Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. francuska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. francuska. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 kwietnia 2025

Fotograf

Fabuła książki Pierre’a Boulle’a krąży wokół stwierdzenia, że artysta musi umieć być nieludzki. Główny bohater, niegdyś fotograf wojenny, dzisiaj fotograf modelek, jest wręcz zafiksowany na zrobieniu zdjęcia idealnego. Takiego, które uchwyci  wyjątkowy moment, i w konsekwencji przyniesie mu podziw środowiska oraz sławę. Wynagrodzenie nie gra roli, zasady moralne, jak się okaże, również.

piątek, 9 sierpnia 2024

Dziwki w czadorach nie idą do Raju

Ta książka powstała z wściekłości na zakłamane i zbrodnicze społeczeństwo irańskie, ale i z żalu nad zamordowanymi prostytutkami – rodziny nie zgłosiły ich zaginięcia, ani nie odebrały ich ciał. Chahdortt Djavann dokonuje symbolicznej ekshumacji anonimowych ofiar: wymyśla biografie i pozwala przemówić nazwanym już przez siebie bohaterkom.

wtorek, 24 października 2023

Zemsta należy do niej

Nieczęsto sięgam po powieści francuskie, jednak ostatnio tak się złożyło, że ich twórcy – Eribon, Louis, Ernaux, Lafon – skupiali się na klasowości oraz na awansie społecznym. Co interesujące, u wszystkich daje się wyczuć pewien rodzaj zakłopotania, świadomość nieprzystawania. Podobnie jest u Marie NDiaye, której bohaterka mimo niskiego pochodzenia również zdołała się wybić.

Mecenas Susane z Rudim połączyło to (co ona rozumiała, a on nie), ze środowiska, z których pochodzili, nie przygotowały ich na taką karierę, na taki sukces ani na pracę z młodymi ludźmi w rodzaju tych, jakich kancelaria zatrudniła w tym samym czasie: wywodzących się z zamożnych rodzin z centrum miasta albo z rodowych winnic. [s. 93]


poniedziałek, 24 października 2022

Jak syn z ojcem

Jeśli ktoś czytał Koniec z Eddym, opowiadanie Kto zabił mojego ojca nie wniesie zbyt wiele nowego do portretu pana Bellegueule. W przytaczanych anegdotach ponownie jawi się jako człowiek gwałtowny i szorstki, przeczulony na punkcie męskości, emocjonalnie rozdarty wobec zniewieściałego syna. Ten ostatni z kolei nadal szuka kontaktu z ojcem i w rzeczywistości nadal zabiega o akceptację.

wtorek, 27 września 2022

Historia syna

Historia syna to przykład prozy wyciszonej, nieskomplikowanej, pisanej językiem eleganckim, miejscami poetyckim. Do tego skupia się na życiu ludzi niewyróżniających się absolutnie niczym szczególnym, a jednak – w świetle tej minipowieści – niewątpliwie zasługujących na uwiecznienie. Mam wrażenie, że Marie-Hélène Lafon potrafiłaby najbardziej nudny życiorys przekuć w literacką perełkę.

wtorek, 22 marca 2022

Dama z liskiem

Biszkopty czy tani chleb. Biszkopty więcej kosztują, ale mogą leżeć. Czy wystarczy jej do przeżycia ćwierć biszkopta dziennie? Podobno można nie jeść przez czterdzieści pięć dni i nie umrzeć. [s. 29]

Biszkopt czy chleb to dla bohaterki opowiadania Violette Leduc niemal kwestia życia i śmierci. Żyje w skrajnej biedzie oznaczającej przede wszystkim dojmujący głód. Taki, kiedy uderza się w brzuch, żeby dziecku nie wyrwać rogalika, kiedy połyka się cieknącą z nosa krew, bo jest pożywna i kiedy wskutek omamów na wierzchołku drzewa dostrzega się czekoladową eklerę. Stąd kalkulacje: biszkopt czy chleb, staranne odliczanie ziarenek kawy, żeby starczyło na dłużej i poszukiwanie resztek jedzenia na ulicach.


sobota, 26 czerwca 2021

Fabrykant obłoków

Wyobraźmy sobie suknię z fioletowej mgły unoszącej się nad wrzosowiskiem, z kroplami rosy zamiast diamentów albo ręcznie wycinane chmury greckie lub obłoki chamsinu i sirocco, które można przywozić jako pamiątkę z zagranicznych wojaży. Albo chmury a la Canaletto zamawiane na weneckie święto czy cumulonimbusy wywarzane dla Arabii, gdzie nie pada deszcz. Pomysł bajeczny, choć jak to w opowiadaniach fantastycznych bywa, sytuacja wymyka się spod kontroli i robi się dziwnie.

