Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nobliści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nobliści. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 października 2024

Dwie małpy Bruegla

 Wisława Szymborska

Tak wygląda mój wielki maturalny sen:
siedzą w oknie dwie małpy przykute łańcuchem,
za oknem fruwa niebo
i kąpie się morze.

Zdaję z historii ludzi.
Jąkam się i brnę.

Małpa wpatrzona we mnie, ironicznie słucha,
druga niby to drzemie -  
a kiedy po pytaniu nastaje milczenie,
podpowiada mi
cichym brząkaniem łańcucha.

(Wołanie yeti, 1957)


Dwie małpy, Pieter Bruegel (starszy), 1562


wtorek, 16 listopada 2021

Sprzedana wyspa

Powieść Halldóra Laxnessa z 1948 r. może i kapkę zwietrzała, wciąż intryguje jednak choćby ze względu na narratorkę. Otóż Ugle przyjechała do stolicy, aby służyć w domu posła i trzeba przyznać, że żadna z niej prowincjonalna gęś, choć tak niektórzy uważają. Owszem, jest może nieco naiwna, ale jest również ambitna i niezależna – nie daje się łatwo zapędzić w kozi róg. Kieruje się własnym kodeksem moralnym, który pozwoli jej przetrwać zawirowania w Reykjaviku.

środa, 8 maja 2019

Anioł milczał

Anioł milczał ma pewne mankamenty, ale trudno się dziwić, zważywszy na wydawnicze losy książki. Krótko po wojnie nie chciano jej opublikować, ponieważ temat był dla Niemców zbyt świeży. W oczekiwaniu na właściwy moment Heinrich Böll dokonywał poprawek, fragmenty wykorzystał w innych utworach i można przypuszczać, że z czasem porzucił myśl o publikacji. Powieść ukazała się dopiero w 1992 r., już po śmierci pisarza. Dobrze się stało, że spadkobiercy podjęli taką a nie inną decyzję.


W książce noblisty najbardziej fascynuje opis świata po katastrofie. Jest początek maja 1945 r., Hans wraca do rodzinnego miasta, zburzonego w trakcie alianckich nalotów. Pod starym adresem nie ma domu, nie ma też matki czekającej z obiadem, jest tylko góra cegieł ze strzępami tapety i zmiażdżonymi meblami. Wszędzie widać podobne obrazy – gruzy, śmieci, dym i niedobitki wygłodzonych ludzi. Niby żywych, ale jakby odrętwiałych, pustych. Taki jest również główny bohater, krążący wśród ruin w poszukiwaniu jedzenia i jakiegokolwiek punktu zaczepienia. Jeszcze nie wie, że ogłoszono kapitulację – to wydarzenie nie jest zresztą dla Niemców powodem do radości. Uderza poczucie wyczerpania i rezygnacji, może częściowo właśnie dlatego podczas lektury można odnieść wrażenie kompletnej ciszy.

Böll po mistrzowsku oddał atmosferę oraz tło, stworzył także kilka interesujących postaci (m.in. wdowa po oficerze, filolog-kolekcjoner sztuki sakralnej, ksiądz) – niedookreślonych, a przez to intrygujących. Pokazał bardzo różne postawy, akcentując kwestie wiary i moralności. Polski wydawca chciał tu widzieć historię miłości, co uważam za przesadę – rozsądniej chyba pójść śladem motywu chleba i wina oraz tytułowego milczącego anioła.

_______________________________________________________________________
Heinrich Böll, Anioł milczał, przeł. Michał Misiorny, Wyd. Muza, Warszawa, 1997


niedziela, 16 września 2018

Piąte dziecko

Konserwatywni i staroświeccy – tak mówiono o Harriet i Davidzie, kiedy byli młodzi i jeszcze się nie znali. W dobie hedonizmu czyli latach 60. ubiegłego wieku ich postawa rzeczywiście mogła uchodzić za niemodną: zależało im na trwałych, nieprzypadkowych związkach, zachowywali seksualną wstrzemięźliwość. Jako małżeństwo nadal byli krytykowani, tym razem z zupełnie innego powodu: marzyli o szóstce, nawet ósemce dzieci, o czym nie krępowali się głośno mówić.


