wtorek, 17 lipca 2018

Lalunie

Książka Lindy Polman może odstręczać, tak jak odstręcza – przynajmniej początkowo – wchodzenie w świat kobiet, które przez portale ogłoszeniowe szukają kontaktu listowego ze skazanymi na śmierć. Bo to ekscytujące, bo liczą na odmianę w życiu albo chcą się dowartościować. Ale to tylko jedna grupa, tytułowe laleczki. Są również panie, które inicjowały korespondencję ze skazańcami po przeczytaniu apelu Amnesty International, walczącej m.in. o prawa człowieka w więzieniach. Wymiana listów niejednokrotnie prowadzi do wieloletniej znajomości i autentycznego zaangażowania w sprawy podopiecznego, zdarzają się i śluby.


Autorka poznała swoje bohaterki w Teksasie i tam też szerzej badała temat. Przytoczone w reportażu historie dają do myślenia, jednak bardziej zaskakuje podejście Teksańczyków do kary śmierci. Już scena z pierwszego rozdziału wprawia w osłupienie: w dniu egzekucji pod murami więzienia odbywa się piknik z muzyką na żywo i grillem – radosna impreza, na którą zjechali z rodzinami zwolennicy kary śmierci. Nieco mniej dziwią pamiątki z więziennego muzeum np. koszulki z rzekomo zabawnymi napisami albo pocztówki z krzesłem elektrycznym, za to zdumiewają aukcje internetowe poświęcone "murderabiliom" – od zdjęć z miejsca zbrodni po resztki posiłku i paznokcie skazańców.

Z europejskiej perspektywy to wszystko jest raczej trudne do zaakceptowania. Gdy pytać „dlaczego”, za odpowiedź musi wystarczyć lakoniczne zdanie „tu jest Teksas”. Owszem, jest to jakieś wytłumaczenie dla absurdów tamtejszego systemu wymiaru sprawiedliwości, w końcu Stan Samotnej Gwiazdy leży w tzw. pasie biblijnym, gdzie najwyraźniej wciąż obowiązuje zasada „oko za oko”. Potwierdzenie można znaleźć i w kościele, jeden z przepytywanych pastorów powiedział Polman: Czym byłoby chrześcijaństwo, gdyby Jezus otrzymał karę piętnastu lat więzienia z szansą na wcześniejsze zwolnienie? Niczym! Nie istnielibyśmy! [s. 182]

Laleczki skazańców to bez wątpienia mocna rzecz. Można mieć pretensje do dziennikarki o tytuł, bo tylko połowicznie zajmuje się przyjaciółkami skazanych, by przejść do innych wątków, niemniej są one tak zajmujące, że można przymknąć oko na niespełnioną obietnicę. Podobnie jak na cokolwiek chaotyczną narrację dającą wrażenie pobieżnego potraktowania zagadnienia, przez co lektura staje się hm, wyboista. Translatorskie wpadki kurtuazyjnie pominę, lepiej wyraźnie podkreślić, że mimo niedociągnięć książce holenderskiej dziennikarki warto poświęcić uwagę.

_________________________________________________________________
Linda Polman, Laleczki skazańców, przeł. Małgorzata Diederen-Woźniak
Wyd. Czarne, Wołowiec 2018 


środa, 11 lipca 2018

Lwiątko

Lwiątko (1969) to powieść o praskim Casanovie, który zagiął parol na ślicznotkę o bakelitowych oczach. A że redaktor Leden jest równie zdeterminowany co zepsuty, nie zawaha się intrygować, zdradzić najlepszego przyjaciela i narzeczonej, byle tylko osiągnąć cel. Należy bowiem do gatunku osób, które szybko i skutecznie zagłuszają ewentualne wyrzuty sumienia, można powiedzieć, że osiągnął wyjątkową biegłość w wybaczaniu sobie popełnionych draństw.


W książce Josefa Škvorecký’ego pojawia się co najmniej kilku podobnych delikwentów – różnej maści konformistów i karierowiczów, którzy dla zachowania pozycji lub zdobycia lepszej skłonni są wiele poświęcić. W wydawnictwie Ledena większość pracowników już dawno temu porzuciła młodzieńcze ideały i literackie ambicje na rzecz bardziej bezpiecznych zajęć. To oznacza m.in. ochronę talentów, bo nierozsądnych, pełnych bezkrytycznego entuzjazmu pisarzy trzeba przecież prowadzić. Dokąd? Do rozwagi, rzecz jasna, bo za głupotę nikt jeszcze nagrody państwowej nie dostał [s. 109]

Swoją drogą opis redakcyjnych zmagań z ambitnymi autorami wydaje się dzisiaj zabawny. Główny bój toczy się o współczesną, naturalistyczną nowelę o „upadłej” dziewczynie – poprawki utworu wiele mówią o czeskiej obyczajowości lat 60. Jeszcze ciekawiej brzmią opowieści o uładzaniu dzieł politycznie niepoprawnych. I tak na przykład z historii jazzu usunięty został Duke Ellington, ponieważ arystokratów nie propagowano, z kolei tłumacząc Klub Pickwicka, slangowe wypowiedzi Sama Wellera przekładano na język literacki, jako że slang uchodził za wymysł burżuazyjnych uczonych czyli nie istniał.

Wypada zaznaczyć, że Lwiątko nie jest jedynie pocieszną lekturą (nomen omen według autora to kryminał), bo choć Škvorecký obśmiewa absurdy socjalistycznej rzeczywistości, wspomina także o jej ciemnych stronach. Dla mnie to przede wszystkim znakomity portret środowiska literackiego z czasów, kiedy – jak mówi jedna z bohaterek – było się albo człowiekiem, albo świnią, i przeważnie nie sposób było tego rozpoznać. Gorąco polecam.

________________________________________________________________
Jozef Škvorecký, Lwiątko, przeł. Emilia Witwicka, PIW, Warszawa 1992


piątek, 6 lipca 2018

Sylvia Plath w podróży

Urlop to dla mnie wciąż odległa przyszłość i w ramach rekompensaty podczytuję sobie wakacyjne zapiski literatów. I tak w tomie korespondencji Sylvii Plath trafiłam na jej list z podróży po Hiszpanii. W lipcu 1956 r. jako świeżo upieczona mężatka pisała do matki:

Najdroższa z Mam,

Szkoda, że nie możesz zobaczyć, jak w opalaczu i szortach siedzę na wysokości siódmego piętra ponad buczącym syrenami Madrytem, na naszym wielkim, prywatnym balkonie z posadzką wyłożoną wesołymi niebiesko-żółtymi kaflami, pólkami na ścianach, doniczkami pelargonii i bluszczu, otoczona barokowymi wieżami, pod jaskrawoniebieskim niebem, choć jest już prawie ósma wieczór (...)

