niedziela, 16 września 2018

Piąte dziecko

Konserwatywni i staroświeccy – tak mówiono o Harriet i Davidzie, kiedy byli młodzi i jeszcze się nie znali. W dobie hedonizmu czyli latach 60. ubiegłego wieku ich postawa rzeczywiście mogła uchodzić za niemodną: zależało im na trwałych, nieprzypadkowych związkach, zachowywali seksualną wstrzemięźliwość. Jako małżeństwo nadal byli krytykowani, tym razem z zupełnie innego powodu: marzyli o szóstce, nawet ósemce dzieci, o czym nie krępowali się głośno mówić.


Negatywna ocena wielodzietności zaintrygowała mnie w książce Doris Lessing najbardziej: bliscy zarzucają Lovattom brak odpowiedzialności i egoizm, w czym można dostrzec trochę racji – w wychowywaniu potomstwa, również finansowo, pomagają im rodzice. Można jednak odnieść wrażenie, że nawet gdyby radziliby sobie bez tej pomocy (a przecież nie próżnują, robią, co mogą), wciąż spotykaliby się z nieprzychylnymi uwagami. W istocie dopiero tytułowe piąte dziecko będzie dla wszystkich wyzwaniem i zarazem cezurą: wskutek upośledzenia umysłowego Ben okaże się autentycznym zagrożeniem dla najbliższych.

Autorka stawia bohaterów przed dylematami, pokazując, że wybór nie zawsze jest oczywisty. Kluczowa kwestia: czy dla dobra i bezpieczeństwa rodziny można pozbyć się kłopotliwego syna, aż się prosi o odpowiedź przeczącą, a jednak w powieści nie ma prostych rozwiązań, jest tyle samo „za” co „przeciw”. Sprawę roztrząsają Lovattowie, siłą rzeczy także my. I właśnie w tym skłanianiu czytelnika do zrewidowania własnych poglądów dostrzegam kunszt Lessing.

____________________________________________________________
Doris Lessing Piąte dziecko, przeł. Anna Gren, PIW, Warszawa 2007

poniedziałek, 10 września 2018

Bergman prywatnie

Podtytuł Miłość, seks i zdrada nie wróżył dobrze książce Thomasa Sjöberga, na szczęście publikacja okazała się wyważona (oraz pięknie wydana). W całości dotyczy życia prywatnego Ingmara Bergmana, zgodnie z tezą autora, że stanowi ono klucz do twórczości legendarnego artysty, niemniej  daleka jest od taniej sensacji.


Już bardzo ciekawy wstęp prezentuje mocno zróżnicowane opinie na temat szwedzkiego reżysera. Że był genialny, despotyczny i źle reagował na jakąkolwiek krytykę, raczej wiadomo. O romansach i kolejnych małżeństwach (w liczbie pięciu) chętnie rozpisywała się niegdyś prasa. Niespodzianką mogą być natomiast opowieści o młodzieńczej fascynacji niemieckim faszyzmem i dozgonnie silnej więzi z matką, podobnie jak dementi odnośnie rzekomo surowego, wręcz brutalnego traktowania małego Ingmara przez ojca.

Dzieciństwo i dorastanie przyszłego filmowca zajmują w książce dużo miejsca, równie obszernie opisane zostały związki Bergmana z kolejnymi partnerkami. Autor dowodzi, że twórca Siódmej pieczęci od najmłodszych lat miał ogromną wyobraźnię wykorzystywaną nie tylko na potrzeby sztuki. A na poważnie: łatwo zauważyć, że bodaj od zawsze był wrażliwy na piękno i wykazywał twórcze ciągoty, od zawsze też zabiegał o uwagę. Uderza silna potrzeba niezależności, która może tłumaczyć częstą zmianę partnerek i luźne relacje z dziećmi (miał ich dziewięcioro).

Sjöberg portretuje swojego bohatera jako syna, kochanka, ojca i przyjaciela, człowieka z wadami i zaletami. Od czasu do czasu podpowiada, które wydarzenia z życia Bergmana i w jakiej formie znalazły odbicie w scenariuszach jego sztuk i filmów. Na pewno dobrym uzupełnieniem tej biografii jest film dokumentalny Jane Magnusson Bergman – rok z życia, do obejrzenia w telewizji i niebawem w kinach studyjnych.

_______________________________________________
Thomas Sjöberg Ingmar Bergman. Miłość, seks i zdrada
przeł. Wojciech Łygaś, Wyd. Albatros, Warszawa 2018

wtorek, 4 września 2018

Piąta łódź

Szukam piątej łodzi, która byłaby naprawdę pusta, łodzi przygotowanej dla mnie, z kabiną, solidnymi drzwiami i zamkiem, do którego pasuje klucz do furtki na działce. Piątej łodzi w tym śnie nie ma.[s. 189]

W życiu Jarki od zawsze brakowało solidności; o głębokim przywiązaniu, harmonii czy zrozumieniu mogła tylko marzyć. I marzyła. Jej babka i matka funkcjonowały na zasadzie handlu wymiennego, a dla dziewczynki nic dobrego z tych spółek nigdy nie wynikało. Szybko zresztą pojęła zasady specyficznego „rodzinnego” pożycia, bo na jakikolwiek przejaw uwagi i sympatii musiała ciężko zapracować.


Dzieciństwo odmalowane przez Monikę Kompanikovą nie ma w sobie nic z sielankowości i beztroski, w Piątej łodzi oglądamy bowiem dojmujące studium dziecięcej samotności. Takiej, która jednocześnie chwyta za gardło i za serce. Nie jest przecież dobrze, gdy dwunastolatka pragnie obudzić się wreszcie dorosła, z umiejętnością odmawiania, samoobrony i podejmowania decyzji [s. 106]. Nie jest też dobrze, gdy ta sama dziewczynka wprost nie może się doczekać prawdziwej dorosłości, innej niż ta obecna, narzucona przez najbliższych. Jest niepokojąco źle, kiedy przez przypadek, z poczucia obowiązku, „pożycza” dwójkę niemowląt i odkrywa, że rola opiekunki bardzo jej odpowiada – może poczuć się potrzebna, odpowiedzialna i dobra, zupełnie jak wzorowa matka.

Tę nieco przygnębiającą historię poznajemy z ust dorosłej już Jarki – kobiety z problemami, do pewnego stopnia okaleczonej przez metody wychowawcze matki babki. A do jakiego, najlepiej dowiedzieć się samodzielnie podczas lektury – bo po pierwsze to kolejny ciekawy wątek w powieści słowackiej autorki, a po drugie Piąta łódź jest książką pierwszorzędną, bez ani jednego fałszywego tonu.