środa, 7 kwietnia 2021

Koniec z Eddym

Zbrodnią jest nie tyle robić, ile być. A zwłaszcza wyglądać na. [s. 129] 

Książka o stawaniu się, o szukaniu własnej drogi, a właściwie nowego otoczenia. Narrator miał bowiem pecha dorastać w miasteczku, w którym liczy się bycie twardzielem i umiejętność wychowania synów na twardzieli. Wśród sąsiadów Eddy uchodzi w najlepszym wypadku za „specyficznego” , w najgorszym za „pedała”, głównie dlatego, że jest chudy, ma wysoki tembr głosu, dużo gestykuluje i kołysze biodrami. Co więcej, nie lubi piłki nożnej i ma dość „dziewczyńskie” zainteresowania.

czwartek, 21 stycznia 2021

Ostatnie słowo

Lekko psychodeliczna okładka Ostatniego słowa raczej odstręcza niż zachęca, ale zapewniam, że skrywa kawał znakomitej prozy sprzed półwiecza. O Gabrielle Rolin wiadomo jedynie tyle, że była znaną dziennikarką i krytyczką literacką; sądząc wyłącznie na podstawie omawianego tu utworu, niewątpliwie znała się na rzeczy. Znała również doskonale środowisko literackie, które barwnie, aczkolwiek nie bez uszczypliwości opisała. 

niedziela, 12 stycznia 2020

Dora Bruder

Wszystko zaczęło się od ogłoszenia w numerze „Paris-Soir” z 31 grudnia 1941 r. znalezionym przez Patricka Modiano pod koniec lat 80-tych:

Poszukuje się Dory Bruder, lat 15, 155 cm wzrostu, twarz pociągła, oczy szaro piwne, ubrana w popielaty płaszcz o kroju sportowym, bordowy sweter, granatową spódnicę i czapkę, brązowe buty sportowe. Wszelkie informacje kierować do Bruderów, boulevard Ornano 41, Paryż.

Uwagę pisarza zwrócił adres, a dokładniej dzielnica, w której niegdyś często bywał i nieświadomie chodził śladami Dory Bruder. Po przeczytaniu anonsu powrócił na rue Ornano, zaczął badać okolicę i szukać informacji o dziewczynce. Zadanie okazało się trudne, jako że Bruderowie pozostali niemal anonimowi. Modiano potrzebował czterech lat, aby dotrzeć do dokładnej daty urodzenia Dory: 25 lutego 1926 roku, i kolejnych dwóch, by poznać miejsce jej urodzenia: Paryż, XII dzielnica. Z czasem odnalazł krewniaczkę rodziny, kilka fotografii, w archiwach zdobył kilka istotnych dokumentów.

piątek, 14 lipca 2017

Alabama song

Alabama song to oparta na faktach króciutka powieść o Zeldzie Fitzgerald. W mojej ocenie książka bardzo dobra, ponieważ świetnie pokazuje skomplikowany charakter głównej bohaterki i równie skomplikowany charakter jej burzliwego związku z Francisem Scottem.


Ona – panienka z dobrego domu, bezczelna i bezpruderyjna jak na standardy skostniałego Południa. Chce się wyrwać z rzekomego raju, który dla niej jest cmentarzyskiem ambicji. A Zelda ambicje ma: marzy o tańcu i pisaniu. On – przystojniak z Północy, zdeklasowany, ale wciąż z klasą, będzie szansą na ucieczkę do zupełnie innego świata. Scott wkrótce odniesie literacki sukces, oboje staną się ulubieńcami Ameryki, nie na długo niestety.

U Gillesa Leroya opowiada Zelda czterdziestoletnia i, co znaczące dla całej historii, od ponad dekady leczona psychiatrycznie. Nieobecnego męża darzy  jeszcze pewnym sentymentem, niemniej pretensje biorą górę. Uważa, że zniszczył jej życie i nie pozwolił realizować się artystycznie. Jej opowieść brzmi bardzo przekonująco i trudno nie współczuć tej biednej kobiecie, która mało szczęśliwie ulokowała uczucia i dokonywała kiepskich wyborów.