Negatywna ocena wielodzietności zaintrygowała mnie w książce Doris Lessing najbardziej: bliscy zarzucają Lovattom brak odpowiedzialności i egoizm, w czym można dostrzec trochę racji – w wychowywaniu potomstwa, również finansowo, pomagają im rodzice. Można jednak odnieść wrażenie, że nawet gdyby radziliby sobie bez tej pomocy (a przecież nie próżnują, robią, co mogą), wciąż spotykaliby się z nieprzychylnymi uwagami. W istocie dopiero tytułowe piąte dziecko będzie dla wszystkich wyzwaniem i zarazem cezurą: wskutek upośledzenia umysłowego Ben okaże się autentycznym zagrożeniem dla najbliższych.

Autorka stawia bohaterów przed dylematami, pokazując, że wybór nie zawsze jest oczywisty. Kluczowa kwestia: czy dla dobra i bezpieczeństwa rodziny można pozbyć się kłopotliwego syna, aż się prosi o odpowiedź przeczącą, a jednak w powieści nie ma prostych rozwiązań, jest tyle samo „za” co „przeciw”. Sprawę roztrząsają Lovattowie, siłą rzeczy także my. I właśnie w tym skłanianiu czytelnika do zrewidowania własnych poglądów dostrzegam kunszt Lessing.

____________________________________________________________
Doris Lessing Piąte dziecko, przeł. Anna Gren, PIW, Warszawa 2007

poniedziałek, 29 maja 2017

Dorosłe dzieci

Nonszalancja polskich wydawców w tłumaczeniu tytułów bywa irytująca. Tak jest na przykład w przypadku ostatniej książki Toni Morrison God help the Child, która w Polsce ukazała się jako Skóra. Domyślam się, że Niech Bóg strzeże to dziecko nie brzmi dobrze, niemniej warto zauważyć, że zdanie jest cytatem z zakończenia powieści. Co ważniejsze, wypaczony został sens utworu, bo nie o skórę czy jej kolor tutaj chodzi.


Morrison, owszem, podnosi problem rasizmu, na dodatek z bardzo ciekawej perspektywy, jednak jest to wątek drugorzędny. Głównym tematem pozostaje dziecko, które pośrednio lub bezpośrednio dotknęła krzywda – na tyle dotkliwa, że przez długie lata będzie mu ciążyć i utrudniać współżycie z innymi. Jeśli przyjrzeć się Bride, odtrąconej przez matkę, oraz Bookerowi, niepogodzonemu ze stratą brata, można nawet uznać, że traumy nie pozwalają im w pełni dojrzeć:
Każde będzie się czepiać smętnej historyjki o bólu i żalu - jakiejś dawnej przykrości, którą życie zwaliło na ich czyste, niewinne jaźnie. I każde przepisze sobie tę historię na nowo, znając treść, odgadując temat, zmyślając znaczenie i lekceważąc oryginał. Wielka szkoda. [s. 171]
Fabuła odkrywcza nie jest i z żalem stwierdzam, że Skórze daleko do najlepszych dokonań noblistki. Ta skromna objętościowo książka wydaje się wyjątkowo niedopracowana: postaci są bez wyrazu albo jednowymiarowe, z kolei problematyka została nakreślona grubą, dydaktyczną kreską. Potencjał był duży, ale najwyraźniej przerósł możliwości wiekowej autorki (dziś 86-letniej).

________________________________________________________
Toni Morrison, Skóra, przeł. Jolanta Kozak, Świat Książki 2016

niedziela, 21 sierpnia 2016

Żebyś nie zgubił się w dzielnicy

Nie miał odwagi wejść do domu. Wolał, by pozostał dla niego jednym z tych miejsc, które niegdyś były ci bliskie, a teraz czasami odwiedzasz je w snach: na pozór są takie same, niemniej przesiąknięte czymś niesamowitym. 

Ze wspomnianym powyżej domem jest w zasadzie tak jak z powieściami Patricka Modiano: na pozór są takie same (niektóre w sposób nieznośny), ale mają niezwykłą aurę, do której chce się wracać, przynajmniej raz na jakiś czas. Te książki smakują szczególnie dobrze w okresie rozleniwienia, spowolnienia biegu życia albo napadu melancholii. Teraz już wiem, że Modiano czyta się nie dla fabuły, ale atmosfery, bo francuski noblista pisze wciąż tę samą książkę. Zaczynając Żebyś nie zgubił się w dzielnicy, ponownie obstawiałam, czy w treści pojawią się szemrane postaci, kobiety z przeszłością, cudzoziemcy, koniarze i samochodziarze. Pojawili się, a jakże, zabrakło tylko Rosjan.


