne kobiety. [s. 143]

Ta znajomość ma pewną wagę także dla czytelników, ponieważ była inspiracją do napisania Kochanków z Marony, Tataraku, Wzlotu oraz Wesela pana Balzaka. Same listy do Błeszyńskiego to bezcenny dokument, który można dziś traktować jako literaturę – głęboko ludzką i uniwersalną. Widać tu bodaj wszystkie odcienie miłości, od euforii po rezygnację i wycofanie. Co niezwykłe, możemy obserwować Iwaszkiewicza w żałobie, bo pisał do kochanka także po jego śmierci w 1959 r.: rozpaczał z powodu straty, kilka dni później zżymał się na dopiero co odkryte kłamstwa i zdrady Jerzego. I jak tu nie żałować starego.

Lektura niewesoła, ale zarazem fascynująca, bo pokazuje klasyka literatury polskiej w nowej odsłonie. Dla mnie jedna z najlepszych książek, jakie ostatnio czytałam.

________________________________________________________________________
Wszystko jak chcesz. O miłości Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Błeszyńskiego
Oficyna Wydawnicza Wilk i Król, Warszawa 2017

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Jak olbrzymia pieczarka

23 marca 1958 r.

Najgorsze jest w moim życiu – a zwłaszcza na starość – to, że nie mam się do kogo przymierzyć. Niewątpliwie jestem postacią na miarę największą. Ale wyrosłem jak olbrzymia pieczarka pokryta małym słoikiem, stąd wszystkie zniekształcenia. Zamiast pięknego, wielkiego grzyba – szklanka napełniona białą masą. Potrawę z tego można zrobić, ale bez smaku. Kiedy się widzi postać Goethego czy nawet postać Gide’a, rozumie się, że oni mogli rosnąć swobodnie. Podczas kiedy moja indywidualność cierpki zawsze na jedno: na prowincjonalizm. Na to, co mi nie dało wykształcenia, na to, co mi nie dało wykorzystania wszelkich moich możliwości. U Goethego jest ta cudowna równowaga pomiędzy człowiekiem i artystą. Gide poświęcił wszystko dla swojej twórczości literackiej, którą uważał za najważniejszą rzecz w świecie. Nawet Tołstoj mógł dać swobodę swojej potrzebie moralizatorstwa, tworzenia zespołów moralnych – porzuciwszy spawy estetyczne; zawsze i w jednym, i w drugim skrzydle swego życia odpowiadając na pytania: co robić? Dlaczego moją indywidualność muszę uważać za zmarnowaną? Dlatego, że dla mnie nie ma nic naprawdę ważnego. Że nie wierzę jak Tołstoj, jaki Gide, iż w moim dziele będę żył wiecznie. Wiem, że moje dzieło jest przemijające – gdyż nie może być podstawą żadnej wiary. Żeromski, słaby pisarz, swą trwałość zawdzięcza potężnemu uczuciu związania się z tą kamienistą ziemią – ale ja przecież i na tej ziemi jestem obcy. Po prostu pustka wewnętrzna mnie zmarnowała. Wyrosłem jako pieczarka – a później okazało się, że purchawka. Nie Gide, nie Tołstoj, ale Iwaszkiewicz. A to jest bardzo mało.


Czy mogłoby być więcej? Gdybym był Anglikiem albo jak Conrad pisał po angielsku? Gdybym po rewolucji został w Rosji i pisał po rosyjsku? Prawdopodobnie nie. To jest jakiś brak wewnętrzny i te zewnętrzne niesprzyjające okoliczności tylko ten brak podkreśliły. Jakiś brak siły (moralnej?), jakiś brak doskonałości (wewnętrznej?) są jak pęknięcia na krysztale moich „dzieł”. Jak w dniu jubileuszu, tak i dziś mam żałosne uczucie, że nic nie napisałem.

Jedną mam tylko wygraną z tej świadomości. Uczucie, że nie mam pychy, że nie grzeszę wywyższaniem się, że nie jestem zbyt pysznym haftem na zgrzebnym płótnie mojej ojczyzny wyszytym. Że świadomie czy nieświadomie przystosowałem się, że jestem według stawu grobla. (Staw i grobla wywołują we mnie burzę uczuć i wspomnień, wysoko zacząłem ten zapis i nisko kończę: wieczną męką duszy, wieczną męką ciała…)

_________________________________________________________________________

Jarosław Iwaszkiewicz „Dzienniki 1956-63” t. II, Wyd. Czytelnik, Warszawa 2011, s. 211
_________________________________________________________________________

środa, 5 grudnia 2012

Biografia Jarosława Iwaszkiewicza

O pierwszym tomie biografii Jarosława Iwaszkiewicza można mówić długo, na dodatek wyłącznie dobrze. Romaniuk podszedł do zadania z rzetelnością i – mam wrażenie – z pasją, dzięki czemu otrzymujemy do rąk interesującą książkę o nie mniej interesującym człowieku. Właśnie: człowieku, bo główny bohater to przecież nie tylko literat całkowicie oddany pisaniu, ale osoba, której wszystko, co ludzkie, nie było obce.


