Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. irlandzka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. irlandzka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 sierpnia 2021

Normalni

Marianne  nie jest już ani podziwiana, ani napiętnowana. Ludzie o niej zapomnieli. Jest teraz normalna. [s. 288]

Dobrze jest nie mieć 20 lat, a tym bardziej problemów, jakimi żyją młodzi bohaterowie Normalnych ludzi – tak bardzo chcą być lubiani, że prędzej wyprą się sensownej przyjaciółki niż narażą się średnio fajnym kolegom i koleżankom. Liczy się bowiem akceptacja i sympatia, mile widziany jest również podziw towarzystwa. Mówimy tu o zwykłej młodzieży z małego irlandzkiego miasta, zróżnicowanej pod względem klasowym, ale niezbyt snobistycznej.

środa, 2 grudnia 2020

O tym się (nie) mówi

Na początek ponarzekam. Najbliższy oryginałowi tytuł (Notes to Self) książki Emilie Pine brzmiałby jak tytuł ostatniego rozdziału tj. Notatki dla samej siebie. Polskie O tym się nie mówi jest pewnym przekłamaniem: można pomyśleć, że o bezpłodności, bulimii, seksizmie na ogół się milczy. Błędem jest również wmawianie czytelnikom, że indywidualne przeżycia autorki dotyczą wszystkich kobiet. Na pewno nie – rzadko zdarza się, by jedna osoba doświadczyła tylu poważnych problemów.

niedziela, 17 marca 2019

Irlandczycy w Amsterdamie

Powieść Bernarda MacLaverty’ego nie robi piorunującego wrażenia. Oto starsze małżeństwo wyjeżdża na kilka dni wakacji do Amsterdamu, w niespiesznym tempie zwiedzają miasto. Nie ma kryzysów, tragedii, co najwyżej niekomfortowe sytuacje. Lektura Przed końcem zimy pozwala się wyciszyć i nacieszyć świetnie uchwyconym klimatem miasta.


Stelli i Gerry’emu towarzyszymy bez przerwy, obserwujemy ich w dziesiątkach zwyczajnych sytuacji, mówiących jednak wiele o ich nawykach i wzajemnych relacjach. Precyzja, z jaką autor wychwytuje pozornie nic nie znaczące drobiazgi daje efekt intymności i bliskości. Bo też Gilmore’ów łączy silna więź, właściwie symbioza. Obydwoje dobrze wiedzą, co to kompromis – on nie narzeka na zasadniczość i pobożność żony, ona cierpliwie znosi mężowskie picie. Nie tkwią jednak w martwym związku, wciąż potrafią ze sobą miło rozmawiać, nieobce są im na czułe gesty.

Przed końcem zimy jest jedną z nielicznych książek, która oprócz mądrej, dojrzałej miłości w sposób inteligentny i nienachlany dotyka kwestii wiary oraz dylematów, przed jakimi może na co dzień stawać wierzący. Było nie było, to rzecz o Irlandczykach napisana przez Irlandczyka, a więc wątku religijnego raczej trudno było uniknąć. Podobnie jak i politycznego – echa tzw. Kłopotów czyli konfliktu w Irlandii Północnej powracają co jakiś czas we wspomnieniach Gerry’ego, jako że znacząco wpłynęły na życie całej rodziny.

Ta „irlandzkość” powieści bardzo mi odpowiada, podoba mi się również nastawiony na szczegóły styl MacLaverty’ego. To proza elegancka w swej prostocie, która uważnemu czytelnikowi oferuje sporo smaczków. Swoją drogą ciekawe, czy historia o emerytach spotka się z zainteresowaniem – mam wrażenie, że o przedstawicielach tej grupy wiekowej niezbyt chętnie czytamy.

_____________________________________________________________
Bernard MacLaverty, Przed końcem zimy przeł. Jarosław Westermark
Wyd. Agora, Warszawa 2019


niedziela, 8 listopada 2015

Młode skóry

Nie byliście w mojej miejscowości, ale znacie inne z tej samej sztancy. Zjazd z drogi krajowej, strefa przemysłowa, pięciosalowy Cineplex, stulecie pubów upchane na jednej mili kwadratowej, w granicach miasta. Niedaleko do Atlantyku, niedaleko do gruzłowatej szczęki wybrzeża i półwyspów rojących się od mew. W letnie wieczory na pachnących obornikiem pastwiskach satelickich parafii krowy, niewzruszone niczym mistrzowie zen, unoszą łby i wsłuchują się w wycie V8 ścigaczy, którymi młode chłopaki rozbijają się po bocznych drogach. [s. 7]


Ta miejscowość to fikcyjne Glanbeigh na zachodnim wybrzeżu Irlandii. Całkiem spore miasto, w którym nic ciekawego się nie dzieje. Bohaterowie „Młodych skór”, także ci starsi, przypominają chłopców ze starej piosenki zespołu Myslovitz – wieczorami wychodzą na ulicę i szukają czegoś, co wypełni im czas. Oni również palą skręty, rozrabiają i uganiają się za dziewczynami, które ich nie chcą.