O ile ta powtarzalność wcześniej kilkakrotnie bardzo mi przeszkadzała, w najnowszej powieści (z 2014 r.) niemal sprawiła mi przyjemność. A przecież Jean Daragane nie różni się zbytnio od innych bohaterów pisarza, przeciwnie, jest kolejnym samotnikiem, który pod wpływem nieoczekiwanego spotkania próbuje przypomnieć sobie zdarzenia i osoby z odległych czasów. Czytelnik znowu jest świadkiem żmudnego składania odprysków wspomnień w całość, przy czym dość szybko orientuje się, że i tym razem finał pozostawi go z pytaniami i wątpliwościami. Dlatego może lepiej po prostu poddać się lekko sennej, tajemniczej atmosferze książki i razem z bohaterem poprzechadzać się po Paryżu – współczesnym, ale jakby z zupełnie innej epoki.

________________________________________________________________________
Patrick Modiano Żebyś nie zgubił się w dzielnicy tłum. Bożena Sęk, Sonia Draga 2016

poniedziałek, 20 lipca 2015

Dom na odludziu

Dom to piętrowy, na stromym Alifakovacu stoi nieco na uboczu u samego szczytu. Na parterze, gdzie zimą bywa ciepło, a latem chłód panuje, mieści się pokaźna sień, duża kuchnia i od tyłu dwa mniejsze ciemne pokoiki, na piętrze zaś trzy duże pokoje, a jeden, ten od frontu, wychodzący na rozległą dolinę sarajewską, ma obszerny balkon. [s. 5]

Pierwsze dwa zdania z książki Ivo Andricia podziałały na moją wyobraźnię tak bardzo, że natychmiast wyszukałam w internecie zdjęcia Alifakovacu. Warto było, bo miejsce jest szczególne (patrz: fotografia poniżej). Nieco surowe, ale wyjątkowo malownicze, w dużej części zajęte przez cmentarz muzułmański, będący miejscem pochówku wielu zacnych obywateli Sarajewa. Nic dziwnego, że tytułowy dom narratora często odwiedzają duchy, i to nie byle jakie.


Krzykiem lub szeptem widma zabiegają o uwagę narratora, który nieszczęśnikom użycza ucha i miejsca na papierze. W domu na odludziu mostarski wezyr mija się w drzwiach z baronem fantastą, chwacki pasza z księgowym alkoholikiem, wiekowa służka Zuja z dyrektorem cyrku, a bośniacka niewolnica z geometrą narzekającym na nadmierną towarzyskość żony. Płyną opowieści o spiskach, zdradach i namiętnościach, nierzadko leje się krew, a jednak te historie mają w sobie coś z baśni. Coś, co każe często wracać myślą bohaterów oraz ich świata z pogranicza jawy i snu.


Dzieje się tak po części za sprawą kulturowej otoczki Bałkanów, po części za sprawą stylu Andricia, który czaruje słowem jak mało kto. Bajecznie opisuje chwile tak ulotne jak przypływ natchnienia oraz zdarzenia całkiem zwyczajne – czy mowa o piciu rakii czy o wizycie na targu. „Dom na odludziu” przyciąga i urzeka, niebezpiecznie rozbudza marzenia. Z pewnością odwiedzę go kiedyś ponownie.


___________________________
Ivo Andrić Dom na odludziu
przeł. Halina Kalita, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1979



niedziela, 17 maja 2015

Głosy Marrakeszu

- E-li-as Ca-ne-ti? - powtórzył ojciec pytająco i z wahaniem. Kilka razy wypowiedział moje nazwisko, osobno wymawiając każdą sylabę. W jego ustach miano to zabrzmiało dostojniej i piękniej. Nie patrzył przy tym na mnie, ale prosto przed siebie, jakby nazwisko było bardziej rzeczywiste niż ja i jakby warte było zbadania. Słuchałem zdumiony i poruszony. W jego zaśpiewie brzmiało tak, jakby należało do jakiego specjalnego języka, którego nie znałem. Zważył je wielkodusznie cztero- albo pięciokrotnie; wydawało mi że słyszę brzęk odważników. Nie czułem żadnej obawy, ojciec Elie’ego nie był sędzią. Wiedziałem, że odnajdzie sens i wagę mojego nazwiska; a kiedy już się to stało, podniósł wzrok i z uśmiechem spojrzał mi w oczy. [s. 80]