Czy to nie cudowne, że gdziekolwiek pójdziemy, wszyscy natychmiast okazują nam sympatię. Jesteśmy niezwykle dobrze dobrani; potrzebujemy tyle samo snu, jedzenia i czasu na pisanie; oboje jesteśmy otwierają się zamknięci w sobie, prawie nietowarzyscy w tym sensie, że nie lubimy interesownych przyjęć, czujemy się najlepiej wśród prostych, bezpretensjonalnych ludzi pracy, którzy natychmiast traktują nas jak swoich.
(...) W ogóle w żadnym kraju nie czułam się tak swojsko jak w Hiszpanii. Kolory oglądane z okna pociągu przez całą drogę były wprost niewiarygodne (...) jaskrawożółte, brązowe i jasnozielone pola pod błękitnobiałym niebem, zielono-czarne sosny, białe domy mieszkalne kryte pomarańczową dachówką, a na wsi; na szczęście, tylko uprawne pola albo pastwiska (...) 
A najcudowniejsze, że mam lekką głowę, co wydawało się wręcz niemożliwe. Nie zdawałam sobie sprawy, jaki ciężar noszę w swoich zatokach. Pierwszy raz w życiu mam zupełnie jasny umysł, jestem pełna wigoru i energii — na swój sposób (...) Strasznie się cieszę, że w przyszłym roku wrócę tu dwukrotnie, za każdym razem na pięć tygodni. Chcę się podczas lata otrzaskać z hiszpańskim, a potem popracować nad nim samodzielnie w Cambridge. Tutaj, w sercu Hiszpanii, gdzie wszyscy z największą ochotą uczą nas słówek i wymowy, chwyta się język o tyle szybciej. 

Hiszpania to prawdziwy raj (...) Dla mnie i dla Teda nie ma rzeczy niemożliwych. Jest nam cudownie. Przesyłamy Ci oboje najserdeczniejsze ucałowania i mamy nadzieję, że Twoja podróż jest nadal piękna, jak wynikało z pierwszej kartki (…)

Ściskam najczulej,
 Twoja zawsze Sivvy

Sylvia Plath, Listy do domu, tłum. Ewa Krasińska, Czytelnik 1983, s. 217-219

niedziela, 1 lipca 2018

Pokraka

Gdy się patrzy na tego psa, jest brzydki aż do doskonałości. Jak plująca wodą chimera z Notre Dame. [s. 133]

Pokraka to sympatyczna książeczka o perypetiach autorki, która w spadku po ciotce nazistce otrzymała starego i wysoce nieurodziwego kundla – według małżonka Alice był skrzyżowaniem nietoperza, lisa pustynnego i świni. Paskudny czy nie, Muckie dość szybko wkradł się w łaski rodziny Zuckmayerów, co nie było znowu takie oczywiste – obdarowana nie przepadała za psami i nie miała żadnego doświadczenia w opiece nad zwierzakami. Na dodatek – jak się wkrótce miało okazać – wszystkich czekały liczne podróże.


Ponieważ Zuckmayerowie nie byli zwolennikami Hitlera, a Carl, autor sztuki Kapitan z Köpenick uważany był wręcz za element niepożądany, podjęli decyzję o wyjeździe z Wiednia. W rzeczywistości była to ucieczka – sytuacja polityczna stała się zbyt napięta, by mieć jeszcze nadzieję na spokojne życie w Austrii. Wydostać się z Europy nie było już łatwo, na szczęście autorka z mężem i córkami krótko przed 1 września 1939 r. znalazła się w Stanach Zjednoczonych. Pies państwu oczywiście towarzyszył i dzielnie znosił trudy licznych przeprowadzek, choć może trzeba na to spojrzeć z innej strony – w rzeczywistości to Alice musiała się mocno nagimnastykować, aby przewieźć schorowanego Muckiego przez Szwajcarię, Holandię i Francję aż za ocean.

Alice Herdan-Zuckmayer opisała swoje przeżycia lekko i z humorem, ale między wierszami wyraźnie daje się odczuć narastający strach i determinację, by uciec. Mnie w Pokrace najbardziej urzekł proces „układania” właścicielki przez jej podopiecznego (tak, tak, to nie błąd), bo trzeba podkreślić, że autorka musiała wielu rzeczy się nauczyć. I jak na osobę rzekomo nielubiącą psów, podeszła do obowiązku odpowiedzialnie i z sercem. Zapewne również dlatego tę bezpretensjonalną historię czyta się z przyjemnością.

_______________________________________________________
Alice Gerden-Zuckmayer, Pokraka. Dzieje osobliwego spadku
przeł. Feliks Przybylak, Wyd. Czytelnik, Warszawa 1976

wtorek, 26 czerwca 2018

Ciotka bełkotka

Julie co wieczór wystaje na balkonie swojego mieszkania. Wypatruje gościa, z którym mogłaby porządnie pogadać, od stworzenia świata począwszy, a skończywszy długo po północy. Ale żadna z niej szekspirowska Julia czyli niewinne, romantyczne dziewczątko, nic z tych rzeczy. Bohaterka Petry Hůlovej to dojrzała, zmęczona życiem kobieta, autorka poczytnych harlekinów, która kiedy się napije, jest najtrzeźwiejsza i która ze swej balkonowej trybuny wykrzykuje w próżnię płomienne mowy o abstrakcyjnych znojach dnia codziennego


Przechodnie nie reagują, co wcale nie zniechęca Julie – jak nakręcona opowiada o niefajnym dzieciństwie, o porzuconych ambicjach i marzeniach, o zaniedbywaniu dzieci i zaprzedaniu się mamonie. Z każdym promilem staje się coraz bardziej wymowna, coraz bardziej ironiczna i otwarta, a nawet nieprzyzwoita. Jak sama twierdzi: jestem ascetyczną introwertyczką ze skłonnością do słownego ekshibicjonizmu, mam też rzadki dar: potrafię za pomocą ogromnej ilości słów nie przekazać zupełnie nic, i na odwrót, umiem przekazać tę resztę za pomocą czego innego (…).

Ten pijacki słowotok miejscami męczy, zwłaszcza że Julie nie jest całkowicie szczera, przede wszystkim wobec siebie samej. W którymś momencie rodzi się pytanie, czy faktycznie krzyczy z balkonu, tej sceny bez widzów, czy tylko monologuje w myślach. A może wszystko zmyśliła dla zwiększenia sprzedaży książek, w końcu dobrze wie, że produkty, które mają jakąś pikantną historię (istnieją kobiet szpikujące swoje teksty trupami członków rodziny), schodzą lepiej niż te, które jej nie mają, a to się nazywa doping, i jest to nieetyczne, bo działa

Jak na wynurzenia ciotki bełkotki całość jest podejrzanie dobrym monologiem, choć oczywiście alkohol mógł dodać narratorce skrzydeł, stąd nomen omen imponujący polot. Nie opuszcza mnie jednak wrażenie, że „słuchałam” rewelacyjnej, acz sfrustrowanej pisarki, która gdzieś po drodze roztrwoniła swój talent. O autorce Macochy na szczęście tego powiedzieć nie można – wciąż trzyma wysoki poziom, a jej zwodniczo różowa książeczka to według mnie majstersztyk.

P.S. Wyrazy uznania dla tłumaczki Julii Różewicz – w jej przekładzie nie znajduję ani jednego fałszywego słowa i tonu.

