Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiady. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 maja 2022

Jego królestwo

Tytułowe królestwo Edwarda Dwurnika (1943-2018) to tysiące jego prac: obrazów, akwarel, rysunków, akwafort, kolaży itp. przechowywanych w domu i w pracowniach. Artysta był niezwykle płodny i nie stronił od zleceń komercyjnych, co często mu wytykano. Nie był to zresztą jedyny powód do krytyki, z jaką się spotykał i którą najwyraźniej się nie przejmował.

wtorek, 20 października 2020

Stare grzechy

Wiele sobie obiecywałam po książce Ireny Wiszniewskiej, jako że relacje o bliskich prześladujących Żydów podczas wojny to jednak rzadkość. Już wstęp uświadomił mi moją naiwność – mało kto chce chyba rozmawiać o czynach przodków, za które co prawda nie ponosi odpowiedzialności, ale za które się wstydzi. Zwłaszcza jeśli chodzi o przewinienia tak poważne jak donoszenie na gestapo czy morderstwo. Nie dziwi zatem, że autorka długo szukała rozmówców skłonnych naruszyć rodzinne tabu, niemniej po dwóch latach wreszcie się udało znaleźć sześć osób spełniających wymagania. 


niedziela, 29 października 2017

Dużo Auschwitzu we krwi

Wszyscy myślą, że wyzwolenie to szczęście. Mają rację, ale wyzwolenie to też moment, kiedy się orientujesz, że jesteś sam i że nie ma już twojego świata. Nie ma nic i nikogo. Koniec

W Ocalonych z XX wieku Mikołaj Grynberg rozmawiał z tymi, którzy przeżyli Holokaust, w Oskarżam Auschwitz oddał głos dzieciom ocalonych. Łączy ich żydowskie pokolenie oraz domy pogrążone w smutku i ciągłej żałobie; życie obok rodziców, którzy nie okazywali czułości, nie rozmawiali, być może nawet się nie kochali. Wojenna trauma, choć nienazwana, dotykała całe rodziny.


W moich żyłach płynie — od najwcześniejszych lat — bardzo dużo Auschwitzu. Nie wydaje mi się, żebym potrzebował go więcej. Ci, którzy tam jadą, to ci, którzy chcą więcej zrozumieć. Ja już nie chcę więcej zrozumieć. Oskarżam Auschwitz o pozbawienie mnie ojca. Auschwitz jest dla mnie zarówno konkretem, jak i symbolem całego Holokaustu.

Rozmówcy Grynberga niejednokrotnie wspominają o nadmiernym lęku o życie najbliższych oraz o nieuzasadnionym poczuciu winy wobec rodziców z powodu tego, co przeszli. Wspólna jest im również nostalgia za czymś, czego nie znali – za dziadkami, wujkami, kuzynami. Ta genealogiczna wyrwa bywa dotkliwa, zwłaszcza że po wymordowanych członkach rodziny często nie pozostał żaden namacalny ślad.

Kiedyś powiedziałam mojej terapeutce, że gdy jestem w Auschwitz, to czuję się, jakbym wreszcie wróciła do domu. Bardzo się obruszyła. A ja się tam naprawdę czuję spokojna i wyciszona. Marzę, by się położyć na ziemi i powoli się w nią zapadać, tak by poczuć ciepło tych wszystkich, którzy tam zostali. 

Kilka razy odzywa się w rozmowach głos, że Hitler mógłby być z siebie dumny: jego wojna niszczy Żydów do dziś. Czytając wywiady z Oskarżam Auschwitz, nie miałam wątpliwości, że tak jest. Trzeba jednak zaznaczyć, że rozmówcy nie narzekają, próbują żyć z uśmiechem na twarzy. I o tym właśnie jest książka Mikołaja Grynberga, także przedstawiciela tego pokolenia. Znakomita lektura.

___________________________________________________________________________
Mikołaj Grynberg, Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne, Czarne, Wołowiec 2014 


 Wszystkie cytaty z pochodzą z książki Oskarżam Auschwitz.


środa, 18 października 2017

Inne ochoty

Inne ochoty zapowiadały się na powtórkę z rozrywki, na szczęście książka pozytywnie zaskakuje. Wizyta w mieszkaniu na Hożej stała się okazją do rozmowy o bardziej prywatnych aspektach życia Pilcha, a dzięki zamieszczonym zdjęciom można obejrzeć fragment jego biblioteki albo "pamiątkową" ścianę. Jest szansa podejrzeć pisarza w bardziej przyziemnym świetle – wiedza, że czekoladowe batoniki zawsze kupuje w liczbie dziesięciu sztuk, dziwnie mnie uspokaja.


Pilch w domowej odsłonie nie oznacza bynajmniej Pilcha trywialnego. Dużo mówi się tu o jego mało znanych zainteresowaniach muzyką klasyczną (Bach, Haydn, Schubert), malarstwem (Bosch, Bruegel, Hopper) oraz fotografią. Znać, że nie jest to gadanie na potrzeby publiczności, ale opinie poparte wiedzą. I musi to być prawdziwa pasja, skoro Pilch maniakalnie zbiera albumy (ja bym czegoś nie miał?), kupuje wariackie książki na temat sztuki i laminuje reprodukcje. Twierdzi też, że pisanie zaczął od rysowania Woli Justowskiej.

Aż połowa wywiadu poświęcona jest twórczości Pilcha i literaturze w ogóle. Dowiemy się, że według głównego zainteresowanego jedną z fundamentalnych szkół pisania jest felieton, że łatwiej machnąć reportaż niż wymyślić historię od zera oraz że poglądy prawicowe literaturze szkodzą. Jest mowa o wciąż niezrealizowanym pomyśle stworzenia salonu literackiego i pisanej właśnie powieści antyutopijnej. A poza tym: o namiętnym czytaniu przypisów i nieczytaniu fantastyki, o słabości do nadawania bohaterom znaczących nazwisk oraz o głębokiej niechęci do pożyczania książek.

Każdy z podrozdziałów jest ciekawy – nawet jeśli rozmowa dotyczy mniej istotnych zagadnień (dla mnie np. sport), wiadomo, że prędzej czy później padnie błyskotliwe stwierdzenie albo pojawi się anegdota. Cieszy mnie bardzo ten powrót Pilcha do dobrej formy.

_______________________________________________________________
Inne ochoty. Jerzy Pilch w rozmowach z Eweliną Pietrowiak. Część 2
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017


piątek, 4 sierpnia 2017

Z piekła do raju

Założycielka wydawnictwa Dorota Blomberg, architekt Aleksander Włodarski, profesor kryminologii Jerzy Sarnecki, dokumentalistka Joanna Helander, dziennikarz Maciej Zaremba Bielawski i ortopeda Karol Żyto to tylko kilkoro bohaterów Wygnanych do raju. Krystyna Naszkowska rozmawiała z osobami, które po wydarzeniach Marca’68 wyjechały do Szwecji i tam osiadły.