Żyd w skupieniu powtarzający nazwisko gościa to jedna z wielu "słyszalnych" scen zaobserwowanych przez Canettiego podczas podróży do Maroka w 1954 r. W „Głosach Marrakeszu” jest ich wiele - czytelnik usłyszy m.in. rozbawionych chłopców ze szkoły żydowskiej, wielbłądy na targu, żebrzących ślepców albo schorowaną, niezakwefioną kobietę szepcącą tęskne słówka przez zakratowane okno. Gdzie indziej słychać będzie gwar suku, pomieszane języki w barze, recytacje opowiadaczy lub po prostu ciszę jak u skrybów piszących w milczeniu.

„Głosy” to właściwie mało powiedziane, ponieważ z każdej relacji Canettiego wyłania się natychmiast obraz, a wraz z nim często także zapach i smak. Czerwone Miasto z jego rozgrzanymi, ruchliwymi placami, wąskimi uliczkami i hałaśliwymi mieszkańcami staje przed oczami czytelnika jak żywe. I choć od wyprawy pisarza minęło już ponad 60 lat, idę o zakład, że współczesny turysta nadal mógłby tam spotkać kobiety z koszami pełnymi chleba na sprzedaż, dzieci ciekawe cudzoziemców, Marokańczyków tresujących osły czy golarzy czekających na klientów. Pewne rzeczy nie znikają szybko z miejskiego krajobrazu, na szczęście.

Ta książka działa na zmysły i na wyobraźnię, mimo że autor posługuje się prostym językiem i nad rozległe opisy przedkłada krótką formę. Całość kończy się równie nagle co rozpoczyna i może sprawiać wrażenie luźnych notatek, ale to zupełnie nie przeszkadza w odbiorze, wręcz przeciwnie. Klimat Marrakeszu został świetnie oddany - nie trzeba opuszczać domowych pieleszy, żeby się nim nacieszyć.

___________________________________________________
Elias Canetti Głosy Marrakeszu, przeł. Maria Przybyłowska
Wyd. Słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2014


czwartek, 29 stycznia 2015

Klejnocik

Ani trochę nie miałam ochoty na rozmowę z nią, nie odczuwałam wobec niej nic szczególnego. Okoliczności sprawiły, że między nami nigdy nie było tego, co nazywa się mlekiem dobroci. Pragnęłam się jedynie dowiedzieć, gdzie wylądowała dwanaście lat po swojej śmierci w Maroku. [19-20]



W powieści Modiano z 2001 r. wreszcie mamy postać kobiecą w roli głównej. W przeciwieństwie do innych bohaterów noblisty o tytułowej Perełce coś niecoś wiemy, kończąc lekturę całkiem sporo. Thérèse nie szuka przeszłości, to przeszłość pod postacią kobiety w żółtym płaszczu narzuca się jej sama. Przypadkowo odwiedzane miejsca wyzwolą z zakamarków pamięci wspomnienia, niezrozumiałe epizody i fragmenty rozmów sprzed lat nabiorą po latach znaczenia.

Autor bardzo subtelnie nakreślił dramat odtrąconej przez matkę dziewczynki, w życiu dorosłym kobiety osamotnionej i zagubionej. Stworzył postać, która porusza i budzi zainteresowanie. Reszta powieściowego świata wydaje się mocno znajoma, jako że Modiano zaledwie odświeżył i lekko zmodyfikował wypróbowane składniki swojego pisarskiego inwentarza. Jest więc Paryż ze szczegółowo zarejestrowanymi trasami, są podrzędne bary i osoby z półświatka, po raz kolejny pojawia się nawet koń i pół-Rosjanin. Co więcej, wzorem poprzednich książek Francuza rekonstrukcja przeszłości nie służy ustaleniu twardych faktów – ważniejszy jest proces ich odtwarzania, prowadzący przy okazji do samopoznania.

