Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. afrykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. afrykańska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 marca 2020

Szansa na nowe życie

W powieści południowoafrykańskiego noblisty ani razu nie pada słowo Jezus. Nie ma tu również Marii, Józefa czy Nazaretu, niemniej w tej historii starszego mężczyzny i pięcioletniego chłopca znajdziemy wiele podobieństw do postaci oraz wydarzeń z Ewangelii. Dzieciństwo Jezusa rzeczywiście można czytać przez pryzmat Nowego Testamentu (przynajmniej jego początkowych rozdziałów), powiem więcej – książkę śmiało można uznać za wyjątkowo inteligentną, choć nieco przewrotną wersję tekstu źródłowego.

czwartek, 20 października 2016

Papryczka

Papryczka nie zaskakuje, przynosi bowiem dobrze znane składniki pisarskiego inwentarza Alaina Mabanckou: afrykański koloryt, odrobinę szaleństwa oraz ironię. Tym razem bohaterem i narratorem jest chłopiec o najdłuższym długim imieniu na świecie czyli Chwalmy Pana, czarny Mojżesz urodził się na ziemi przodków. Dla przyjaciół po prostu Papryczka, dla czytelników domorosły filozof poznany w Jutro skończę dwadzieścia lat.


Jak zwykle u Mabanckou będzie barwnie, lekko awanturniczo, a nawet dramatycznie, jako że za scenę wydarzeń ponownie posłużyło Kongo-Brazaville lat 60. i 70. ubiegłego stulecia. Będzie sierociniec, w którym o dusze wychowanków zażarcie walczą księża i komuniści, będzie młodociany gang żyjący z haraczy, będzie i dom uciech Mamy Fiat 500, którą główny bohater obdarzy synowskim uczuciem. A poza tym przemoc i absurd, nieodłączne cechy kongijskiej ulicy i władzy. W takim otoczeniu przyjdzie dorastać Papryczce, młodzieńcowi dobrodusznemu i odklejonemu od rzeczywistości, co paradoksalnie pomoże mu kilka razy wyjść cało z opresji.

Opowieść głównego bohatera wywołuje często uśmiech, choć wiemy, że „słuchamy” osoby wykluczonej i ciężko doświadczonej przez los. Autor nie po raz pierwszy tematy trudne maskuje humorem, nie po raz pierwszy też do ich przekazania wybiera lekko zwariowanego narratora. I jakkolwiek książka jest niezła, w zestawieniu z wcześniejszymi dokonaniami Mabanckou wydaje się niestety wtórna. Zdecydowanie przydałaby się odmiana.
 
__________________________________________________________________
Alain Mabanckou, Papryczka, przeł. Jacek Giszczak, Karakter, Kraków 2016 


wtorek, 20 maja 2014

Święta noc

Teraz jesteś wolna. Odejdź z tego przeklętego domu, wybierz się w podróż, żyj! […] Zapomnij i ciesz się życiem. Zapomnij o tym mieście… Tej nocy zrozumiałem, że twój los będzie lepszy od losu wszystkich kobiet w tym kraju. Jestem przytomny, niczego nie wymyślam. Widzę twoją twarz w aureoli przejasnego światła. Dopiero się urodziłaś, tej nocy, dwudziestego siódmego… Jesteś kobietą… Pozwól by prowadziło cię twoje piękno. [s. 31]

„Święta noc” zaczyna się tam, gdzie skończyło się „Dziecko piasku”: młoda kobieta, z woli ojca dorastająca w męskim przebraniu, może wreszcie przestać udawać i zacząć żyć w zgodzie z naturą, czyli swoją płcią. Po wyjściu prawdy na jaw musi odejść z domu, ponieważ zbyt mocno naraziła się siostrom, którym nigdy nie było dane żyć w tak dobrych warunkach jak ich niby-bratu, oraz wydziedziczonym stryjom.


Powieść Jellouna dotyczy przede wszystkim kobiet i wolności, niemniej w tle pojawia się jeszcze jeden bohater: słowo. Czasem przybiera formę opowieści snutych przez bajarzy, czasem alternatywnych życiorysów wymyślanych przez więźniarki dla poprawy samopoczucia. Jest również słowo, które pozostaje jedynym pomostem łączącym niewidomego z widzącymi lub więźnia z osobami żyjącymi na wolności. Słowa znajdą się także w niezwykłym magazynie ze snu jednego z bohaterów, próbującego sił w literaturze. I na koniec słowa, które mają moc destrukcyjną i potrafią zniszczyć człowieka.

„Święta noc” ma w sobie wiele z arabskich baśni, można ją czytać także jak wyrafinowaną przypowieść. Urzekła mnie orientalna sceneria i wyszukana symbolika, jednak najbardziej ujęła mnie głęboka empatia autora. Jelloun dobrze rozumie trudne położenie kobiet muzułmańskich i potrafi o nim mówić: bez krzyku i lamentów, raczej ściszonym i opanowanym głosem. Magiczna książka.


______________________________
Tahar Ben Jelloun Święta noc
przeł. Jacek Giszczak
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2014



piątek, 14 marca 2014

Tysiąc doskonałych słońc

Parę chwil temu słońce było jednym wielkim białym promieniem. Teraz zapadło się drzewa. W całym ogrodzie są tysiące drobnych słoneczek patrzących przez szczeliny, wszystkie są kuliste, wszystkie wypuszczają tysiące promieni. Promienie padają na gałęzie i liście i rozszczepiają się na tysiące mniejszych, doskonałych słońc. (s. 6)

Ten fragment często do mnie wracał podczas lektury „Kiedyś o tym miejscu napiszę”. Po części dlatego, że jest bardzo sugestywny i wywołuje przyjemne odczucia, po części dlatego, że wspomnienia Wainainy przypominają właśnie takie małe, doskonałe słońca. Może nie tysiące, ale na pewno trzydzieści trzy – z tylu bowiem rozdziałów, na swój sposób odrębnych i znakomicie napisanych, składa się książka.


