sobota, 21 kwietnia 2018

O pożytkach płynących z posiadania (niektórych) książek

W Toaście na progu Andrzej Mencwel przytacza taką oto anegdotę z lat 80. ubiegłego wieku:
[…] nie tylko żywienie psów, ale i ludzi stanowiło polską sztukę walki, wymagającą specjalnej zaprawy i wyszukanych chwytów. Nie było przecież tak, żeby coś można było kupić zwyczajnie, zawsze trzeba było użyć fortelu wzmacniającego pozycję na skąpym jednostajnie rynku, a mogło nim być, na przykład Przeminęło z wiatrem, którego liczne edycje publikowało wydawnictwo, w którym pracowała Ania. Nabywaliśmy je u źródła po zniżonej cenie, jeden zapasowy egzemplarz mieliśmy zawsze pod ręką i nie pamiętam już wszystkich okazji, w jakich się on przydał, ale można powiedzieć, że były one wszelakie. Czar tej łudzącej opowieści o końcu amerykańskiej idylli kolonialnej podczas okrutnej wojny domowej działał z równą mocą na dentystkę i hydraulika, urzędnika i mechanika, przedszkolankę i milicjanta, zadziałał również w szczególnym sklepie mięsnym, gdy chodziło o karmę dla psa. Karma taka zresztą wtedy nie istniała, a w normalnych, czyli ludzkich sklepach mięsnych wyskrobywano do cna wszystkie kości, podroby i skrawki. Udało mi się jednak odnaleźć na jednej z praskich ulic jatkę końską, w której kupowałem mięso dla naszego psa, nie zdradzając jego przeznaczenia. Ponieważ zachodziłem tam dość często, więc zjednałem sobie panią sklepową, dzięki jej słabości do Rhetta Butlera, którego utożsamiała, rzecz jasna, z Clarkiem Gable'em, poznanym dwadzieścia lat wcześniej na ekranie kina Praha, w filmie masowo wówczas oglądanym i uznanym za najbardziej udany film roku w Polsce nazywanej Ludową. Nasz egzemplarz Przeminęło z wiatrem pani sklepowa uznała za druk nieomal podziemny i skwapliwie go schowała. Chociaż mogę powiedzieć, że pośród różnych dziedzin pogranicznych zajmowałem się również socjologią kultury, to nie znam metod ani opracowań, które takie zbiorowe oczarowania oraz jednostkowe uwiedzenia by tłumaczyły. Jakim cudem opowieść o wojennej katastrofie posiadaczy niewolników mamiła pochodzące z awansu społecznego masy odbiorców, tego do dziś nie pojmuję.
Andrzej Mencwel, Toast na progu, Kraków 2017, s. 105-106

niedziela, 15 kwietnia 2018

Toast na progu

Andrzej Mencwel o polskiej wsi pisze tak pięknie, że aż chciałoby się wyjść na pole i zaciągnąć zapachem świeżo zaoranej ziemi, a później jeszcze narąbać drew. Tyle że wsi takiej, jaką oglądamy w Toaście na progu, już nie ma – postęp techniczny i ekonomia zmieniły ją w ostatnich kilku dekadach totalnie i bezpowrotnie. O zanikaniu prawdziwie chłopskiego świata pisze autor, wspominając swojego zmarłego przyjaciela Zbyszka – chłopa modelowego czyli przywiązanego do ziemi, traktującego pracę na roli jako powołanie.


Choć Toast… wyszedł spod pióra historyka literatury i antropologa kultury, nie jest pozycją naukową. To bardzo osobista książka o wrastaniu w społeczność mazowieckiej wsi, w której Mencwel pod koniec lat 70. nabył chałupę i gdzie spędzał wolny czas, w miarę możliwości uczestnicząc w pracach gospodarskich. Kiedy trzeba było, pod okiem okolicznego speca uczył się traczować, naprawiać strzechę, a nawet kopać studnię. „Pan profesor” nie posiadał stosownych umiejętności, ale od czego sieć przysług (nie usług) czyli sprawdzona forma samopomocy. Autor przytacza taką oto historię z pierwszego letniego pobytu:
Okazało się bowiem, że gdy za naszym niebyłym płotem, więc w bezpośrednim sąsiedztwie, ludzie zaczynają żniwować, to my możemy spokojnie ich kontemplować, pijąc na przyzbie swoją kawkę, ale zaczynamy się krztusić, wiercić na zadkach, łypać na siebie wzajemnie i wreszcie, bez słowa, lecz jednozgodnie, za próg wyskakujemy i na wyprzódki biegniemy w pole, aby do żniwiarzy dołączyć. Oni zaś witają nas przychylnie, bez uniesień jednak i honorów, rzeczowo natomiast i funkcyjnie, od razu z przydziałem — kto tu, kto tam, po co i na co. Ponieważ dla nich wszystkich było oczywiste, co nam dwojgu wydało się odkrywcze, że jak żniwa idą, to nikt nie powinien stać w miejscu. [s. 135]
Mencwel kapitalnie opowiada o wgłębianiu się w chłopskie rzemiosło, szczególnie że stale meandruje i odpływa w dygresje, posiłkując się wiedzą fachową (w końcu to badacz kultury). Mnie to odpowiada, kiedy w swojej gawędzie płynnie przechodzi od ciesiołki do żwirowni w Treblice, gdzie indziej od rozdrabniania gruntów do poniatówek, albo od ziemniaczanego kugla do Kmicica i Sienkiewicza. Swoją drogą sporo tu odniesień literackich i cytatów; Toast… podsuwa zresztą niejeden trop do dalszego badania i niejedną kwestię do rozstrzygnięcia. Ale to warto już sprawdzić osobiście, bo mój pobieżny zapis wrażeń z lektury nie jest w stanie oddać bogactwa tej książki.