Warto podkreślić, że autor dobrze wczuł się w postać swojej bohaterki i zgrabnie zróżnicował jej stany emocjonalne. Nie jest to postać do lubienia i taka chyba była Zelda w rzeczywistości. Ale to już trzeba będzie sprawdzić w fachowej biografii Fitzgeraldów, do czego Leroy skutecznie mnie zachęcił.

_______________________________________________________________________
Leroy Gilles Alabama Song, przeł. Wojciech Gilewski, Wyd. Czytelnik, Warszawa 2009

piątek, 12 maja 2017

Niedziela ich życia

- Uważasz, że jestem szpetna?
- Nie, nie, całkiem dobrze się trzymasz. Ale dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat różnicy to już coś. Ty mogłaś widzieć, jak francuska piechota w czerwonych portkach drobiła przed prezydentem Fallières. A on nawet nie musi wiedzieć, co to za jeden ten Fallières.
- Po pierwsze, dzięki za aluzję.
- Taka jest prawda.
- Co więcej, on nie ma dwudziestu lat. A co więcej mam to gdzieś. Powiedz: uważasz, że jestem przechodzona?

Tak oto gawędzą sobie siostry Sègovie, obie rozkosznie wygadane i przebojowe. Julia, panna niezupełnie młoda i niezupełnie panna, upatrzyła sobie szeregowca Brû jako kandydata na męża. A że chłopak jest poczciwiną bez większych ambicji, marzącym jedynie o zobaczeniu pola bitwy pod Jeną, po krótkim namyśle przystanie na propozycję matrymonialną. Ba! wciągnie się nawet w prowadzenie sklepu pasmanteryjnego żony.


Niedziela życia to nader pocieszna powieść, głównie dzięki Valentinowi, który z racji swej prostolinijności (żeby nie powiedzieć naiwności) stwarza zabawne sytuacje. I tak na przykład samotnie wyjeżdża w podróż poślubną, zakochuje się w guzikach i postanawia zostać ich kolekcjonerem, kiedy indziej zgadza się przepowiadać przyszłość pod postacią Madame Saphir. Val nie jest jednak głuptasem – owszem, czyta pasjami „Marie Claire”, ale też coraz intensywniej oddaje się badaniom czasu i filozoficznym rozważaniom. Wszystko ku zadowoleniu Julii, która najwyraźniej nie pomyliła się w wyborze męża.

W powieści Raymonda Queneau pobrzmiewają i poważniejsze tony: ludzie umierają lub zapadają na ciężkie choroby, mówi się o wojnie z Niemcami, na koniec ogłoszona zostaje mobilizacja. Że Niedziela życia nie jest błahą komedyjką, podpowiada już motto z Hegla ([...] jest to niedziela ich życia, która wszystkich zrównuje i usuwa wszystko, co złe; ludzie, którzy mogą być tak z całego serca weseli, nie mogą być naprawdę na wskroś źli i niegodziwi), w rozważaniach Brû także trafiają się celne spostrzeżenia. Jego postać jest zresztą jedną wielką pochwałą stoicyzmu i zdrowego rozsądku.

Książka pozostawia czytelnika w dobrym nastroju i nie mogło być inaczej, zważywszy na styl Queneau, który obfituje w humor sytuacyjny i słowny i charakteryzuje się fantastycznym żywym językiem. Osobiście żałuję tylko, że tłumaczka uwspółcześniła mowę potoczną, ponieważ dzisiejsze odzywki młodzieżowe zupełnie nie pasują do realiów przedwojennego Paryża. Poza tym lektura prima sort, z okładką włącznie.

_____________________________________________________________
Raymond Queneau Niedziela życia, przeł. Hanna Igalson-Tygielska
Biuro Literackie, Stronie Śl. 2016 


wtorek, 15 listopada 2016

Historia pewnej znajomości

Oona i Salinger to trzy w jednym: fantazja na temat związku Oony O’Neill, nastoletniej córki noblisty Eugene’a O’Neilla, z początkującym pisarzem J.D. Salingerem, autopromocja Beigbedera oraz opis działań armii amerykańskiej w Europie Zachodniej podczas II wojny światowej. Nieoczekiwanie najciekawszym wątkiem stał się dla mnie ten ostatni – lądowanie aliantów w Normandii, walki w lesie Hurtgen oraz wyzwalanie obozu koncentracyjnego zostały opisane tak sugestywnie, że jeszcze kilka podobnych rozdziałów i uznałabym Oonę i Salingera za znakomitą powieść antywojenną.