O raju, jak sugeruje tytuł książki, trudno mówić. Starsze pokolenia zazwyczaj nie mogły na obczyźnie się odnaleźć, także rozmówcy Naszkowskiej wspominają o osamotnieniu, różnicach kulturowych i uprzedzeniach Szwedów. Z racji młodego wówczas wieku mieli jednak łatwiejszy start: szybciej się uczyli, swobodniej korzystali ze wsparcia i szans, jakie oferowała nowoczesna i liberalna Szwecja. Dzięki ciężkiej pracy i wytrwałości zostali po latach cenionymi fachowcami, co jest budujące.

Ciekawym wątkiem rozmów jest stosunek do Polski – tak różny, jak różne były okoliczności wyjazdu po antysemickiej nagonce. Przykro i z niedowierzaniem czyta się o szykanach, z jakimi spotykały się zmuszone do emigracji rodziny, ale tym lepiej rozumie się gorycz i żal niektórych z bohaterów książki. Tak jak w przypadku Emilii Białostockiej-Degenius, dziś psychiatry, która wyjeżdżała z kraju samotnie jako nastolatka – rodzice zmarli podczas wiadomych wydarzeń, w konsekwencji przepadło mieszkanie. W przeciwieństwie do innych emigrantów pani Emilia nie tęskni za Polską.

Każda z opowiedzianych historii zasługuje na osobną książkę, bo wszystkie życiorysy bez wyjątku są ciekawe. Dla odmiany chętnie poczytałabym o tych, którzy nie mieli tyle szczęścia co rozmówcy Naszkowskiej i żyli lub żyją w Szwecji zupełnie przeciętnie, a może nawet z kłopotami. Sukces jest tylko jedną stroną medalu, ta druga może być bardziej miarodajna.

______________________________________________________________________
Krystyna Naszkowska, Wygnani do raju. Szwedzki azyl, Agora, Warszawa 2017


niedziela, 9 kwietnia 2017

Brunatna kołysanka

Według niepotwierdzonych szacunków podczas II wojny światowej z Polski wywieziono do Niemiec ok. 200 tys. dzieci „poprawnych rasowo”. Najpierw w ośrodkach Lebensbornu były poddawane germanizacji, później trafiały do rodzin niemieckich. Program wymyślony przez Himmlera zakładał, że z czasem staną się pełnoprawnymi obywatelami Rzeszy. Po wojnie do kraju wróciło ok. 15-20% uprowadzonych. To zaledwie suche fakty i liczby, które w żaden sposób nie oddają koszmaru ofiar.


Wydawać by się mogło, że powroty oznaczały szczęśliwy finał rodzinnych dramatów, a przecież nie zawsze tak było, co doskonale pokazuje zbiór wywiadów Anny Malinowskiej. Owszem, zdarzały się cudowne odnalezienia jak w przypadku sióstr Witoszek, wywiezionych przez hitlerowców jako kilkulatki i rozdzielonych. Bywało też zupełnie inaczej: matka nie chciała przyjąć syna, bo założyła już nową rodzinę; odnaleziony chłopiec okazał się „niewłaściwym” Zdzisławem, więc został oddany do sierocińca; dziewczynka wróciła, niestety z powodu nieustalonej tożsamości do dzisiaj nie znalazła rodziców.

Co zrozumiałe, pojawiały się też bardziej prozaiczne trudności, głównie związane z adaptacją: powracający często nie znali języka polskiego, pogarszały się ich warunki bytowe, spotykali się z szykanami w szkole. Niejednokrotnie odnalezieni nie mogli zaaklimatyzować się we własnej rodzinie, dochodziło do nieporozumień, a w konsekwencji do zerwania więzi. Żeby nie uderzać w zbyt ponury ton, warto podkreślić mniej oczekiwane i szczególnie pozytywne zakończenia: niektóre polskie i niemieckie rodziny nawiązywały kontakt, odwiedzały się.

Brunatna kołysanka składa się wyłącznie z ciekawych historii, każdy życiorys nadawałby się zapewne na osobną książkę. Ale to nie wszystko – Malinowska przybliżyła również działalność Lebensbornu oraz postać adwokata Romana Hrabara, dzięki któremu tysiące dzieci wróciły do Polski. Dobrze się stało, że autorka zdołała dotrzeć do kilkanaściorga z nich, obecnie zaawansowanych wiekiem staruszków – ich świadectwo jest nie do przecenienia.

______________________________________________________________________________
Anna Malinowska Brunatna kołysanka. Historie uprowadzonych dzieci, Agora, Warszawa 2017

środa, 28 grudnia 2016

Jego namiętność

Najbardziej znane fotografie Tadeusza Rolke to chyba portrety artystów i sesje mody z lat 60., a to zaledwie ułamek jego bogatego archiwum. Uwieczniał wszystko, co uznał w danej chwili za interesujące. Fotografował rozmaite środowiska (od Cyganów w pruszkowskim obozie po handlarzy na targu rybnym w Hamburgu), miejsca (m.in. zrujnowaną Warszawę, więzienia, pozostałości po społeczności chasydzkiej na ziemiach dawnej Rzeczpospolitej) i wydarzenia (wizyty głów państwa, stan wojenny). Nie zabrakło też aktów atrakcyjnych kobiet.


O fotografowaniu i całym swoim życiu Rolke opowiedział w obszernym wywiadzie, który niewątpliwie może stanowić kanwę profesjonalnej biografii. Zważywszy na wiekowość artysty, dzisiaj 87-letniego, jest o czym opowiadać. Dla mnie najciekawsze były rozdziały o dzieciństwie, o początkach pasji, jaką stało się robienie zdjęć oraz o specyfice pracy fotoreporterów w latach 50, choć i wypowiedzi dotyczące wartości i podejścia do fotografii zasługują na uwagę. Co charakterystyczne, w tle głównej opowieści nieustannie pojawia się jakaś przyjaciółka, bliska znajoma lub żona, jako że bohater książki ma słabość do urodziwych pań. I tu dochodzimy do irytującego aspektu tej rozmowy, czyli niedyskrecji – dociekania Małgorzaty Purzyńskiej, z kim spał albo nie spał jej mistrz są po prostu żenujące. Żeby sprawiedliwości stało się zadość, trzeba przyznać, że i panu Tadeuszowi zdarza się powiedzieć kapkę za dużo.

Poza tym drobiazgiem jest interesująco i w zasadzie nie mogło być inaczej w przypadku człowieka, który był świadkiem kilku epok. Rolke doświadczył wojny, więzienia, życia na emigracji, rozpadu małżeństw, ale też podróżował, poznawał fascynujących ludzi, miał szczęście do przyjaźni. Przede wszystkim jednak Rolke uprawiał zawód, który kocha do dziś i który przyniósł mu uznanie, a w rezultacie pozwolił się spełnić. Na moje oko – piękne życie.

Galerię zdjęć obejrzeć można TU.

_________________________________________________________________________
Tadeusz Rolke. Moja namiętność. Mistrz fotografii rozmawia z Małgorzatą Purzyńską
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2016 


piątek, 25 listopada 2016

Wte i wewte

W ostatnich latach coraz więcej mówi się w Polsce o wadze przekładów, czego dowodem kolejna książka na ten temat. Wte i wewte to zbiór siedemnastu wywiadów z tłumaczami, część z nich prezentował portal Dwutygodnik.