Wainaina nie ogranicza tytułowego „miejsca” do rodzinnych stron czy Kenii. Po skończeniu szkoły średniej w Nairobi trafia na studia do RPA, więzy rodzinne wiodą go do Ugandy, życie zawodowe do Ghany i Togo. Można odnieść wrażenie, że wszędzie porusza się swobodnie, a granice między państwami są płynne. Naturalnie to złudzenie (lub magia literatury), w rzeczywistości w Afryce sytuacja jest bezustannie napięta, czego autor jest świadom od najmłodszych lat. W jego wspomnieniach krew się nie leje, bolesne momenty historyczne zostały zmarginalizowane. Wainaina nie wyparł ich z pamięci, bo obawy i niepokój są często wyraźnie odczuwalne, pisarz najwyraźniej wolał zapamiętać coś innego: przeboje Michaela Jacksona, nowe fryzury i studenckie imprezy. Dorzućmy do tego młodzieńczy trądzik, przejściowe kłopoty w szkole, choroby w rodzinie i mamy opis dorastania, jakie jest udziałem milionów młodych ludzi na całym świecie.

„Kiedyś o tym miejscu napiszę” dowodzi, że można pisać o Afryce bez epatowania ponurymi obrazami. Kenijczykowi udało się w finezyjny sposób oddać ponad cztery dekady przemian w środkowej i południowej części kontynentu, opowiadając przede wszystkim o sobie i swojej rodzinie. A opowiada wspaniale: z miłością i troską o najbliższych oraz losy kraju, ale bez patosu i łzawych scen. Kolejna dobra lektura z literacko słabo znanego regionu, a zarazem kolejny dobry wybór Karakteru. Brawo!


P.S. Jak  wg Wainainy należy pisać o Afryce, można dowiedzieć się tutaj.

_____________________________________________________________

Binyavanga Wainaina „Kiedyś o tym miejscu napiszę. Wspomnienia”
tłum. Marcin Michalski
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2014

czwartek, 28 listopada 2013

Dziecko piasku

Witaj odległa istoto, mylące oblicze, niewinne kłamstwo, sobowtórze cienia, o ty, wyczekiwany i tak upragniony, przywołaliśmy cię tutaj, by zadać kłam przeznaczeniu, przynosisz radość, ale nigdy szczęście, rozbijasz namiot na pustyni, ale jest domem wiatru, jesteś fortuną popiołów, twe życie będzie długie, będzie próbą ognia i wytrwałości. (s. 23)

Ósme dziecko bogatego rzemieślnika nie mogło być kolejną dziewczynką, z nakazu zdesperowanego ojca zostało więc chłopcem. Szalony plan, który miał zapewnić rodzinie prawowitego dziedzica, sprawnie funkcjonował, a dorastającemu „Mohamedowi” odpowiadał. Młody spadkobierca był zbyt bystry, żeby nie zauważyć, że męskie przebranie zapewnia przywileje oraz pozycję niedostępne jego matce i starszym siostrom.


„Dziecko piasku” jest historią współczesną, trudno jednak uwolnić się od skojarzeń z dawnymi opowieściami arabskimi. Przebieranki, ucieczki, sekretne schadzki i klątwy nadają książce baśniowy charakter, podobnie zresztą jak sam sposób opowiadania: jest bajarz, są pojawiający się nagle świadkowie wydarzeń oraz cudem ocalone księgi, w których zapisano losy Mohameda. Wersje mnożą się, żadna z nich niestety nie napawa optymizmem - wszystkie naznaczone są piętnem tragedii.

Ten baśniowy sztafaż skrywa coś więcej niż zagmatwany życiorys chłopaka przebranego za dziewczynę. Jelloun w bardzo subtelny sposób opowiada o miejscu kobiet w świecie muzułmańskim, a dokładniej – o przekleństwie bycia kobietą. Udawanie mężczyzny przynosi, owszem, wymierne korzyści, ale z czasem rodzi pytania o tożsamość, a więc również o seksualność i wolność. Poszukania odpowiedzi mogą przyprawić o szaleństwo – dosłownie.

„Dziecko piasku” należy do gatunku tych książek, których uroki odkrywa się powoli, za to cieszy nimi jeszcze długo po zakończeniu lektury. Mnie szczególnie urzekło efektowne połączenie tradycji opowiadania ze współczesną problematyką oraz warstwa językowa. Tak finezyjnie i odważnie pisać na ważne, a zarazem wielokrotnie poruszane już tematy mało kto potrafi, w naszej kulturze – chyba nikt. Choćby dlatego Jelloun zasługuje na uwagę.

Tu można przeczytać ciekawy wywiad z autorem.