Fabuła „Perełki” nie porywa i raczej nie wzbudzi ożywionych dyskusji. To proza refleksyjna, nastawiona na budowanie nastroju, która – mimo powtarzalności pewnych chwytów autora – może wywierać duże wrażenie na czytelniku. Na mnie wywarła. Przyjemnie było poddać się jej powolnemu rytmowi, wtopić w melancholijną atmosferę jesiennego Paryża i potowarzyszyć przez kilka dni młodej, bezbronnej bohaterce. Urzekająca – to słowo najlepiej i najkrócej oddaje ducha tej powieści.


_________________________________________________________________
Patrick Modiano, Perełka, przeł. Bożena Sęk, Sonia Draga, Katowice 2014

niedziela, 25 stycznia 2015

Bohater wagi koguciej

“Dyskretnego bohatera” otwiera cytat z Borgesa: Naszym pięknym zadaniem jest wyobrazić sobie, że istnieje labirynt i nić. Vargas Llosa najwyraźniej wziął sobie myśl klasyka do serca i w najnowszej powieści stworzył labirynt godny najlepszego inżyniera. Zadbał o solidną konstrukcję, pomysłowo posplatał ścieżki, nie zapomniał też o elemencie zaskoczenia i lokalnym kolorycie.


Autor bez wątpienia wykazał się jako solidny literacki rzemieślnik, niestety nie jako artysta. Co z tego, że „Dyskretnego…” świetnie się czyta, że spotykamy bohaterów z poprzednich powieści noblisty i że możemy obejrzeć współczesne Peru, skoro książka jest zaledwie przyjemną lekturą. Owszem, fabuła dotyczy spraw zasadniczych (miłość, przyjaźń, zdrada), zasygnalizowano także kilka istotnych problemów społecznych (uprzedzenia klasowe, przestępczość), wszystko to jednak ma charakter intensywnie przygodowy. Skojarzenia z telenowelami latynoamerykańskimi nie są bezpodstawne i nawet jeśli powieść reprezentuje znacznie wyższy poziom (a reprezentuje), w moim odczuciu pozostaje rzeczą mało znaczącą.

Oczywiście rozumiem, że trudno jest pisać za każdym razem książki tej rangi co „Rozmowa w katedrze”, „Miasto i psy” czy „Święto kozła”. Zważywszy na zakończenie „Dyskretnego bohatera” biorę też pod uwagę, że powieść może być pożegnaniem pisarza z wcześniejszymi wątkami i postaciami, co usprawiedliwiałoby lekkość fabuły. Czas pokaże, czy Peruwiańczyk czymś jeszcze zaskoczy. Oby tak było.

__________________________________
Mario Vargas Llosa Dyskretny bohater
przeł. Marzena Chrobak, Wyd. Znak, 2014 Kraków

czwartek, 23 października 2014

Ulica Ciemnych Sklepików

Po falstarcie, jakim była płytka i bezbarwna „Zagubiona dzielnica” Patricka Modiano, mój wybór padł na „Ulicę Ciemnych Sklepików”, laureatkę Nagrody Goncourtów w 1978 r. Cóż, olśnienia nie było, raczej małe déjà vu. Narrator znowu szuka śladów dawnego życia, znowu podąża tropami podrzucanymi przez osoby, które gdzieś, kiedyś spotkał i naturalnie znowu błądzi. Wygląda na to, że od rozwiązania zagadki ważniejsze są same poszukiwania.


W „Ulicy…” ciekawostką jest fakt, że przeszłości oraz własnej tożsamości, szuka mężczyzna cierpiący na amnezję. Jego żmudne śledztwo nawet intryguje, przynajmniej do chwili, kiedy pewne chwyty nie zaczną się powtarzać i nasuwać wątpliwości. Pewnie wymagam za dużo od autora, ale aż chce się zapytać: dlaczego Guy rozpoczyna poszukiwania z dziesięcioletnim opóźnieniem? Co w nim takiego jest, że nowo poznane osoby bez wahania wpuszczają go do swoich mieszkań, obdarowują starymi zdjęciami i hojnie dzielą się informacjami? Od strony psychologicznej książka kompletnie zawodzi, za powieść sensacyjną czy detektywistyczną także trudno ją uznać. Pozostaje atmosfera tajemniczości i nostalgii – tu akurat Modiano całkiem nieźle sobie radzi. Dość atrakcyjnie, choć bardzo skrótowo przedstawił również paryski światek arystokracji i rosyjskiej emigracji.