____________________________________________________________________
Petra Hůlová, Macocha, przeł. Julia Różewicz, Wyd. Afera, Wrocław 2017

sobota, 23 czerwca 2018

Mój ojciec

Zbigniew Herbert

Mój ojciec bardzo lubił France’a
i palił Przedni Macedoński
w niebieskich chmurach aromatu
smakował uśmiech w wargach wąskich
gdy pochylony siedział z książką
mówiłem: ojciec jest Sindbadem
i jest mu z nami czasem gorzko

przeto odjeżdżał Na dywanie
na czterech wiatrach Po atlasach
biegliśmy za nim zatroskani
a on się gubił W końcu wracał
zdejmował zapach kładł pantofle
znów chrobot kluczy po kieszeniach
i dni jak krople ciężkie krople
i czas przemija lecz nie zmienia

na święta raz firanki zdjęto
przez szybę wyszedł i nie wrócił
nie wiem czy oczy przymknął z żalu
czy głowy ku nam nie odwrócił
raz w zagranicznych ilustracjach
widziałem jego fotografię
gubernatorem jest na wyspie
gdzie palmy są i liberalizm


poniedziałek, 18 czerwca 2018

Widziano, słyszano

To mógłby być dowolny zbiornik, niekoniecznie trzynasty. Nie odegra on w powieści Jona McGregora większej roli, choć tytuł zdaje się tak sugerować. Co więcej, trudno pozbyć się odczucia, że trzynastka jest tu kluczem, skoro Rebecca Shaw w chwili zaginięcia miała 13 lat i przez tyle kolejnych lat obserwujemy następstwa tego zdarzenia, wszystko skrupulatnie opisane nomen omen w trzynastu rozdziałach. Żeby było ciekawiej, w okolicy znajduje się trzynaście zbiorników, które idealnie nadają się na miejsce zbrodni lub nieszczęśliwego wypadku.


Szybko okazuje się, że autor nie poszedł utartym „kryminalnym” szlakiem, a jedynie wykorzystał ograną konwencję literacką i przy okazji zabawił się oczekiwaniami czytelnika. Fabuła koncentruje się bowiem na życiu miasteczka i gdzieś w połowie lektury staje się jasne, że nastolatka prawdopodobnie się nie odnajdzie i że nie o rozwiązanie zagadki jej zniknięcia tu chodzi. Gdy już pogodzimy sie z tą myślą i kolejne meldunki o życiu mieszkańców będziemy śledzić z rozpędu, między jedną a drugą beznamiętną relacją trafiamy nagle na coś, co może być nowym tropem w poszukiwaniach. Pełni nadziei rzucamy się na te łakome kąski, bo przecież gałgan wygrzebany przez psa w lesie mógł być kiedyś bluzą zaginionej dziewczynki, dzieciaki półgębkiem wspominające spotkania z Becky niewątpliwie mają coś na sumieniu, a już pornografia dziecięca znaleziona w komputerze pracownika szkoły będzie na pewno przełomem w śledztwie. Nic z tego.

Pomysł na Zbiornik 13 jest równie nieszablonowy co jego realizacja. Krótkie, ściśle informacyjne zdania stłoczone w długich akapitach przypominają ciąg niemych scen z filmu dokumentalnego. Wszechobecny narrator rejestruje wydarzenia z cierpliwością i obojętnością kamery, z każdym rozdziałem coraz wyraźniej uwypuklając cykliczność rządzącą światem ożywionym i nieożywionym. Nawet jeśli nic arcyważnego się nie dzieje, zmiany zachodzą. Pozostaje uznać, że głównym bohaterem tej wysmakowanej powieści jest po prostu czas.

P.S. Nurtuje mnie, dlaczego w polskim przekładzie na str. 63 pojawia się Isobel Broad i Wiktor Muchlowski, skoro w oryginale takie postaci w ogóle nie występują.

___________________________________________________________________
Jon McGregor, Zbiornik 13, tłum. Jolanta Kozak, Czytelnik, Warszawa 2018

wtorek, 12 czerwca 2018

Fini

Gdyby nie Kot Jeleński, o Leonor Fini (1907-1996) raczej długo bym nie usłyszała. W 2011 r. w stołecznym Muzeum Literatury zorganizowano wystawę poświęconą tej jakże osobliwej parze, którą przez 35 łączył bliski związek. W rzeczywistości razem z włoskim malarzem Stanislao Lepri tworzyli artystyczno-uczuciowy trójkąt, jakich mało. Ale też trzeba powiedzieć, że sama Fini była postacią niepospolitą.


Przede wszystkim była malarką – autorka odrealnionych, niepokojących obrazów (do obejrzenia TU), z uporem broniąca się przed mianem surrealistki. Poza tym osoba, która lubowała się w prowokacjach i przebierankach – zakładanie kostiumów własnego pomysłu traktowała jako akt twórczy. Wykazywała szczególną słabość do motywów zwierzęcych – piór, ogonów, zębów, rogów, stąd tyle dziwnych masek i kreacji na jej fotografiach. Przepadała za kotami, stąd przydomek Gattora (od hiszpańskiego gato).

Fini dość szybko stała się częścią paryskiej bohemy: Dior pomógł zorganizować wystawę jej płócien, Cartier Bresson chętnie fotografował ją nagą, z Dalim i jego żoną Galą spędzała wakacje. Przede wszystkim jednak tworzyła i to z powodzeniem. Często portretowała znajomych i celebrytów, dla Schiapparelli wymyśliła stosowany do dziś flakon perfum Shocking, niejednokrotnie projektowała też dekoracje teatralne. Jakby tego było mało, podejmowała także próby literackie – w ciągu jednego roku napisała trzy powieści.

Żywiołowa, świadoma swojej indywidualności i twardo krocząca własną drogą – tak można w dużym skrócie scharakteryzować Eleonorę Fini. Była osobowością, jak dla mnie artystką totalną i myślę, że dzisiaj bez trudu odnalazłaby się w zwariowanym świecie show biznesu. Dorota Hartwich bardzo przystępnie pokazała swoją bohaterkę, idąc raczej w stronę reportażu biograficznego niż biografii, ale to nie przeszkadza w poznawaniu Kocicy.

_________________________________________________________________________
Dorota Hartwich, Gattora. Życie Leonor Fini, Wydawnicwo Iskry, Warszawa 2018


środa, 6 czerwca 2018

Pusta woda

"Pusta woda” była rodzinnym rytuałem wymyślonym przez matkę Krystyny Żywulskiej. Na przekór nędzy panującej w getcie kobieta uporczywie podtrzymywała pozory normalnego życia i codziennie w porze obiadowej stawiała na stole gorącą wazę. Na ogół był w niej tylko wrzątek, z rzadka trafiał się ziemniak lub inna zdobycz nadająca się do zjedzenia. Do „obiadu” zasiadali rodzice z córkami, jak przed wojną.


Poczucie normalności szybko znikało jednak w zderzeniu ze światem zewnętrznym – wystarczyło porozmawiać z sąsiadami, podsłuchać bawiących się dzieci, wyjść na ulicę pełną żebraków i trupów. Albo przejrzeć się w lustrze i uczciwie ocenić wygląd wyniszczonego głodem ciała. Prawdziwa normalność była po aryjskiej stronie, dostrzegalna nawet z kładki oddzielającej duże getto od małego: W dole nic się nadzwyczajnego nie dzieje. I to jest właśnie nadzwyczajne [s. 27]. 

Stary porządek definitywnie przestał istnieć, dawne zasady straciły rację bytu. Dlatego odkryty w marynarce ojca list od kochanki był jedynie luksusowym konfliktem, tak samo abstrakcyjnym jak rozpoczynająca się właśnie wiosna. Nieważne, co znajdowało się w marynarce, sprawczyni dramatu już zresztą nie żyła – ważna była sama marynarka, wymienialna na porcję chleba czyli kilka dodatkowych dni istnienia. Przynajmniej takie pokładano nadzieje, dla ludzi z żółtą gwiazdą na rękawie gwarancji nie było żadnych.

W Pustej wodzie śledzimy wojenne peregrynacje Żywulskiej od getta, przez niepewne życie po aryjskiej stronie, działalność konspiracyjną aż po pobyt na Pawiaku. Autorka pisze prosto i bardzo plastycznie, te historie wprost się chłonie. Na odbiór wpływa również świadomość, że zdarzyły się naprawdę i ponoć nie zostały ubarwione. Nie było zresztą takiej potrzeby, bo lektura dostarcza wystarczająco dużo emocji.