____________________________________________________________________

Tahar Ben Jelloun „Dziecko piasku” tłum. Jacek Giszczak, Karakter, Kraków 2013
____________________________________________________________________


środa, 13 marca 2013

Czas nazywany Dawniej

Morski chłód przyniósł z sobą całą furę zapachów i trzeba było zamknąć oczy, żeby pojąć tę mieszaninę i ten karnawał zapachów – mango wiszące na gałęziach, jeszcze dobre i zielone, mango już pogryzione przez nietoperze, zielonkawa woń sape-sape, lepki opar niemal obrywających się gujaw, zapach mirtu mieszający się z wonią nieszpułki, zapach kurników i chlewów, harmider papug żako i psów, dwa lub trzy wystrzały z aki, radio, w którym ktoś łapał wiadomości w językach narodowych, a potem zapomniał je wyłączyć, stukot butów osób pędzących do domu lub tylko w poszukiwaniu jakiegokolwiek suchego schronienia, a nawet, jeśli było już późno, odgłosy z piekarni, która mieściła się przy bocznej uliczce i gdzie przez całą noc pracowano, aby nazajutrz do domów tych, którzy całą noc spali, trafił świeży chleb.  To znaczy, chcę powiedzieć, że zapach deszczu to rzecz trudna do wyjaśnienia komuś, kto nie zna dobrze łazienki w domu babci Agnette. (s. 24)



Zapachy. Barwy. Dźwięki. Ruch. Kilka nieskomplikowanych zdań i świat Ondjakiego staje przed oczami czytelnika jak żywy. Biedna nadmorska dzielnica Luandy z jej  skromnymi domkami,  barakami radzieckich żołnierzy, zrębami mauzoleum oraz placem ze stacją benzynową. I naturalnie jej mieszkańcami i bywalcami: wielopokoleniowymi rodzinami, wszędobylskimi dzieciakami, narwanym Pianą Morską, Towarzyszem Sprzedawcą Benzyny, kubańskim doktorem Puk-Puk i towarzyszem Brywieczerowem. W Praia do Bispo wciąż coś się dzieje, tu życie nie zamiera nawet nocą.

Sceneria „Babci 19…” jest dla mnie o wiele ciekawsza niż jej fabuła, z całym sowieckim sekretem włącznie. Ondjaki przywołuje swój dziecięcy mikrokosmos w kształcie nie do końca zgodnym z rzeczywistością, raczej w takim, w jakim chce go pamiętać. Do rangi wielkich wydarzeń urastają epizody z życia okolicy: choroba babci, plan wyburzenia osiedla, tajemnicza misja głównego bohatera i jego przyjaciela, czy wreszcie nieziemsko piękna eksplozja. Małe radości przeplatają się ze wzruszeniami, beztroskę zakłócają pierwsze niepokoje. Książka Ondjakiego to piękny hołd dla dzieciństwa, a przede wszystkim dla dziecięcej niewinności. Za tym można tęsknić.


______________________________________________________________________

Ondjaki „Babcia 19 i sowiecki sekret”, tłum. Michał Lipszyc, Karakter, Kraków, 2013
______________________________________________________________________


poniedziałek, 3 września 2012

Dzieckiem w Kongu być

Chcę robić w życiu wszystko. Chcę być aktorem filmowym, żeby całować hinduskie aktorki, chcę być prezydentem republiki, żeby wygłaszać długie przemówienia na Stadionie Rewolucji i napisać książkę o mojej odważnej walce z wrogami narodu, chcę być taksówkarzem, żeby nie chodzić w południe po rozpalonym asfalcie, chcę być dyrektorem portu morskiego w Pointe-Noire, żeby za darmo brać rzeczy przysłane z Europy, chcę być weterynarzem, tylko nie rolnikiem, z powodu wujka René, który chce ze mnie zrobić rolnika. Chciałbym też pisać wiersze dla Karoliny.(s. 200)


Michel jest uczniem szkoły podstawowej w Kongu i dorasta w wyjątkowo ciekawych czasach. Jest chłopcem rezolutnym, otwartym na wiedzę różnego autoramentu. Z jednej strony indoktrynuje go wujek komunista i lokalny krezus w jednej osobie, z drugiej wraz z ojcem nasłuchuje Głosu Ameryki, po kryjomu podczytuje "Sezon w piekle" Rimbauda i na magnetofonie odtwarza piosenki Brassensa. Pogodzić ze sobą tak odmienne wpływy jest trudno, co dopiero mówić o ich zrozumieniu. Michel mniej lub bardziej trafnie interpretuje napływające informacje, co siłą rzeczy prowadzi czasem do nieporozumień. Niemniej daje się zauważyć, że chłopiec zaczyna budować swój światopogląd i system wartości. Z dużą dozą naiwności, jak to u dziecka, ale w dobrej wierze.

Świat Michela to również przyjaźnie, chłopięce zabawy i pierwsze zauroczenia dziewczętami, to także drobne kłopoty w szkole i w rodzinie. Jest skromnie, ale bezpiecznie, zapewne dlatego czytelnik chętnie wnika w ten dziecięcy mikrokosmos. Dodajmy do tego egzotykę w postaci złych mocy, szamanów oraz zaklęć i natychmiast robi się jeszcze ciekawiej. Powieść Mabanckou jest tak pogodna i ciepła jak jej urocza żółta okładka, choć gdzieniegdzie pojawiają się ciemniejsze smugi. "Jutro skończę dwadzieścia lat" to dla mnie jedna z najlepszych książek o dorastaniu, jakie czytałam - wyważona, dowcipna i inteligentna. Zdecydowanie polecam.