__________________________________________________________________
Andrzej Mencwel, Toast na progu, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017

wtorek, 10 kwietnia 2018

Kosmitka

Z powodu fatalnej okładki  (nomen omen według pomysłu autorki) Kosmitkę omijałam szerokim łukiem, tymczasem ten niby-dziennik z okresu od jesieni 2015 r. do sierpnia 2016 r. okazał się frapującą lekturą. Punkt wyjścia stanowi zdiagnozowanie padaczki skroniowej, która u Manueli Gretkowskiej przyjęła formę nietypowych doznań wzrokowych. Są one istotnym wątkiem w zapiskach i od razu trzeba zaznaczyć, że wiele ciekawych rzeczy z tego tytułu wynikło.


Jak przystało na dziennik, notatki pisane są niby od niechcenia, na luzie, ale to wciąż Gretkowska  znana z erudycji, błyskotliwych uwag oraz kontrowersyjnych sądów. Czy jest mowa o sytuacji kobiet w Polsce, stawianiu horoskopów, nowym filmie Tarantino czy łódzkim marginesie społecznym, zawsze można liczyć na ciekawe, a może i nowe spojrzenie. Od czasu do czasu we wpisach mignie ktoś z rodziny albo znajomi, pojawią się minirelacje ze spotkań autorskich, a nawet z wizyty na komisariacie policji. Dowiemy się też, jak autorka spędzała święta, co robiła w Berkeley i w Rzymie, jakie lubi ubrania oraz dlaczego, nic nie wyszło z ekranizacji Agenta. Jest też bonus w postaci wywiadu, którego nie zamieściły Wysokie Obcasy oraz recepturę sprawdzonego rodzinnego leku na halluksy, którego nikt nie chciał wyprodukować.

Książka nie pozostawia wątpliwości, że Manuela Gretkowska faktycznie może być postrzegana jako kosmitka. Do tzw. środowiska nie należy, nigdy nie otrzymała żadnej nagrody, ba! koledzy po piórze często w mało wybrednych słowach „recenzują” jej książki. Z kolei za opinie pozaliterackie bywa wyśmiewana lub wręcz potępiana, moim zdaniem niesłusznie. A dlaczego, bardzo dobrze pokazuje to właśnie Kosmitka, naprawdę niegłupia rzecz.

_____________________________________________________
Manuela Gretkowska, Kosmitka, Świat Książki, Warszawa 2016


środa, 4 kwietnia 2018

Ale Kanada!

Według Arkadego Fiedlera Kanada pachniała kiedyś żywicą, według Katarzyny Wężyk obecnie pachnie także kuchniami świata, marihuaną i ropą. Co więcej, nadal jest krajem, w którym dobrze się żyje: otwartym, tolerancyjnym i postępowym. To nie laurka, wystarczy przyjrzeć się składowi rządu wybranego przez premiera Justina Trudeau w 2015 r.: wśród trzydziestu ministrów (połowę stanowiły kobiety) znalazło się dwoje polityków pochodzących z ludności rdzennej, dwie osoby niepełnosprawne i trzech sikhów. W XXI wieku takie rzeczy nie powinny zaskakiwać, a jednak...


Przyznaję, kanadyjska otwartość i wielokulturowość robi wrażenie. Dążenia do zgodnego współistnienia różnych kultur przy jednoczesnym zachęcaniu imigrantów do zachowania własnych tradycji są godne podziwu, ale przecież nie zawsze było tak różowo. Przez blisko 150 lat Kanadyjczycy tępili kulturę Pierwszych Narodów i popełniali przestępstwa wobec dzieci, czego bolesne skutki ludność rdzenna odczuwa do dziś – odsetek biedy, bezrobocia, depresji, samobójstw, alkoholizmu i przemocy w rodzinie jest tu najwyższy. Owszem, dużo robi się na rzecz poprawy sytuacji tej społeczności, niemniej odnowienie relacji z resztą Kanady zajmie dużo czasu.

Do innych przewinień tego niemal idealnego państwa można z pewnością zaliczyć „trudną” historię azjatyckich imigrantów oraz wysoce szkodliwą dla środowiska eksploatację złóż piasków roponośnych. I takie historie wciągają, znacznie bardziej niż te o wspaniałym młodym premierze czy Muzeum Ani z Zielonego Wzgórza. U Wężyk znajdziemy zresztą sporo dobrych opowieści – m.in. o programie imigracyjnym dla uchodźców, o twórcy powszechnej służby zdrowia, czy o Mounties czyli słynnej policji konnej. Dawno nie dowiedziałam się z reportażu tylu ciekawych faktów, Kanada była dla mnie jedną z najlepszych lektur ubiegłego roku.

______________________________________________________________________
Katarzyna Wężyk, Kanada. Ulubiony kraj świata, Wyd. Agora, Warszawa 2017

wtorek, 27 marca 2018

Iwaszkiewicz o babach wielkanocnych

[...] Matka moja słynna była ze swoich mazurków, zwłaszcza cukierkowych, bez mąki; znała przepisów na nie około czterdziestu. Nic to jednak było w porównaniu do trudności, jakie musiano przezwyciężyć przy pieczeniu bab. Dzień ich wyrobu był dniem ciężkiej pracy, żółtka do nich użyte liczyło się na kopy, ubijało się je czy tarło w donicach parę godzin, po czym przychodził moment, kiedy ciasto rosło i kiedy każdy większy hałas mógł sprawić jego oklapnięci — najgorszą katastrofę, jaka się mogła w okresie wielkanocnym zdarzyć. 

Babka prawie warszawska (prawie, bo z dziurą w środku)

Z formami na baby też był kłopot wielki, gdyż nasze ukraińskie baby miały inny kształt niż tutejsze, pogardzane „koroniarskie" czy też „warszawskie" babki. Były to twory znacznej wysokości i równej cylindrycznej powierzchowności. Wreszcie mama w porozumieniu z nadwornym blacharzem fabrycznym zrobiła wynalazek blaszanych form na baby, leżących, zaopatrzonych w drzwiczki bezpieczeństwa, które otwierały się automatycznie, kiedy wyrośnięte ciasto wypełniało cale wnętrze.