Zamiar Beigbedera był raczej inny, tematem przewodnim uczynił mimo wszystko miłość – Jerome’a i Oony, a po trosze także własną (sic!). Nie po raz pierwszy autor oddaje do rąk czytelnika książkę przewrotną oraz, co trzeba przyznać, inteligentną i na swój sposób dowcipną. Prawda jest bowiem taka, że w 1941 r. Salinger zadurzył się bez wzajemności w pannie O’Neill, z czego oprócz obustronnej szamotaniny najwyraźniej nic więcej nie wynikło. Po kilku miesiącach bywania w nocnych klubach, restauracjach i domach handlowych para rozstała się – on wkrótce zaciągnął się do wojska i walczył w Europie, ona poznała Charliego Chaplina, którego poślubiła po uzyskaniu pełnoletności.

Beigbeder wykorzystał garść faktów, obudował zmyśleniami i stworzył coś, co sprawia wrażenie pierwszorzędnego paradokumentu: są dialogi, listy, wyliczenia, cytaty, relacje osób trzecich i aż chce się wierzyć w tę historię „niemiłości” sprokurowaną przez francuskiego pisarza. I tu trzeba podkreślić, że o ile FB nieznośnie często wspomina o sobie, pod koniec także o nowej, młodszej o 20 lat żonie, to pisze świetnie - fragmenty o miłosnych podchodach bywają niezmiernie liryczne, z kolei te o wojnie dość brutalne. Autorowi nie można odmówić błyskotliwości i szerokiego spojrzenia, nawet jeśli czasami wysuwa karkołomne tezy. Czyta się go z przyjemnością i już.

P.S. Nie rozumiem, dlaczego tłumaczka uporczywie pisze o nowelach Salingera – łatwo sprawdzić, że tworzył opowiadania.

______________________________________________________________________________
Frédéric Beigbeder Oona i Salinger przeł. Anna Michalska, Noir sur Blanc, Warszawa 2016

niedziela, 21 sierpnia 2016

Żebyś nie zgubił się w dzielnicy

Nie miał odwagi wejść do domu. Wolał, by pozostał dla niego jednym z tych miejsc, które niegdyś były ci bliskie, a teraz czasami odwiedzasz je w snach: na pozór są takie same, niemniej przesiąknięte czymś niesamowitym. 

Ze wspomnianym powyżej domem jest w zasadzie tak jak z powieściami Patricka Modiano: na pozór są takie same (niektóre w sposób nieznośny), ale mają niezwykłą aurę, do której chce się wracać, przynajmniej raz na jakiś czas. Te książki smakują szczególnie dobrze w okresie rozleniwienia, spowolnienia biegu życia albo napadu melancholii. Teraz już wiem, że Modiano czyta się nie dla fabuły, ale atmosfery, bo francuski noblista pisze wciąż tę samą książkę. Zaczynając Żebyś nie zgubił się w dzielnicy, ponownie obstawiałam, czy w treści pojawią się szemrane postaci, kobiety z przeszłością, cudzoziemcy, koniarze i samochodziarze. Pojawili się, a jakże, zabrakło tylko Rosjan.


O ile ta powtarzalność wcześniej kilkakrotnie bardzo mi przeszkadzała, w najnowszej powieści (z 2014 r.) niemal sprawiła mi przyjemność. A przecież Jean Daragane nie różni się zbytnio od innych bohaterów pisarza, przeciwnie, jest kolejnym samotnikiem, który pod wpływem nieoczekiwanego spotkania próbuje przypomnieć sobie zdarzenia i osoby z odległych czasów. Czytelnik znowu jest świadkiem żmudnego składania odprysków wspomnień w całość, przy czym dość szybko orientuje się, że i tym razem finał pozostawi go z pytaniami i wątpliwościami. Dlatego może lepiej po prostu poddać się lekko sennej, tajemniczej atmosferze książki i razem z bohaterem poprzechadzać się po Paryżu – współczesnym, ale jakby z zupełnie innej epoki.