_____________________________________________________________________________________

Alain Mabanckou "Jutro skończę dwadzieścia lat" tłum. Jacek Giszczak, Wyd. Karakter, Kraków 2012
_____________________________________________________________________________________


wtorek, 22 maja 2012

Afrykańska Szeherezada

Pisać, by cię zapamiętać. By każdą zapisaną linijką wspominać ciebie, ratować - jak Eurydykę - przed śmiercią. Jakiemu innemu celowi mogłoby służyć pisanie? Co innego mogłoby nas do pisania przymusić? Co - oprócz tej nienaturalnej potrzeby? Zaklinanie śmierci, jak to czyniła Szeherezada? Nic. Może tylko jedna sprawa góruje nad wszystkim. Tylko ta jedna. Mieć i przechowywać. Dopóki nie zniknie niepostrzeżenie. Zanim zapomnę. [str. 18]

Takiego zadania podejmuje się 78-letni Chris Minnaar czuwający u łóżka pogrążonej w śpiączce przyjaciółki. Kobiety dużo od niego młodszej, być może jedynej niespełnionej - spośród dziesiątek innych -miłości starego pisarza. Opowieść o znajomości z Rachel wywołuje wspomnienia o wcześniejszych związkach, a tych było w życiu Chrisa wiele. Kochał swoje wybranki namiętnie, każda zapisała się trwale w jego pamięci. Opowiadając o kochankach z jednej strony oddaje im hołd, z drugiej - na wzór legendarnej arabskiej księżniczki - odwleka nieubłagany koniec.


Mam spory kłopot z tą książką. Doceniam przemyślaną koncepcję autora, a więc snucie historii wokół wątku Don Giovanniego i Szeherezady, ba! nawet wojny w Iraku. Ciekawe jest pokazanie przemian społeczno-politycznych w RPA jako tła głównej opowieści; ujmuje sposób, w jaki Brink potrafi pisać o kobietach. A jednak całość nie ma tej siły rażenia co "Tamta strona ciszy" czy choćby "Chwila na wietrze". Śledzenie kolejnych miłości staje się z czasem nużące, podobnie ma się rzecz z dyskusjami na tzw. ważne tematy. Nie do końca przekonuje także postać narratora, który niespecjalnie odpowiada wyobrażeniu mężczyzny w podeszłym wieku.

Bardzo chciałam dotrwać do końca lektury. Odkładałam ją, wracałam do czytania po kilku dniach. Wszystkie Heleny, Melanie, Nicoletty, Avivy i Marleny zdążyły mi się pomieszać, może zresztą był to celowy zabieg autora - najważniejsze jest przecież, j a k poszczególne związki ukształtowały głównego bohatera. Paradoksalnie sumą jego miłości stała się ta ostatnia: niespełniona, a zarazem bodaj najbardziej dojrzała. Książkę zamknęłam z ulgą - czuwanie się zakończyło, wszystkie wątki zostały zgrabnie domknięte. I tylko żal pozostał, że mimo wyraźnych starań autora powieść jest nieudana.

_____________________________________________________________________________________

André Brink Zanim zapomnę, tłum. Hanna Falińska, Oficyna Literacka Noir sur Blanc, Warszawa, 2010
_____________________________________________________________________________________


piątek, 3 grudnia 2010

Chwila na wietrze - Andre Brink


Po znakomitej "Tamtej stronie ciszy" moje oczekiwania wobec Brinka były wygórowane, stąd może rozczarowanie "Chwilą na wietrze". Powieść nie jest zła, ale historia w niej przedstawiona wydała mi się mało prawdopodobna. Oto mamy połowę XVIII wieku, środek Afryki Południowej. Po śmierci męża podczas ekspedycji badawczej Elisabeth zostaje porzucona przez ekipę tubylców, w afrykańskiej dziczy natyka się na nią zbiegły przed laty niewolnik, po czym razem ruszają do Kapsztadu. Podczas wielotygodniowej i uciążliwej wędrówki początkowa niechęć i nieufność ustępuje zażyłości, a w efekcie rodzi się miłość. Właśnie ten motyw nie jest dla mnie przekonujący, może głównie za sprawą Adama, który jak na analfabetę jest wyjątkowo inteligentnym człowiekiem.



Przymykając oko na wątek miłosny trzeba przyznać, że autor świetnie buduje atmosferę i rewelacyjnie opisuje interior. To, co mi się spodobało w powieści najbardziej, to zrównanie losu białej kobiety w Afryce z losem niewolnika. Kobiety to istoty zdecydowanie gorszego rodzaju niż mężczyźni, żyją pod presją konwenansów i ku zadowoleniu ojców i mężów.

Być dziewczyną jak ja to najgorsze, co może człowiekowi się przytrafić. Nie rób tego, nie rób tamtego. Bądź ostrożna, pobrudzisz sobie suknię. Uważaj na włosy. Nie dopuść, żeby słońce spaliło ci twarz. Czy sądzisz, że jakikolwiek mężczyzna zainteresuje się poważnie panną, która robi takie rzeczy? To był w końcu cel ostateczny: być pociągającą dla mężczyzny. Nieważne, czego TY chcesz, o całym twoim życiu decydują inni. [str. 194].

Jak łatwo się domyśleć, sytuacja tubylców jest znacznie gorsza, jednak wolność jest tu pojęciem względnym. W przypadku zbiega jest pozorna: można uciec od okrucieństwa białego właściciela, ale niewiele więcej - wolność tak naprawdę oznacza śmierć. Niektórzy niewolnicy dobrze o tym wiedzą i nawet nie próbują się wyswobodzić: bez pana są niczym. Podobnie wygląda egzystencja białych kobiet, które często są całkowicie zależne od tego samego białego pana. Tak jak tubylców wyhodowano dla tej ziemi [str. 99], tak kobiety wychowano dla mężczyzn. One także są tylko ciałem, które powinno trzymać się własnego miejsca i nie myśleć, bo myślenie z ich strony to arogancja [str. 99].