Wśród rozmówców są nazwiska dość znane (Małgorzata Łukasiewicz, Maciej Świerkocki, Barbara Kopeć-Umiastowska, Anna Wasilewska), ale też – przynajmniej dla mnie – zupełnie nowe, a to z racji specjalizacji translatorskiej. Do tej drugiej grupy zaliczają się osoby tłumaczące z języków niszowych (chiński, kataloński, antyczna greka) lub zajmujące się mniej „prominentnymi” gatunkami literackimi (kryminały, fantastyka, literatura dziecięca).


Prowadzący wywiady Adam Pluszka, również tłumacz, wypytuje koleżanki i kolegów po fachu o technikę pracy, specyfikę wybranych języków, potrzebę krytyki i zarobki. Wreszcie poruszony został temat tłumaczenia czytadeł czy wręcz utworów grafomańskich oraz poprawiania autorów, w tym częstą praktykę „ugrzeczniania” niewygodnych fragmentów. Dużo miejsca w rozmowach poświęcono samej literaturze i pisarzom m.in. Colette, hr. Potockiemu, Terremu Pratchettowi, Jaume Cabre.

Za najciekawszą uważam opowieść o Hansie Christianie Andersenie, uchodzącym za smutnego pana od jeszcze smutniejszych bajek. Bogusława Sochańska fantastycznie odczarowuje ten wizerunek i pokazuje człowieka niezwykłego, wszechstronnego twórcę, a przy tym ironistę i liryka. To Sochańskiej zawdzięczamy pierwszy przekład Baśni z języka oryginału czyli duńskiego (wcześniej tłumaczono je głównie z niemieckiego) i ma to być wersja pełna: bez cenzury, za to z językowymi niuansami.

Na koniec miałam już napisać, że do pełni szczęścia zabrakło mi w zbiorze rozmowy z tłumaczem hebrajskiego, ale przed kilkoma dniami takowa pojawiła się na stronie Dwutygodnika - o urokach tego języka i bojach z Agnonem opowiada Piotr Paziński.

____________________________________________________________________________
Adam Pluszka Wte i wewte. Z tłumaczami o przekładach Wyd. Słowo/obraz terytoria, 2016

wtorek, 21 czerwca 2016

Było gorąco

Choć publikacja Czarnego w chwili ukazania się nie była nowością (książka pierwszy raz opublikowana została w 2001 r. przez Wyd. Znak), smakuje jak świeże bułeczki. Tadeusz Konwicki wystąpił jak zwykle w świetnej formie, już na wstępie nadając rozmowie właściwy sobie ton. Na pytanie „Kiedy pan poczuł, że chce być reżyserem?” odparł:
Nie pamiętam, dlatego przytoczę anegdotę wyczytaną u Władysława Kopalińskiego, którego znam od lat, bardzo szanuję i którego czasem okradam z różnych rzeczy. On, o dziwo, albo nie spostrzega moich złodziejstw, albo traktuje mnie ulgowo. Otóż, starego grenadiera napoleońskiego pytano kiedyś o wyprawę na Moskwę, w tym zimnie, mrozach, gigantycznych śniegach: - „Jak tam było?". A on mówi: - „Nic nie pamiętam, ale pamiętam, że było gorąco".
Więc ja też nic nie pamiętam, ale pamiętam, że było gorąco
.

Konwicki naturalnie pamiętał początki swojej kariery (zapewne wykpiłby to określenie), pamiętał zresztą wiele innych rzeczy, i wiedzą tą chętnie podzielił się z Katarzyną Bielas i Jackiem Szczerbą. Wywiad oscyluje głównie wokół świata filmu, bo trzeba pamiętać, że Konwicki przez wiele lat – oprócz bycia pisarzem – był kierownikiem literackim w zespole filmowym Kadr, a od czasu do czasu także scenarzystą i reżyserem (Ostatni dzień lata, Zaduszki, Salto, Jak daleko stąd, jak blisko, Dolina Issy, Lawa).

Z jednej strony czytelnik ma szansę poznać wycinek historii polskiej kinematografii od bardzo nieoficjalnej strony, z drugiej – prześledzić ścieżkę zawodową znanego i na swój sposób „osobnego” artysty. Konwicki opowiada o środowisku filmowym, często je przy okazji demitologizując, przytacza anegdoty i mało znane fakty, „tłumaczy” dziennikarzom swoje filmy. Wywołany do odpowiedzi porusza tematy bardziej osobiste: mówi o Wilnie, twórczości literackiej, zmarłej żonie (piękne, acz wyważone wspomnienie), przyjaźniach, a nawet zabobonach. Jest zajmująco i dowcipnie, a przy tym mądrze - po prostu cymes.

Kilka fragmentów do posmakowania:

o pozie:
Ja należę do pokolenia, które się wstydziło pozy. Pozerstwo i samochwalstwo to były największe zbrodnie. Ktoś, kto się chwalił, był skreślony cło końca życia. Ktoś, kto pozował, był pośmiewiskiem. I dlatego myśmy pozy unikali jak ognia. To znaczy z pewnymi wyjątkami. Nasz styl powojenny to było lekkie zaznaczenie rodowodu partyzanckiego czy wojskowego. Battledressy się nosiło, kurtki o kroju wojskowym. To był rodzaj uniformu pokolenia. Ja nie wyglądałem jak reżyser na planie. Wyglądałem jak jakiś literat z Warszawy, który się przybłąkał do ekipy filmowej.
o grafomanii:
Pamiętajmy, że w każdym, nawet w Fellinim, siedzi grafoman. Jak jest totalna wolność, to grafoman jest agresywny, wyłazi nieraz i z czcigodnych artystów. Elity uprawiające terror artystyczny trzymały w szachu grafomana, który w nas siedzi. Teraz grafomania szaleje. Ja jestem miłośnikiem demokracji i wolności, więc myślę: dlaczego nie, niech grafomani też mają coś z życia.
o „artyzmie”:
Słuchajcie, w całej naszej rozmowie jest niewygodny dla mnie wątek - wy mnie traktujecie jak poważnego artystę. A ja w tym, co robię, boję się przeintelektualizowania. Kiedy robiłem filmy czy pisałem książki, działał, po prostu, tak zwany instynkt, przeczucie, jakieś wewnętrzne upodobanie, że człowiek woli raczej to niż co innego. Nie wszystko jest wytłumaczalne. Nie wszystko mogę w sobie zinterpretować. Gdyby tak było, to bym był nieszczęśliwy.
oraz o podobaniu się:
Ja jeszcze coś powiem. Bardzo wcześnie zorientowałem się, że nie warto podobać się wszystkim. Mnie się zdarza mieć oddanych czytelników czy widzów, a na innych nie zwracam uwagi, a nawet czasami, jak widzę kogoś na ulicy, to myślę sobie: chwała Bogu, że ten mnie na pewno nie czyta.

Jutro przypada 90. rocznica urodzin Tadeusza Konwickiego.