________________________________________________________________________
Patrick Modiano Żebyś nie zgubił się w dzielnicy tłum. Bożena Sęk, Sonia Draga 2016

piątek, 27 listopada 2015

Sprawa Meursaulta

W „Sprawie Meursaulta” jest wszystko, co cenię w powieściach: oryginalny pomysł i styl, wielowarstwowość oraz wyrafinowana gra z literaturą, w tym przypadku z „Obcym” Alberta Camusa. Kamel Daoud oddaje głos Harunowi, bratu Araba, którego w książce Francuza (główny bohater ani razu nie użyje tytułu klasyka) zastrzelił na plaży niejaki Meursault.

Dobry Boże, jak można zabić kogoś i odebrać mu nawet jego śmierć? To mój brat zginął od kuli, a nie on! Musa, a nie Meursault, no nie? Jest coś, co mnie zdumiewa. Nikt, nawet po odzyskaniu niepodległości, nie był ciekawy, jak brzmiało nazwisko ofiary, gdzie mieszkała, kim byli jej przodkowie, ewentualne dzieci. Nikt. Wszyscy oniemieli z zachwytu nad doskonałością języka, który lśni jak diament, i współczuli pogrążonemu w samotności zbrodniarzowi, składając mu niesłychanie uczone kondolencje. [s. 12]


Pełna gniewu i goryczy opowieść starca napędza gniew i gorycz wzięła się z niezgody na anonimowość ofiary. Po ponad 70 latach znalazł cierpliwego słuchacza, któremu może wreszcie opowiedzieć własną historię. Nie wersję wydarzeń, ponieważ nigdy nie poznał okoliczności zabójstwa, ale historię. Podczas kolejnych wieczornych spotkań w barze opowiada zatem o rodzinie i o własnym śledztwie. Pod wpływem emocji i wypitego alkoholu, może też za sprawą wypitego alkoholu, wielokrotnie podejmie te same wątki. Jak bumerang będą powracać słowa: Musa, Meursault, matka, kraj, niepodległość, natomiast rzadko dadzą się usłyszeć słowa: Algieria i Francuzi. To nie przypadek – narrator świadomie ruguje z języka pojęcia kojarzące mu się z opresorami.

Monolog Haruna jest monologiem Araba, co daje diametralnie inną perspektywę niż u Camusa, ale jeśli porównać go z opowieścią Francuza Meursaulta, szybko dostrzeżemy pewne zbieżności. Obydwaj są wyobcowani i wypaleni, obydwaj sprawiają wrażenie niezdolnych do miłości lub jakichkolwiek głębszych uczuć. Podobieństwa widać również w podejściu do wiary w Boga oraz w relacjach z kobietami. Daoud wchodzi w dialog z „Obcym” także od strony formalnej i robi to błyskotliwie: tworzy sceny analogiczne (np. rozmowa aresztowanego z duchownym), wplata cytaty lub zgrabnie je parafrazuje, czyni dość czytelne aluzje (jak np. w pierwszym zdaniu: „Mama żyje do dziś”, u Camusa: „Dzisiaj umarła mama”). Efekt jest znakomity.

„Sprawy Meursaulta” nie da się w pełni docenić po jednorazowej lekturze. Już drugie czytanie pokazuje, że u Daouda nie ma akapitów zbędnych lub przypadkowych. To książka o przemyślanej kompozycji, bogata w treści i wysmakowana językowo. Naturalnie nie mogłaby powstać, gdyby nie „Obcy” [To arcydzieło, przyjacielu. Lustro, w którym widzę swoją duszę i to, czym miałem się stać w tym kraju, między Allahem a znudzeniem.], śmiem jednak twierdzić, że algierski autor przerósł mistrza.