 Baby ukraińskie dzisiaj

Gdy wreszcie baby upiekły się — a siedziały w piecu ze dwie godziny, przy czym przez cały czas trzeba było chodzić na palcach i mówić szeptem — następował dramatyczny moment wyjmowania z pieca. Wtedy trzeba było wytężyć całą uwagę po to, aby się jeszcze gorące ciasto nie wykrzywiło, jak na słynnym rysunku Andriollego. W tym celu wprost z form baby przekładało się na poduszki i dziewczęta kuchenne kołysały je na poduszkach jak usypiające dzieci, dopóki ciasto nie ostygło. Niezapomniany był to widok, kiedy grono kobiet z poważnymi minami kołysało owe baby w obrzędowy sposób, jak gdyby od tego zależały losy świata.

Wspomniany rysunek Andriollego  

Kuzyn mojej matki, Konrad Iwański, zasłynął w swoim czasie, za wczesnej młodości, ze swoich figlów. Mianowicie miał on zwyczaj w momencie „wyrastania" bab trzaskać tak drzwiami, że ciasta zapadały się. Wtedy matka ze służebnymi chcąc uniknąć złośliwości chłopca umyśliły piec baby w nocy. Konradek dowiedział się o tym — i potajemnie wstawszy  ze snu i wdrapawszy się na dach huknął do piekących się bab z pistoletu przez komin. Efekt był podobno piorunujący. 

Jarosław Iwaszkiewicz, Książka moich wspomnień, Warszawa 1975 s. 22-23 

czwartek, 22 marca 2018

Meksykańskie klimaty

Dla jednych malarka przereklamowana, dla innych nietuzinkowa i utalentowana. Jedno jest pewne: Frida Kahlo (1907-1954) była artystką i kobietą wyjątkową, co doskonale pokazuje książka Suzanne Barbezat. Liczne reprodukcje obrazów i fotografii nie pozostawiają wątpliwości, że Kahlo miała własny, niezwykle barwny styl, z którego chętnie korzysta dzisiaj świat mody i sztuki oraz producenci gadżetów.


Ten styl bazuje na meksykańskich motywach ludowych, zauważalnych nie tylko w malarstwie, ale i w strojach oraz w słynnym Niebieskim Domu. Nie były to puste gesty – artystka była świadkiem odrodzenia Meksyku i jak wiele innych wydarzeń, również rewolucję przekuła w sztukę. Publikacja klarownie pokazuje inspiracje Fridy, można zresztą prześledzić cały jej życiorys: od dzieciństwa i dorastania w Coyoacán, przez wypadek oraz związek z Diego Riverą, aż po podróże, romanse, zaangażowanie w politykę i chorobę.


Abstrahując od smutnego życia głównej bohaterki, przyznaję, że Fridę Kahlo prywatnie ogląda się i czyta z dużą przyjemnością. Książka tętni kolorami, dobrze oddaje fenomen meksykańskiej malarki i pozwala uszczknąć co nieco z jej prywatności. Dla samej możliwości obejrzenia Casa Azul warto choćby przekartkować.

 



______________________________________________________________
Suzanne Barbezat, Frida Kahlo prywatnie, Wyd. Marginesy, Warszawa 2017

sobota, 17 marca 2018

Walc pożegnalny

Przyjaciele, spróbujcie tego wina. Ma słodki smak przeszłości. Smakujcie je, jakbyście wysysali z długiej kości szpik jakiegoś dawno zapomnianego lata.

Z Walcem pożegnalnym jest zupełnie jak z winem proponowanym w powieści przez smakosza życia – to proza w starym, dobrym wydaniu (rocznik 1972), proza esencjonalna, a jednocześnie subtelna. Na pewno nie o słodkim smaku, ale na tyle przyjemnym, że chciałoby się dłużej sączyć historię doktora Slamy, jego przyjaciela Jakuba i trębacza Klimy.


Jest coś w uzdrowisku stworzonym przez Milana Kunderę, co przyciąga i rozleniwia, każe na dobre się rozgościć i włączyć w tutejsze życie. Umiejscowienie pawilonu „Richmond” naprzeciwko „Domu Marksa” sugeruje, że będzie zabawnie i tak rzeczywiście jest. Muzyk zdradza żonę, żeby utwierdzić się w miłości monogamicznej, ginekolog niekonwencjonalną metodą leczy bezpłodność, wszystko z myślą o nowych wspaniałych pokoleniach, domorosły filozof uparł się krzewić wokół siebie dobro i dostrzegać tylko piękno.

Bohaterowie ze swoimi drobnymi szajbami i niedostatkami charakteru są pocieszni, jako że  ludzkie słabości są traktowane wyrozumiale, a nawet z pewną dozą czułości. Walc pożegnalny nie jest jednak radosną powiastką o kobieciarzach i niegroźnych fantastach, przeciwwagę stanowi Jakub, ofiara komunistycznego reżimu. Wraz z jego pojawieniem się w powieści zaczynają pobrzmiewać ponure tony: mówi się o represjach politycznych, a jeszcze więcej o szczuciu i upodleniu obywateli, zwłaszcza tych biernych.

Na szczęście polityka nie przesłania innych wątków, autor potrafi odpowiednio rozłożyć akcenty i nawet pisząc o sprawach arcyważnych, wystrzega się tragizmu i patosu. To wyważenie i pochylanie się nad ludzkimi słabościami zawsze mnie w twórczości Kundery ujmowało, dzisiaj może jeszcze bardziej – ponowna lektura smakowała lepiej niż kilkanaście lat temu.

_____________________________________________________________________
Milan Kundera Walc pożegnalny, przeł. Piotr Godlewski, PIW, Warszawa 2001

poniedziałek, 12 marca 2018

Rany nadal zbyt głębokie

Wojna w byłej Jugosławii zakończyła się w 1995 r. Francuski dziennikarz Hervé Ghesquière śledził konflikt na miejscu, był wówczas oficjalnym korespondentem w Sarajewie. Po 25 latach powrócił do Bośni i Hercegowiny, żeby sprawdzić, jak wygląda dziś życie w kraju dotkniętym ludobójstwem i na ile żywa jest pamięć o tamtych wydarzeniach.