____________________________
Krystyna Żywulska Pusta woda
Instytut Wydawniczy Latarnik & tChu, doM Wydawniczy, Michałów – Grabina 2008

piątek, 1 czerwca 2018

Kroniki

Stasiuk nie zaskakuje. Od jakiegoś czasu można z góry założyć, że w nowej książce znów pojawią się kawałki o pięknych krajobrazach i niepięknej architekturze, o podróżach po okolicy i za wschodnią granicę, może jeszcze coś o polityce i owcach. W Kronikach beskidzkich i światowych to wszystko jest, niespodzianek zresztą być nie mogło m.in. ze względu na gatunek literacki (tom zawiera felietony drukowane w latach 2013-2017 w Tygodniku Powszechnym).


Autorowi trzeba oddać sprawiedliwość – nawet gdy po raz kolejny pisze o poranku na wsi, przemijaniu albo nowoczesnych technologiach, potrafi pisać po prostu pięknie. Kiedy przebąkuje o braku pomysłu na tekst i daje się wyraźnie odczuć, że nie jest to jedynie kokieteria, nadal pisze zajmująco. A jeśli czytać ten zbiór w małych dawkach, wrażeń będzie sporo. Na przykład tekst o mężczyźnie jeżdżącym ze starą, schorowaną matką do Ikei, żeby się ogrzać w kolorowym wnętrzu, mocno porusza, historia o psie znalezionym w lesie tchnie optymizmem, z kolei fantazja na temat artystów piszących list do władz rozśmiesza do łez.

Co ujmuje mnie od dawna u Stasiuka, to jego autentyczna empatia i zrozumienie ludzkich słabości. Dostrzegam to w jego pisaniu o słuchaczach toruńskiego radia, o upodobaniu rodaków do wszelkiej maści chińskich towarów czy o powszechnym pędzie do nieśmiertelności. Nie znajduję tu ani krzty poczucia wyższości lub drwiny, a przecież łatwo byłoby szydzić. Pisarz chyba już złagodniał (albo pisze w wersji light z szacunku dla Tygodnika), bo nawet ustosunkowując się do kontrowersyjnych poczynań polityków i księży, pozwala sobie na mocno zawoalowany sarkazm. Żadnego potępiania w czambuł, żadnego grzmienia.

Zbiór jest niezły, choć nie zawadziłoby dokonać staranniejszego, bardziej urozmaiconego wyboru tekstów, bo chwilami powtórzeń jest za dużo. Zabrakło też dat, a jak się okazuje, czasami mają znaczenie dla lepszej orientacji w chronologii wydarzeń. Mimo tych zastrzeżeń Kroniki… warte są lektury – ot, żeby sprawdzić, jak Stasiuk opisuje rzeczy trudne do nazwania albo przeciwnie, banalne, i nadaje im blasku.

_______________________________________________________________________
Andrzej Stasiuk Kroniki bieszczadzkie i światowe, Wyd. Czarne, Wołowiec 2018


niedziela, 27 maja 2018

Noc kultury

Całą noc śniła mi się kultura.

Przewracałem się z boku na boki nic, tylko kultura. Literatura mi się śniła oraz jej osiągnięcia. Dzieła oraz autorzy. Przychodzili i siadali, by tak rzec, u wezgłowia. Szeptali na ucho albo podniesionym głosem się odzywali. Zbudzić chcieli, ale zwijałem się w kłębek i bezwiednie opędzałem. Nagabywali cytatami, akapitami, co śmielszy nawet strofę przytaczał. Co młodszy recenzję jedną albo drugą z kieszeni widmowej wyciągał i szturchając łokciem, żądał: „Pan posłucha".


Odwracałem się do ściany, nie wiedząc, którego albo którą wybrać, ponieważ krzywdzić nikogo nie chciałem, ale i ciekawości nie miałem specjalnej, bo jak to we śnie: człek się zdaje na to, co mu się dalej przyśni, wiedziony oniryczną nadzieją, że a nuż będzie jeszcze fajniej. I było. Filmy mi się śniły długaśne, wyrafinowane i bezlitosne wobec rzeczywistości naszej. Twórcy przykucali w nogach posłania i z werwą senną opowiadali, co mieli na myśli. Rozsnuwali swe majakowate wizje w ciemnościach pokoju: „Pan spojrzy, pan popatrzy, płytkę z całością zostawiam na parapecie".

I teatr przychodził, i muzyka współczesna, i balet. I mistrzowie sztuk wideo oraz performatywnych. Malarstwo sztalugowe i ścienne. Obłożony dobrem kulturalnym ledwo się mieściłem w łóżku i coraz to inny wytwór spadał z cichym stukiem na podłogę. Co sprytniejsi próbowali wsunąć swoje prezentacje pod przykrycie. Oddychać było trudno, bo i ciężar, i grubość co poniektórych przywodziła na myśl tablice Mojżeszowe. Mój Boże, dotrwać do rana - takie mi się śniły myśli. [...]

Andrzej Stasiuk Kroniki bieszczadzkie i światowe, Wyd. Czarne, Wołowiec 2018, s. 102

wtorek, 22 maja 2018

Pisane życia

Pisane życia nie miały szczęścia na polskim rynku, w zasadzie krótko po premierze przepadły – brak promocji i mało wyszukana okładka z pewnością zrobiły swoje. Tymczasem książka całkowicie różni się od innych utworów Javiera Maríasa i mogła trafić do szerszego niż zazwyczaj grona odbiorców. Złożyły się na nią teksty drukowane wcześniej w prasie i od razu trzeba zaznaczyć, że są to teksty nad wyraz pocieszne.


Autor opracował bowiem dość specyficzne biogramy ok. 20 pisarzy i pisarek. Z życiorysów wybrał ciekawostki, a więc zabawne zdarzenia i opisy osobliwych zwyczajów, po czym je w mniejszym lub większym stopniu podrasował. I tak na przykład dowiemy się, że Conrada do szału doprowadzały istne drobiazgi, że nieustająco liryczny Rilke usiłował komunikować się ze zwierzętami i drzewami, natomiast Blixen pod koniec życia stosowała dietę opartą na szampanie i ostrygach. Mocno oberwało się kilku klasykom, których Hiszpan nie darzy zbytnią sympatią: Mann jawi się jako diarysta skrupulatnie notujący swoje najbłahsze dolegliwości, Joyce to neurotyczny poszukiwacz podniet, z kolei Mishima został obśmiany za namiętne fotografowanie nagich torsów. Co jest zmyśleniem, a co faktem, trudno dociec – wszystko brzmi wiarygodnie, tymczasem nawet podane źródła mogą okazać się blagą.

Pisane życia niewątpliwie wymagają od czytelnika dystansu i poczucia humoru, jako że Marías tym razem po prostu się bawi. Życiorysy twórców potraktował jak tworzywo, z którego po obróbce powstała nowa literatura. Mnie ta zabawa łącząca uwielbienie i kpinę bardzo odpowiada, czuję się zachęcona do sprawdzenia (przynajmniej w kilku przypadkach), ile w tym wszystkim jest fantazji, a ile prawdy.