Colin Barrett (ur. 1982) kapitalnie oddał atmosferę marazmu i beznadziei, wybierając na bohaterów swoich opowiadań osobników po przejściach, bez aspiracji i bez perspektyw na jakąkolwiek odmianę w życiu. Bramkarz z knajpy, barman, sprzedawca ze stacji paliw od rzeczywistości uciekają, szkolny wuefista i były bokser próbują ją zmienić, niestety z marnym skutkiem. Trudno jest wytrzymać we własnej skórze, zwłaszcza w zapomnianym przez wszystkich Glanbeigh. Między wierszami da się wyczytać, że taka jest po prostu Irlandia.

W „Młodych skórach” zwraca uwagę dojrzały styl. Barrett pisze o swoich postaciach jednocześnie ze zrozumieniem i z szorstkością, a to trudne połączenie. Swobodnie posługuje się poetycką metaforą, ale potrafi też od czasu do czasu zaaplikować czytelnikowi dawkę okrucieństwa. To jest pełnokrwista, bliska życiu proza, wyjątkowo dobra jak na debiut. Ciekawi mnie bardzo, jak rozwinie się talent Barretta.

________________________
Colin Barrett Młode skóry
przeł. Agnieszka Pokojska, Wyd. Igloo, Wrocław 2015


czwartek, 2 października 2014

Testament Marii

Maria w interpretacji Colma Toibina jest starą, zgorzkniałą kobietą, która stroni od ludzi i pragnie jedynie spokoju. Ma szczerze dosyć nachodzących ją opiekunów, jeszcze bardziej dość ma ich opowieści o wydarzeniach sprzed lat. Owszem, ubolewa nad śmiercią syna, ale nie dopatruje się w tym traumatycznym zdarzeniu większego znaczenia. Gdy słyszy, że ukrzyżowanie Jezusa zbawiło świat, odpowiada bez wahania, że nie było warto.


Pokazać postać obdarzoną kultem jako zwykłą matkę to ciekawy zabieg. Bohaterka, w Biblii niema i bierna, w opowiadaniu Toibina otrzymuje prawo głosu i korzysta z niego bez skrępowania. Daje upust goryczy i złości, ironizuje i kpi. Syna uważa za pyszałka, który włóczył się z grupą nieudaczników, spod krzyża uciekła ze strachu, a w zmartwychwstanie nie wierzy. Rzekome zbawienie ludzkości nie jest dla kobiety żadną pociechą, wolałaby widzieć syna żywym. Podejście być może egoistyczne, ale jakże ludzkie. Ta prawdziwość odczuć jest zresztą największą siłą „Testamentu…” - nie ma wątpliwości, że mówi matka, która straciła dziecko.

Choć monolog Marii jest w rzeczywistości świadectwem niewiary, punkt widzenia autora raczej nie szokuje, co najwyżej zaskakuje. Pisarz „wyrwał” swoją bohaterkę z roli świętej i dostrzegł w niej człowieka – tylko tyle albo aż tyle. Mimo kilku nieścisłości formalnych pomysł broni się, zwłaszcza że całość jest wysmakowana stylistycznie. Książka nie robi piorunującego wrażenia (głównie za sprawą monotonnej narracji), ale działa na wyobraźnię i zachęca do spekulacji: a jeśli Toibin się nie mylił?


_____________________________
Colm Toibin Testament Marii
przeł. Jerzy Kozłowski
Wydawnictwo PWN, Warszawa 2014


czwartek, 3 stycznia 2013

Ta strona jasności

Tytułowa strona jasności jest w istocie ciemnością - tą w tunelu drążonym na początku XX wieku na potrzeby nowojorskiej kolei podziemnej, a kilka dekad później zamieszkałym przez bezdomnych. To również kolor skóry głównych bohaterów oraz wszechobecnego w powieści brudu, rzeczywistego i metaforycznego. U McCanna Nowy Jork nie jest urokliwą metropolią z pamiątkowego obrazka – jest raczej jego negatywem. Negatywem bardzo zajmującym.