_________________________________________________
Monika Kompaníková, Piąta łódź, przeł. Izabela Zając 
Wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław, 2016

czwartek, 30 sierpnia 2018

Zbigniew Herbert w Paryżu

Po wielu staraniach w 1958 r. Zbigniew Herbert wyjechał w pierwszą zagraniczną podróż. Po przyjeździe do Paryża pisał tak:
Pociąg zajechał na Gare du Nord przed północą. Przy wyjściu zaczepił mnie mały człowieczek oferując hotel. Ale spędzać pierwszą paryską noc w łóżku wydało mi się świętokradztwem. Zresztą pośrednik był rudy, to znaczy podejrzany. „Il y a du louche dans cette affaire"— pomyślałem. Zostawiłem więc walizkę w przechowalni i zaopatrzony w słownik francusko-polski oraz Przewodnik po Europie (wydanie II przejrzane i uzupełnione przez Akademicki Klub Turystyczny — Lwów 1909) ruszyłem na miasto.
 Paryż, lata 50.
Nieoceniona ta książka z ojcowskiej biblioteki stanowiła dla mnie wprowadzenie w tajemnice Paryża. Pochodziła ona z okresu, kiedy po mieście jeździły omnibusy ciągnione przez trzy białe konie, prosperował jeszcze na rue de l'Estrapade polski pensjonat pani Pióro, a charytatywną działalność rozwijała, założona w roku 1862, Instytucja Czci i Chleba, z prezesem Zamojskim na czele. Informacje kulturalne w przewodniku były skąpe, lecz treściwe, a mianowicie, że teatry są liczne, ale ceny wygórowane i nie należy chodzić z damami na galerię. W części „Muzea i osobliwości" przewodnik na pierwszym miejscu wymienił Les Egouts (czyli kanały), zwłaszcza że bezpłatne bilety wydawane były w ratuszu. Najbardziej wyobraźnię podniecało polecenie zwiedzenia La Morgue obok kościoła Notre-Dame. „Wystawione tu są ciała nieboszczyków niewiadomego nazwiska (zamrożone, wytrzymują do trzech miesięcy)".
Szedłem wprost przed siebie Bulwarem Sewastopolskim, oszołomiony ruchem ludzi, pojazdów i świateł. Za wszelką cenę pragnąłem dotrzeć do Sekwany. Doświadczenie ludzi z prowincji podszeptywało mi, że za rzeką powinno być ciszej. Przeszedłem most i znalazłem się w Cite. Tu było istotnie spokojnie i mroczno. Zaczął padać deszcz. Minąłem Conciergerie, ponury gmach jak z ilustracji do Wiktora Hugo, i znalazłem się na placu twarzą w twarz z oświetloną katedrą Notre-Dame. Wtedy to się stało. Wiedziałem już, że nie napiszę pracy o Pawle Valerym i że, ku zgorszeniu moich literackich kolegów, wrócę do kraju nieświadom tego, jaki jest obecnie najmodniejszy poeta francuski.
___________________________________________________________________________
Zbigniew Herbert Barbarzyńca w ogrodzie, Fundacja Zeszytów Literackich, Warszawa, 2017


piątek, 24 sierpnia 2018

Na powierzchni

W opowiadaniu Agostino uroki włoskiego lata są na wyciągnięcie ręki: palące słońce, rozgrzany piasek na plaży i morze, które przynosi ochłodę. Kto chce, usłyszy nawet szum fal, bo proza Alberto Moravii silnie działa na wyobraźnię i na zmysły. Te ostatnie odgrywają w opowiadaniu kluczową rolę, bo o dojrzewaniu tutaj mowa.


Agostino ma 13 lat, spędza wakacje z matką. Lubi mieć ją na wyłączność, jako że czuje się wówczas bardzo męsko, choć w istocie jest jeszcze dzieciakiem, który o życiu dorosłych nic nie wie. Dlatego źle znosi obecność adoratora matki – nie potrafi prawidłowo zinterpretować sytuacji, ani zaakceptować faktu, że najbliższa mu osoba jest przede wszystkim kobietą. Frustracja chłopca pogłębi się, kiedy w ordynarny sposób zostanie uświadomiony przez kolegów poznanych na kąpielisku.

Moravia interesująco odmalowuje zagubienie młodego człowieka, wywołane zburzeniem starego porządku, bo tym w przypadku Agostina zaowocowała niechciana wiedza. Wykracza ona poza kwestie ściśle biologiczne, ponieważ za sprawą nowego towarzystwa chłopiec ociera się o totalnie obcy sobie świat biedy i zła. W konsekwencji traci złudzenia i siłą rzeczy musi zrewidować swoje wyobrażenia o rzeczywistości. I właśnie ten moment utraty niewinności jest w książce celnie uchwycony.

Od chwili powstania Agostina w 1942 r. obyczajowość mocno się zmieniła i dzisiaj zapewne nie ma już tak nieświadomych niczego trzynastolatków, niemniej utwór Moravii jako zapis przejścia na wyższy etap „chłopięctwa” przekonuje. Mnie się podobał, choć nie przepadam za wątkiem dojrzewania w literaturze.

_______________________________________________________________________
Alberto Moravia, Agostino, przeł. Barbara Sieroszewska, PIW, Warszawa 1958


niedziela, 19 sierpnia 2018

Była kiedyś, albo i nie była

Do Tarlabaşi leżącego niemal w centrum Stambułu mało kto zagląda. Niegdyś dzielnica wielokulturowa zamieszkaną przez Greków, Ormian i Żydów (pomieszkiwał tu nawet Mickiewicz), dzisiaj to slumsy dające schronienie Kurdom, Romom i uchodźcom z Syrii. Niebawem również oni będą musieli poszukać sobie innego lokum – stopniowo wyburza się stare, zaniedbane budynki, by w ich miejsce w ramach rewitalizacji wybudować eleganckie apartamentowce. 


Domyślam się, że Tarlabaşi miało być punktem wyjścia dla opowieści o nowej Turcji oraz kwintesencją zachodzących w kraju przemian. Przemian niepokojących, ponieważ prezydent Erdoğan i jego partia od kilkunastu lat skutecznie demontują dawną Republikę: zagrożone są demokracja, prawa człowieka i wolność słowa, postępuje proces islamizacji. To wszystko znajduje potwierdzenie w przytoczonych w książce wypowiedziach - Thomas Orchowski rozmawiał m.in. z dziennikarze liberalnej gazety, lewicującym filmowcem i transseksualną artystką.

Niestety trudno uznać, że otrzymujemy miarodajny opis sytuacji – oprócz jednej zwolenniczki noszenia chusty bodaj wszyscy mają poglądy liberalne i żyją lub chcą żyć po europejsku, a tacy obywatele należą w Turcji do mniejszości. Co więcej, autor opowiada o z perspektywy Stambułu, zdecydowanie różnej od perspektywy reszty tego ogromnego i fascynującego kraju. Szkoda, że transformacja, jaka dokonuje się obecnie nad Bosforem, nie została ujęta szerzej i dogłębniej, zwłaszcza że jej skutki dają się odczuć w Europie już dzisiaj. 