__________________________________________________________________________
Javier Marías, Pisane życia, przeł. Wojciech Charchalis, Sonia Draga, Katowice 2015


czwartek, 17 maja 2018

Ciało i on

Gdy Tibor miał 9 lat, interesowała go tylko piłka nożna, rok później rozpoczął regularne treningi w budapesztańskiej drużynie. Były sukcesy, były wyjazdy zagraniczne. W wieku 14 lat rzucił sport, ponieważ wolał pisać wiersze. Ten sam chłopiec jako sześciolatek przymierzał bieliznę matki – zawsze po kryjomu, nie wiedząc dlaczego. Mając 12 lat, nienawidził siebie w kobiecych fatałaszkach i wciąż się przebierał. Przebierał się także wtedy, kiedy miał już dziewczynę.


Incognito to wyznanie młodego mężczyzny, który chce żyć jako kobieta, bo tylko w kobiecym ciele potrafi siebie wyrazić i tylko w kobiecej postaci odczuwa spokój. Pełna metamorfoza nie jest jednak możliwa, narrator pozostaje zakładnikiem własnego ciała. Jest zarazem mężczyzną i kobietą, a w rzeczywistości nie jest do końca żadnym z nich – ani Tiborem, ani Noemi. Rozdźwięk między „ja” a ciałem pogłębia się, niemożność zaakceptowania męskiej postaci prowadzi do podwójnego wyobcowania: główny bohater czuje się kimś obcym w domu i kimś obcym w obcym. Jak mówi, jest incognito, wszędzie. Co więcej, jest zdany wyłącznie na siebie.

Czytelnik „wysłuchuje” tej intymnej opowieści ze ściśniętym gardłem i stopniowo ulega rozedrganiu narratora, a Kiss pisze tak, że jest się tuż obok Tibora, w środku jego dramatu. To zresztą nie jedyna zaleta Incognito – powieść jest wysmakowana literacko, a z racji tematu ma duży walor poznawczy. Całość niezwykle dojmująca, dodatkowo porusza świadomość, że fabuła opiera się na doświadczeniach autora.

__________________________________________________________________________
Tibor Noé Kiss, Incognito, przeł. Daniel Warmuz, Książkowe Klimaty, Wrocław 2017

sobota, 12 maja 2018

Inny Londyn

Anglicy wymierają. Ich liczba się zmniejsza i to coraz szybciej. Widać to na ulicy. Na targowiskach byli dawniej sami krzykliwi Anglicy, którzy gadali cockneyem. Teraz już ich nie ma… Wszystkie angielskie puby się zamykają, a angielskie kościoły oddaje się w dzierżawę Afrykańczykom. Kościół anglikański znika. [39]

Tak widzi Londyn jeden z rozmówców Bena Judah, policjant, według którego stolica Wielkiej Brytanii straciła już czysto angielski charakter, a stała się zlepkiem gett: afrykańskiego, pakistańskiego, jamajskiego, bułgarskiego itd. Istnieje tu już całe nielegalne miasto, liczące ponad 600 000 mieszkańców. Zaskakujące informacje, nawet w dobie zachodnioeuropejskiej wielokulturowości. Nowi londyńczycy dobitnie pokazują, że Londyn stracił już status ziemi obiecanej. 


Ben Judah wykazał się dużą determinacją, zwiedzając mało popularne dzielnice i miejsca. Najczęściej zabiegał o kontakt z osobami z najbiedniejszych grup społecznych: ze sprzątaczami, opiekunami i żebrakami, choć dla kontrastu dotarł również do arabskiej księżniczki, nigeryjskiego krezusa i żony rosyjskiego minigarchy. Nocował z bezdomnymi w tunelu metra, pracował na budowie (z polską ekipą) i szukał mieszkania do wynajęcia, podając się za imigranta. O życie na obczyźnie wypytywał nauczycieli, sklepikarzy, a nawet pracownika kostnicy – wszystko dla uzyskania pełniejszego obrazu imigranckiej niedoli. Niedoli, bo wysłuchane historie na ogół były pełne goryczy i pesymizmu – w tym „alternatywnym” świecie dużo jest skrajnej nędzy, narkotyków i przestępstw.

Tego przykrego wrażenia nie są w stanie zatrzeć wyjątki, które pokazują, że przyjezdni mogą żyć godnie, na dość stabilnym poziomie. Do klasy średniej trudno będzie im awansować, zwłaszcza w dobie Breixitu. Niewesoła wizja, tak jak niewesoła jest sama książka – podczas lektury wielokrotnie powracała do mnie myśl, że Dickens miałby o czym pisać. Za puentę niech posłuży jeszcze jedna wypowiedź z Nowych londyńczyków:

Widzę niepokój. Widzę wyczerpanie. Widzę bezsilność. Ale nie widzę żadnego brytyjskiego snu. Widzę ludzi bardzo zadowolonych, że zarabiają, że mają pracę. Ale nie widuję ludzi z roziskrzonym spojrzeniem i z głowami pełnymi marzeń. [s. 131] 

____________________________________________________
Ben Judah, Nowi londyńczycy, tłum. Barbara Gutowska-Nowak
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2018


niedziela, 6 maja 2018

Książę z Kowla

Książka Samuela Blumenfelda pozostawia wiele do życzenia, ma jednak tę zaletę, że jest w Polsce bodaj jedyną publikacją na temat Michała Waszyńskiego (1904-1965). Dzisiaj artysta niemal całkowicie zapomniany, a szkoda, bo ma swoje miejsce w historii kinematografii i był oryginałem co się zowie. Być może nagrodzony w Wenecji film Elwiry Niewiery i Piotra Rosołowskiego Książkę i dybuk coś zmieni; mnie marzyłaby się rzetelna biografia.


Michał Waszyński (właśc. Mosze Waks) pochodził z Kowla, skąd szybko uciekł w szeroki świat czyli do Warszawy. Trafił do branży filmowej i zrobił iście filmową karierę – od gońca po wziętego reżysera. Nakręcił ok. 40 filmów (głównie komedie i melodramaty, z popularnymi aktorami obsadzie), które publiczność uwielbiała, a krytyka obśmiewała i rugała. Przełomem był Dybuk (1937), najważniejszy wówczas film w języku jidysz, będący ekranizacją klasycznego już dramatu Szymona An-skiego. A potem przyszedł wrzesień 1939 r. i słodkie życie się skończyło, przynajmniej to w RP.

Michał Waszyński (źródło zdjęcia)

Waszyński wraz z armią Andersa trafił do Włoch, gdzie po wojnie pozostał na dobre. Od dawna podawał się za księcia, toteż ślub z włoską hrabiną chyba mało kogo zaskoczył. Bo trzeba powiedzieć, że pan reżyser był mistrzem autokreacji i wymyślał sobie różne wersje życiorysu. Miał przy tym ogromny wdzięk i klasę (choć zbytkowny wystrój jego apartamentów ponoć temu przeczył) oraz dar przekonywania. Znajomi i współpracownicy podkreślali jego poczucie wyjątkowości, zdolności adaptacyjne oraz hojność, co z pewnością dodawało wiarygodności jego rzekomo arystokratycznemu pochodzeniu. 

 Sophia Loren i Michał Waszyński

Postać absolutnie niesamowita, a to jeszcze nie koniec historii. Waszyński po wojnie zajmował się głównie produkcją filmów, pracował m.in. z Orsonem Wellsem nad Otellem. Uważa się, że to on odkrył Audrey Hepburn i Sophię Loren. Niewątpliwie był ważną figurą, skoro trafił nawet na okładkę magazynu Time. I tu zgodzę się z autorem Człowieka, który chciał być księciem: Waszyński z życia uczynił prawdziwe arcydzieło.