Cóż, rany są rzeczywiście nadal głębokie. Nie mogło być inaczej, skoro układ pokojowy w Dayton utrwalił podziały etniczne, które bez wątpienia utrudniają przepracowanie wojennej traumy. Pomiędzy poszczególnymi grupami narodowościowymi w BiH panuje nieufność i niechęć. Boszniacy domagają się przeprosin za wyrządzone im krzywdy, natomiast Serbowie uporczywie pomniejszają lub wręcz zaprzeczają popełnionym zbrodniom. Wzajemnym oskarżeniom nie ma końca.

Myślę, że to wszystko jest prawdą, niemniej podczas lektury nie opuszczało mnie wrażenie, że Sarajewo było pisane w myśl ustalonych wcześniej tez. Autor kilkakrotnie sugeruje bowiem, że „źli” byli i są wyłącznie Serbowie, że nacjonalizm ma się dobrze i że prędzej czy później wybuchnie kolejna wojna na tle etnicznym. Cytowane w książce wypowiedzi w pełni potwierdzają te opinie, co niestety nasuwa pytania o rzetelny dobór rozmówców.

To nie przekreśla całkowicie reportażu Ghesquière’a, mimo subiektywnego podejścia do tematu daje on pewne wyobrażenie o problemach BiH. Pozostaje pytanie, na ile jest ono miarodajne, bo trudno wierzyć, że – jak mówi jeden z rozmówców – dawna Jugosławia to obecnie czarna dziura. Problem jest na pewno o wiele bardziej złożony.

_________________________________________________________________________
Hervé Ghesquière Sarajewo. Rany są nadal zbyt głębokie, tłum. Justyna Nowakowska
Wyd. Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2017

czwartek, 8 marca 2018

Miłosz feministkom

Czesław Miłosz 

One

Feministkom

Imiona ich nie będą pamiętane.
Cerowaczki wydartych swetrów, opiekunki
Skarpetek i kalesonów, ochmistrzynie
Kuchni smacznej a lekkiej, miłej jego zdrowiu,
Prasowaczki koszul na jego wieczorny występ,
Polubienice, nałożnice, kochanki,
Pokuśnice, gospodynie, żony,
Umiejące cierpliwie znosić wielkie idee,
Plany zmieniania świata, wiarę w genialność,
Nosicielki sekretu, o którym on nie wie,
Uśmiechają się, zaparzają herbatę,
Idą do okna, podlewają kwiaty.


(Dalsze okolice, 1991)

niedziela, 4 marca 2018

Zapach mężczyzny

We Wróżbie główna bohaterka próbowała wyrwać się z dziecięcego uzależnienia od rodziców, wyjść z trójkąta, w którym miłość do ojca oznaczała zdradę matki. W rezultacie wpadła w nowe uzależnienie – od mężczyzny, a może nawet od mężczyzn w ogóle, bo łaknęła tych kontaktów, nawet gdy kolejny związek okazywał się pomyłką.


Agneta nie miała szczęścia do partnerów: podobnie jak w stosunku do ojca długo była przymilna i ustępliwa, żeby zostać docenioną. A przecież nie była głupią gąską, przeciwnie, zdobywała wiedzę, pracowała zawodowo i próbowała pisać. Po serii porażek na froncie damsko-męskim obrała inną taktykę: zaczęła używać płci, żeby zachować siebie. Lata później powie, że się nie ceniła, ale to chyba zbyt surowa ocena. W rzeczywistości problem leżał gdzie indziej: była pierwszym pokoleniem wyemancypowanych kobiet, których oczekiwania dla wielu mężczyzn, nawet tych światłych, były nie do zaakceptowania. Tymczasem Agneta chciała decydować sama za siebie i nie zgadzała się na odgrywanie podrzędnej roli, stanowiła duże wyzwanie, może nawet – w odczuciu niektórych kolegów – zagrożenie dla ich męskości.

Pleijel bardzo subtelnie pokazuje trudny okres „wykluwania się” kobiety i pisarki, przy czym o bohaterce pisze w trzeciej osobie (Zapach kobiety jest powieścią autobiograficzną). Dopiero gdy odzywa się jako Agneta, nazywa rzeczy po imieniu. Ten dystans i brak pobłażania dla dawnej siebie daje bardzo dobry efekt – przemiana staje się bardziej wiarygodna. Poproszę więcej takich opowieści.

_______________________________________________________________________________
Agneta Pleijel, Zapach mężczyzny, przeł. Justyna Czechowska, Karakter, Kraków 2017

wtorek, 27 lutego 2018

Koniec amerykańskiego snu

Elegia dla bidoków z pewnością nie jest najważniejszą książką o Ameryce ostatnich lat i nie wyjaśnia, dlaczego Donald Trump wygrał wybory. Piszę to oczywiście z perspektywy polskiej, siłą rzeczy mocno okrojonej. Domyślam się, że w Stanach Zjednoczonych odbiór był i jest inny, choć w powszechny entuzjazm jakoś wątpię. Ale po kolei.


31-letni JD Vance napisał wspomnienia o dorastaniu w Ohio oraz o rodzinie wywodzącej się z tytułowych bidoków (ang. hillbillies) czyli klasy robotniczej białych Amerykanów z Appalachów, na ogół niewykształconych, konserwatywnych i bez perspektyw. Opisuje również trudną drogę do awansu społecznego, jaki osiągnął mimo tak nieciekawego zaplecza kulturowego i fatalnej sytuacji w domu. Miał szczęście, bo dzięki wsparciu kilku osób i ciężkiej pracy skończył szkołę wojskową, a następnie wydział prawa na prestiżowym uniwersytecie.

Historia Vance’a wyraźnie pokazuje, że USA to nie tylko wielkie miasta dające obywatelom tysiące możliwości i obietnicę na lepsze jutro, ale także rejony, w których upadł przemysł i żyje się skromnie, ponieważ rynek pracy jest żaden. Doświadczenia autora i jego rodziny nie są naturalnie reprezentatywne dla całej amerykańskiej prowincji, często pomijanej lub niedocenianej przez rządzących, niemniej Elegia… jest interesującym świadectwem, głosem w sprawie – jak chcą niektórzy – zanikającej podgrupy społecznej, stąd ponuro brzmiący tytuł.