Rzeź na Tarlabaşi może być dobrą lekturą dla osób wiedzących o Turcji niewiele, dla innych będzie w dużym stopniu powtórką wiadomości. Rozbudowany rys historyczny da się przełknąć, trudniej zaakceptować nieskładną narrację oraz zmienny styl – miejscami literacki, gdzie indziej ściśle reporterski. I choć obrazki z miasta oraz fragmenty innych książek o starej Turcji działają na wyobraźnię, mam wrażenie, że tej nowej jest u Orchowskiego za mało.

______________________________________________________________
Thomas Orchowski, Rzeź na Tarlabaşı, Wyd. Agora, Warszawa 2018


poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Zaraza

— Panie Kaziu, trzy szczepionki.
— Podwójną szczepionkę proszę.
— Dla mnie zwykłą, ale szybko.
— Ospówkę większą.
Takie zamówienia meldowano kelnerom i barmanom, a ci stawiali przed gośćmi odpowiednie ilości płynu w butelkach i kieliszkach. Potem goście zanurzali ręce w chloraminie i wychodzili na rozsłonecznione ulice miasta.
[s. 112]

Wypijanym płynem nie była żadna szczepionka, ale wódka, a cytowane rozmowy można było usłyszeć latem 1963 r., kiedy to we Wrocławiu wybuchła epidemia ospy prawdziwej (Variola vera), potocznie nazywanej czarną ospą. Już w latach 60. była to choroba rzadka, być może dlatego na początku nie postawiono właściwej diagnozy. Ogółem zachorowało blisko sto osób, z czego siedem zmarło.


Jerzy Ambroziewicz krok po kroku opisuje wysiłki lekarzy zmierzające do opanowania epidemii, co było trudne z wielu powodów. Z dzisiejszej perspektywy można stwierdzić, że mimo kilku przypadków śmiertelnych poradzono sobie całkiem sprawnie: szybko (choć nie bez protestów) zmobilizowano do działania stosowne służby i instytucje, wprowadzono przymusowe szczepienia i kwarantannę, poza miastem stworzono izolatoria dla kilkuset osób. Mimo poważnych niedoborów personelu i środków, a dzięki zaangażowaniu i poświęceniu grupy lekarzy chorobę całkowicie zwalczono w ciągu dwóch miesięcy od zarejestrowania pierwszego przypadku.

Książka napisana jest z ikrą, choć momentami autor niepotrzebnie użył sensacyjnych tonów – historia dostarcza czytelnikowi wystarczająco dużo emocji. Jest straszno, kiedy np. medycy odmawiają pracy albo gdy w szpitalach zaczynają buntować się izolowani pacjenci, i śmiesznie, gdy do izolatoriów zgłaszają się zdrowi liczący na darmowe „wczasy” albo kiedy uciekający ze szpitala alkoholik grozi milicjantom, że ich zarazi. Szczególnie interesującym wątkiem jest propaganda, a więc m.in. to, jak przemilczano i wreszcie informowano społeczeństwo o chorobie. Nawet tekst Ambroziewicza poddany został cenzurze: w pewnym momencie znika kwestia zerowego ogniwa w łańcuchu epidemicznym, dopiero posłowie wyjaśnia, dlaczego.

Z racji tematu Zaraza to bezsprzecznie wyjątkowy reportaż – opowieść o śmiertelnej epidemii, przymusowym izolowaniu ludzi i „zamykaniu” całego miasta brzmi w XXI wieku jak bajka o żelaznym wilku. Uważa się, że Variola vera nie stanowi już dzisiaj zagrożenia, niemniej kilka lat temu Światowa Organizacja Zdrowia ponownie odroczyła decyzję o zniszczeniu ostatnich fiolek z wirusem tej choroby.

Tu można obejrzeć zdjęcia z czasu wrocławskiej epidemii.

_________________________________________________________________
Jerzy Ambroziewicz Zaraza Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2016


wtorek, 7 sierpnia 2018

Kolacja à la Petros Markaris

Adriani doszła już do siebie całkowicie. I nie potrzebuję diagnozy psychiatry czy nawet lekarza, wystarczy badanie kulinarne. Na stole w kuchni stoi blacha z jemista — faszerowaną papryką.
— Brawo, Adriani — mówię zachwycony. — Nie spodziewałem się czegoś takiego.
— Dawno ich nie przygotowywałam, dzisiaj będą jak znalazł. Katerina i Fanis przychodzą na kolację, a on je bardzo lubi.
Jestem głodny jak wilk, nie mogę się powstrzymać, żeby nie podjadać z blachy. Adriani się złości. Katerina i Fanis przychodzą kolo dziewiątej i natychmiast zasiadamy do stołu. Tradycyjnie jemista je się u nas z fetą, więc Adriani kładzie obok blachy cały kawałek sera. Postawiłem na stole ouzo z Mitilini, specjalnie dla Fanisa. Ja piję białe wino żywiczne kupione prosto z beczki, bo butelkowana retsina smakuje tak, jakby wlewać benzynę do gardła.

Petros Markaris Niespłacone długi, przeł. Przemysław Kordos, Kraków 2018, s. 150



Jemista (gr. γεμιστα oznacza nadziane) to nie tylko faszerowane papryki, ale i pomidory, bakłażany, cukinie. Danie znane również w Polsce, na dodatek proste w wykonaniu i niedrogie. W wersji podstawowej jest to potrawa wegetariańska, niemniej można dodać np. tuńczyka z puszki albo mięso mielone. Ważne są zioła i przyprawy, które podkreślą smak warzyw.

Składniki:
4 papryki i 4 duże pomidory
1 duża cebula
1 szklanka ryżu
pęczek natki pietruszki
przyprawa do faszerowanych warzyw
mięta
koncentrat pomidorowy (puszka 200 g)
sól, pieprz, oliwa

Sposób przygotowania:
1. Umyć i namoczyć ryż.
2. Paprykę i pomidory umyć, odciąć delikatnie czubki i zachować na później.
3. Warzywa wydrążyć, miąższ zmiksować i przełożyć do osobnej miski.
4. Drobno pokroić cebulę, czosnek, miętę, pietruszkę, dodać do miąższu.
5. Całość dosmaczyć według upodobania, dodać oliwę, koncentrat pomidorowy oraz ryż, dokładnie wymieszać, odstawić na ok. 30 min.
6. Wydrążone papryki i pomidory posolić wewnątrz, napełnić farszem do wysokości nieco poniżej górnej krawędzi (ryż spęcznieje w trakcie pieczenia), nakryć odciętymi czubkami. Ułożyć ciasno na blasze.
7. Blachę podlać oliwą i wodą. Włożyć do nagrzanego do 180°C piekarnika i piec przez ok. godzinę, sprawdzając miękkość ryżu. Jeśli warzywa zaczną się przypiekać, przykryć je folią aluminiową, którą pod koniec pieczenia zdejmujemy.