_______________________________________________________
Pamiętam, że było gorąco. Rozmowa z Tadeuszem Konwickim
Katarzyna Bielas, Jacek Szczerba, Wydawnictwo Czarne, 2015


czwartek, 5 maja 2016

Własnym zdaniem

Myślę jak geniusz, piszę jak najlepszy stylista, ale mówię jak dziecko – stwierdza Nabokov już na wstępie Własnym zdaniem czyli zbioru wywiadów, listów do redakcji oraz kilku artykułów z lat 1962-1972. Po takim otwarciu pomyślałam: co za bufon, zdolny, ale bufon, a lektura całości tylko potwierdziła moje pierwsze wrażenie.

Trudno bowiem inaczej określić kogoś, kto odżegnuje się od jakichkolwiek wpływów literackich o zdecydowanej większości uznanych literatów, ba! klasyków, wypowiada się wyjątkowo niepochlebnie i obcesowo. Dostojewski to tandetny dziennikarz i żałosny komediant, Hemingway i Conrad – autorzy beznadziejnie młokosowaci, Camus, D.H. Lawrence i Thomas Mann – dęci. Gogol na ogół drażni moralistycznym zacięciem i obsesyjną religijnością, z kolei Tołstoj publicystyką. Spośród literatów współczesnych na uznanie Nabokova zasłużył jedynie Joyce (choć nie bez zastrzeżeń) oraz Borges i Robbe-Grillet, ci dwaj ostatni dzięki jasności myśli, czystości i poezji.


Autor Pnina jest równie surowy wobec krytyków, tłumaczy i dziennikarzy, którzy mu się narazili, choć jednocześnie utrzymuje, że recenzje, opinie itp. dotyczące jego utworów ma za nic. Cóż, sprostowania wysyłane do czasopism i wydawnictw świadczą o czymś zgoła odmiennym, bo o dociekliwości, drobiazgowości i przywiązaniu do słowa. To w zasadzie nie zaskakuje: biorąc do ręki dowolny utwór Nabokova łatwo zauważyć, że zdania są starannie dopracowane, wręcz wycyzelowane. O metodzie pracy dużo się zresztą w książce mówi, podobnie jak o przekładzie Eugeniusza Oniegina i wykładach uniwersyteckich. Nie brakuje pytań o Rosję i emigrację, filmową wersję Lolity i naturalnie o motyle.

Własnym zdaniem pokazuje, że Nabokov był świadomy własnego talentu i chciał uchodzić za twórcę osobnego, o indywidualnym stylu. Przy okazji był też przewrotny i pyszałkowaty, tymczasem sam o sobie mówił: Prywatnie jestem człowiekiem dobrodusznym, ciepłym, pogodnym, bezpośrednim, prostolinijnym i nietolerancyjnym w stosunku do fałszywej sztuki. Być może.;)

___________________________________________________________________________________
Vladimir Nabokov Własnym zdaniem przeł. Michał Szczubiałka, Wyd. Aletheia, Warszawa 2016


czwartek, 22 października 2015

Jak oni czytają

Czytam wywiady Katarzyny Tubylewicz z przedstawicielami kultury w Szwecji i zazdroszczę. Przede wszystkim długoletniej tradycji czytania oraz polityki państwa, które rozumie, że literatura w życiu człowieka odgrywa ważną rolę. Na takie podejście miały naturalnie wpływ uwarunkowania historyczno-społeczne: już w XVII wieku kościół protestancki prowadził w całym kraju kampanię na rzecz czytelnictwa wśród wiernych. Czytać uczyli się wszyscy bez względu na pochodzenie i płeć, co w połączeniu z późniejszą pro-społeczną działalnością obywateli spowodowało, że książki trafiły pod strzechy.


To wszystko (plus zamożność państwa) daje po latach bardzo dobre rezultaty. Szwedzi czytają licznie i chętnie, mają do wyboru szereg imprez literackich, a biblioteki – uważane przez ludzi kultury i decydentów za kluczowe w rozwoju czytelnictwa – tętnią życiem. Za przykład niech posłuży jedna z ostatnich inicjatyw czyli biblioteka TioTretten (DziesięćTrzynaście) stworzona dla dzieci w wieku 10-13 lat, które są za duże na bibliotekę dziecięcą, a za małe na bibliotekę dla dorosłych. W TioTretten mogą czytać, nagrywać muzykę, brać udział w zajęciach teatralnych, a nawet gotować. Co ważne, oprócz animatora/pedagoga dorośli nie mają tu wstępu. Miejsce przesympatyczne (zdjęcia), a to zaledwie jeden z licznych przejawów dbałości o poziom czytelnictwa w Szwecji.

Oczywiście nie można powiedzieć, że w Polsce nic się nie dzieje w tym zakresie. Mamy własne kampanie zachęcające do czytania, działają dyskusyjne kluby książki, organizuje się festiwale literackie i gry miejskie, na spotkania zapraszani przyjeżdżają znani i nagradzani pisarze. Po lekturze rozmowy z szefem Instytutu Książki oraz ministrą edukacji narodowej, która przyłączyła się ze swoim resortem do Narodowego Programu Rozwoju Czytelnictwa, można mieć nadzieję, że idzie ku dobremu, niestety zamieszczone w książce wypowiedzi bibliotekarzy sugerują, że urzędnicy państwowi więcej mówią niż robią. Niektórzy, jak np. prezes Polskiej Izby Książki pytający w audycji radiowej: Po co bibliotekom nowości? Niech kupują stare książki, nie wiedzą chyba nawet, o czym mówią.

Tak czy owak jedno, jest pewne: bez stałego wsparcia państwa oraz inwestowania w młodego czytelnika i w biblioteki nie należy oczekiwać wzrostu poziomu czytelnictwa. W Polsce, owszem, powstają już nowoczesne mediateki, imponujące centra kultury w rodzaju tych w Suchym Lesie czy Grodzisku Mazowieckim, a nawet ośrodki takie jak Stacja Kultury w Rumi (więcej na ten temat TU), ale to wciąż mało. W moim powiecie władzom raczej nie zależy na oczytaniu mieszkańców i wiem, że nie jesteśmy wyjątkiem. Szkoda.

__________________________
Szwecja czyta, Polska czyta
pod red. Katarzyny Tubylewicz i Agaty Diduszko-Zyglewskiej
Wydawnictwo Krytyka Polityczna, Warszawa 2015

środa, 21 stycznia 2015

Profesor Misia

Drugi tom rozmów z Marią Janion obejmuje lata siedemdziesiąte i początek osiemdziesiątych, które chlubie polskiej polonistyki upływają pod znakiem tytanicznej pracy. Pani profesor nie ma czasu na odpoczynek, ani chorowanie, nawet wyjścia do kina lub teatru wiążą się zawsze z literaturą. Ba! Również spotkania towarzyskie w mniejszym lub większym stopniu dotyczą badań naukowych. Przestaje mnie już dziwić, dlaczego polityka zajmuje tak mało miejsca w tych wspomnieniach – Janion po prostu nie miała na nią czasu.;)

Kazimiera Szczuka potrafi na szczęście naprowadzić rozmowę na mniej zawodowe tory: a to wyciągnie stare bloki listowe będące niby-dziennikiem pani profesor, a to wypyta ją o Białoszewskiego, Konwickiego i Iwaszkiewicza, a to poprzekomarza się na temat dobroczynności zup. Od czasu do czasu w wywiadzie powraca temat marksizmu i romantyzmu, co, o dziwo, wcale nie jest nudne. Przeciwnie, interesujące jest spojrzeć na znajome dzieła z innej perspektywy – teraz na przykład już wiem, dlaczego mam słabość do Życia rodzinnego Zanussiego i co pociągało mnie we wczesnych filmach Herzoga.