_____________________________
Kamel Daoud Sprawa Meursaulta
przeł. Małgorzata Szczurek, Wyd. Karakter, Kraków 2015


czwartek, 29 stycznia 2015

Klejnocik

Ani trochę nie miałam ochoty na rozmowę z nią, nie odczuwałam wobec niej nic szczególnego. Okoliczności sprawiły, że między nami nigdy nie było tego, co nazywa się mlekiem dobroci. Pragnęłam się jedynie dowiedzieć, gdzie wylądowała dwanaście lat po swojej śmierci w Maroku. [19-20]



W powieści Modiano z 2001 r. wreszcie mamy postać kobiecą w roli głównej. W przeciwieństwie do innych bohaterów noblisty o tytułowej Perełce coś niecoś wiemy, kończąc lekturę całkiem sporo. Thérèse nie szuka przeszłości, to przeszłość pod postacią kobiety w żółtym płaszczu narzuca się jej sama. Przypadkowo odwiedzane miejsca wyzwolą z zakamarków pamięci wspomnienia, niezrozumiałe epizody i fragmenty rozmów sprzed lat nabiorą po latach znaczenia.

Autor bardzo subtelnie nakreślił dramat odtrąconej przez matkę dziewczynki, w życiu dorosłym kobiety osamotnionej i zagubionej. Stworzył postać, która porusza i budzi zainteresowanie. Reszta powieściowego świata wydaje się mocno znajoma, jako że Modiano zaledwie odświeżył i lekko zmodyfikował wypróbowane składniki swojego pisarskiego inwentarza. Jest więc Paryż ze szczegółowo zarejestrowanymi trasami, są podrzędne bary i osoby z półświatka, po raz kolejny pojawia się nawet koń i pół-Rosjanin. Co więcej, wzorem poprzednich książek Francuza rekonstrukcja przeszłości nie służy ustaleniu twardych faktów – ważniejszy jest proces ich odtwarzania, prowadzący przy okazji do samopoznania.

Fabuła „Perełki” nie porywa i raczej nie wzbudzi ożywionych dyskusji. To proza refleksyjna, nastawiona na budowanie nastroju, która – mimo powtarzalności pewnych chwytów autora – może wywierać duże wrażenie na czytelniku. Na mnie wywarła. Przyjemnie było poddać się jej powolnemu rytmowi, wtopić w melancholijną atmosferę jesiennego Paryża i potowarzyszyć przez kilka dni młodej, bezbronnej bohaterce. Urzekająca – to słowo najlepiej i najkrócej oddaje ducha tej powieści.


_________________________________________________________________
Patrick Modiano, Perełka, przeł. Bożena Sęk, Sonia Draga, Katowice 2014

niedziela, 23 listopada 2014

Nawroty nocy

Notkę na okładce "Nawrotów nocy" lepiej pominąć, ponieważ wydawca jak na tacy podaje to, co Modiano z rozmysłem kamufluje i pozostawia nienazwanym. Czytelnik zostaje wepchnięty w środek głośnego przyjęcia, przysłuchuje się strzępom rozmów podejrzanego towarzystwa i po krótkim czasie orientuje się, że autor wodzi go za nos. Długo nie będzie wiadomo, jaką rolę odgrywają poszczególne osoby dramatu i czy narrator rzeczywiście jest taką miernotą, za jaką się uważa. Samodzielne torowanie sobie drogi w tym gąszczu niewiadomych wymaga cierpliwości, ale też daje dużo satysfakcji.


W „Nawrotach nocy” Modiano co prawda powtarza chwyty obecne w innych utworach, jednak tym razem po mistrzowsku zagęszcza akcję. Czytelnik jest skołowany i nie dziwne, bo narracja powieści oparta jest na kole;). Pewne wydarzenia będą wracać, za każdym razem w innej konfiguracji, w coraz większym pędzie. Nie bez powodu w jednej ze scen (genialnej moim zdaniem) narrator ma złudzenie szalonej jazdy na karuzeli – podobne wrażenie można odnieść podczas lektury. Zabieg celowy, spełnia co najmniej dwie funkcje: stanowi oś fabuły i pozwala wczuć się w sytuację głównego bohatera.

Repetycje są zresztą znakiem rozpoznawczym „Nawrotów nocy” (co sygnalizuje również tytuł, w oryginale La Ronde de Nuit), oprócz karuzeli powtarzać będzie się motyw muzyki ciemności, ten drugi bardzo symboliczny w kontekście miejsca akcji – Paryż uchodzący za miasto świateł oglądamy u Modiano głównie nocą, mroki spowijają go również w sensie metaforycznym. Tu dochodzimy do kolejnego refrenu czyli pytania wielokrotnie stawianego przez narratora: „kim jestem?”. Jedni nazywają go Swing Trubadurem, inni księżniczką de Lamballe, chłopak mówi o sobie jako młodszym bracie Judasza. Każdy z przydomków jest znaczący, każdy jest zasadny.