Jemistę można podawać tak jak w powieści Markarisa posypaną serem feta, często podawana jest również z pieczonymi ziemniakami.

czwartek, 2 sierpnia 2018

Niespłacone długi

Gdyby nie Adam Ferency, który ze swadą czytał fragmenty Niespłaconych długów w PR2, pewnie w ogóle nie zwróciłabym uwagi na tę książkę, jako że po kryminały sięgam rzadko (okładka też nieszczególnie zachęca). Co prawda obecny na początku humor szybko wyparował, ale na szczęście pozostała grecka sceneria, czyli upalne Ateny AD 2010, i oczywiście intryga.


U Petrosa Markarisa zasadniczą rolę odgrywa kryzys finansowy. W stolicy nie można swobodnie się poruszać, bo jeśli akurat nie trwa protest związkowców przeciw ustawie o ubezpieczeniach społecznych, to demonstrują emeryci pozbawieni świadczeń. Mówi się o plajtujących firmach i zdesperowanych kredytobiorcach, słychać narzekania na restrykcje unijne i kolejne cięcia w państwowym budżecie. Policjanci nie są wyjątkiem – pomstują na zredukowane pensje i zlikwidowane dodatki. Frustracja jest na tyle powszechna, że zabójstwo dwóch szych ze świata finansjery nie spotkało się ze zbytnim współczuciem, przeciwnie, wielu zwykłych zjadaczy chleba uznało je za karę za chciwość.

Warstwa obyczajowa była dla mnie w Niespłaconych długach najbardziej atrakcyjna, bo pokazuje grecki kryzys z perspektywy społeczeństwa, czym media w doniesieniach nie zajmowały się obszernie. Sam wątek kryminalny, a ściślej motywy zbrodni, wydały mi się cokolwiek wydumane, niemniej fabuła wciąga, szczególnie w drugiej połowie. Jest w tym zasługa i głównego bohatera, inspektora Kostasa Charitosa – mężczyzny starej daty, który nie zna się na komputerach ani ekonomii, jest za to powściągliwy i anielsko cierpliwy. Nałogów nie wykazuje żadnych, lubi natomiast kuchnię swojej żony i spokojne wieczory ze słownikiem Dimitrakosa w ręce.

Książka jest pierwszą częścią Trylogii Kryzysu i nieźle rokuje. I mimo że nie znam się na ekonomii i niechętnie o niej czytam, z ciekawości zajrzę do następnego tomu. Choćby dla wędrówki po dusznych i zatłoczonych Atenach, tak wyraźnie odmalowanych w powieści. I sprawdzenia, kto jeszcze padnie ofiarą finansowego krachu w Grecji.

________________________________________________________
Petros Markaris Niespłacone długi, przeł. Przemysław Kordos
Wyd. Noir sur Blanc, Kraków 2018

piątek, 27 lipca 2018

Upojenie

Pierwsze zetknięcie z opowiadaniami Katherine Mansfield (1888-1923) nie było dla mnie udane – Jej pierwszy bal odebrałam jako monotonny, miejscami afektowany. Jak się z czasem okazało, drugi zarzut wynikał głównie z niezręcznego przekładu, dzisiaj chyba zbyt staroświeckiego. Dlatego Upojenie czytałam już w oryginale, od czasu do czasu przeglądając polską wersję, i przyznam, że w realia z początku biegłego wieku zanurzyłam się tym razem z przyjemnością.


Zbiór otwiera Preludium – tekst najdłuższy i bodaj najbardziej atrakcyjny pod względem formalnym. Czytelnik wkracza w sam środek wydarzeń, przez kilka stron musi dociekać, co się właściwie dzieje i jakie relacje łączą bohaterów. Fabuła jest wyjątkowo skromna, to bardziej zbiór luźno powiązanych scenek, rozmów i wewnętrznych monologów niż konkretna historia. Tak będzie jeszcze w kilku następnych opowiadaniach, bo u Mansfield ważniejsze są postaci i ich (na ogół) zwyczajne życie, w którym tylko od czasu do czasu zdarzają się chwile uniesienia, lub przeciwnie – rozpaczy.

I właśnie w opisie emocji pisarka jest najlepsza. Od pierwszych zdań potrafi zbudować napięcie, by później zgrabnie je modelować i przy pomocy drobiazgów zaznaczać ledwie wyczuwalne zmiany nastrojów. Rejestruje byty ulotne i krótkotrwałe – impresje, myśli i odczucia, które często wiele mówią o charakterze bohatera. A ci są bardzo różni: przepełniona szczęściem pani domu, nieśmiały adorator, bezrobotna śpiewaczka czy para literatów broniąca się przed miłością. Pojawią się osóbki do bólu naiwne, pretensjonalne i obłudne, za to wnoszące ożywczy ferment.

W tej prozie szczególnie spodobała mi się finezyjność opisu, opartego m.in. na niesztampowej symbolice i metaforyce. Dużą niespodzianką była obecna w kilku tekstach seksualność – dyskretnie zasygnalizowana, a jednak nie pozostawiająca wątpliwości, że mamy do czynienia np. z męską prostytutką lub kobietą lżejszych obyczajów. Nie na próżno literaturoznawcy głoszą, że Mansfield zrewolucjonizowała dwudziestowieczne opowiadanie – Upojenie jest tego dowodem.

____________________________________________________________
Katherine Mansfield Bliss And Other Stories, Penguin Classics, 2001