Autora nie można traktować jako znawcy tematu jeszcze z kilku powodów – jego analiza (sic) społeczna jest bardzo powierzchowna i niezbyt odkrywcza. Warto podkreślić, że Vance nie jest ani dziennikarzem, ani akademikiem, co zresztą doskonale widać w sposobie narracji – styl książki jest miejscami irytująco potoczny, gdzie indziej patetyczny albo pseudonaukowy. Przyznam, że spodziewałam się czegoś głębszego.

_______________________________________________________________________
J. D. Vance, Elegia dla bidoków, przeł. Tomasz S. Gałązka,Wyd. Marginesy, 2018

czwartek, 22 lutego 2018

Zapiski z wygnania

Sabina Baral opuściła Polskę na fali marcowej nagonki. W 1968 r. wchodziła dopiero w dorosłość – zaczęła studia na wrocławskiej politechnice, miała plany na przyszłość. Nic z nich nie wyszło, ale finał tej smutnej historii nie był najgorszy: dziewczyna dotarła do Stanów Zjednoczonych, zdobyła wykształcenie i ogromny sukces zawodowy. To pewne pocieszenie, nie wiem jednak, czy dla bohaterki wydarzeń wystarczające.


W Zapiskach z wygnania największe wrażenie zrobił na mnie opis przygotowań do wyjazdu. Baral pokazuje ten etap bardzo szczegółowo i nie pozostawia wątpliwości, że był gehenną. Na początek pospieszne wyprzedawanie „majątku” i zbieranie przeróżnych, niekiedy absurdalnych, zaświadczeń. Później poszukiwanie na rynku towarów, które można by spieniężyć na Zachodzie, i wreszcie upokarzająca odprawa celna, której pomyślność uzależniona była od wysokości łapówki i widzimisię celników, na ogół wyjątkowo sumiennych.

W tym kontekście nie zaskakują gorzkie słowa autorki: […] wszyscy ucierpieliśmy. I prawdą jest, że władze potraktowały nas bezprawnie i okrutnie, perfidnie maskując antysemicką nagonkę hasłami antyizraelskimi. Ale program bez odbiorców pozostałby jedynie afiszem, tymczasem ten projekt znalazł wielu przekonanych i chętnych wykonawców. Łatwo im było się nad nami znęcać, bo byliśmy bezbronni. Ci zaś, którzy nie przykładali do tego ręki, starali się niczego nie zauważać. […] Nikt się za nami nie ujął.

W odczuciu Baral Marzec’68 nie tylko pozbawiał godności i wykluczał, ale też zmuszał do porzucenia dotychczasowej tożsamości. Nie bez powodu mottem wspomnień jest cytat z Kotarbińskiego: Emigracja to rodzaj pogrzebu, po którym życie dalej trwa. Koszt dalszego życia bywał wysoki – autorka pisze o wyzwalaniu się od zależności, pokory, grzeczności i wdzięczności za pomoc. Jej się udało, niektórzy nie mieli takiego szczęścia i o nich również w książce jest mowa. To bardzo osobista opowieść, mam nadzieję, że podobnych pojawi się wkrótce więcej.

__________________________________________________________________
Sabina Baral, Zapiski z wygnania, Wyd. Austeria, Kraków Budapeszt 2015


sobota, 17 lutego 2018

owładnięty życiem jak ogień

Charles Bukowski

owładnięty życiem jak ogień


w dostojnej boskości mój kot
chodzi wkoło
i wkoło i wkoło
z naelektryzowanym ogonem i
oczami jak guziki

jest
żywy
pluszowy i
ostateczny jak drzewo śliwowe

ani on ani ja
nie rozumiemy
katedr albo
człowieka za oknem
który podlewa
trawnik

gdyby było we mnie
tyle człowieka
ile jest w nim
kota —
gdyby byli
tacy ludzie
świat mógłby
się zacząć od nowa

wskakuje na wersalkę
i przechodzi przez
portyki mojego
podziwu.


tł. Piotr Madej

Noce waniliowych myszy (2014)

środa, 14 lutego 2018

W pierwszej fazie zakochania

[...] Mevlo wziął z hotelowej cukierni kartę i całą poprzednią noc spędził, ucząc się nazw rozmaitych słodkości. To była najlepsza rada, jaką ktoś mógł mu dać. A tę radę dał mu Arnoš Kozeny.
    - Mój chłopcze - powiedział, gdy zrozpaczony Mevlo wyznał mu, że nie zna angielskiego i nie ma pojęcia, jak wytłumaczyć dziewczynie, że mu na niej zależy - to, że nie zna pan angielskiego, to pańska zaleta. Bo gdyby pan język angielski znał, też mógłby pan popełnić błąd. A tak, wszystko jedno, co pan mówi, wzory chemiczne czy nazwy części samochodowych. W pierwszej fazie zakochania pary i tak nie rozmawiają. One świergoczą...
    - Jak ptaki?!
    - Otóż to, mój chłopcze, jak ptaki - powtórzył Arnoš Kozeny i dodał tajemniczo:
    - Nie tylko świergoczą, ale też pierze na wszystkie strony leci... 


    - You are my trufle, you are my black forest cake, you are my gateau basque, my guadeloupe, my nian gao with one hundred fruits, my vssilopitta efkoli, my tremolat, my black devil, my gianduja ganache, my sachertorte, my caramel, my marzipan, my marquise, my mousse au chocolat, my passion fruit cream, my passion fruit, my fruit, my passion...
    - Ach, Mellow...
    - Jesteś moją szarlotką, moim tortem orzechowym, moim polanym słodkim syropem biszkopcikiem...
    - I am feeling mellow...
    - Och, Rosie, różo ty moja, różyczko...
Młody człowiek i dziewczyna byli tak zatopieni w swoim miłosnym szepcie, że nawet nie spostrzegli, iż zerwał się łagodny wietrzyk i uniósł w powietrze wszystkie pióra rozrzucone na zielonej murawie u ich stóp. Zaszumiała korona starego kasztanowca, a w powietrzu wszędzie fruwało pierze... [...].
__________________________________________________
Dubravka Ugrešić, Życie jest bajką, tł. Dorota Jovanka Cirlić, Kraków 2011

sobota, 10 lutego 2018

Baba Jaga zniosła jajo

- Zadzwońmy do tej starej wiedźmy - mówi. W jej oczach dostrzegam niespodziewany błysk.
Posłusznie sięgam po mały notesik z piętnastoma ważnymi dla mamy numerami telefonów, które sama wpisałam, żeby zawsze miała je pod ręką, wybieram numer i podaję jej słuchawkę. Po chwili słyszę, jak zadowolona szczebiocze:
- Co u ciebie, staruszko, żyjesz jeszcze?!
[s. 22]

