sobota, 26 czerwca 2021

Fabrykant obłoków

Wyobraźmy sobie suknię z fioletowej mgły unoszącej się nad wrzosowiskiem, z kroplami rosy zamiast diamentów albo ręcznie wycinane chmury greckie lub obłoki chamsinu i sirocco, które można przywozić jako pamiątkę z zagranicznych wojaży. Albo chmury a la Canaletto zamawiane na weneckie święto czy cumulonimbusy wywarzane dla Arabii, gdzie nie pada deszcz. Pomysł bajeczny, choć jak to w opowiadaniach fantastycznych bywa, sytuacja wymyka się spod kontroli i robi się dziwnie.

Nie przepadam za fantastyką, niemniej w przypadku książki Roberta Escarpita podziałała magia tytułu i okładki. Lektura okazała się nader przyjemna, ponieważ autor w każdym tekście zaskakuje, nawet jeśli porusza się w podobnym obszarze – języka czy tworzenia literatury. Nie są to historyjki do szybkiego zapomnienia, niektóre zmuszają do głębszej refleksji, jak na przykład Słowozaur: pewnego dnia zaczynają znikać słowa, a wraz z nimi ich znaczenia i tak po zniknięciu „grzecznie”, porzucono uprzejmość, tymczasem zmiany następują we wszystkich językach. Po przysłówkach przychodzi kolej na przymiotniki, później na rzeczowniki i tak dalej. Strach myśleć, co będzie na końcu. 

Fabrykant obłoków ukazał się we Francji w 1969 r., ale upływ czasu – może poza kwestiami technicznymi – w zasadzie nie zaszkodził opowiadaniom. Autor bardzo zgrabnie deformuje rzeczywistość, a że jako tako trzyma się logiki, wymyślone sytuacje wydają się całkiem prawdopodobne. Zbiór był dla mnie pozytywną odmianą gatunkową, polecam z czystym sumieniem.

____________________________________________________ 
Robert Escarpit, Fabrykant obłoków, przeł. Wanda i Krzysztof Błońscy
Wyd. Literackie, Kraków 1976 
 

16 komentarzy:

  1. Z tej serii czytałam chyba tylko "Dziecko Rosemary". A w planach mam "Pamiętnik przetrwania". :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja "Nowy wspaniały świat" i coś LeGuin. Seria niezła, nie do końca poświęcona tylko fantastyce.

      Usuń
    2. Ze wspomnianej serii polecam "Koziorożca" Murdoch oraz "Dziwną historię o upiorach z latarnią w kształcie piwonii" autorstwa Enchō San'yūteiego.

      Usuń
    3. Czyli Jednorożca?;))) Dużo dobrego słyszałam o tej książce. Z upiorami japońskimi ma pod górkę niestety. Kusi mnie jeszcze Ted Hughes, ale to jakaś miniaturka jest.

      Usuń
    4. Haha, rzeczywiście, chodziło mi o "Jednorożca". Nie wiem skąd mi się przyplątał koziorożec :)

      Usuń
  2. Ja fantastykę omijam szerokim łukiem, dlatego skusić się nie dam. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też raczej omijam, ale tę lekturę będę miło wspominać.

      Usuń
  3. Też nie przepadam za fantastyką, ale ten opis brzmi całkiem ładnie. Jejku jak mi się spodobał tytuł Dziwna historia o upiorach z latarnią w kształcie piwonii. Od mojego opętania Upiorem w Operze mam słabość do wszelkich Upiorów w tytule książek, a piwonie- no cóż pachną obłędnie i nie mogę odżałować, że w od kilku sezonów przegapiam je u ogródkowych sprzedawczyń.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zachęcam, bo lektura działa odświeżająco.;)
      Ciekawe, czy dzisiaj, w dobie chwytliwych tytułów, wydawca zdecydowałby się na tak długi tytuł jak "Dziwna historia o upiorach z latarnią w kształcie piwonii".;) Rzeczywiście działa na wyobraźnię.

      Usuń
    2. "Dziwną historię..." czytałam lata temu i jakoś nie została mi w pamięci. Teraz nabrałam ochoty, żeby ją sobie odświeżyć. I oczywiście, tak jak się spodziewałam, japoński tytuł ma raptem trzy słowa - to my mamy tendencję do rozwlekłego tłumaczenia azjatyckich nazw i tytułów, próbując przekazać wszystkie zawarte w nich znaczenia :). A do "Fabrykanta obłoków" mnie zachęciłaś bardzo, zwłaszcza, że mnie fantastyka nie odstręcza :).

      Usuń
    3. Nie wiem, czy japońskie "słowa" można traktować 1:1, to chyba bardziej skomplikowane. Tak czy owak polski tytuł działa na wyobraźnię. Znacznie bardziej niż Fabrykant obłoków.;) Oczywiście zachęcam do lektury.

      Usuń
    4. Ale czemu cudzysłów? ;) Japońskie słowa nie różnią się niczym od polskich poza faktem, że są zapisywane ideogramami. To laicy (i niektórzy tłumacze) zaklinają je, jakby to była jakaś magia. Dla przykładu mamy słowo 電話, czyli telefon. Jest ono zapisywane znakiem na elektryczność i znakiem na rozmowę. Ale to nie znaczy, że mamy je tłumaczyć jako "elektryczna rozmowa", bo ooo, ten japoński taki magiczny jest, bo telefon tam to elektryczność + rozmowa! 電話 to po prostu telefon i tyle. Jako tłumacz języka japońskiego uparcie walczę z tłumaczami, którzy rozdmuchują tłumaczenia japońskie, żeby brzmiały "bardziej orientalnie", bo to zwykłe okłamywanie czytelnika. Jeśli coś brzmi normalnie dla czytelnika japońskiego, ma brzmieć normalnie dla czytelnika polskiego. Tylko w uzasadnionych przypadkach, takich jak haiku, się zgodzę, że tam rzeczywiście można bawić się w wydobywanie zamierzenie ukrytego bogactwa znaczeń i nawiązań. Wybacz wykład, ale tłumaczenia to mój konik ;).

      Usuń
    5. Spokojnie, przeczytałam Twój wykład z zainteresowaniem. W takim razie jak według Ciebie powinien brzmieć spolszczony tytuł? Nie mów, że po prostu "Historia o upiorach".;)

      Usuń
    6. Jako że jest to tytuł, to dałabym po prostu "Latarnie umarłych". Krótkie, zaciekawiające i pasujące na tytuł :). Brzmi naturalnie jako tytuł, tak jak naturalnie dla Japończyków brzmi ich tytuł. Aczkolwiek przyznaję, że nie oddaje to dokładnie znaczenia oryginalnego tytułu ;).

      Usuń
    7. Też ładnie, choć nie tak lirycznie.;) I masz rację, rozpoetyzowane tytuły są przekłamaniem.

      Usuń