Więcej dobrego o tej książce nie mogę powiedzieć, chyba nie po drodze mi z melancholijnym Francuzem. Wątek odtwarzania przeszłości ze strzępów wspomnień nie uderza oryginalnością, z kolei główny bohater jest zbyt mdły, aby poruszyć czytelnika. To rodzaj prozy, która nie stawia istotnych pytań, pozwala natomiast zastanowić się nad naturą ludzkiej (nie)pamięci. Oby nie był to jedyny temat poruszany przez Modiano w innych powieściach.

_________________________________________
Patrick Modiano „Ulica Ciemnych Sklepików”
tłum. Eligia Bąkowska
Wyd. Czytelnik, Warszawa 1981


środa, 24 września 2014

Opowieść mięsnego dziecka

Ludzi jedzących mięso jest na świecie więcej niż ziaren piasku na plaży, lecz tylko ja, Luo Xiaotong, wyniosłem tę niską czynność do poziomu artyzmu. Gdyby złożyć razem całe zjedzone mięso na ziemi i to, które miało być zjedzone przyszłości, uzbierałaby się góra wyższa od Himalajów, lecz tylko mięso zjedzone przeze mnie stanowiło część artystycznego popisu. [s. 425]

To nie jest książka dla jaroszy. W grubaśnym „Bum!” (blisko 600 stron) chyba na każdej stronie mowa jest o mięsie: jego spożywaniu albo wręcz przeciwnie – o głodzie i tęsknocie za solidną wyżerką. Gatunek nie gra roli, z braku wołowiny lub baraniny nada się psina, oślina i wielbłądzina, w chwilach desperacji także kocina. W chwilach, kiedy główny bohater, kilkuletni Luo Xiaotong, nie skupia myśli na jedzeniu mięsa, pochłania go temat pokrewny czyli wytwarzanie tegoż. Czy może zatem dziwić, że dzięki uporowi i bezczelności ten mały potwór trafił do rzeźni w charakterze racjonalizatora produkcji? Raczej nie, w świecie Mo Yana nie takie cuda się zdarzają.


Chiński noblista wymyślił niebanalnego bohatera, osadził go w wiejskiej scenerii z końca ubiegłego wieku i tak pokierował burzliwymi dziejami rodziny Xiaotong, aby powstała obszerna powieść. Jak tłumaczy we wstępie i w posłowiu, „opowiadanie jest tu bowiem celem samym w sobie, głównym tematem, wyrazem myśli”. Książka faktycznie imponuje objętością, widać w niej dbałość o formę oraz treść, z lektury niestety nic istotnego nie wynika. Na nic ciekawa dwutorowa narracja, na nic realizm magiczny w wydaniu chińskim oraz nieźle zbudowane chwilami napięcie, skoro brakuje najważniejszego: głębszych myśli. Ba! Nie warto nawet streszczać fabuły, bo sam autor ujął ją w kilku słowach.

Być może w Chinach obowiązują inne kanony pisarskie i wydłużanie powieści poprzez mnożenie bohaterów oraz epizodów jest na porządku dziennym. Dla mnie „Bum!” pozostanie egzotyczną wydmuszką, która początkowo zaciekawia i sprawia frajdę, ale ostatecznie trafia do lamusa. Mimo obiekcji za jakiś czas zaryzykuję kolejne spotkanie z Mo Yanem.

_______________________________________________________
Mo Yan, Bum!, przeł. Agnieszka Wulik, WAB, Warszawa 2013


czwartek, 26 czerwca 2014

Jak błękit nieba

Śliczne oczy. Śliczne niebieskie oczy. Duże niebieskie śliczne oczy. Biegnij, Jip, biegnij. Jip biegnie. Alice biegnie. Alice ma niebieskie oczy. Jerry ma niebieskie oczy. Jerry biegnie. Alice biegnie. Biegną ze swoimi niebieskimi oczami. Dwie pary niebieskich oczu. Dwie pary ślicznych niebieskich oczu. Oczy jak błękit nieba. Oczy jak niebieska bluzka pani Forrest. Modre oczy. Niebieskie oczy prosto z czytanki o Alice i Jerrym.