W biografii uderza przede wszystkim bliski i stały kontakt Iwaszkiewicza ze sztuką. Od najmłodszych lat był wręcz zanurzony w kulturze: za sprawą ojca, który prenumerował prasę i tworzył domową bibliotekę oraz matki melomanki, całkiem nieźle grywającej na fortepianie. Do tego wspólne, głośne lektury, rodzinne przedstawienia i pierwsze próby literackie małego Jarosława. Nie bez znaczenia pozostawało powinowactwo z Szymanowskimi, dające możliwość otarcia się o środowisko prawdziwych artystów.

Jarosław Iwaszkiewicz (1897)

W przypadku Iwaszkiewicza przysłowie o skorupce nasiąkniętej za młodu sprawdziło się: gdziekolwiek mieszkał i przebywał, śledził na bieżąco wydarzenia kulturalne: wystawy, koncerty, spotkania literackie. Co więcej, sam próbował sił w muzyce i teatrze, na szczęście dla literatury – bez większego powodzenia. Bliski kontakt ze sztuką okazał się najwyraźniej bardzo pomocny w dorosłym życiu, kiedy Iwaszkiewicz zawodowo i prywatnie często bywał za granicą. Można odnieść wrażenie, że nie tylko wchodził w ten świat bez kompleksów, ale korzystał z niego garściami. Chciałoby się powiedzieć: prawdziwy Europejczyk.

Jarosław Iwaszkiewicz (1914)

Inna rzecz, która zwraca uwagę podczas lektury, to uczuciowość pisarza. Czy mowa o bliskich przyjaciołach, o rodzinie czy wreszcie o partnerach, u Iwaszkiewicza widać ogromne przywiązanie i zaangażowanie. To człowiek, który mocno przeżywa rodzinne dramaty, martwi się losem kolegów i niejednokrotnie wykazuje troskę także o podwładnych. W obliczu katastrof objawia się jeszcze jedna istotna cecha charakteru Iwaszkiewicza: zaradność.

Jarosław Iwaszkiewicz w Pradze (1928)

Romaniuk poświęca naturalnie dużo uwagi samej twórczości swego bohatera, który bez względu na okoliczności zawsze nad czymś pracował. Wydarzenia z życia bardzo często znajdowały zresztą odzwierciedlenie w utworach literackich, co w biografii zostało zgrabnie pokazane. I bodaj to w książce Romaniuka podobało mi się najbardziej: równowaga w pokazaniu Iwaszkiewicza i jako twórcy, i człowieka. Nie trzeba biegle znać jego dzieł, aby czytać „Inne życie” z przyjemnością. Polecam bez wahania.

____________________________________________________________________________________

Radosław Romaniuk „Inne życie. Biografia Jarosława Iwaszkiewicza” t. 1, Wyd. Iskry, Warszawa 2012
____________________________________________________________________________________

wtorek, 20 listopada 2012

Z perspektywy prawnuczki

Materiał zebrany przez Ludwikę Włodek do książki "Pra. Opowieść o rodzinie Iwaszkiewiczów" jest imponujący. Pradziadek autorki, Jarosław, mógłby z niego stworzyć kilkutomową sagę rodzinną sięgającą początku XIX wieku. Powstania narodowe, rewolucja październikowa, dwie wojny światowe i stan wojenny to z pewnością znakomite tło dla barwnych, ale niewesołych losów Iwaszkiewiczów i Lilpopów. Ludwika Włodek zaproponowała czytelnikom gawędę, kładąc nacisk na ciekawostki i anegdoty.


Przez książkę przewija się kilkaset osób, co niestety chwilami przytłacza. Nieco zaskakujący jest klucz, według którego autorka wybierała bohaterów. O ile dowiemy się na przykład o powiązaniach dalekiej krewnej z Nowosilcowem i "Dziadami" Mickiewicza, to o trzecim mężu Marii Iwaszkiewicz, Bogdanie Wojdowskim (autorze "Chleba rzuconego umarłym") - w zasadzie nic. Podobnie rzecz się ma m.in. z żydowskim chłopcem ukrywanym podczas wojny na Stawisku, a później wychowywanym przez gospodarzy, oraz z przyjacielem i kochankiem Iwaszkiewicza. W opowieści daje się wyczuć niedomówienia i przemilczenia, gdzie indziej - chęć usprawiedliwienia.