Wiedźmę od staruszki najwyraźniej niewiele różni i właśnie o zniuansowanej naturze kobiecości, szczególnie tej nadszarpniętej zębem czasu, traktuje Życie jest bajką. W istocie Dubravka Ugrešić rozbiera na części pierwsze mit o Babie Jadze (w ramach dawnej serii wydawnictwa Canongate), a robi to z właściwą sobie finezją.


W moim odczuciu powieść jest fantastycznym miszmaszem gatunkowym i fabularnym. W pierwszej części niemłoda już pisarka opowiada o relacji z wymagającą opieki (i cierpliwości) schorowaną matką. Druga część to zabawna historia trzech leciwych przyjaciółek, które udają się na wypoczynek do uzdrowiska w Czechach. Klamrę stanowi mini-wykład na temat postaci Baby Jagi z licznymi odniesieniami do poprzednich części.

Te trzy bardzo zróżnicowane narracje są ze sobą misternie splecione, a szukanie powiązań, aluzji i symboli „babojagowych” może przynieść dociekliwemu czytelnikowi sporo przyjemności. Dość powiedzieć, że Baba Jaga może okazać się zołzą albo boginią, samotnicą albo wojowniczką, równie dobrze może być hybrydą tychże. Wniosek nasuwa się sam: każda kobieta ma zadatki na wiedźmę.;)

Książka bardzo przyjemna i inteligentna, autorce udało się do pewnego stopnia odczarować starość (i naturalnie Babę Jagę). Schyłek życia bajką z pewnością nie jest, ale bajeczne chwile mogą zdarzyć się zawsze i wszędzie.

________________________________________________________________
Dubravka Ugrešić, Życie jest bajką; tł. Dorota Jovanka Cirlić, Znak, 2011


poniedziałek, 5 lutego 2018

Rok koguta

Czytając zapiski Terezy Boučkovej z jednego zaledwie roku, kilkakrotnie zastanawiałam się, skąd brała siły, żeby każdego ranka wstawać z łóżka, podejmować wyzwanie i walczyć, próbując przy tym nie oszaleć i nikogo ze złości nie udusić.


Problemem nr 1 są adoptowani synowie: pełnoletni już Patrik wybrał życie kloszarda, z kolei 17-letni Lukas notorycznie kłamie, kradnie i nie chce się uczyć. Do listy przewinień dojdą z czasem narkotyki i konflikt z prawem, a przecież o chłopców dbano – nie szczędzono im uwagi, miłości ani czasu, na różne sposoby motywowano i dyscyplinowano. Niestety kilkanaście lat wysiłków poszło na marne.

To rzadki obraz macierzyństwa, mało kto ma odwagę mówić głośno o porażce wychowawczej, zwłaszcza jeśli dotyczy adopcji romskich dzieci. Dla jasności: Tereza i jej mąż nie żałują decyzji o przysposobieniu, są po prostu śmiertelnie zmęczeni długotrwałą i bezowocną szarpaniną, która zaczyna odbijać się na relacjach całej rodziny (Boučkovie mają też biologicznego, najmłodszego syna).

Jakby tego było mało, pisarka cierpi na depresję i trudne do zdiagnozowania bóle, co więcej, nie może zacząć pisać ani doprowadzić do sfilmowania własnego scenariusza. I bardzo tęskni za mężem, który co prawda jest tuż obok, ale woli zajmować się rowerem. Całe szczęście, że ta umordowana życiem kobieta ma jeszcze dystans do świata oraz pasje pozwalające na złapanie oddechu.

Rok koguta chwilami przytłacza, i dobrze, bo to uświadamia czytelnikowi ogrom ciężaru, z jakim Boučková obcowała codziennie. Dla mnie ta książka jest wewnętrznym krzykiem osoby na skraju załamania nerwowego; takiej, którą należałoby natychmiast przytulić i zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Mam nadzieję, że tak się stało.

____________________________________________________________________
Tereza Boučková, Rok koguta, tłum. Olga Czernikow, Wyd. Afera, Wrocław 2017


czwartek, 1 lutego 2018

Setka Muriel

Muriel Spark - u nas pisarka raczej zapomniana, w Wielkiej Brytanii wciąż wznawiana i czytana. A że w tym roku (dokładnie dzisiaj) przypada setna rocznica jej urodzin, o twórczości tej autorki mówi się i pisze obecnie więcej.

Dla przypomnienia: Spark urodziła się w Edynburgu 1 lutego 1918 roku. Z mężem i synem mieszkała w Afryce, obydwu zostawiła w 1940 r. Na Wyspy powróciła pod koniec II wojny światowej, w 1947 r. została redaktorem w czasopiśmie poświęconym poezji i sama zaczęła pisać. W międzyczasie nawróciła się na katolicyzm. Mieszkała w Stanach Zjednoczonych i we Włoszech. W latach 70. wraz z rzeźbiarką Penelope Jardine osiadła na stałe w Toskanii, tam również zmarła w 2006 roku w wieku 88 lat.

Muriel Spark

W Polsce ukazały się następujące powieści Spark:

Memento mori (1970)
Ballada o Peckham Rye (1974)
Pełnia życia panny Brodie (1972)
Brama Mandelbauma (1997)
Gwiazda filmowa (1975)
Cieplarnia nad Rzeką Wschodnią (1980)
Uczta (1944)
Prawa miejscowe (1997)


Czy warto je dzisiaj czytać? Dyskusja nad Pełnią życia panny Brodie pokazała swego czasu, że tak.;) Na polskich blogach (m.in. u Izy, buksy, Patrycji, Zacofanego) można znaleźć kilka recenzji, u Lirael pojawił się wpis o autobiografii Spark.