_____________________________________________________________________
Samuel Blumenfeld, Człowiek, który chciał być księciem, przeł. Maria Żurowska
Świat Książki, Warszawa 2008

piątek, 27 kwietnia 2018

Wschód, zachód

[…] ja także, po dziś dzień, czuję na szyi powrozy, które ciągną mnie tu i tam, ku Wschodowi i ku Zachodowi. Pętle zaciskają się i każą wybierać.
Brykam, parskam, rżę, staję dęba, rozdaję kopniaki. Więzy, nie będę wybierał pomiędzy wami! Liny, lassa, nie wybieram żadnego z was, wybieram i jedno, i drugie! Słyszycie? Nie będę wybierał!
[s. 173]

Wschód, zachód to jak dotąd jedyny zbiór opowiadań Salmana Rushdie. Wydany w 1994 r., zawiera dziewięć tekstów, po trzy w każdej z części: Wschód, Zachód i Wschód Zachód. Całość objętościowo jest skromna (174 strony w polskim wydaniu), ale za to bogata w treść i zróżnicowana pod względem formy oraz stylu. A poza tym: inteligentna, finezyjna, przewrotna i dowcipna.


Książka zaczyna się dość poważnie od dość realistycznych obrazków prosto z Indii, by za chwilę zaskoczyć tragikomiczną przypowiastką o włosie Proroka, który znalazców doprowadza do zguby. W części „zachodniej” robi się jeszcze ciekawiej: Yorick opowiada niestworzone historie o dzieciństwie Hamleta, w Londynie wybucha szał z powodu aukcji filmowych pantofelków, a Kolumb udaje zakochanego, byle tylko uzyskać zgodę królowej na morską wyprawę. Ostatnia część to już zderzenie Wschodu z Zachodem, przynoszące tyleż nieporozumień, co interesujących mieszanek – chyba tylko u Rushdiego hinduscy dyplomaci porozumiewają się językiem ze Star Treka, a pisarz-schizofrenik tak gorączkowo poszukuje guru, że wpada po uszy w okultyzm.

To streszczenie być może sugeruje lekturę zwariowaną (chwilami taka jest), ale jeśli zajrzeć głębiej, okaże się, że w istocie mowa jest o istotnych sprawach: emigracji, utopijnych dążeniach, przyjaźni i fanatyzmie religijnym. Powraca temat domu oraz rozdarcia wewnętrznego bohatera, kto zechce, doszuka się również wątków autobiograficznych autora. Nie wszystkie opowiadania mi się podobały, niemniej Wschód, zachód to dobry i wysmakowany zbiór. 

______________________________________________________________________
Salman Rushdie, Wschód, zachód; przeł. Maria Gromkowa, Rebis, Poznań 1997

sobota, 21 kwietnia 2018

O pożytkach płynących z posiadania (niektórych) książek

W Toaście na progu Andrzej Mencwel przytacza taką oto anegdotę z lat 80. ubiegłego wieku:
[…] nie tylko żywienie psów, ale i ludzi stanowiło polską sztukę walki, wymagającą specjalnej zaprawy i wyszukanych chwytów. Nie było przecież tak, żeby coś można było kupić zwyczajnie, zawsze trzeba było użyć fortelu wzmacniającego pozycję na skąpym jednostajnie rynku, a mogło nim być, na przykład Przeminęło z wiatrem, którego liczne edycje publikowało wydawnictwo, w którym pracowała Ania. Nabywaliśmy je u źródła po zniżonej cenie, jeden zapasowy egzemplarz mieliśmy zawsze pod ręką i nie pamiętam już wszystkich okazji, w jakich się on przydał, ale można powiedzieć, że były one wszelakie. Czar tej łudzącej opowieści o końcu amerykańskiej idylli kolonialnej podczas okrutnej wojny domowej działał z równą mocą na dentystkę i hydraulika, urzędnika i mechanika, przedszkolankę i milicjanta, zadziałał również w szczególnym sklepie mięsnym, gdy chodziło o karmę dla psa. Karma taka zresztą wtedy nie istniała, a w normalnych, czyli ludzkich sklepach mięsnych wyskrobywano do cna wszystkie kości, podroby i skrawki. Udało mi się jednak odnaleźć na jednej z praskich ulic jatkę końską, w której kupowałem mięso dla naszego psa, nie zdradzając jego przeznaczenia. Ponieważ zachodziłem tam dość często, więc zjednałem sobie panią sklepową, dzięki jej słabości do Rhetta Butlera, którego utożsamiała, rzecz jasna, z Clarkiem Gable'em, poznanym dwadzieścia lat wcześniej na ekranie kina Praha, w filmie masowo wówczas oglądanym i uznanym za najbardziej udany film roku w Polsce nazywanej Ludową. Nasz egzemplarz Przeminęło z wiatrem pani sklepowa uznała za druk nieomal podziemny i skwapliwie go schowała. Chociaż mogę powiedzieć, że pośród różnych dziedzin pogranicznych zajmowałem się również socjologią kultury, to nie znam metod ani opracowań, które takie zbiorowe oczarowania oraz jednostkowe uwiedzenia by tłumaczyły. Jakim cudem opowieść o wojennej katastrofie posiadaczy niewolników mamiła pochodzące z awansu społecznego masy odbiorców, tego do dziś nie pojmuję.
Andrzej Mencwel, Toast na progu, Kraków 2017, s. 105-106

niedziela, 15 kwietnia 2018

Toast na progu

Andrzej Mencwel o polskiej wsi pisze tak pięknie, że aż chciałoby się wyjść na pole i zaciągnąć zapachem świeżo zaoranej ziemi, a później jeszcze narąbać drew. Tyle że wsi takiej, jaką oglądamy w Toaście na progu, już nie ma – postęp techniczny i ekonomia zmieniły ją w ostatnich kilku dekadach totalnie i bezpowrotnie. O zanikaniu prawdziwie chłopskiego świata pisze autor, wspominając swojego zmarłego przyjaciela Zbyszka – chłopa modelowego czyli przywiązanego do ziemi, traktującego pracę na roli jako powołanie.


Choć Toast… wyszedł spod pióra historyka literatury i antropologa kultury, nie jest pozycją naukową. To bardzo osobista książka o wrastaniu w społeczność mazowieckiej wsi, w której Mencwel pod koniec lat 70. nabył chałupę i gdzie spędzał wolny czas, w miarę możliwości uczestnicząc w pracach gospodarskich. Kiedy trzeba było, pod okiem okolicznego speca uczył się traczować, naprawiać strzechę, a nawet kopać studnię. „Pan profesor” nie posiadał stosownych umiejętności, ale od czego sieć przysług (nie usług) czyli sprawdzona forma samopomocy. Autor przytacza taką oto historię z pierwszego letniego pobytu:
Okazało się bowiem, że gdy za naszym niebyłym płotem, więc w bezpośrednim sąsiedztwie, ludzie zaczynają żniwować, to my możemy spokojnie ich kontemplować, pijąc na przyzbie swoją kawkę, ale zaczynamy się krztusić, wiercić na zadkach, łypać na siebie wzajemnie i wreszcie, bez słowa, lecz jednozgodnie, za próg wyskakujemy i na wyprzódki biegniemy w pole, aby do żniwiarzy dołączyć. Oni zaś witają nas przychylnie, bez uniesień jednak i honorów, rzeczowo natomiast i funkcyjnie, od razu z przydziałem — kto tu, kto tam, po co i na co. Ponieważ dla nich wszystkich było oczywiste, co nam dwojgu wydało się odkrywcze, że jak żniwa idą, to nikt nie powinien stać w miejscu. [s. 135]
Mencwel kapitalnie opowiada o wgłębianiu się w chłopskie rzemiosło, szczególnie że stale meandruje i odpływa w dygresje, posiłkując się wiedzą fachową (w końcu to badacz kultury). Mnie to odpowiada, kiedy w swojej gawędzie płynnie przechodzi od ciesiołki do żwirowni w Treblice, gdzie indziej od rozdrabniania gruntów do poniatówek, albo od ziemniaczanego kugla do Kmicica i Sienkiewicza. Swoją drogą sporo tu odniesień literackich i cytatów; Toast… podsuwa zresztą niejeden trop do dalszego badania i niejedną kwestię do rozstrzygnięcia. Ale to warto już sprawdzić osobiście, bo mój pobieżny zapis wrażeń z lektury nie jest w stanie oddać bogactwa tej książki.