W „Nawrotach nocy” forma wzięła górę nad treścią, ale najwyraźniej autor taki ma po prostu styl. Być może nie interesuje go roztrząsanie dylematów moralnych (jego bohater dokonał już wyboru), skupia się natomiast na zbudowaniu atmosfery i przekazaniu emocji. Zarysował całkiem interesującą postać wyposażoną w dość rozbudowane „zaplecze”. O bohaterze Modiano można wreszcie coś konkretnego powiedzieć, nie jest człowiekiem znikąd, bez korzeni. Wszystkie te elementy powodują, że tym razem książkę noblisty przyjmuję z dobrodziejstwem inwentarza, który jest imponujący - nic tylko czerpać z niego garściami.

____________________________________________________________________________
Patrick Modiano, Nawroty nocy, przeł. Ewa Bekier, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1983

czwartek, 23 października 2014

Ulica Ciemnych Sklepików

Po falstarcie, jakim była płytka i bezbarwna „Zagubiona dzielnica” Patricka Modiano, mój wybór padł na „Ulicę Ciemnych Sklepików”, laureatkę Nagrody Goncourtów w 1978 r. Cóż, olśnienia nie było, raczej małe déjà vu. Narrator znowu szuka śladów dawnego życia, znowu podąża tropami podrzucanymi przez osoby, które gdzieś, kiedyś spotkał i naturalnie znowu błądzi. Wygląda na to, że od rozwiązania zagadki ważniejsze są same poszukiwania.


W „Ulicy…” ciekawostką jest fakt, że przeszłości oraz własnej tożsamości, szuka mężczyzna cierpiący na amnezję. Jego żmudne śledztwo nawet intryguje, przynajmniej do chwili, kiedy pewne chwyty nie zaczną się powtarzać i nasuwać wątpliwości. Pewnie wymagam za dużo od autora, ale aż chce się zapytać: dlaczego Guy rozpoczyna poszukiwania z dziesięcioletnim opóźnieniem? Co w nim takiego jest, że nowo poznane osoby bez wahania wpuszczają go do swoich mieszkań, obdarowują starymi zdjęciami i hojnie dzielą się informacjami? Od strony psychologicznej książka kompletnie zawodzi, za powieść sensacyjną czy detektywistyczną także trudno ją uznać. Pozostaje atmosfera tajemniczości i nostalgii – tu akurat Modiano całkiem nieźle sobie radzi. Dość atrakcyjnie, choć bardzo skrótowo przedstawił również paryski światek arystokracji i rosyjskiej emigracji.

Więcej dobrego o tej książce nie mogę powiedzieć, chyba nie po drodze mi z melancholijnym Francuzem. Wątek odtwarzania przeszłości ze strzępów wspomnień nie uderza oryginalnością, z kolei główny bohater jest zbyt mdły, aby poruszyć czytelnika. To rodzaj prozy, która nie stawia istotnych pytań, pozwala natomiast zastanowić się nad naturą ludzkiej (nie)pamięci. Oby nie był to jedyny temat poruszany przez Modiano w innych powieściach.

_________________________________________
Patrick Modiano „Ulica Ciemnych Sklepików”
tłum. Eligia Bąkowska
Wyd. Czytelnik, Warszawa 1981


czwartek, 9 sierpnia 2012

Simenon x 2

We "Wdowie Couderc" akcja rozwija się leniwie, niemniej napięcie daje się wyczuć od pierwszych stron. Atmosfera jest duszna i gęsta, a przecież bohaterowie nic wielkiego nie robią, odzywają się raczej z rzadka. Na oko wiejska codzienność - nakarmić zwierzęta, przygotować prosty posiłek, pojechać na targ. Tymczasem pani Couderc już zarzuca sieci i oplata młodego Jeana pajęczyną lepkich planów. Jest równie odstręczająca co tłusty, włochaty pająk, jej ofiara z kolei najbardziej przypomina ćmę, która szamocąc się, zmierza powoli ku własnej zgubie. Pajęczyna się rwie, przeznaczenie wypełnia, zostaje tylko pustka. Na szczęście czytelnik pozostaje z uczuciem sytości.