autorka z pradziadkiem (1978 r.)*

Trochę szkoda, bo autorka miała okazję do odczarowania mitu Stawiska i pokazania Iwaszkiewiczów jako rodziny, której nie omijały bolączki zwykłych ludzi: rozwody, choroby psychiczne i samobójstwa, uwikłanie w politykę, kłopoty finansowe. I jak sama Włodek zauważa: Pozornie wesołe życie rodzinne, ze wszystkimi byłymi i aktualnymi żonami, mężami, dziećmi z różnych małżeństw zasiadającymi przy jednym stole, kryło wiele wzajemnych żalów i resentymentów, które, choćby głęboko skrywane, tkwią w sercach moich bliskich po dziś dzień. (s. 174). Gdyby ten temat – tu poruszany przy okazji innych – pociągnąć, książka z pewnością wniosłaby coś nowego do wiedzy o Iwaszkiewiczach.

autorka z babcią Marią (po prawej) i jej siostrą Teresą (2009 r.)**

Domyślam się, że Włodek jest zbyt mocno związana z tematem, żeby pozwolić sobie na zdrowy dystans. To niewątpliwie duże obciążenie i być może tylko osoba niezwiązana z Iwaszkiewiczami byłaby w stanie nakreślić rzetelniejszy obraz tak interesującej familii. Póki co, znacznie ciekawsza wydaje mi się korespondencja Iwaszkiewicza z córkami oraz praca Mitznera o małżeństwie Jarosława i Hanny. Cała nadzieja w biografii Romaniuka, której pierwszy tom niedawno się ukazał.

_____________________________________________________________________________

Ludwika Włodek "Pra. Opowieść o rodzinie Iwaszkiewiczów", Wyd. Literackie, Kraków, 2012
_____________________________________________________________________________


*)źródło zdjęcia
**) źródło zdjęcia

piątek, 31 sierpnia 2012

Panny z Wilka

Białe są domowe stroje czterech panien, biały jest obrus i zastawa na stole w wiejskim salonie. Dziewczęta są świeże niczym twarożek, który podają na śniadanie. Porozumiewają się bez słów, ograniczając komunikację do znaczących spojrzeń, grymasów i drobnych gestów. Podobna pantomima pojawi się w spektaklu jeszcze niejednokrotnie - w spektaklu Mai Komorowskiej dialogi są przerywnikami. Niespodziewane pojawienie się Wiktora, dawnego obiektu westchnień, mocno zintensyfikuje grę gestem. W ruch pójdą grzebienie i lusterka, panie staranniej się ubiorą, za wszelką ceną będą chciały zwrócić na siebie uwagę. I to nadskakiwanie gościowi...

źródło zdjęcia

W tej adaptacji najbardziej rzuca się w oczy zagubienie Wiktora. Mężczyzna nie potrafi odnaleźć się wobec oczekiwań swoich gospodyń, ale chyba największy kłopot sprawiają mu - subtelnie tu pokazane - bolesne wspomnienia wojenne, przed którymi najwyraźniej chciał uciec do miejsca zapamiętanego jako sielskie. Urokliwe otoczenie Wilka i młode towarzyszki zabaw zmieniły się z biegiem czasu, nic nie jest już takie jak dawniej. Rozdźwięk między wyobrażeniami a rzeczywistością pogłębia się i coraz bardziej dokucza całemu towarzystwu. Chyba wszyscy, łącznie z widzami, wyprosiliby Wiktora za drzwi.

źródło zdjęcia

Inscenizacja Mai Komorowskiej jest przeniesieniem spektaklu dyplomowego z warszawskiej Akademii Teatralnej. Siłą rzeczy świeżość młodych aktorów idzie jeszcze w parze z małym doświadczeniem, stąd też zapewne się bierze mała naturalność wykonawców. Gra jest owszem, poprawna, nawet zespołowa, co wcale nieczęsto zdarza się w teatrze, ale zabrakło mi naturalności, która, jak się domyślam, przychodzi z wiekiem. Zastrzeżenia budzi także reżyseria - trzy punkty kulminacyjne jednym przedstawieniu to trochę za dużo. Poza tym - bardzo udany wieczór z klasyką w roli głównej.