__________________________________________________________________
Andrzej Mencwel, Toast na progu, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017

wtorek, 10 kwietnia 2018

Kosmitka

Z powodu fatalnej okładki  (nomen omen według pomysłu autorki) Kosmitkę omijałam szerokim łukiem, tymczasem ten niby-dziennik z okresu od jesieni 2015 r. do sierpnia 2016 r. okazał się frapującą lekturą. Punkt wyjścia stanowi zdiagnozowanie padaczki skroniowej, która u Manueli Gretkowskiej przyjęła formę nietypowych doznań wzrokowych. Są one istotnym wątkiem w zapiskach i od razu trzeba zaznaczyć, że wiele ciekawych rzeczy z tego tytułu wynikło.


Jak przystało na dziennik, notatki pisane są niby od niechcenia, na luzie, ale to wciąż Gretkowska  znana z erudycji, błyskotliwych uwag oraz kontrowersyjnych sądów. Czy jest mowa o sytuacji kobiet w Polsce, stawianiu horoskopów, nowym filmie Tarantino czy łódzkim marginesie społecznym, zawsze można liczyć na ciekawe, a może i nowe spojrzenie. Od czasu do czasu we wpisach mignie ktoś z rodziny albo znajomi, pojawią się minirelacje ze spotkań autorskich, a nawet z wizyty na komisariacie policji. Dowiemy się też, jak autorka spędzała święta, co robiła w Berkeley i w Rzymie, jakie lubi ubrania oraz dlaczego, nic nie wyszło z ekranizacji Agenta. Jest też bonus w postaci wywiadu, którego nie zamieściły Wysokie Obcasy oraz recepturę sprawdzonego rodzinnego leku na halluksy, którego nikt nie chciał wyprodukować.

Książka nie pozostawia wątpliwości, że Manuela Gretkowska faktycznie może być postrzegana jako kosmitka. Do tzw. środowiska nie należy, nigdy nie otrzymała żadnej nagrody, ba! koledzy po piórze często w mało wybrednych słowach „recenzują” jej książki. Z kolei za opinie pozaliterackie bywa wyśmiewana lub wręcz potępiana, moim zdaniem niesłusznie. A dlaczego, bardzo dobrze pokazuje to właśnie Kosmitka, naprawdę niegłupia rzecz.

_____________________________________________________
Manuela Gretkowska, Kosmitka, Świat Książki, Warszawa 2016


środa, 4 kwietnia 2018

Ale Kanada!

Według Arkadego Fiedlera Kanada pachniała kiedyś żywicą, według Katarzyny Wężyk obecnie pachnie także kuchniami świata, marihuaną i ropą. Co więcej, nadal jest krajem, w którym dobrze się żyje: otwartym, tolerancyjnym i postępowym. To nie laurka, wystarczy przyjrzeć się składowi rządu wybranego przez premiera Justina Trudeau w 2015 r.: wśród trzydziestu ministrów (połowę stanowiły kobiety) znalazło się dwoje polityków pochodzących z ludności rdzennej, dwie osoby niepełnosprawne i trzech sikhów. W XXI wieku takie rzeczy nie powinny zaskakiwać, a jednak...


Przyznaję, kanadyjska otwartość i wielokulturowość robi wrażenie. Dążenia do zgodnego współistnienia różnych kultur przy jednoczesnym zachęcaniu imigrantów do zachowania własnych tradycji są godne podziwu, ale przecież nie zawsze było tak różowo. Przez blisko 150 lat Kanadyjczycy tępili kulturę Pierwszych Narodów i popełniali przestępstwa wobec dzieci, czego bolesne skutki ludność rdzenna odczuwa do dziś – odsetek biedy, bezrobocia, depresji, samobójstw, alkoholizmu i przemocy w rodzinie jest tu najwyższy. Owszem, dużo robi się na rzecz poprawy sytuacji tej społeczności, niemniej odnowienie relacji z resztą Kanady zajmie dużo czasu.

Do innych przewinień tego niemal idealnego państwa można z pewnością zaliczyć „trudną” historię azjatyckich imigrantów oraz wysoce szkodliwą dla środowiska eksploatację złóż piasków roponośnych. I takie historie wciągają, znacznie bardziej niż te o wspaniałym młodym premierze czy Muzeum Ani z Zielonego Wzgórza. U Wężyk znajdziemy zresztą sporo dobrych opowieści – m.in. o programie imigracyjnym dla uchodźców, o twórcy powszechnej służby zdrowia, czy o Mounties czyli słynnej policji konnej. Dawno nie dowiedziałam się z reportażu tylu ciekawych faktów, Kanada była dla mnie jedną z najlepszych lektur ubiegłego roku.

______________________________________________________________________
Katarzyna Wężyk, Kanada. Ulubiony kraj świata, Wyd. Agora, Warszawa 2017

wtorek, 27 marca 2018

Iwaszkiewicz o babach wielkanocnych

[...] Matka moja słynna była ze swoich mazurków, zwłaszcza cukierkowych, bez mąki; znała przepisów na nie około czterdziestu. Nic to jednak było w porównaniu do trudności, jakie musiano przezwyciężyć przy pieczeniu bab. Dzień ich wyrobu był dniem ciężkiej pracy, żółtka do nich użyte liczyło się na kopy, ubijało się je czy tarło w donicach parę godzin, po czym przychodził moment, kiedy ciasto rosło i kiedy każdy większy hałas mógł sprawić jego oklapnięci — najgorszą katastrofę, jaka się mogła w okresie wielkanocnym zdarzyć. 

Babka prawie warszawska (prawie, bo z dziurą w środku)

Z formami na baby też był kłopot wielki, gdyż nasze ukraińskie baby miały inny kształt niż tutejsze, pogardzane „koroniarskie" czy też „warszawskie" babki. Były to twory znacznej wysokości i równej cylindrycznej powierzchowności. Wreszcie mama w porozumieniu z nadwornym blacharzem fabrycznym zrobiła wynalazek blaszanych form na baby, leżących, zaopatrzonych w drzwiczki bezpieczeństwa, które otwierały się automatycznie, kiedy wyrośnięte ciasto wypełniało cale wnętrze.