Ten tom nie jest tak urozmaicony jak pierwszy, ale zainteresowanych postacią Janion na pewno zadowoli. Miło jest poprzebywać (choćby za pośrednictwem książki) w towarzystwie osoby mądrej.


Kilka fragmentów na zachętę:

- o wakacjach nad morzem
Nie miałam czasu chodzić po plaży, przyjeżdżałam do morderczej pracy. Może byłam w ciągu trzydziestu lat parę razy na molo w Sopocie. […] Chodzenie na wydmy, do lasu. Ale nigdy nie lubiłam słońca i leżenia na plaży. Źle się od tego czułam. Pod jakimś parasolem, pod osłoną siedziałam sobie jak wampir. Przywoziłam książki, adapter, taki walizeczkowy, bardzo fajny, płyty. Wszystko to zabierałam do pociągu. Słuchałam nad morzem Mozarta. Nie wprost na plaży, w tej chałupie parę kroków od morza. [s. 28-29]
- o zbieractwie
Ale wie pani, u mnie ta mania zbieractwa, to niewyrzucanie rzeczy wiąże się z dzieciństwem i doświadczeniem wojny, jak myślę. Tyle strasznych zniszczeń widziałam! W domu, kiedy ojciec tłukł talerze w pijanym widzie. Skorupy zostawały, cała masa tego, do niczego nieprzydatne, nie do uratowania. Byłam bardzo mała, ale jakoś przetrwało we mnie odczucie przerażenia, żalu, wstrząs wobec zniszczeń, tak błyskawicznych i nieodwracalnych. No a potem hekatomba wojny. [s. 46]
- o sztuce kupowania książek w trudnych czasach
Na 10 rano w poniedziałek trzeba było się tam stawić, wtedy otwierali, wtedy były nowości i można było złapać jakąś cenną sztukę. Wiele osób już tam czekało, między innymi Stefan Treugutt. Był moim rywalem. Rzucał się mniej więcej na to samo co ja, jak mogło być inaczej. Dochodziło do negocjacji, wymian, czasami ktoś ustępował. To były ekscytujące chwile, krew uderzała do głowy, serce waliło. Ale sztuką była przy tym powściągliwość, pokazywanie, że umiemy się zachować jak uczeni, nie jak w mięsnym. [s. 56]
- o zwierzętach
Ja zajmowałam wobec zwierząt stanowisko zdystansowane. […] Nawet niespecjalnie lubiłam głaskanie, trochę się obawiałam, że zwierzęta mogą roznosić jakieś zarazy. Przede wszystkim widziałam w nich istoty gotowe bardzo mi przeszkadzać w pracy. I proszę sobie wyobrazić, że to się teraz zmieniło. Nie wzięłam psa ani kota, to byłoby skrajnie nieodpowiedzialne, ale zaczęłam się bardzo nimi interesować. Nie wyobrażam sobie dnia bez obejrzenia filmu na Animal Planet. Nawet kiedy oglądam coś interesującego na innym kanale, przełączam, aby zobaczyć Policję dla zwierząt, Zaklinacza psów albo Zaklinacza kotów, no i te wszystkie lamparty, tygrysy i słonie. [s. 79]

_________________________________________
Janion. Transe – traumy – transgresje. Tom 2. Prof. Misia. Z Marią Janion rozmawia Kazimiera Szczuka, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2014

wtorek, 16 grudnia 2014

Niedobre dziecię

W oczekiwaniu na drugą część rozmów z profesor Janion powtórzyłam sobie „Niedobre dziecię”. Książka wciąga równie mocno jak za pierwszym czytaniem, czy mowa o smutnym dzieciństwie na "zsyłce" u wujostwa, o wojnie spędzonej w Wilnie, czy o studiach w Łodzi i pracy na uniwersytecie. Rozdziały o zaangażowaniu w marksizm i później w rewizjonizm, nie są może porywające, ale pozwalają zrozumieć kształtowanie się światopoglądu Janion. W tej rozmowie zresztą bardzo dużo się wyjaśnia, m.in. skąd wzięła się fascynacja romantyzmem i tematami żydowskimi.

Prowadząca wywiad Kazimiera Szczuka dokonała rzeczy trudnej, bo zdołała wydobyć ze swojej mentorki informacje, z którymi ta na pewno się nie obnosi. Czyli dotyczące ojca alkoholika, młodzieńczych prób poetyckich, bliskich zażyłości z koleżankami lub spraw tak przyziemnych jak słabość do grasicy cielęcej w sosie figowym serwowanej w jednej z warszawskich restauracji. Tytan pracy, jakim bez wątpienia jest profesor Janion, pokazany został wreszcie od bardziej prywatnej strony, co dobrze przybliża czytelnikom postać znanej badaczki literatury. Już się cieszę na drugi tom.


Kilka urywków rozmowy:

- o pierwszych lekturach:
Bardzo dużo czytałam, także „Mały Dziennik" ojca Kolbego, który ciocia prenumerowała. To była moja lektura codzienna. Co rano listonosz przynosił prasę i ja jako pierwsza zabierałam się do czytania. Z wielkim zapałem. Tam były straszne rzeczy popisane na Żydów. Na przekór wszystkiemu zrodziła się we mnie miłość do nich. […] Rozumiałam, że Żydzi mieli być tacy okropni jak ja. Źle się uczyłam, byłam bardzo nieposłuszna. Niedobre dziecko po prostu. [s. 12]
- o micie wojny:
Jak wynika z badań, dosłownie tych najnowszych, publikowanych w rocznicowych okolicznościach w Gazecie Wyborczej", wojna nauczyła nas niewiele. Większość Polaków uważa, że - po pierwsze - byliśmy bardzo bohaterscy, a po drugie - że bardzo cierpieliśmy, bardziej niż wszyscy, bardziej nawet niż Żydzi. Romantyczny mit wojenny, heroiczny i martyrologiczny, trwa dalej w najlepsze, bez żadnego opamiętania. Zresztą to Muzeum Powstania Warszawskiego i jego imprezy walnie się przyczyniają do podtrzymywania mitotwórczej potęgi wojny. Ale to jest też kwestia dominanty kulturowej. Naszą jest mit bohaterski, podstawowy mit polski. Trudno się z niego wyzwolić. Żadne książki tu nie pomagają, żadna wiedza historyczna. [s. 41]
- o dawnych metodach pracy:
Studia polonistyczne były wtedy bardzo wymagające, a potem już naprawdę... no, przytłaczająca była w moim wypadku praca zapoznania się z tą literaturą w kraju, czasopismami. Wtedy zdobyłam podstawy swojej erudycji. Znajomość czasopism, mniej więcej tego, co tam drukowano. Robienie notatek. Wtedy przecież nie było żadnego ksero, zapisywało się kartki, zeszyty. Kupy tych notatek. Pisało się ołówkiem. Porządkowanie notatek, system ułożenia tego wszystkiego. Cała manufaktura. Sprawy kompletnie już nieznane dzisiejszym ludziom. [s. 109]
- o kwestii kobiecej w środowisku akademickim:
Wtedy nie miało to znaczenia. To znaczy na pewno jakoś kątem oka dostrzegałyśmy te sprawy, ale nie były ani tematem badań, pracy naukowej, ani specjalnie tematem rozmów. Miałyśmy za to z panią Maryną taki żarcik, pewnie maskujący albo odreagowujący ten brak świadomości genderowej. Kiedy czasami pozwalałyśmy sobie coś wypić z jakiejś buteleczki ukrytej na półce, wódkę, koniak może, czy jakąś nalewkę, mówiłyśmy: „Napijmy się jak prawdziwi mężczyźni". I bardzo nas to śmieszyło... No i częścią tego etosu było wzdychanie, od czasu do czasu, „Ach, mieć żonę!". Naukowcy, profesorowie, ale i nawet doktoranci, mieli na ogól żony, które naprawdę znakomicie się o nich troszczyły. Od kanapki w teczce po wyprasowane koszule, przyszyte guziki, przepisane na maszynie teksty, obiad o określonej porze. Może nie zawsze i nie wszystkie, ale raczej tak, takie były żony. Nam to nie przysługiwało. [s. 131]
Na koniec fragment dzienniczka lektur 16-letniej Misi:


________________________________________________________
Janion. Transe – traumy – transgresje. Tom 1. Niedobre dziecię. Z Marią Janion rozmawia Kazimiera Szczuka, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2012



sobota, 12 lipca 2014

Odpowiednie nastawienie

Zawsze miałam w głowie, że to, co człowiek robi, powinien polubić. Zwłaszcza gdy sytuacja jest nie do zmiany. Mam sytuację przymusową i nie ma innego wyjścia. Wyrzucałam z głowy rzeczy nieprzyjemne, nie rozmyślałam, mówiłam: „To jutro…”. Zapewniam pana – ta metoda daje efekty. Moje życie potwierdziło, że to jedyny sposób, żeby uchronić się przed nieszczęściem. […] W każdej sytuacji znaleźć swoje miejsce, odkryć, że to, co nas spotyka, nie jest złe. Przeżyć można tylko dzięki odpowiedniemu nastawieniu. Trzeba mocno popracować nad sobą. [s.10]

Wywiad z Alicją Gawlikowską-Świerczyńską to lekcja historii i mini-poradnik życia w jednym, a powiedzieć, że rozmówczyni Dariusza Zaborka jest osobą niezwykłą, to nic nie powiedzieć. Gdyby większość z nas przejawiała tyle energii, hartu ducha i optymizmu co ta emerytowana dziewięćdziesięciotrzyletnia lekarka, bylibyśmy wspaniałym społeczeństwem.


Popijając whisky albo koniak, pani Alicja ze swadą opowiada o dramatycznym dzieciństwie, działalności w konspiracji, kilkuletnim pobycie w obozie Ravensbrück, zdobywaniu zawodu po wojnie oraz życiu osobistym. Do bolesnych tematów podchodzi zawsze racjonalnie, często dowcipkuje, rzeczy nazywa po imieniu. Jest osobą bardzo nowoczesną, co daje się zauważyć na przykład w rozmowie o małżeństwie i wychowywaniu dzieci; jest też otwarta, na mój gust chwilami nawet za bardzo. Najbardziej zaskakują opowieści o Ravensbrück, a dokładniej ich ton nie tylko pozbawiony nuty martyrologicznej, ale niemal pogodny. Bohaterka wywiadu skupia się bowiem za każdym razem na pozytywnych aspektach sprawy, sztukę dopatrywania się plusów w najtrudniejszych sytuacjach opanowała do perfekcji.

Najlepiej przekonać się o tym osobiście, sięgając po książkę. „Czesałam ciepłe króliki” to lektura wciągająca i pouczająca, na zachętę przytaczam garść cytatów:

o tym, czym był dla Alicji Gawlikowskiej-Świerczyńskiej obóz koncentracyjny:
Miejscem odosobnienia. Z różnymi szykanami. Że trzeba było codziennie rano wstać o czwartej, że było zimno, bo nie było opalane i człowiek marzł. Ale mówić: „Byłam w piekle"? Ja wolę mówić inaczej. Można opowiedzieć, że było trudno, że człowiek ciężko pracował. Obóz nie był przyjemnością, jednak z tą nieprzyjemnością trzeba było walczyć. Było ciężko, lecz unikam tragizujących opisów. Wiem, że niektóre kobiety bardzo cierpiały. A ja mówiłam: „A skąd. Nie. Nie. Nie. Na złość Niemcom ja muszę przeżyć". Zawsze miałam chęć zaprzeczenia temu wszystkiemu. [s. 86]
o obojętnieniu na drastyczne sceny i widoki:
Człowiek obojętnieje. Na wszystko można zobojętnieć, do wszystkiego można się przyzwyczaić. I nie można inaczej. Bo gdybym siedziała i tak sobie uzmysławiała, że w krematorium palą się ludzie, to powoli by mnie to zabiło. A ja tylko myślałam, żeby mieć co zjeść, żeby się w coś ubrać żeby nie zmarznąć, nie zamarznąć, nie zarazić się i móc się przespać. Przecież nie rozmyślałam wiecznie, jak mną tu pomiatają. Trzeba było pomyśleć, jak się wykręcić, jak się schować, jak coś wykombinować. [s. 95]
o leczeniu i chorowaniu:
Niestety niektórzy lekarze traktują pracę tak, jakby byli ekspedientami w sklepie, i to kiepskimi, bo tylko czekają, żeby pacjent się odczepił. Tak nie można, bo choroba przede wszystkim jest w głowie. Skłonność do pewnych dolegliwości jest w głowie. Nastawienie do leczenia też jest w głowie. Wszystko od tego się zaczyna i jak to się dalej potoczy, zależy od podejścia lekarza. Nie zawsze jest łatwo, ale można i ja się o tym w życiu przekonałam. [s. 146]
o dbałości o wygląd:
Niech mi mówi, co kto chce: duch duchem, ale wygląd jest ważny. Sprawia, że człowiek jest dla otoczenia milszy, wzbudza większe zaufanie. Te zewnętrzne sprawy działają optycznie. Ludzie ładnie wyeksponowani zewnętrznie łatwiejsi są do kontaktu. Zaniedbany nie daje łatwości zbliżenia. Człowiek, który nie dba o wygląd, ma w charakterze coś niekorzystnego, coś tu jest nie tak. Nie przepadam za obdartusami. [s. 189]

Wywiad z bohaterką wywiadu przeczytać można TU.