Pomysł ciekawy, dość oryginalnie zaprezentowany. Narracja z wykorzystaniem strumienia świadomości i retrospekcji, które często zazębiają się, zdecydowanie urozmaica lekturę. Przeczytać warto także dlatego, żeby porównać Afrykę Południową Brinka z tą opisywaną przez Gordimer czy Coeztee'go.

Andre Brink, "Chwila na wietrze", tłum. Magdalena Konikowska, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 1992

piątek, 11 czerwca 2010

Tamta strona ciszy - Andre Brink


Hanna miała pecha - urodziła się w XIX w. i szybko trafiła do sierocińca protestanckiego w Bremie. Nagminnie wykorzystywana, przez lata marzyła o uwolnieniu się od niewolniczej pracy służącej i wyruszeniu w odległe rejony świata porośnięte palmami. Kiedy trafia się szansa wyjechania z grupą innych kobiet do niemieckiej kolonii w Afryce Południowo-Zachodniej (dzisiaj Namibia), decyduje się na wyjazd w nadziei na odmianę swego podłego losu. Niestety prawdziwy horror przyjdzie jej dopiero przeżyć. Do Frauensteinu czyli odosobnionej warowni położonej na pustyni, a przeznaczonej dla odrzuconych kobiet, dociera brutalnie okaleczona i oszpecona, bynajmniej nie przez tubylców, ale przez swoich rodaków.

Znamienne, ile łączy kobietę i Afrykę w powieści Brinka: obie są zdobywane, ujarzmiane i wykorzystywane przez białych mężczyzn. O ile ta pierwsza jest istotą grzeszną z natury, o tyle Afrykanie są bezbożnikami i dziełem szatana; oboje trzeba surowo karać, najlepiej cieleśnie. Jakże dziwi ten popęd, który każe im (wszystkim bez wyjątku) zostawiać ślad na kobiecym ciele. Jakby kryła się za tym rozpacz, a także strach, głęboka, lecz bardzo zwyczajna trwoga - może przed śmiercią, ich własną. W każdym mężczyźnie tkwi ta potrzeba, przerażający pęd do okaleczenia i zostawiania śladów. A jedyną powierzchnią, na której mogą złożyć autograf, jest jej ciało [s.161].

Każda opresja kiedyś się kończy, choćby śmiercią ofiary. Hannie kilkakrotnie udało się przeżyć, jednak głównie po to, aby narazić się na kolejne upokorzenia. W pewnym momencie ta prosta dziewczyna przełamuje się. Nie zamierza po raz kolejny zbiec przed czymś, lecz wybiec ku czemuś. (...) Choć na pozór zawsze cierpliwie znosiła wszystko, co inni zechcieli jej uczynić, w rzeczywistości nigdy nie uległa, wytrwale odmawiała zgody. Jakkolwiek potulne sprawiałaby wrażenie, stale w niej tkwił głęboki, twardy opór [s. 162]. Pod wpływem dramatycznych wydarzeń opór zamienia się w nienawiść, a ta bardzo Hannie się podoba, nigdy by nie pomyślała, że właśnie taka będzie nienawiść. Aż tak piękna. Jedyna w swoim rodzaju. Nieskalanie czysta. Przepełniona obfitością życia (...) Jest jak soczewka, która ze straszliwą precyzją skupia wiele osobnych promieni świetlnych w jednym punkcie i go podpala, w jednej zdumiewającej chwili nadając kierunek i sens całemu życiu[s. 185].

Hanna nie chce już dłużej znosić cierpienia i poniżenia w milczeniu. Chce zabrać głos w sprawie, aby poświęcenie jej i setek innych kobiet nie poszło na marne. Aby nie było kolejnych ofiar i aby świat się o tym dowiedział. My też gdzieś jesteśmy. I ktoś musi dowiedzieć się o nas i usłyszeć, jak brzmimy [s. 215]. Paradoksalnie jako osoba niema (wskutek okaleczenia) nie może ot tak, po prostu głosić swoich racji, więc jej cichy bunt i nienawiść przybierają formę krwawej zemsty. Uznaje, że pewnych faktów nie wolno przemilczać, nawet jeśli szanse na zwycięstwo są znikome.

Nieprzemilczanie krzywd to tylko jedna z możliwych interpretacji tytułu. W powieści uderza właśnie mnogość ścieżek interpretacyjnych: można to zrobić m.in. w kontekście ciała (Afryka jak ciało kobiety), w kontekście głosu (niema ofiara domagająca się nomen omen głosu) czy w kontekście czysto feministycznym. Równie interesującym wątkiem jest religijność, która w książce jest również pewną formą zniewolenia - i chyba bardziej umysłu niż ciała i ducha. Powieść Brinka ma doprawdy wiele do zaoferowania i jest jedną z nielicznych, które nie pozostawiają uczucia niedosytu, zarówno pod względem formy, jak i treści. Jak dla mnie - prawdziwa uczta literacka.

Andre Brink, "Tamta strona ciszy", Wyd. Noir Sur Blanc, 2005

sobota, 3 kwietnia 2010

Chmury i łzy - James Ngugi

Kenia, lata 50-te. Młodziutki Njoroge z małej wioski bardzo chce się uczyć, ponieważ tylko w ten sposób będzie mógł w przyszłości zadbać o biedną rodzinę. Niestety jego plany pokrzyżuje historia - czarni zaczynają burzyć się przeciwko białym osadnikom, rodzi się ruch wyzwoleńczy. Krwawe wydarzenia nie ominą rodziny Njoroge, który będzie zmuszony szybciej dorosnąć.