Mała Pecola uwierzyła w sielankowy świat niebieskookich dzieci ze szkolnego podręcznika. Tak bardzo pragnęła spokoju i szczęścia dla swojej dysfunkcyjnej rodziny, że uroda wydała jej się podstawowym warunkiem lepszego życia. Rozumowanie naiwne, ale dobrze pokazuje szczerość intencji i desperację dziewczynki. W jej domu brakuje bowiem stabilizacji i miłości, jest za to bieda i przemoc. Poczucie samotności pogłębiają docinki i niewybredne żarty kolegów, wyśmiewających rzekomą brzydotę Pecoli.


Nie wiemy, czy dziewczynka jest ładna, czy nie, brzydka jest we własnym mniemaniu. W rzeczywistości pozbawiona jest co najwyżej blasku wewnętrznego: jest dzieckiem totalnie stłamszonym i zagubionym, idealnym popychadłem. Nie zaznawszy rodzicielskiej troski ani czułości, rozpaczliwie szuka akceptacji – najmniejszy odruch serca jest nie do przecenienia. Morrison nie stosuje tanich chwytów, niemniej jej główna bohaterka chwyta za serce.

Do pewnego stopnia podobnie odczucia wywołują również postaci drugoplanowe. Wszyscy dorośli mieli mało szczęścia w życiu, nikomu nie udało się spełnić skromnych marzeń. Może stąd bierze się surowość i zaciętość kobiet oraz słabe charaktery mężczyzn. Są odpychający, a jednocześnie wzbudzają współczucie, zwłaszcza gdy okaże się, że dzieciństwie byli niewiele różnili się od Pecoli i jej koleżanek. Nie bez powodu w powieści pojawia się wątek wysiewania nasion i doglądania rośliny.

„Najbardziej niebieskie oko” (1970) było debiutem przyszłej noblistki i choć nie ma siły rażenia „Umiłowanej”, świadczy o talencie literackim. Widać tu już elementy, które staną się charakterystyczne dla stylu Morrison: polifonia, rwana narracja i przede wszystkim chłodny sposób opowiadania, który nieoczekiwanie potrafi bardzo intensywnie zagrać na emocjach czytelnika. Dodajmy do tego duże możliwości interpretacyjne i mamy dobrą książkę. Do zachwytu czegoś mi zabrakło, ale historia Pecoli na długo pozostanie w mojej pamięci.

______________________________________
Toni Morrison Najbardziej niebieskie oko
przeł. Sławomir Studniarz
Wyd. Świat Książki, Warszawa 2014



wtorek, 19 listopada 2013

Podróż do korzeni

Miasteczko Lotus w stanie Georgia nie ma w sobie nic pięknego - jest podłą dziurą, z której młodzi uciekają przy pierwszej lepszej okazji. Dla Franka był nią wyjazd na wojnę w Korei, dla jego siostry Cee – małżeństwo z mężczyzną z wielkiego miasta. Obojgu przyszło jednak wrócić w rodzinne strony. Znienawidzone miejsce okazało się po latach przystanią, w której można wylizać rany i nabrać sił. Wbrew pozorom osada miała jednak w sobie coś z kwiatu lotosu (lotus – ang. lotos) – głęboko ukryte, silne korzenie.


Toni Morrison mówi w „Domu” nie tylko o przywiązaniu do miejsca i więzach rodzinnych. Na zaledwie 144 stronach potrafiła opowiedzieć również o wchodzeniu w wiek męski oraz odkupieniu winy. Jakby mimochodem kontrastuje siłę kobiet z siłą mężczyzn, nowoczesność z tradycją, a miasto z prowincją. Najciekawszy jest jednak sposób, w jaki pisze o dyskryminacji rasowej – ani razu nie określa koloru skóry bohaterów, a mimo to czytelnik nie ma wątpliwości, czy pisze o białych, czy o czarnych. Doprawdy niesamowite.

„Dom” przyjemnie zaskoczył mnie również swoją prostą formą – zwięzły styl autorki ograniczył fabułę do minimum, dając w efekcie kameralną historię w kilkunastu odsłonach. Historię czarnoskórego Odysa, albo jak kto woli – syna marnotrawnego. Lubię takie małe cacka; a Morrison można tylko pogratulować formy - książkę napisała mając 81 lat.

_____________________________________________________________

Toni Morrison „Dom”, tłum. Jolanta Kozak, Świat Książki, Warszawa 2013
_____________________________________________________________