Katherine Mansfield Upojenie i inne opowiadania
tł. Wanda Peszkowa, Irena Tuwim, Julian Stawiński
Czytelnik, Warszawa 1962


niedziela, 22 lipca 2018

Sandor Márai w podróży

Na początku lat 50. ubiegłego wieku Sandor Márai wyemigrował do Stanów Zjednoczonych i zamieszkał w Nowym Jorku. Nie czuł się tam komfortowo, Ameryka niezbyt mu odpowiadała. W 1959 r. przedsięwziął długą podróż m.in. po Kalifornii i Meksyku. Tak w dzienniku pisał o San Diego, gdzie po jakimś czasie się przeprowadził i mieszkał do końca życia:
Turysta musi jednak stwierdzić, że w tym ładnym, proporcjonalnie zaprojektowanym, spokojnym mieście amerykańskim wieczór jest, tak samo jak gdzie indziej, pusty. W restauracji nie można posiedzieć, po skończeniu posiłku kelner nerwowo krząta się wokół gościa, czekając, żeby już sobie poszedł. Amerykańskim wieczorom brakuje właśnie tego, co nadaje podróżom i w ogóle życiu smak, barwę, nastrój: możliwości posiedzenia w kawiarni, na ulicznym tarasie, w winiarni. Wieczorami ludzie stają się dziwnie bezdomni. Ten wielki kraj jeszcze się nie nauczył, co się składa na urok życia, a Europejczycy, którzy tu przybyli, w niepojętym tempie zapomnieli o tych dobrych ważnych drobiazgach. W półmroku barów — ten mrok wydaje się pozostałością po czasach prohibicji albo jakimś purytańskim ukrywaniem się — wlewają w siebie mocne alkohole, to samo robią w night clubach, i czasem dostają do tego jakieś pospolite występy nudystyczne, siedzą w kinach albo w hallach hotelowych zapatrzeni poważnie i beznadziejnie w telewizor. Wszędzie jest tak samo. Tego, co daje wieczorem miasto południowoamerykańskie czy europejskie — niespiesznych spacerów, możliwości posiedzenia gdzieś i miłego spędzenia czasu — ten kraj jeszcze nie zna.
Sandor Márai, Dziennik 1957-1966, przeł. Teresa Worowska, Warszawa 2018, s. 129

San Diego w latach 50. (źródło)

wtorek, 17 lipca 2018

Lalunie

Książka Lindy Polman może odstręczać, tak jak odstręcza – przynajmniej początkowo – wchodzenie w świat kobiet, które przez portale ogłoszeniowe szukają kontaktu listowego ze skazanymi na śmierć. Bo to ekscytujące, bo liczą na odmianę w życiu albo chcą się dowartościować. Ale to tylko jedna grupa, tytułowe laleczki. Są również panie, które inicjowały korespondencję ze skazańcami po przeczytaniu apelu Amnesty International, walczącej m.in. o prawa człowieka w więzieniach. Wymiana listów niejednokrotnie prowadzi do wieloletniej znajomości i autentycznego zaangażowania w sprawy podopiecznego, zdarzają się i śluby.


Autorka poznała swoje bohaterki w Teksasie i tam też szerzej badała temat. Przytoczone w reportażu historie dają do myślenia, jednak bardziej zaskakuje podejście Teksańczyków do kary śmierci. Już scena z pierwszego rozdziału wprawia w osłupienie: w dniu egzekucji pod murami więzienia odbywa się piknik z muzyką na żywo i grillem – radosna impreza, na którą zjechali z rodzinami zwolennicy kary śmierci. Nieco mniej dziwią pamiątki z więziennego muzeum np. koszulki z rzekomo zabawnymi napisami albo pocztówki z krzesłem elektrycznym, za to zdumiewają aukcje internetowe poświęcone "murderabiliom" – od zdjęć z miejsca zbrodni po resztki posiłku i paznokcie skazańców.

Z europejskiej perspektywy to wszystko jest raczej trudne do zaakceptowania. Gdy pytać „dlaczego”, za odpowiedź musi wystarczyć lakoniczne zdanie „tu jest Teksas”. Owszem, jest to jakieś wytłumaczenie dla absurdów tamtejszego systemu wymiaru sprawiedliwości, w końcu Stan Samotnej Gwiazdy leży w tzw. pasie biblijnym, gdzie najwyraźniej wciąż obowiązuje zasada „oko za oko”. Potwierdzenie można znaleźć i w kościele, jeden z przepytywanych pastorów powiedział Polman: Czym byłoby chrześcijaństwo, gdyby Jezus otrzymał karę piętnastu lat więzienia z szansą na wcześniejsze zwolnienie? Niczym! Nie istnielibyśmy! [s. 182]

Laleczki skazańców to bez wątpienia mocna rzecz. Można mieć pretensje do dziennikarki o tytuł, bo tylko połowicznie zajmuje się przyjaciółkami skazanych, by przejść do innych wątków, niemniej są one tak zajmujące, że można przymknąć oko na niespełnioną obietnicę. Podobnie jak na cokolwiek chaotyczną narrację dającą wrażenie pobieżnego potraktowania zagadnienia, przez co lektura staje się hm, wyboista. Translatorskie wpadki kurtuazyjnie pominę, lepiej wyraźnie podkreślić, że mimo niedociągnięć książce holenderskiej dziennikarki warto poświęcić uwagę.

_________________________________________________________________
Linda Polman, Laleczki skazańców, przeł. Małgorzata Diederen-Woźniak
Wyd. Czarne, Wołowiec 2018 


środa, 11 lipca 2018

Lwiątko

Lwiątko (1969) to powieść o praskim Casanovie, który zagiął parol na ślicznotkę o bakelitowych oczach. A że redaktor Leden jest równie zdeterminowany co zepsuty, nie zawaha się intrygować, zdradzić najlepszego przyjaciela i narzeczonej, byle tylko osiągnąć cel. Należy bowiem do gatunku osób, które szybko i skutecznie zagłuszają ewentualne wyrzuty sumienia, można powiedzieć, że osiągnął wyjątkową biegłość w wybaczaniu sobie popełnionych draństw.


W książce Josefa Škvorecký’ego pojawia się co najmniej kilku podobnych delikwentów – różnej maści konformistów i karierowiczów, którzy dla zachowania pozycji lub zdobycia lepszej skłonni są wiele poświęcić. W wydawnictwie Ledena większość pracowników już dawno temu porzuciła młodzieńcze ideały i literackie ambicje na rzecz bardziej bezpiecznych zajęć. To oznacza m.in. ochronę talentów, bo nierozsądnych, pełnych bezkrytycznego entuzjazmu pisarzy trzeba przecież prowadzić. Dokąd? Do rozwagi, rzecz jasna, bo za głupotę nikt jeszcze nagrody państwowej nie dostał [s. 109]

Swoją drogą opis redakcyjnych zmagań z ambitnymi autorami wydaje się dzisiaj zabawny. Główny bój toczy się o współczesną, naturalistyczną nowelę o „upadłej” dziewczynie – poprawki utworu wiele mówią o czeskiej obyczajowości lat 60. Jeszcze ciekawiej brzmią opowieści o uładzaniu dzieł politycznie niepoprawnych. I tak na przykład z historii jazzu usunięty został Duke Ellington, ponieważ arystokratów nie propagowano, z kolei tłumacząc Klub Pickwicka, slangowe wypowiedzi Sama Wellera przekładano na język literacki, jako że slang uchodził za wymysł burżuazyjnych uczonych czyli nie istniał.