Przede wszystkim podglądamy w „Tej stronie jasności” wielkie miasto tętniące życiem od głębokiego podziemia po kolejne pietra drapaczy chmur. Nowy Jork jest żywym tworem, który nieustannie się zmienia i rozwija. Losy jego dwóch mieszkańców (z różnych powodów wykluczonych z ogółu) pozwalają prześledzić przemiany społeczno-obyczajowe, ważne wydarzenia historyczne, czy wreszcie postęp techniczny, jakie miały miejsce na przestrzeni osiemdziesięciu lat. McCann stworzył z epizodów wciągającą opowieść będącą swoistym hołdem dla Nowego Jorku i jego twórców, zwłaszcza tych pomniejszych. Trudno stwierdzić, kto jest ważniejszy w powieści, miasto i ludzie stanowią jeden organizm.

W książce zwraca uwagę solidne przygotowanie autora (Irlandczyka), który najwyraźniej spędził mnóstwo czasu w archiwum miejskim NJ. Całość opowiedziana jest w sposób subtelny, a zarazem sugestywny: zimno i mrok tunelu stale dają o sobie znać, nie łagodzi ich nawet upał i gwar Harlemu. A jednak żal opuszczać poharatanych przez życie bohaterów i mało przyjazny Nowy Jork.

__________________________________________________________________________

Colum McCann „Ta strona jasności” tłum. Hanna Pustuła, Świat Literacki, Izabelin 2005
__________________________________________________________________________


środa, 26 maja 2010

Kamyki pamięci - Kate O'Riordan

Na powieść trafiłam przypadkiem przeglądając stroną internetową antykwariatu. Okładka na tyle mi się spodobała, że po przeczytaniu streszczenia książkę zakupiłam. I dobrze się stało, bo sugerując się okładką polską (patrz niżej), lekturę raczej bym sobie darowała. A szkoda by było.

Główną bohaterką jest 48-letnia Irlandka Nell, od lat mieszkająca w Paryżu, gdzie pracuje jako uznana kiperka. Wiedzie spokojne, poukładane życie, a jej jedynym zmartwieniem jest dorosła córka, która wcześniej borykała się z narkomanią i nie jest tak silną osobą jak jej matka. Ali mieszka na odludziu w Irlandii i prowadzi rodzinny pub. Jest to również miejsce, które Nell opuściła ponad 30 lat temu i nawet śmierć własnej matki nie zmusiła jej do choćby krótkiej wizyty. Po otrzymaniu niepokojącej wiadomości od sąsiadów decyduje się jednak pojechać w rodzinne strony.

Moją uwagę zwróciły przede wszystkim dwie rzeczy: zmyślna fabuła i psychologiczny rys postaci. Autorka nie daje gotowych odpowiedzi, a podrzucane tropy często okazują się mylące. Powody niechęci Nell do powrotu czytelnik poznaje stopniowo i właściwie razem z nią "przepracowuje" problem. Wydarzenia i ludzie zmuszają ją do zrewidowania wspomnień i wyjaśnienia dawnych spraw, co nie jest chwilami przyjemne. Poniekąd to tak, jakby główna bohaterka odbyła sesję z psychoterapeutą i próbowała odnaleźć źródło problemu. Naturalnie daje to efekty, a przy okazji staje się jasne, od czego ucieka Nell także w swoim udanym życiu.

Autorka wykazała się dużą wnikliwością i doskonale oddała niuanse w ludzkich zachowaniach. Znakomicie widać to zwłaszcza w opisie relacji matka-córka, która w powieści jest trudna i przypomina istne pole minowe. To dlatego Nell waży słowa, aby niczym nie urazić Ali, i powstrzymuje się od robienia rzeczy, które ta mogłaby odebrać jako wtrącanie się. A przecież w sytuacji, gdy matka uchodzi za niemal doskonałą, dziecko "z problemami" - nawet jeśli jest dorosłą kobietą posiadającą własną rodzinę - ma prawo czuć się niekomfortowo. Podobnie jak niekomfortowo czuła się w dzieciństwie Nell wobec własnej rodzicielki błędnie interpretując jej oschłość.