_____________________________________________________________________________
Dariusz Zaborek, Czesałam ciepłe króliki. Rozmowa z Alicją Gawlikowską-Świerczyńską
Wyd. Czarne, Wołowiec 2014

piątek, 6 czerwca 2014

Związki przyjacielskie

Bez bicia się przyznaję, że o Ludwice Wujec do niedawna absolutnie nic nie wiedziałam. Kojarzyłam nazwisko jej męża i to wszystko. O lekturze „Związków przyjacielskich” zdecydowały dobre wrażenia z wywiadu z Andą Rottenberg wydanego w tej samej serii oraz okładkowa zapowiedź, w której wspominano o dzieciństwie Ludwiki Wujec (1941) wśród komunistów na sowieckim Uralu oraz dorastaniu w powojennej Łodzi i w Warszawie. Komunizm to obecnie coś tak niepopularnego, że tym bardziej chce się o nim czytać.


Wspomniani komuniści to przede wszystkim rodzice Wujec, których poglądy polityczne wyniknęły z biedy i niezgody na nierówność społeczną, z jaką stykali się przed wojną. Po 1945 r. sytuacja uległa zmianie i choć matka głównej bohaterki (ojciec zginął w walkach) aktywistką nigdy nie była, wyczulenie na niesprawiedliwość jej pozostało i najwyraźniej udzieliło się także córce. Daje się zauważyć właściwie na każdym etapie życia pani Ludwiki: najpierw podczas studiów, a później już nieprzerwanie od czasu strajków w Ursusie w 1976 r., kiedy zaangażowała się w pomoc rodzinom represjonowanych robotników i prace KOR-u.

W ocenie Wujec był to fantastyczny okres, właśnie ze względu na działalność dla dobra ogółu i przyjaźnie:
[...] człowiek miał świadomość, że bardzo konkretnie w sposób namacalny, pomaga komuś, kto jest absolutnie nieszczęśliwy, porzucony i nikt inny mu nie pomoże. Że za ta pomocą idzie myślenie i zaczynamy widzieć, co dalej robić. A jednocześnie to wszystko razem spojone było przyjaźniami i bardzo fajnym życiem towarzyskim, dzięki tym więziom włączali się coraz to nowi ludzie. [s. 104]
Przyjaźnie przydawały się naturalnie i w kolejnych latach: podczas redagowania „Robotnika”, w stanie wojennym, podczas obrad Okrągłego Stołu, pierwszych wolnych wyborów i trudnego okresu transformacji. Wiele z nich przetrwało, niektóre niestety nie, drogi kilkorga przyjaciół rozeszły się nawet dość mocno. W ogóle interesujące jest zobaczyć, jak potoczyły się losy dawnych działaczy: liczne grono pozostało w polityce, ktoś został naukowcem, ktoś księgarzem, część osób wyemigrowała. Z największym szacunkiem Wujec mówi o Tadeuszu Mazowieckim i Jacku Kuroniu, swoistych nauczycielach i wzorcach.

Ten wywiad czyta się z niekłamanym zainteresowaniem w dużej mierze dlatego, że stanowi pierwszorzędne uzupełnienie znanych faktów. Jest w nim mowa o kulisach ważnych wydarzeń oraz o codziennej, żmudnej pracy opozycjonistów (z czasem legalnych polityków), a więc o tworzeniu siatki rozmaitych kontaktów, o wypracowywaniu metod konspiracji, o redagowaniu gazety w warunkach domowych, czy o spotkaniach z SB. Działania bywały czasami nieudolne, na szczęście można opowiadać o nich dzisiaj anegdotycznie. I tu trzeba zaznaczyć, że zabawnych momentów w opowieściach Wujec jest dużo, działaczka daleka jest od podniosłego tonu i kombatanctwa. Weźmy przykład z okresu internowania:
Pomagało nam całkiem sporo osób. Pamiętam taką scenę – wzywa mnie oddziałowa i pyta: – Gdzie to upoważnienie? Ja nie wiem, o co chodzi. – No, na prawo do odbioru kartek żywnościowych dla dziecka. I proszę się pospieszyć i szybko wypełnić, bo pani Kalina czeka! A to Kalina Jędrusik, jeździła do Olszynki i przekazywała paczki i takie polecenia. Jak wchodziła, to miała takie wejście wielkiej damy, one wszystkie padały plackiem po prostu – no coś takiego, sama Kalina Jędrusik przyszła! Więc jak Kalina kazała, to się trzeba spieszyć! [s. 203]
Otóż to: pomagało całkiem sporo osób, nawet bardzo dużo i nie tylko w stanie wojennym. Pomagali znani i anonimowi, sympatycy „Solidarności” i ci, którzy woleli do niczego się nie mieszać, a zdarzało się, że pomoc przychodziła także od osób należących do PZPR (swoją drogą Wujec do 1978 r. także należała do partii). Piękna karta w historii Polaków, aż łza się w oku kręci, zwłaszcza na myśl o obecnym podziale w naszym społeczeństwie i jego głębokiej niechęci do wszystkiego.

Książkę kończyłam czytać w 25. rocznicę pierwszych wolnych wyborów w Polsce i przyznam, że czytając wspomnieniowe artykuły oraz podsumowania, z jednej strony odczuwałam pewną satysfakcję, że wiele pamiętam z tamtego niesamowitego okresu, a z drugiej strony żal, że wiele energii i ludzkiego wysiłku po prostu zmarnowano. Ale ważne, że ludzie tacy jak Ludwika Wujec i rzesze jej podobnych w ogóle były.


__________________________________________________________
Ludwika Wujec, Michał Sutowski Wujec. Związki przyjacielskie
Wyd. Krytyki Politycznej, Warszawa, 2014




środa, 30 kwietnia 2014

Już trudno

Sztuki współczesnej często nie rozumiem, ale na wystawy lubię chodzić. Zdarza mi się obejrzeć coś z czystej przekory i z chęci sprawdzenia, czym artyści mnie zaskoczą: kosami wystającymi z pomalowanych na czarno szaf, pojedynczą kropką na dużym, białym płótnie, a może genitaliami na krzyżu. Moje nastawienie i odbiór bez wątpienia nieco się zmienią po lekturze książki-wywiadu z Andą Rottenberg, która bardzo ciekawie mówi właśnie o trudnościach ze zrozumieniem dzieł, a w szczególności o ostrych reakcjach na niektóre z nich:

Drastyczne obrazy powodują, że człowiek ma ochotę zamknąć oczy. Ale najpierw powinien sobie zadać pytanie, dlaczego to powstało. I to pytanie powinno być początkiem refleksji. Tymczasem w ludziach jest coś takiego, że idą za tą pierwszą reakcją, nie dochodzą w ogóle do następnego etapu. Czują się oburzeni, bo to ich dotyka. I zamiast zanalizować, co ich dotknęło, chcą zabronić. To jest ten sam mechanizm walki ze sztuką, który znamy od wystąpienia impresjonistów. Tak jest zbudowany świat dookoła: okopywanie się przy uznanych wartościach i atakowanie innego. [s. 142-143]


Do wystaw wywołujących oburzenie wśród publiczności różnego autoramentu Anda Rottenberg miała wyjątkowe „szczęście”. Jako szefowa stołecznej Zachęty zbierała cięgi za prace Katarzyny Kozyry m.in. od obrońców praw zwierząt, rzeźba papieża przygniecionego meteorytem zbulwersowała kilku posłów, na zdjęcia aktorów w nazistowskich mundurach z szablą ruszył Daniel Olbrychski. Sprawy przetoczyły się głośnym echem w mediach, nazwisko Rottenberg zaczęła kojarzyć cała Polska, natomiast ona sama w atmosferze skandalu odeszła z galerii.