 Baby ukraińskie dzisiaj

Gdy wreszcie baby upiekły się — a siedziały w piecu ze dwie godziny, przy czym przez cały czas trzeba było chodzić na palcach i mówić szeptem — następował dramatyczny moment wyjmowania z pieca. Wtedy trzeba było wytężyć całą uwagę po to, aby się jeszcze gorące ciasto nie wykrzywiło, jak na słynnym rysunku Andriollego. W tym celu wprost z form baby przekładało się na poduszki i dziewczęta kuchenne kołysały je na poduszkach jak usypiające dzieci, dopóki ciasto nie ostygło. Niezapomniany był to widok, kiedy grono kobiet z poważnymi minami kołysało owe baby w obrzędowy sposób, jak gdyby od tego zależały losy świata.

Wspomniany rysunek Andriollego  

Kuzyn mojej matki, Konrad Iwański, zasłynął w swoim czasie, za wczesnej młodości, ze swoich figlów. Mianowicie miał on zwyczaj w momencie „wyrastania" bab trzaskać tak drzwiami, że ciasta zapadały się. Wtedy matka ze służebnymi chcąc uniknąć złośliwości chłopca umyśliły piec baby w nocy. Konradek dowiedział się o tym — i potajemnie wstawszy  ze snu i wdrapawszy się na dach huknął do piekących się bab z pistoletu przez komin. Efekt był podobno piorunujący. 

Jarosław Iwaszkiewicz, Książka moich wspomnień, Warszawa 1975 s. 22-23 

czwartek, 22 marca 2018

Meksykańskie klimaty

Dla jednych malarka przereklamowana, dla innych nietuzinkowa i utalentowana. Jedno jest pewne: Frida Kahlo (1907-1954) była artystką i kobietą wyjątkową, co doskonale pokazuje książka Suzanne Barbezat. Liczne reprodukcje obrazów i fotografii nie pozostawiają wątpliwości, że Kahlo miała własny, niezwykle barwny styl, z którego chętnie korzysta dzisiaj świat mody i sztuki oraz producenci gadżetów.


Ten styl bazuje na meksykańskich motywach ludowych, zauważalnych nie tylko w malarstwie, ale i w strojach oraz w słynnym Niebieskim Domu. Nie były to puste gesty – artystka była świadkiem odrodzenia Meksyku i jak wiele innych wydarzeń, również rewolucję przekuła w sztukę. Publikacja klarownie pokazuje inspiracje Fridy, można zresztą prześledzić cały jej życiorys: od dzieciństwa i dorastania w Coyoacán, przez wypadek oraz związek z Diego Riverą, aż po podróże, romanse, zaangażowanie w politykę i chorobę.


Abstrahując od smutnego życia głównej bohaterki, przyznaję, że Fridę Kahlo prywatnie ogląda się i czyta z dużą przyjemnością. Książka tętni kolorami, dobrze oddaje fenomen meksykańskiej malarki i pozwala uszczknąć co nieco z jej prywatności. Dla samej możliwości obejrzenia Casa Azul warto choćby przekartkować.

 



______________________________________________________________
Suzanne Barbezat, Frida Kahlo prywatnie, Wyd. Marginesy, Warszawa 2017

sobota, 17 marca 2018

Walc pożegnalny

Przyjaciele, spróbujcie tego wina. Ma słodki smak przeszłości. Smakujcie je, jakbyście wysysali z długiej kości szpik jakiegoś dawno zapomnianego lata.

Z Walcem pożegnalnym jest zupełnie jak z winem proponowanym w powieści przez smakosza życia – to proza w starym, dobrym wydaniu (rocznik 1972), proza esencjonalna, a jednocześnie subtelna. Na pewno nie o słodkim smaku, ale na tyle przyjemnym, że chciałoby się dłużej sączyć historię doktora Slamy, jego przyjaciela Jakuba i trębacza Klimy.


Jest coś w uzdrowisku stworzonym przez Milana Kunderę, co przyciąga i rozleniwia, każe na dobre się rozgościć i włączyć w tutejsze życie. Umiejscowienie pawilonu „Richmond” naprzeciwko „Domu Marksa” sugeruje, że będzie zabawnie i tak rzeczywiście jest. Muzyk zdradza żonę, żeby utwierdzić się w miłości monogamicznej, ginekolog niekonwencjonalną metodą leczy bezpłodność, wszystko z myślą o nowych wspaniałych pokoleniach, domorosły filozof uparł się krzewić wokół siebie dobro i dostrzegać tylko piękno.

Bohaterowie ze swoimi drobnymi szajbami i niedostatkami charakteru są pocieszni, jako że  ludzkie słabości są traktowane wyrozumiale, a nawet z pewną dozą czułości. Walc pożegnalny nie jest jednak radosną powiastką o kobieciarzach i niegroźnych fantastach, przeciwwagę stanowi Jakub, ofiara komunistycznego reżimu. Wraz z jego pojawieniem się w powieści zaczynają pobrzmiewać ponure tony: mówi się o represjach politycznych, a jeszcze więcej o szczuciu i upodleniu obywateli, zwłaszcza tych biernych.

Na szczęście polityka nie przesłania innych wątków, autor potrafi odpowiednio rozłożyć akcenty i nawet pisząc o sprawach arcyważnych, wystrzega się tragizmu i patosu. To wyważenie i pochylanie się nad ludzkimi słabościami zawsze mnie w twórczości Kundery ujmowało, dzisiaj może jeszcze bardziej – ponowna lektura smakowała lepiej niż kilkanaście lat temu.

_____________________________________________________________________
Milan Kundera Walc pożegnalny, przeł. Piotr Godlewski, PIW, Warszawa 2001

poniedziałek, 12 marca 2018

Rany nadal zbyt głębokie

Wojna w byłej Jugosławii zakończyła się w 1995 r. Francuski dziennikarz Hervé Ghesquière śledził konflikt na miejscu, był wówczas oficjalnym korespondentem w Sarajewie. Po 25 latach powrócił do Bośni i Hercegowiny, żeby sprawdzić, jak wygląda dziś życie w kraju dotkniętym ludobójstwem i na ile żywa jest pamięć o tamtych wydarzeniach.


Cóż, rany są rzeczywiście nadal głębokie. Nie mogło być inaczej, skoro układ pokojowy w Dayton utrwalił podziały etniczne, które bez wątpienia utrudniają przepracowanie wojennej traumy. Pomiędzy poszczególnymi grupami narodowościowymi w BiH panuje nieufność i niechęć. Boszniacy domagają się przeprosin za wyrządzone im krzywdy, natomiast Serbowie uporczywie pomniejszają lub wręcz zaprzeczają popełnionym zbrodniom. Wzajemnym oskarżeniom nie ma końca.

Myślę, że to wszystko jest prawdą, niemniej podczas lektury nie opuszczało mnie wrażenie, że Sarajewo było pisane w myśl ustalonych wcześniej tez. Autor kilkakrotnie sugeruje bowiem, że „źli” byli i są wyłącznie Serbowie, że nacjonalizm ma się dobrze i że prędzej czy później wybuchnie kolejna wojna na tle etnicznym. Cytowane w książce wypowiedzi w pełni potwierdzają te opinie, co niestety nasuwa pytania o rzetelny dobór rozmówców.

To nie przekreśla całkowicie reportażu Ghesquière’a, mimo subiektywnego podejścia do tematu daje on pewne wyobrażenie o problemach BiH. Pozostaje pytanie, na ile jest ono miarodajne, bo trudno wierzyć, że – jak mówi jeden z rozmówców – dawna Jugosławia to obecnie czarna dziura. Problem jest na pewno o wiele bardziej złożony.

_________________________________________________________________________
Hervé Ghesquière Sarajewo. Rany są nadal zbyt głębokie, tłum. Justyna Nowakowska
Wyd. Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2017