Mnie najbardziej podobało się nietłumaczone na język polski The Driver’s Seat – tu doskonale widać, jak przy pomocy niewielu słów autorka potrafi opisać szaleństwo i niebanalną bohaterkę, od początku umiejętnie budując niesamowity nastrój. Wszystko na zaledwie 180 stronach, co wyjątkowo lubię.

A teraz solennie obiecuję sobie wrócić do książek Spark, bo w literaturze brakuje mi już starego dobrego angielskiego sznytu. Muriel nie zawsze pisała genialnie, ale nawet jej słabsze dziełka (według mnie np. Uczta) mają swój urok. Innych oczywiście także zachęcam do czytania.;)


czwartek, 25 stycznia 2018

Wysysa jak pompa

Od Życia miłosnego zaczęła się kiedyś moja znajomość z Zeruyą Shalev, znajomość trudna, że izraelska autorka tworzy często bohaterki irytujące i nieznośne. Nie inaczej jest w jej pierwszej powieści: Ja’ara wdaje się w romans z dawnym przyjacielem rodziców, osobnikiem tyleż zagadkowym, co oschłym i brutalnym.


Ich związek trudno nazwać miłością, to raczej zauroczenie, które dopada nagle młoda kobietę, ustatkowaną mężatkę i wykładowczynię uniwersytecką. Ja’ara traci głowę i daje się ponieść fascynacji Ariem, mniej lub bardziej gwałtownie narzuca mu się. Mężczyzna niechętnie przyjmuje te awanse i robi wiele, żeby zniechęcić do siebie wielbicielkę. Ten romans frapuje głównie ze względu na irracjonalne postępowanie Ja’ary, która jest świadoma, że niszczy swoje małżeństwo i karierę zawodową, a jednak brnie w destrukcyjny związek. Sama uważa, że Arie jest jak pompa wysysająca całą jej silę, wolę i czas, nie dającą w zamian nic poza obojętnością.

Ja’ary nie polubiłam, ale to postać z krwi kości. Lubi mocne wrażenia, bo wtedy wie, że żyje, nawet jeśli cierpi. I takie bohaterki dobrze sprawdzają się w literaturze – historia wymyślona przez Shalev przyciąga i mocno trzyma do końca, ba, nie daje o sobie latami zapomnieć. Wciąż każe się zastanawiać: po co jej to było?

___________________________________________________________________________
Zeruya Shalev, Życie miłosne, przekł. Agnieszka Jawor-Polak, Wyd. W.A.B., Warszawa 2008


piątek, 19 stycznia 2018

Hitler udomowiony

Uśmiechnięty Hitler wita się z dziećmi, Hitler na polanie karmi jelonki, Hitler odpoczywa z psem u boku, Hitler w zamyśleniu spogląda na Alpy, Hitler gawędzi z młodą kobietą z wiwatującego tłumu – takie scenki z udziałem wodza III Rzeszy mogli podziwiać Niemcy na powszechnie dostępnych pocztówkach. I podziwiali, bo byli ciekawi polityka, który zyskiwał coraz większe poparcie, a sztab speców od propagandy zgrabnie manipulował tym zainteresowaniem.


Pocztówki były oczywiście jednym z wielu elementów kampanii wizerunkowej Fűhrera; już na początku lat 30. zauważono bowiem, że prywatne życie Hitlera ma spory potencjał, co później przez lata z powodzeniem wykorzystywano. Na łamach prasy, także zagranicznej, niejednokrotnie opisywano i pokazywano siedziby wodza, idealnie nadające się do tworzenia pożądanego image’u. W całej tej machinie propagandowej ważną rolę odegrała naczelna projektantka wnętrz Gerdy Troost oraz fotograf Heinrich Hoffmann, którzy z oddaniem realizowali i ulepszali idee swojego zleceniodawcy. Skromnie urządzone mieszkania miały sugerować, że przywódca Niemiec jest człowiekiem wręcz przeciętnym, z kolei gruntowna przebudowa Kancelarii Rzeszy miała symbolizować odnowę narodowej estetyki, a pośrednio odnowę moralną narodu.

Dom Hitlera jest fascynującą lekturą, ponieważ daje miarodajny wgląd w mechanizmy nazistowskiego – dziś powiedzielibyśmy – marketingu politycznego. Ta książka jednocześnie przypomina, jak skutecznym narzędziem propagandowym może stać się sztuka (od zwykłych fotografii po architekturę), i uświadamia, jak trwałe okazały się efekty działań doradców Hitlera – w końcu symbolika nazistowska (ideologia niestety również) ma się wciąż  nieźle.

___________________________________________________
Despina Stratigakos Dom Hitlera, przeł. Jan Dzierzgowski
Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2017


niedziela, 14 stycznia 2018

W niedzielę przed południem

W nieopalonej salce budańskiej restauracji w niedzielę przed południem marzną starsi panowie. Emeryci w wytartych ubraniach, głodni. Rej wodzi wśród nich energiczny, rumiany gość, wyjaśnia politykę.
W pewnej chwili mówi:
   — Ja jestem erotyczny. Właśnie kupiłem obrazki erotyczne. Popatrz! — I wciska w rękę sąsiada blok rysunkowy.
Sąsiad — chudy, siwy staruszek o drżących rękach — zakłada na nos okulary, pochyla się nad rysunkami i ostrożnie się im przygląda. Bezradnie mówi: 
   — Nie rozumiem.
I z erotycznym obrazkiem w ręce patrzy smutno przed siebie. Rumiany prycha:
   — Czego nie rozumiesz? — irytuje się. — Jak to nie rozumiesz? — Ale zaraz dodaje: — Ano bo trzymasz rysunek do góry nogami!
Chudy staruszek odwraca kartkę i przygląda się znowu. Widać, że jeszcze ciągle nie rozumie. Po chwili uśmiecha się łagodnie:
   — Aha — mówi nieśmiało. — Teraz już rozumiem.
Odsuwa od oczu obrazek, żeby go lepiej widzieć. Ręka mu się trzęsie. Coś sobie przypomina, mgliście, jak wymierające plemię słowa własnych legend.
_______________________________________________________
Sándor Márai Dziennik 1943-1948; przekł. Teresy Worowska, Czytelnik 2016 s. 410


wtorek, 9 stycznia 2018

Iłła

Zdarzyło mi się opuścić kilka zebrań, m.in. jedno zebranie PEN-Clubu, jedynie dlatego, że mówcy zwracali się do sali: „proszę panów", jakby wykluczając obecne panie spomiędzy słuchaczy. A jakże byliby sami dotknięci, gdyby, będąc dajmy na to w dziesięciu panów na zebraniu, gdzie by w większości były kobiety, usłyszeli od mówców: „proszę pań", zamiast: „proszę państwa".