"Kamyki pamięci" są świetną powieścią psychologiczną, którą czyta się z dużym zainteresowaniem, a nawet w napięciu. Całości dopełniają sugestywne opisy przyrody, która również odgrywa tu ważną rolę. Jedyny zarzut, jaki mogę postawić, to zbyt optymistyczne zakończenie;)

Moja ocena: 9/10

Kate O'Riordan, 'The Memory Stones', Pocket Books, 2003

środa, 31 marca 2010

Cal - Bernard MacLaverty


Tytułowy Cal to 19-latek z małego miasteczka w Irlandii Północnej. W dorosłe życie wchodzi w trudnych czasach, bo na przełomie lat 70-tych i 80-tych, co oznacza głównie kłopoty. Chłopak nie ma pracy, wychowuje się bez matki, a na domiar złego w kraju jest niebezpiecznie z powodu krwawych potyczek pomiędzy protestanckimi Brytyjczykami a katolickimi Irlandczykami. Na tym jednak nie koniec - Cal zakochuje się w Marcelli, która jest dla niego "nieodpowiednia" nie tylko przez wzgląd na sporą różnicę wieku.

Powieść napisana jest prostym językiem, ale autor dość sprawnie oddał ponurą atmosferę kraju. Udało mu się także zbudować napięcie w kilku scenach i zręcznie pokazać dramat Cala, który uwikłał się w terrorystyczną działalność. Książkę zapamiętam jednak głównie jako studium młodzieńczego zakochania, rzadko trafiają się podobne opisy w literaturze. W sumie jest to niezła proza, choć niestety upływ czasu nie wpłynął zbyt korzystnie na jej odbiór.

Na podstawie powieści w 1984 r. nakręcono film pod tym samym tytułem, a grająca Marcellę Helen Mirren otrzymała za tę rolę Złotą Palmę w Cannes.

Moja ocena: 7/10

Bernard MacLaverty, "Cal", Czytelnik, 1988

piątek, 5 marca 2010

Południe - Colm Toibin

Jest rok 1950, Katherine właśnie opuściła męża, 10-letniego synka i rodzimą Irlandię. Wyjeżdża do Barcelony i zatrzymuje się w hoteliku, o jego właścicielach mówi: Pozostaję dla nich zagadką, nie potrafią mnie rozgryźć (s.7). Podobny problem może mieć czytelnik: mimo że losy Katherine śledzimy na przestrzeni ok. 30 lat, niewiele wiadomo o jej tzw. życiu wewnętrznym. Sprawia wrażenie kobiety chłodnej i skrywającej emocje, na ogół poddaje się biegom wydarzeń.

Można się tylko domyślać, że poznany w Hiszpanii Miguel był jej wielką miłością, a jeszcze większą namiętnością okazało się malarstwo. Być może była nawet lepszą malarką niż jej ukochany. Katherine niewiele mówi, barierą nie jest chyba tylko język kataloński. Do końca nie dowiemy się, jaki miała właściwie stosunek do swej ojczyzny, jakie uczucia wzbudzały w niej dzieci. Z biegiem lat najważniejsze staje się dla niej malowanie i to się czuje podczas lektury.

Książka w ogóle wydała mi się bardzo malarska: oprócz kilku świetnie opisanych fikcyjnych obrazów autor sporo uwagi poświęca grze kolorów w otoczeniu bohaterów powieści. Chłód i wilgoć Pirenejów oraz irlandzka mgła i deszcz są tu wręcz namacalne. Atmosfera wydaje się melancholijna, a nawet smutna, wszystko wyciszone, co w sumie daje znakomity efekt. Na duży plus policzyłabym również formę powieści: obok klasycznej narracji występują tu także listy i fragmenty pamiętnika Katherine. Toibin stosuje przeskoki w czasie, niekiedy kilkuletnie, co potęguje niedopowiedzenia i co moim zdaniem dodaje całości uroku.

"Południe" było dla mnie bardzo dużym i bardzo miłym zaskoczeniem. Z pewnością będę o tej książce myśleć także obrazami np. takimi: Jej miłość do niego była jak mały bukiecik ze smutków i radości. Jej miłość do niego była jak oddech na szkle (s. 128). To dobra zachęta do zgłębienia literatury irlandzkiej, która jak dotąd nie była moją ulubioną. Chyba niezasłużenie.

Moja ocena: 9/10

Colm Toibin, "Południe", Wydawnictwo Zysk i S-ka, 1996