Autor w powieści wykorzystał własne doświadczenia, niestety niezbyt umiejętnie. Dorastanie chłopca miało, jak sądzę, obrazować dojrzewanie nowego państwa. Pomysł świetny, ale zmarnowany. Całości brakuje przede wszystkim napięcia, a przecież opisywane wydarzenia i życie Njoroge były dramatyczne. Wszechwiedzący narrator tłumaczy podstawowe sprawy, co w rezultacie nadaje książce naiwny wydźwięk. Na domiar złego tłumaczenie dalekie jest od doskonałego - Zofia Kierszys ewidentnie miała kłopoty z szykiem zdania oraz nadmiarem zaimków osobowych.

Lektura mocno mnie rozczarowała, spodziewałam się czegoś głębszego. Być może tak pisało się dawniej ("Chmury i łzy" ukazały się w 1964 r.), być może to kwestia różnic kulturowych - nie wiem. Faktem pozostaje, że powieść niezbyt mnie poruszyła, a szkoda. Zdecydowanie bardziej wolę twórczość Chimamandy Adichie, która pisze o podobnych problemach, aczkolwiek z perspektywy Nigerii.

Moja ocena: 6/10

James Ngugi, "Chmury łzy", PIW, 1972

piątek, 19 lutego 2010

Broń domowa - Nadine Gordimer

Biały, 27-letni architekt, Duncan Lidgard zostaje aresztowany za zabójstwo swojego przyjaciela - taki jest punkt wyjścia "Broni domowej". Powieść skupia się na rodzicach mężczyzny, Claudii i Haraldzie, oraz wydarzeniach związanych z procesem sądowym ich syna. Jak zwykle u Gordimer akcja toczy się w RPA, pikanterii dodaje fakt, że Lingardowie są przedstawicielami zamożnej klasy średniej, a obrońcą oskarżonego - czarny prawnik, gwiazda palestry.

Autorka niezwykle precyzyjnie opisuje przeżycia głównych bohaterów, wiarygodnie oddaje ich ból, rozterki i izolację. Przekonująco obrazuje rozdźwięk w postawach obojga rodziców. Jak pisze: przemoc to wspólne piekło dla tych, co mają z nią związek (s. 147). Inna sprawa, jak to robi. Niestety sposób narracji Gordimer, zwłaszcza w pierwszej części powieści, był dla mnie irytujący. Opisując stan psychiczny postaci używa w moim odczuciu zbyt wielu pytań, domysłów stosując przy tym zawiłą metaforykę. W rezultacie całe partie tekstu sprawiają wrażenie kanciastych i nieprzejrzystych. Było to chwilami na tyle nużące, że odkładałam na dłużej lekturę. Na szczęście druga część poświęcona samemu procesowi jest znacznie lepsza, nabiera dynamiki. Tu właśnie znakomicie widać niuanse ludzkiej psychiki, najlepiej przedstawione chyba we fragmencie, w którym sędzia odczytuje wyrok.

Z ciekawością przeczytam inne powieści Gordimer, może tym razem w oryginale.

Moja ocena: 7/10

Nadine Gordimer, "Broń domowa", Prószyński i S-ka, 1999

środa, 10 lutego 2010

Kair, historia pewnej kamienicy - Alaa Al Aswany

Dobrze jest czasem przenieść się w cieplejsze rejony niż Polska w lutym. Nawet jeśli jest to Kair w powieści Al Aswany'ego: duszny, zepsuty, pełen maluczkich i zawistnych ludzi. Tacy są właśnie mieszkańcy tytułowej kamienicy Jakobiana, w której trudno znaleźć sympatyczną postać. Może z wyjątkiem Tahy, jednak do czasu: chłopak przyłącza się do fanatyków religijnych. Swoją drogą bardzo ciekawie pokazany jest proces stawania się bojownikiem: zdolny, ale pochodzący z biednej rodziny młodzieniec nie ma szans na wymarzoną uczelnię; rozczarowany i w poczuciu niesprawiedliwości coraz bardziej zagłębia się w religię stając się łatwą ofiarą dla muzułmańskich podżegaczy.

Paradoksalnie w Egipcie zdominowanym przez islam i - wydawałoby się - jego surowe zasady, nieuczciwość, korupcja, rozpusta i chciwość są na porządku dziennym. Wszystko można tu kupić: nie tylko dobra materialne, ale i stanowisko polityczne, kochanka czy drugą żonę. Trudno jest chyba żyć w świecie rządzonym przez pieniądz, gdzie nawet prawo jest po stronie bogatszego, a jeszcze trudniej zachować godność w takich warunkach. Żadnemu z bohaterów powieści to się nie udaje. Ci nieliczni uczciwi zostają zbrukani w inny sposób - poprzez gwałt fizyczny. Jeśli problemów nie da się załatwić przy pomocy pieniędzy, robi się to siłą. Ot, prosta filozofia.

Gorzka to lektura, ale dobra i interesująca ze względu na swoją przekrojowość. Opisuje wydarzenia z życia osób o różnym pochodzeniu, wieku, płci i zawodzie, co jest jej niewątpliwym atutem. Warto po nią sięgnąć również dlatego, że literatura egipska jest rzadkością na naszym rynku.