To cytat ze wspomnień Kazimiery Iłłakowiczówny - z jednej strony autorki lirycznych i nostalgicznych wierszy, z drugiej – kobiety niezwykle praktycznej, zasadniczej i upartej. Ba, w ocenie Marii Dąbrowskiej była wręcz niemiła, kapryśna i nieszczera (choć znakomita poetka). Sympatyczna lub nie, autorka Ikarowych lotów  miała z pewnością silną osobowość, co wyraźnie pokazuje biografia Joanny Kuciel –Frydryszak.


Co uderzyło mnie w tej opowieści, a wcześniej podczas lektury Wspomnień i reportaży Iłłakowiczówny, to jej swego rodzaju światowość. Jako nastolatka kształciła się m.in. w Petersburgu, Genewie i Oxfordzie, gdzie przy okazji szlifowała rosyjski, niemiecki, francuski i angielski. W latach 30. podróżowała po Europie z recytacjami i odczytami o Polsce, świetnie odnajdując się w bardzo różnych kręgach słuchaczy. Poetka niejednokrotnie była chwalona za wysoką kulturę osobistą i elegancję, podobno zresztą lubiła celebrę i etykietę (fascynujący jest jej opis przebierania się stosownie do okazji).

Znajomości zawarte zagranicą przydały się Iłłakowiczównie podczas wojny spędzonej w Rumunii, z kolei dzięki językom obcym mogła utrzymywać się w socjalistycznej Polsce. Bo trzeba podkreślić, że pani Kazimiera była niezwykle przedsiębiorcza i zaradna, nawet w sytuacjach krytycznych starała się trzymać fason. Tak było, gdy uciekła spod kurateli przybranej matki aż do Rosji, gdy pracowała w mało przyjaznym męskim środowisku w ministerstwie i gdy usilnie starała się o jakąkolwiek posadę w powojennej Polsce. A że poetka (notabene KI uważała się przede wszystkim za urzędniczkę) charakteryzowała się również pryncypialnością, bywała dla otoczenia po prostu uciążliwa.

Książka Kuciel –Frydryszak nie pozostawia wątpliwości, że jej bohaterka była postacią złożoną, a przez to niezwykle interesującą. Twórczość Iłłakowiczówny pozostaje na drugim planie, co nie dziwi, bo publikacja przeznaczona jest dla szerokiego grona odbiorców. Podczas lektury brakowało mi jednak dokładnego źródła cytatów i indeksu osób – te przydają się nawet laikom. Biografia zdecydowanie warta uwagi, choćby dla rozdziału o powstawaniu przekładu Anny Kareniny pióra Iłły.

_______________________________________________________________
Joanna Kuciel-Frydryszak Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wyd. Marginesy, Warszawa 2017


środa, 3 stycznia 2018

W oczekiwaniu na jutro

Minipowieść Goli Taraghi zasługuje na uwagę z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, reprezentuje literaturę perską, w Polsce prawie nieobecną, a szkoda, bo jest ona przecież warta poznania. Po drugie, pokazuje społeczeństwo irańskie jeszcze świeckie, jeszcze żyjące swobodnie (książka powstała na dekadę przed rewolucją islamską), a to dzisiaj rzadki obrazek.


Mimo tej swobody bohaterów Snu zimowego przytłacza dziwna niemoc: latami obiecują sobie, że lada dzień wyjadą, odmienią wreszcie swój los. Kończy się jednak na marzeniach, wzdychaniu i wynajdywaniu wymówek, a bardziej zdecydowanych śmiałków powstrzyma siła wyższa. Czas mija, a panowie czekają na początek czegoś nowego i lepszego, na nadejście mitycznego jutra. Bo prawdziwe życie jest rzekomo gdzie indziej:
Za tymi murami istniał świat, życie, historia i miliony nowych, zdumiewających chwil i właśnie tam można było stanąć, patrzeć, zadawać pytania, i być może, odkryć coś nowego. Ach, stamtąd zacząć od nowa i stamtąd zacząć być naprawdę, a potem znów rzucić to wszystko i jeszcze raz rozwinąć skrzydła. [s. 43]
Zastanawiające, że strach i marazm dotyka u Taraghi wyłącznie mężczyzn. Kobiece bohaterki są bardziej wyraziste i przede wszystkim bardziej przedsiębiorcze. Filigranowa, słodka Szirin potrafi odejść w proteście przeciw zachowaniu przyjaciół, Maniże znajduje męża, który da jej dziecko, a Tal’at, nazywana złośliwie panią generał, walczy o swoje, nie żałując łokci ani pięści. Żadna z nich nie wypatruje cudu, ale działa.

Sen zimowy to jedna wielka metafora bezsilności i niespełnienia, przemijania i starości. Książka pełna jest symboli (lustro, ptak, zegar, tort)i słowa-kluczy (zima, wiatr, ciemność), które – często powtarzane – doskonale budują pesymistyczny nastrój. Osłodą muszą pozostać nieliczne humorystyczne fragmenty i lekko baśniowy koloryt opowieści. Może również dlatego ciepło myślę o tej teherańskiej historii.

_____________________________________________________________________
Goli Taraghi Sen zimowy, tłum. Dorota Słapa, Książkowe Klimaty, Wrocław 2017