***************************************************
Jarosław Iwaszkiewicz "Panny z Wilka"

adaptacja Maja Komorowska, Julia Kijowska
reżyseria Maja Komorowska
współpraca reżyserska Julia Kijowska
scenografia Małgorzata Grabowska-Kozera

obsada Marta Chyczewska, Marta Kurzak, Marta Sroka, Diana Zamojska, Kamil Dominiak, Igor Obłoza, Kamil Przystał

Teatr Studio Malarnia [mała scena]

Premiera 31.01.2011 r. w Teatrze Collegium Nobilium
spektakl dyplomowy IV roku Wydziału Aktorskiego

więcej informacji na stronie Teatru Studio


czwartek, 9 lutego 2012

Kaszanka i inne problemy

Iwaszkiewicz nie przestaje zaskakiwać. Niedawno czytałam o tym, jakim to był dbałym mężem i gospodarzem domu, teraz okazuje się, że był również dobrym ojcem. Listy do córek Marii i Teresy (słane od ich najmłodszych lat) pokazują, że twardo stąpał po ziemi i niekoniecznie pisanie zajmowało mu najwięcej czasu. Był mocno zaangażowany w sprawy domowe poczynając od zaopatrzenia, remontów i prac ogrodowych na zamążpójściach i rozwodach córek oraz opieką nad wnukami kończąc. A przecież obowiązków związanych z działalnością literacką oraz pełnionymi funkcjami miał sporo, do tego prowadził dość rozległe życie towarzyskie. Człowiek orkiestra - można powiedzieć.


W korespondencji widać jak na dłoni charakter Iwaszkiewicza. Że był człowiekiem nad wyraz rodzinnym, to już wiadomo. W listach znać także ogromną wyrozumiałość i cierpliwość, których to cech niewątpliwie wymagało obcowanie z licznymi i często kłopotliwymi domownikami. Rzadko pozwalał sobie na narzekanie, choć można odnieść wrażenie, że ze względu na długotrwałą chorobę żony z wszelkimi kłopotami borykał się w pojedynkę. I chyba ten motyw najczęściej pojawia się w listach Iwaszkiewicza: nieustająca troska. Nie tylko o najbliższych i przyjaciół, ale i o czworonożnych domowników (było ich bez liku) i rośliny w ogrodzie. Nie ukrywam, że polubiłam pana Jarosława.

zdjęcie z archiwum Muzeum Iwaszkiewiczów


Kilka fragmentów do posmakowania:

16.IV.1950

U nas w dalszym ciągu kryzys gabinetowy w kuchni, gosposia na odchodnym zasmrodziła wszystkie wędliny, a babcia każe Wróblewskiej podawać je do obiadu. Nikt tego oczywiście nie je, tylko babcia w ogromnych ilościach, ostatnio była tak skwaśniała kaszanka, że nawet koty cioci Jadwini nie chciały jej jeść, a babcia zjadła olbrzymie dwie porcje! Wszyscy baliśmy się, że zachoruje, ale jakoś nic. [str. 240]

14.X.1950

Byłem w tych dniach u Krzywickiej, nie masz pojęcia, jakie cudo wyrasta z Rozamundy. W tych dniach Irena pisała do cioci Heli z podziękowaniem za nią, pisząc, że takiego kota w życiu nie widziała. "Krzywicka takiego kota nie widziała - ś w i a t takiego nie widział!". Wyobraź sobie, jak ja to mówię, z wielkim akcentem na słowo świat. Drapella z Siuśkiewiczów, księżna Zasralska, przed kilkoma dniami zrobiła mamie na łóżko wielką rzadką kupę, a wczoraj ten wyczyn powtórzyła u Marysi! Wstrętne kocisko! [str. 261]

12.XI.1950

Z moimi książkami nic nie słychać, wczoraj rozmawiałem z Kurylukiem o Bachu, ale poprzysiągłem sobie nic więcej w PIW-ie nie wydawać, cóż to za ludzie niemożebni - i skąpstwo takie, jak u najprywatniejszego Mortkowicza, w "Czytelniku" jeszcze mimo wszystko inne są warunki i rozmowy. Trochę przykro na starość użerać się z wydawcami - a jak na złość przeczytałem przysłaną mi z Paryża książeczkę Z czego żył Tołstoj - gdzie są wyliczone wszystkie jego honoraria! Zresztą wystarczy przeczytać listy Orzeszkowej czy Sienkiewicza, żeby wiedzieć, ile oni w tamtej "złej" epoce zarabiali i nie potrzebowali latać po wydawcach jak komiwojażerowie. No, ale trudno, w takiej epoce się żyje. [str. 267]

4.IX.1951

Charakter waszej matki jest jednym z najczystszych i najpiękniejszych charakterów, jakie w ogóle można spotkać. Dobrze jest, kiedy zdajecie sobie z tego sprawę. [str. 318]

__________________________________________________________________________________

Jarosław Iwaszkiewicz "Listy do córek" opr. Anna i Radosław Romaniukowie PIW, Warszawa, 2010
__________________________________________________________________________________