Powieść podobno wywołała w Egipcie sporo zamieszania: autorowi zarzucano negatywne przedstawienie społeczeństwa, szczególnie bulwersujące były wątki gejowskie. Nie przeszkodziło to jednak w jej sfilmowaniu, ekranizacja okazała się najdroższą egipską produkcją filmową, a w 2007 r. była nominowana do Oscara w kategorii najlepszego filmu zagranicznego.

Moja ocena: 8/10

Alaa Al Aswany, "Kair, historia pewnej kamienicy", Media Lazar, 2004

niedziela, 24 stycznia 2010

Kobieca agencja detektywistyczna nr 1 - Alexander McCall Smith

Z notki biograficznej wynika, że Alexander McCall Smith jest prawnikiem, specjalistą od medycyny sądowej i bioetyki. I być może na tym powinien poprzestać, ponieważ pisanie kryminałów nie jest jego mocną stroną.

Za namową przyjaciółki przeczytałam pierwszą część cyklu o przygodach mma Ramotswe z Botswany. Wydawałoby się, że i miejsce akcji, i postać pani detektyw - korpulentnej kobiety po 30-tce - stanowią doskonały punkt wyjścia do stworzenia nieco egzotycznego kryminału. Tymczasem fabuła jest dość naiwna, chwilami niekonsekwentna i wręcz nudnawa, postać głównej bohaterki zaś - mocno wyidealizowana, a w efekcie - jednowymiarowa. Autor serwuje czytelnikom peany na cześć Botswany, dydaktyczne wtręty np. w kwestii feminizmu. Do tego słodkawe zakończenie.

Jak dla mnie - czytelniczy niewypał i zmarnowana szansa. Zupełnie nie rozumiem popularności serii, ale może dalsze części są lepsze.

Moja ocena: 6/10

Alexander McCall Smith, "Kobieca agencja detektywistyczna nr 1", Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2004

czwartek, 7 stycznia 2010

To oślepiające, nieobecne światło - Tahar Ben Jelloun


Dawno nie czytałam równie dobrej, co pięknej książki. Powieść Ben Jellouna powstała na podstawie autentycznych relacji z 18-letniego pobytu w tajnym marokańskim więzieniu. Uczestnicy nieudanego zamachu na króla odbywają karę w podziemnych celach wielkości grobu, pozbawieni w zasadzie wszystkiego, zwłaszcza światła. Władze nie ukrywają, że więźniowie mają umierać powoli.

Główny bohater, Salim, postanawia wytrwać i trzeba przyznać, że robi to metodycznie. Siłą wiary, wyobraźni i przede wszystkim woli stara się zapanować nad beznadziejną sytuacją. Zdaje sobie sprawę, że musi zachować godność, pokonać strach i ból. I bynajmniej nie nadzieja była mu ratunkiem (uważał ją za kłamstwo), ale siła umysłu czyli wewnętrzne światło. Dzięki modlitwom i niebywałej koncentracji potrafił oderwać się od rzeczywistości, wprowadzić w stan bliski mistycznemu upojeniu. Z czasem wyzbył się w ten sposób potrzeb, więzów z dawnym życiem i marzeń. W zamian osiągnął wewnętrzną wolność.

W moim odczuciu jest to książka o triumfie woli i rozumu. Przetrwanie 18 lat wegetacji pod ziemią bez żadnego zajęcia graniczy z cudem: większość skazanych zmarła wskutek wycieńczenia fizycznego lub psychicznego. Salimowi się udało, głównie za sprawą intelektu. Zdystansował się, ujarzmił czas, odrzucił nienawiść i inne zatruwające duszę uczucia. Dokonał tego z pełną świadomością, mozolnie ją wypracowując. Bije od niego niezwykły spokój i opanowanie, nie ma w nim ani krzty żalu czy pretensji.

Urzekł mnie również język powieści. Oto mój ulubiony fragment:

"Zawładnął mną ból. Odmawiałem wymawiania słowa "agonia". Wolałem "demencja". Brzmiało lepiej. Wspinałem się na wielką literę "D", podnosiłem ręce jak przed skokiem do basenu pełnego błękitnej wody. Chwytałem się "m", które było giętkie. Zanurzałem się, a potem wypływałem na powierzchnię. Łapałem "c" i owijałem się nim, jakbym był tonącym, który złapał koło ratunkowe. To, co sobie wyobrażałem, nie odpowiadało przyjętemu powszechnie znaczeniu tego słowa." (s. 246).

Moja ocena: 9/10

Tahar Ben Jelloun, "To oślepiające, nieobecne światło", Wydawnictwo Karakter, 2008

niedziela, 20 grudnia 2009

African Psycho - Alain Mabanckou

Moja pierwsza przygoda z literaturą kongijską, do tego bardzo udana. "African Psycho" to monolog młodego mechanika samochodowego o kanciastej głowie i wielkich dłoniach, który za wszelką cenę chce trafić na czołówki gazet jako morderca wsze chczasów. A wszystko po to, aby - cokolwiek ma to znaczyć - uratować honor (biednej) dzielnicy, w której mieszka. Trzeba przyznać, że o ile pomysłów na realizację planu ma całkiem sporo i są one nawet sensowne, o tyle wprowadzenie ich w życie jest bardzo trudne. Nazwijmy rzeczy po imieniu: Greg jest po prostu nieudacznikiem.

Z początku główny bohater wydaje się zdecydowanym na wszystko twardzielem, jednak w miarę rozwoju akcji okazuje się tchórzliwym neurotykiem. Nie można odmówić mu inteligencji; mimo burzliwego życia sieroty zdążył zdobyć podstawy wykształcenia. Ba, orientuje się nawet, kim był Proust, Celine, itp. A jednak to za mało (!), aby stać się seryjnym mordercą. Powieść jest miejscami bardzo zabawna, nadaje się znakomicie na monodram.