Wypada zaznaczyć, że Lwiątko nie jest jedynie pocieszną lekturą (nomen omen według autora to kryminał), bo choć Škvorecký obśmiewa absurdy socjalistycznej rzeczywistości, wspomina także o jej ciemnych stronach. Dla mnie to przede wszystkim znakomity portret środowiska literackiego z czasów, kiedy – jak mówi jedna z bohaterek – było się albo człowiekiem, albo świnią, i przeważnie nie sposób było tego rozpoznać. Gorąco polecam.

________________________________________________________________
Jozef Škvorecký, Lwiątko, przeł. Emilia Witwicka, PIW, Warszawa 1992


piątek, 6 lipca 2018

Sylvia Plath w podróży

Urlop to dla mnie wciąż odległa przyszłość i w ramach rekompensaty podczytuję sobie wakacyjne zapiski literatów. I tak w tomie korespondencji Sylvii Plath trafiłam na jej list z podróży po Hiszpanii. W lipcu 1956 r. jako świeżo upieczona mężatka pisała do matki:

Najdroższa z Mam,

Szkoda, że nie możesz zobaczyć, jak w opalaczu i szortach siedzę na wysokości siódmego piętra ponad buczącym syrenami Madrytem, na naszym wielkim, prywatnym balkonie z posadzką wyłożoną wesołymi niebiesko-żółtymi kaflami, pólkami na ścianach, doniczkami pelargonii i bluszczu, otoczona barokowymi wieżami, pod jaskrawoniebieskim niebem, choć jest już prawie ósma wieczór (...)

Czy to nie cudowne, że gdziekolwiek pójdziemy, wszyscy natychmiast okazują nam sympatię. Jesteśmy niezwykle dobrze dobrani; potrzebujemy tyle samo snu, jedzenia i czasu na pisanie; oboje jesteśmy otwierają się zamknięci w sobie, prawie nietowarzyscy w tym sensie, że nie lubimy interesownych przyjęć, czujemy się najlepiej wśród prostych, bezpretensjonalnych ludzi pracy, którzy natychmiast traktują nas jak swoich.
(...) W ogóle w żadnym kraju nie czułam się tak swojsko jak w Hiszpanii. Kolory oglądane z okna pociągu przez całą drogę były wprost niewiarygodne (...) jaskrawożółte, brązowe i jasnozielone pola pod błękitnobiałym niebem, zielono-czarne sosny, białe domy mieszkalne kryte pomarańczową dachówką, a na wsi; na szczęście, tylko uprawne pola albo pastwiska (...) 
A najcudowniejsze, że mam lekką głowę, co wydawało się wręcz niemożliwe. Nie zdawałam sobie sprawy, jaki ciężar noszę w swoich zatokach. Pierwszy raz w życiu mam zupełnie jasny umysł, jestem pełna wigoru i energii — na swój sposób (...) Strasznie się cieszę, że w przyszłym roku wrócę tu dwukrotnie, za każdym razem na pięć tygodni. Chcę się podczas lata otrzaskać z hiszpańskim, a potem popracować nad nim samodzielnie w Cambridge. Tutaj, w sercu Hiszpanii, gdzie wszyscy z największą ochotą uczą nas słówek i wymowy, chwyta się język o tyle szybciej. 

Hiszpania to prawdziwy raj (...) Dla mnie i dla Teda nie ma rzeczy niemożliwych. Jest nam cudownie. Przesyłamy Ci oboje najserdeczniejsze ucałowania i mamy nadzieję, że Twoja podróż jest nadal piękna, jak wynikało z pierwszej kartki (…)

Ściskam najczulej,
 Twoja zawsze Sivvy

Sylvia Plath, Listy do domu, tłum. Ewa Krasińska, Czytelnik 1983, s. 217-219

niedziela, 1 lipca 2018

Pokraka

Gdy się patrzy na tego psa, jest brzydki aż do doskonałości. Jak plująca wodą chimera z Notre Dame. [s. 133]

Pokraka to sympatyczna książeczka o perypetiach autorki, która w spadku po ciotce nazistce otrzymała starego i wysoce nieurodziwego kundla – według małżonka Alice był skrzyżowaniem nietoperza, lisa pustynnego i świni. Paskudny czy nie, Muckie dość szybko wkradł się w łaski rodziny Zuckmayerów, co nie było znowu takie oczywiste – obdarowana nie przepadała za psami i nie miała żadnego doświadczenia w opiece nad zwierzakami. Na dodatek – jak się wkrótce miało okazać – wszystkich czekały liczne podróże.


Ponieważ Zuckmayerowie nie byli zwolennikami Hitlera, a Carl, autor sztuki Kapitan z Köpenick uważany był wręcz za element niepożądany, podjęli decyzję o wyjeździe z Wiednia. W rzeczywistości była to ucieczka – sytuacja polityczna stała się zbyt napięta, by mieć jeszcze nadzieję na spokojne życie w Austrii. Wydostać się z Europy nie było już łatwo, na szczęście autorka z mężem i córkami krótko przed 1 września 1939 r. znalazła się w Stanach Zjednoczonych. Pies państwu oczywiście towarzyszył i dzielnie znosił trudy licznych przeprowadzek, choć może trzeba na to spojrzeć z innej strony – w rzeczywistości to Alice musiała się mocno nagimnastykować, aby przewieźć schorowanego Muckiego przez Szwajcarię, Holandię i Francję aż za ocean.

Alice Herdan-Zuckmayer opisała swoje przeżycia lekko i z humorem, ale między wierszami wyraźnie daje się odczuć narastający strach i determinację, by uciec. Mnie w Pokrace najbardziej urzekł proces „układania” właścicielki przez jej podopiecznego (tak, tak, to nie błąd), bo trzeba podkreślić, że autorka musiała wielu rzeczy się nauczyć. I jak na osobę rzekomo nielubiącą psów, podeszła do obowiązku odpowiedzialnie i z sercem. Zapewne również dlatego tę bezpretensjonalną historię czyta się z przyjemnością.

_______________________________________________________
Alice Gerden-Zuckmayer, Pokraka. Dzieje osobliwego spadku
przeł. Feliks Przybylak, Wyd. Czytelnik, Warszawa 1976

wtorek, 26 czerwca 2018

Ciotka bełkotka

Julie co wieczór wystaje na balkonie swojego mieszkania. Wypatruje gościa, z którym mogłaby porządnie pogadać, od stworzenia świata począwszy, a skończywszy długo po północy. Ale żadna z niej szekspirowska Julia czyli niewinne, romantyczne dziewczątko, nic z tych rzeczy. Bohaterka Petry Hůlovej to dojrzała, zmęczona życiem kobieta, autorka poczytnych harlekinów, która kiedy się napije, jest najtrzeźwiejsza i która ze swej balkonowej trybuny wykrzykuje w próżnię płomienne mowy o abstrakcyjnych znojach dnia codziennego


Przechodnie nie reagują, co wcale nie zniechęca Julie – jak nakręcona opowiada o niefajnym dzieciństwie, o porzuconych ambicjach i marzeniach, o zaniedbywaniu dzieci i zaprzedaniu się mamonie. Z każdym promilem staje się coraz bardziej wymowna, coraz bardziej ironiczna i otwarta, a nawet nieprzyzwoita. Jak sama twierdzi: jestem ascetyczną introwertyczką ze skłonnością do słownego ekshibicjonizmu, mam też rzadki dar: potrafię za pomocą ogromnej ilości słów nie przekazać zupełnie nic, i na odwrót, umiem przekazać tę resztę za pomocą czego innego (…).