Wcześniejszy o dwa lata "Paryski ekspres" pokazuje zupełnie inny świat. Idąc tropem zwierzęcych skojarzeń, Keesa Popingę można porównać do konia pociągowego, który się znarowił. Pod wpływem jednego zdarzenia postanawia, że nie musi chodzić już w kieracie, ale może posmakować życia rumaka. Zrobić rzeczy, których nie wypadało robić, bo należało dostosować się do oczekiwań otoczenia. Dobrze dotąd ułożony Holender zaczyna brykać i stwierdza, że opinia innych przestała się dla niego liczyć - jeśli chcą, mogą go wziąć nawet za osła albo zebrę. Jaki jest w rzeczywistości, wie tylko on sam. Z czasem dojdzie do przekonania, że prawda nie istnieje. Cena zdobycia tej wiedzy nie będzie współmierna do uzyskanych korzyści.


Obie powieści Simenona łączy prosty styl i dobra psychologia postaci. W obu wyraźne są idee egzystencjalizmu z całą jego gorzką otoczką. Różnią się natomiast klimatem i problematyką. "Wdowę Couderc" czytało mi się łatwo i szybko, bardziej podobał mi się jednak nieco trudniejszy w odbiorze "Paryski ekspres" - główny bohater jest po prostu ciekawszy. Wrażenia z obu lektur są na tyle pozytywne (aczkolwiek nie piorunujące), że z Simenonem na pewno jeszcze się kiedyś spotkam. Zgłębianie mrocznych zakamarków ludzkiej duszy ma swój urok.

___________________________________________________________________________________
Georges Simenon "Wdowa Couderc" tłum. Hanna Igalson-Tygielska, Wyd. WAB, Warszawa 2010
Georges Simenon "Paryski ekspres” tłum. Krzysztof Teodorowicz, Wyd. WAB, Warszawa 2012

__________________________________________________________________________________

wtorek, 12 czerwca 2012

Silne inaczej

W tytule książki mowa jest o silnych kobietach, tymczasem Marie Ndiaye opowiada historie o osobach, które najwyraźniej takie nie są. Piszę "osobach", ponieważ bohaterem jednej z opowieści jest mężczyzna, zapowiedziana trzecia kobieta pozostaje do końca w tle. Spodobała mi się ta zwodniczość tytułu. Nie tylko tytułu zresztą, autorka cały czas myli tropy, każe czytelnikowi błądzić. Po skończeniu lektury okazało się, że potrafi sprytnie zagrać stereotypami, a przy okazji - czytelnikowi na nosie.


Oto bowiem rzeczone trzy kobiety (i partner jednej z nich) wciąż się z czymś zmagają: z przeszłością, z partnerem, z chorobami, z napastnikami. Nie można powiedzieć, aby wychodziły z tych potyczek jako wygrane. Ich siła polega raczej na wytrwałości i cierpliwym znoszeniu kolejnych ciosów. Przyzwyczajenie wyrabia w nich odporność, którą niektórzy nazwą zapewne biernością. U Ndiaye pojęcie siły nie jest jednoznaczne, to bardziej awers i rewers jednego zjawiska, wariacja na zadany temat. Męski bohater, poprzez swój neurotyzm, stanowi świetny kontrapunkt dla postaci kobiecych, dobitnie burząc przy tym stereotypy.

Historie kobiet są ze sobą bardzo luźno powiązane, łączą je przede wszystkim korzenie czyli Senegal. Między poszczególnymi opowieściami występują również inne łączniki - są to motywy roślinne i zwierzęce oraz dość specyficzne dolegliwości. Wszystkie symboliczne i wyjątkowo sugestywne. W efekcie powstała soczysta powieść o smaku gorzkim od pretensji i rozczarowań. Nie jest to jednak rzecz o uciemiężonych kobietach czy rodzinnych dramatach. To książka wielowymiarowa, o dużych możliwościach interpretacyjnych, napisana nieszablonowym stylem. Nie bez wad, ale satysfakcjonująca.


W 2009 r. książka została laureatką nagrody Goncourta.

_______________________________________________________________________________

Marie Ndiaye "Trzy silne kobiety" tłum. Krystyna Sławińska, Wyd. Sonia Draga, Katowice, 2010
_______________________________________________________________________________