Autor przyznaje się do zaczerpnięcia pomysłu z "American Psycho" Ellisa, na szczęście skończyło się na drobnych podobieństwach. W odróżnieniu od amerykańskiego mordercy, który był dobrze wykształconym, świetnie zarabiającym, dbającym o styl, acz okrutnym i chorym psychicznie młodzieńcem, jego afrykański odpowiednik to prosty i biedny chłopak ze slumsów, uchodzący wśród niektórych za dobrego i prawego. Co więcej, u Mabanckou krwi jest jak na lekarstwo.

W sumie bardzo ciekawa lektura. Brawa dla wydawnictwa Karakter za promowanie niszowej literatury, dodatkowe brawa za świetną szatę graficzną całej serii. Na polskim rynku wydawniczym pojawiło się wreszcie coś niesztampowego i wartościowego.

Moja ocena: 8/10

wtorek, 24 listopada 2009

Smak dżemu i masła orzechowego - Lauren Liebenberg

Kanapka z tytułowym dżemem i masłem orzechowym to przysmak dwóch sióstr dorastających w Rodezji (dzisiejsze Zimbabwe) pod koniec lat 70-tych ubiegłego stulecia. Dziewczynki wywodzące się z rodziny białych osadników dorastają na podupadającej farmie, której dogląda głównie matka. Pomocą próbuje służyć jej zniedołężniały i wyjątkowo niepoprawny politycznie teść oraz grupa tubylców. Jest jeszcze ojciec - ten najczęściej przebywa jednak poza domem, zwalczając czarnych partyzantów.

Historię poznajemy z perspektywy 9-letniej Nyree, którą łączy silna więź z młodszą siostrą Cią. Obie spędzają czas głównie na zabawach w okolicznej sawannie, która wydaje się mocno pobudzać wyobraźnię dziewczynek. Wróżki, afrykańskie duchy i Jezus występują tu na równych prawach, rytuały chrześcijańskie mieszają się z pogańskimi. A wszystko to w otoczeniu fascynującej przyrody.

Dzieciństwo głównych bohaterek jest spokojne, niemal sielskie. Najwyraźniej nie są świadome zachodzących w kraju zmian, a przecież wkrótce władza przejdzie w ręce czarnych. Dla białych farmerów może oznaczać to tylko kłopoty. Kłopoty nadchodzą, ale ze strony kuzyna Ronina, który dołączył do rodziny O'Callohanów. Z chwilą jego pojawienia się napięcie zaczyna narastać, niektóre sceny są doprawdy przejmujące.

Autorce znakomicie udało się oddać świat widziany oczami dziecka: pewnych rzeczy się nie dostrzega, niektóre błędnie interpretuje. Pięknie przedstawiła również miłość siostrzaną unikając przy tym ckliwości i przesłodzenia. Dla mnie jest to również książka o stawaniu się dorosłym niezależnie od wieku, oraz o tym, jak bycie świadkiem różnych zdarzeń wiąże nas z innymi - czy tego chcemy, czy nie.

Powieść znalazła się wśród finalistów Orange Prize for Fiction 2008.

Moja ocena: 8/10

niedziela, 15 listopada 2009

Dobry lekarz - Damon Galgut

Afryka, RPA. Zdewastowany, wyludniony szpital na odludziu, gdzie życie toczy się powoli i spokojnie. W takie miejsce trafia na roczną praktykę Laurence, młody lekarz idealista. Nie rozumie bierności i konformizmu kolegów, próbuje wprowadzić choćby drobne zmiany dla poprawy zastanych warunków. Jest przekonany o misyjności swojego zawodu, wierzy w budowę nowego kraju. Współpracownicy nie podzielają jego entuzjazmu, widzą rzeczywistość zgoła odmiennie. Wydają się zrezygnowani, bez nadziei na lepszą przyszłość. Wykonują tylko swoje obowiązki.

Prędzej czy później musi dojść do konfrontacji obu postaw. Jak po każdym zderzeniu również i tutaj pozostają ślady. Z jednej strony lekarzom udziela się zapał nowego kolegi, a z drugiej Laurence przekonuje się, że nie wszystko można zmienić. Co więcej, idealizm i dobre chęci mogą niekiedy wyrządzić więcej zła niż dobra. Może lepiej przymknąć czasem oko na łamanie prawa w imię ocalenia życia innych? Może lepiej nie zmieniać świata na siłę, zwłaszcza jeśli niezbyt dobrze orientujemy się w powiązaniach społeczno-politycznych? To nie są łatwe pytania, a odpowiedzi nie są oczywiste.

Właśnie ta niejednoznaczność bardzo mnie urzekła w powieści. Autor doskonale oddał atmosferę beznadziei i marazmu - akcja toczy się niespiesznie, jednak cały czas ma się wrażenie, że coś niedobrego musi się wydarzyć. Świetnie pokazana jest również przemiana narratora-realisty, jego ambiwalentne odczucia. Broni się nawet przed określaniem go mianem przyjaciela Laurence'a, a kiedy wreszcie skapituluje, okaże się, że przyjaźń nie jest wolna od nienawiści. Skomplikowane, jednak w powieści znakomicie przedstawione.

Książka w 2003 r. znalazła się wśród finalistów nagrody Man Booker Prize.

Moja ocena: 10/10