Ten pijacki słowotok miejscami męczy, zwłaszcza że Julie nie jest całkowicie szczera, przede wszystkim wobec siebie samej. W którymś momencie rodzi się pytanie, czy faktycznie krzyczy z balkonu, tej sceny bez widzów, czy tylko monologuje w myślach. A może wszystko zmyśliła dla zwiększenia sprzedaży książek, w końcu dobrze wie, że produkty, które mają jakąś pikantną historię (istnieją kobiet szpikujące swoje teksty trupami członków rodziny), schodzą lepiej niż te, które jej nie mają, a to się nazywa doping, i jest to nieetyczne, bo działa

Jak na wynurzenia ciotki bełkotki całość jest podejrzanie dobrym monologiem, choć oczywiście alkohol mógł dodać narratorce skrzydeł, stąd nomen omen imponujący polot. Nie opuszcza mnie jednak wrażenie, że „słuchałam” rewelacyjnej, acz sfrustrowanej pisarki, która gdzieś po drodze roztrwoniła swój talent. O autorce Macochy na szczęście tego powiedzieć nie można – wciąż trzyma wysoki poziom, a jej zwodniczo różowa książeczka to według mnie majstersztyk.

P.S. Wyrazy uznania dla tłumaczki Julii Różewicz – w jej przekładzie nie znajduję ani jednego fałszywego słowa i tonu.

____________________________________________________________________
Petra Hůlová, Macocha, przeł. Julia Różewicz, Wyd. Afera, Wrocław 2017

sobota, 23 czerwca 2018

Mój ojciec

Zbigniew Herbert

Mój ojciec bardzo lubił France’a
i palił Przedni Macedoński
w niebieskich chmurach aromatu
smakował uśmiech w wargach wąskich
gdy pochylony siedział z książką
mówiłem: ojciec jest Sindbadem
i jest mu z nami czasem gorzko

przeto odjeżdżał Na dywanie
na czterech wiatrach Po atlasach
biegliśmy za nim zatroskani
a on się gubił W końcu wracał
zdejmował zapach kładł pantofle
znów chrobot kluczy po kieszeniach
i dni jak krople ciężkie krople
i czas przemija lecz nie zmienia

na święta raz firanki zdjęto
przez szybę wyszedł i nie wrócił
nie wiem czy oczy przymknął z żalu
czy głowy ku nam nie odwrócił
raz w zagranicznych ilustracjach
widziałem jego fotografię
gubernatorem jest na wyspie
gdzie palmy są i liberalizm


poniedziałek, 18 czerwca 2018

Widziano, słyszano

To mógłby być dowolny zbiornik, niekoniecznie trzynasty. Nie odegra on w powieści Jona McGregora większej roli, choć tytuł zdaje się tak sugerować. Co więcej, trudno pozbyć się odczucia, że trzynastka jest tu kluczem, skoro Rebecca Shaw w chwili zaginięcia miała 13 lat i przez tyle kolejnych lat obserwujemy następstwa tego zdarzenia, wszystko skrupulatnie opisane nomen omen w trzynastu rozdziałach. Żeby było ciekawiej, w okolicy znajduje się trzynaście zbiorników, które idealnie nadają się na miejsce zbrodni lub nieszczęśliwego wypadku.


Szybko okazuje się, że autor nie poszedł utartym „kryminalnym” szlakiem, a jedynie wykorzystał ograną konwencję literacką i przy okazji zabawił się oczekiwaniami czytelnika. Fabuła koncentruje się bowiem na życiu miasteczka i gdzieś w połowie lektury staje się jasne, że nastolatka prawdopodobnie się nie odnajdzie i że nie o rozwiązanie zagadki jej zniknięcia tu chodzi. Gdy już pogodzimy sie z tą myślą i kolejne meldunki o życiu mieszkańców będziemy śledzić z rozpędu, między jedną a drugą beznamiętną relacją trafiamy nagle na coś, co może być nowym tropem w poszukiwaniach. Pełni nadziei rzucamy się na te łakome kąski, bo przecież gałgan wygrzebany przez psa w lesie mógł być kiedyś bluzą zaginionej dziewczynki, dzieciaki półgębkiem wspominające spotkania z Becky niewątpliwie mają coś na sumieniu, a już pornografia dziecięca znaleziona w komputerze pracownika szkoły będzie na pewno przełomem w śledztwie. Nic z tego.

Pomysł na Zbiornik 13 jest równie nieszablonowy co jego realizacja. Krótkie, ściśle informacyjne zdania stłoczone w długich akapitach przypominają ciąg niemych scen z filmu dokumentalnego. Wszechobecny narrator rejestruje wydarzenia z cierpliwością i obojętnością kamery, z każdym rozdziałem coraz wyraźniej uwypuklając cykliczność rządzącą światem ożywionym i nieożywionym. Nawet jeśli nic arcyważnego się nie dzieje, zmiany zachodzą. Pozostaje uznać, że głównym bohaterem tej wysmakowanej powieści jest po prostu czas.

P.S. Nurtuje mnie, dlaczego w polskim przekładzie na str. 63 pojawia się Isobel Broad i Wiktor Muchlowski, skoro w oryginale takie postaci w ogóle nie występują.

___________________________________________________________________
Jon McGregor, Zbiornik 13, tłum. Jolanta Kozak, Czytelnik, Warszawa 2018

wtorek, 12 czerwca 2018

Fini

Gdyby nie Kot Jeleński, o Leonor Fini (1907-1996) raczej długo bym nie usłyszała. W 2011 r. w stołecznym Muzeum Literatury zorganizowano wystawę poświęconą tej jakże osobliwej parze, którą przez 35 łączył bliski związek. W rzeczywistości razem z włoskim malarzem Stanislao Lepri tworzyli artystyczno-uczuciowy trójkąt, jakich mało. Ale też trzeba powiedzieć, że sama Fini była postacią niepospolitą.


Przede wszystkim była malarką – autorka odrealnionych, niepokojących obrazów (do obejrzenia TU), z uporem broniąca się przed mianem surrealistki. Poza tym osoba, która lubowała się w prowokacjach i przebierankach – zakładanie kostiumów własnego pomysłu traktowała jako akt twórczy. Wykazywała szczególną słabość do motywów zwierzęcych – piór, ogonów, zębów, rogów, stąd tyle dziwnych masek i kreacji na jej fotografiach. Przepadała za kotami, stąd przydomek Gattora (od hiszpańskiego gato).

Fini dość szybko stała się częścią paryskiej bohemy: Dior pomógł zorganizować wystawę jej płócien, Cartier Bresson chętnie fotografował ją nagą, z Dalim i jego żoną Galą spędzała wakacje. Przede wszystkim jednak tworzyła i to z powodzeniem. Często portretowała znajomych i celebrytów, dla Schiapparelli wymyśliła stosowany do dziś flakon perfum Shocking, niejednokrotnie projektowała też dekoracje teatralne. Jakby tego było mało, podejmowała także próby literackie – w ciągu jednego roku napisała trzy powieści.

Żywiołowa, świadoma swojej indywidualności i twardo krocząca własną drogą – tak można w dużym skrócie scharakteryzować Eleonorę Fini. Była osobowością, jak dla mnie artystką totalną i myślę, że dzisiaj bez trudu odnalazłaby się w zwariowanym świecie show biznesu. Dorota Hartwich bardzo przystępnie pokazała swoją bohaterkę, idąc raczej w stronę reportażu biograficznego niż biografii, ale to nie przeszkadza w poznawaniu Kocicy.

_________________________________________________________________________
Dorota Hartwich, Gattora. Życie Leonor Fini, Wydawnicwo Iskry, Warszawa 2018


środa, 6 czerwca 2018

Pusta woda

"Pusta woda” była rodzinnym rytuałem wymyślonym przez matkę Krystyny Żywulskiej. Na przekór nędzy panującej w getcie kobieta uporczywie podtrzymywała pozory normalnego życia i codziennie w porze obiadowej stawiała na stole gorącą wazę. Na ogół był w niej tylko wrzątek, z rzadka trafiał się ziemniak lub inna zdobycz nadająca się do zjedzenia. Do „obiadu” zasiadali rodzice z córkami, jak przed wojną.


Poczucie normalności szybko znikało jednak w zderzeniu ze światem zewnętrznym – wystarczyło porozmawiać z sąsiadami, podsłuchać bawiących się dzieci, wyjść na ulicę pełną żebraków i trupów. Albo przejrzeć się w lustrze i uczciwie ocenić wygląd wyniszczonego głodem ciała. Prawdziwa normalność była po aryjskiej stronie, dostrzegalna nawet z kładki oddzielającej duże getto od małego: W dole nic się nadzwyczajnego nie dzieje. I to jest właśnie nadzwyczajne [s. 27]. 

Stary porządek definitywnie przestał istnieć, dawne zasady straciły rację bytu. Dlatego odkryty w marynarce ojca list od kochanki był jedynie luksusowym konfliktem, tak samo abstrakcyjnym jak rozpoczynająca się właśnie wiosna. Nieważne, co znajdowało się w marynarce, sprawczyni dramatu już zresztą nie żyła – ważna była sama marynarka, wymienialna na porcję chleba czyli kilka dodatkowych dni istnienia. Przynajmniej takie pokładano nadzieje, dla ludzi z żółtą gwiazdą na rękawie gwarancji nie było żadnych.

W Pustej wodzie śledzimy wojenne peregrynacje Żywulskiej od getta, przez niepewne życie po aryjskiej stronie, działalność konspiracyjną aż po pobyt na Pawiaku. Autorka pisze prosto i bardzo plastycznie, te historie wprost się chłonie. Na odbiór wpływa również świadomość, że zdarzyły się naprawdę i ponoć nie zostały ubarwione. Nie było zresztą takiej potrzeby, bo lektura dostarcza wystarczająco dużo emocji.

____________________________
Krystyna Żywulska Pusta woda
Instytut Wydawniczy Latarnik & tChu, doM Wydawniczy, Michałów – Grabina 2008

piątek, 1 czerwca 2018

Kroniki

Stasiuk nie zaskakuje. Od jakiegoś czasu można z góry założyć, że w nowej książce znów pojawią się kawałki o pięknych krajobrazach i niepięknej architekturze, o podróżach po okolicy i za wschodnią granicę, może jeszcze coś o polityce i owcach. W Kronikach beskidzkich i światowych to wszystko jest, niespodzianek zresztą być nie mogło m.in. ze względu na gatunek literacki (tom zawiera felietony drukowane w latach 2013-2017 w Tygodniku Powszechnym).


Autorowi trzeba oddać sprawiedliwość – nawet gdy po raz kolejny pisze o poranku na wsi, przemijaniu albo nowoczesnych technologiach, potrafi pisać po prostu pięknie. Kiedy przebąkuje o braku pomysłu na tekst i daje się wyraźnie odczuć, że nie jest to jedynie kokieteria, nadal pisze zajmująco. A jeśli czytać ten zbiór w małych dawkach, wrażeń będzie sporo. Na przykład tekst o mężczyźnie jeżdżącym ze starą, schorowaną matką do Ikei, żeby się ogrzać w kolorowym wnętrzu, mocno porusza, historia o psie znalezionym w lesie tchnie optymizmem, z kolei fantazja na temat artystów piszących list do władz rozśmiesza do łez.

Co ujmuje mnie od dawna u Stasiuka, to jego autentyczna empatia i zrozumienie ludzkich słabości. Dostrzegam to w jego pisaniu o słuchaczach toruńskiego radia, o upodobaniu rodaków do wszelkiej maści chińskich towarów czy o powszechnym pędzie do nieśmiertelności. Nie znajduję tu ani krzty poczucia wyższości lub drwiny, a przecież łatwo byłoby szydzić. Pisarz chyba już złagodniał (albo pisze w wersji light z szacunku dla Tygodnika), bo nawet ustosunkowując się do kontrowersyjnych poczynań polityków i księży, pozwala sobie na mocno zawoalowany sarkazm. Żadnego potępiania w czambuł, żadnego grzmienia.

Zbiór jest niezły, choć nie zawadziłoby dokonać staranniejszego, bardziej urozmaiconego wyboru tekstów, bo chwilami powtórzeń jest za dużo. Zabrakło też dat, a jak się okazuje, czasami mają znaczenie dla lepszej orientacji w chronologii wydarzeń. Mimo tych zastrzeżeń Kroniki… warte są lektury – ot, żeby sprawdzić, jak Stasiuk opisuje rzeczy trudne do nazwania albo przeciwnie, banalne, i nadaje im blasku.

_______________________________________________________________________
Andrzej Stasiuk Kroniki bieszczadzkie i światowe, Wyd. Czarne, Wołowiec 2018