W wywiadzie Doroty Jareckiej mowa jest o całym życiu Rottenberg, począwszy od dzieciństwa w Legnicy, przez studia na wydziale historii sztuki w Warszawie, pracę w galeriach i ministerstwie, aż po czasy obecne. Nie ma takiego etapu, który byłby nudny, bo głównej bohaterce przyszło żyć w nadzwyczaj ciekawych czasach. Interesujące są opowieści o robieniu wystaw w PRL-u, kiedy tematy i lista dzieł była narzucana odgórnie, o zmianach zachodzących w środowisku artystycznym po 1989 r. oraz te o poszczególnych twórcach. Od czasu do czasu Rottenberg pozwala zajrzeć w swoje prywatne życie, które do łatwych nie należało.

Książka jest arcyciekawa, nawet jeśli ma się za sobą lekturę wspomnień Rottenberg z tomu Proszę bardzo. Jest ich dobrym uzupełnieniem, jako że wywiad pozwala na zamieszczenie wątków i uwag, które w autobiografii z różnych względów nie mogły się pojawić. Można nie lubić „skandalistki Rottenberg”, można nie zgadzać się z jej poglądami, ale zasług dla polskiej sztuki (w tym wieloletnich starań o utworzenie Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie) nie sposób jej odmówić. Dla mnie od lat jest jedną z najbardziej wpływowych Polek: charyzmatyczna, profesjonalna, zawdzięczająca pozycję ciężkiej pracy. Fascynująca postać.

____________________________________________________

Anda Rottenberg, Dorota Jarecka Rottenberg. Już trudno
Wyd. Krytyki Politycznej, Warszawa, 2014


środa, 11 września 2013

Ciekawsze od fikcji

W młodości tworzyłem najważniejsze pismo naszego pokolenia, czyli „Po prostu”, zaraz potem przez wiele lat w „Polityce” kształtowałem opinię publiczną w stronę pragmatycznego liberalizmu. W latach 80. tworzyłem historię, w kapitalistycznej Polsce dorobiłem się majątku. Pełnia szczęścia. (s. 24)


Człowiek o mało chlubnej przeszłości i niepopularnych sądach, za to o fascynującym życiorysie, dużej inteligencji i konsekwencji – tak w skrócie można scharakteryzować Jerzego Urbana. Gdyby wymyślił go literat i umiejętnie opisał w powieści, książka prawdopodobnie trafiłaby na listę bestsellerów, bowiem już sam wywiad z dawnym rzecznikiem prasowym rządu jest nadzwyczaj wciągającą lekturą. Nawet dla mnie, której główny bohater kojarzy się od dziecka głównie negatywnie.

W opowieści Urbana najciekawsze jest jego dzieciństwo i wczesna młodość: dorastanie w bogatej rodzinie o żydowskich korzeniach, wojenna tułaczka i młodzieńcze zaczadzenie determinizmem historycznym. Zaskakuje fakt, że osoba parająca się redagowaniem tekstów ma w rzeczywistości ogromne braki w wykształceniu z powodu chronicznej niechęci do nauki. Potrzeba dużej błyskotliwości (i grubej skóry), aby przez lata współtworzyć opiniotwórcze tygodniki, przetrwać niełaskę decydentów, być tubą znienawidzonej władzy, a na koniec z powodzeniem odnaleźć się w nowym ustroju. Z jednej strony pachnie to makiawelizmem (zwłaszcza okres współpracy z Jaruzelskim), z drugiej nie sposób odmówić Urbanowi trzeźwej oceny sytuacji i konsekwencji.

Wywiad byłby zapewne mniej ciekawy, gdyby nie dociekliwość Marty Stremeckiej, która chwilami nie kryje niedowierzania i zadaje niewygodne pytania. I o ile jej rozmówca ze swadą tłumaczy kontrowersyjne posunięcia, można odnieść wrażenie, że po prostu kluczy. Tak czy inaczej, historia Urbana jest ciekawsza od niejednej powieści osadzonej w PRL-u. Obok znanych polityków pojawiają się tu znani dziennikarze i artyści, nierzadko w nowym świetle. Naturalnie warto pamiętać, że mamy do czynienia z bardzo subiektywną wersją wydarzeń.

___________________________________________________________________________________

Jerzy Urban. O swoim życiu rozmawia z Martą Stremecką, Wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa, 2013
___________________________________________________________________________________

poniedziałek, 27 maja 2013

Nasze histerie, nasze nadzieje

Ja wiem, że niejednokrotnie drażnię, irytuję, ale trzymam wodze w silnej ręce. To, co robię, robię całkiem świadomie. Oczywiście wywołuje to zdumienie i gniew, dlatego, że jesteśmy przyzwyczajeni do ciepłych klusek, do haniebnego zaniżania wymagań; nasza sztuka to są wypracowanka na stopień dostateczny. Strasznie daleko odstaliśmy od poziomu światowego. Nasza sztuka to salaterki z budyniem. Jeszcze za mało drażnię, za mało odpycham, za mało atakuję. A przecież sztuka nie składa się z samych piękności, z urody, sztuka składa się z bólu, z gniewu, z rozpaczy, z tych wszystkich właśnie nieapetycznych składników. [s. 319]

Pod wypowiedzią Konwickiego z 1972 r. jest wiele prawdy: jego książki i filmy, z nielicznymi wyjątkami, mogą drażnić. Enigmatyczne, często wręcz niejasne, są dość trudne w odbiorze i interpretacji. Niejasność powoduje, że potrafią także niepokoić. Niewątpliwie wymagają skupienia i wysiłku intelektualnego, być może nawet ponownej lektury czy seansu. Te starania są jednak wynagradzane: zawsze coś można odkryć lub odczytać utwór na nowo. Innymi słowy: to źródła niewyczerpanej inspiracji.


Wywiady zamieszczone w „Naszych histeriach, naszych nadziejach” mogą do pewnego stopnia ułatwić odbiór twórczości Konwickiego, a przynajmniej zrozumieć, dlaczego wybierał takie, a nie inne rozwiązania. W ogóle tę książkę dobrze jest studiować partiami i jako uzupełnienie, dajmy na to, do obejrzanego właśnie „Salta” czy przeczytanej „Małej apokalipsy”. Smakowicie czyta się opowieści i anegdoty towarzyszące ich powstawaniu, zwłaszcza że spisywane były niemal na gorąco – najstarsze wywiady w zbiorze pochodzą z lat 60-tych.

Zakres materiałów zgromadzonych przez Kanieckiego pozwala traktować „Nasze histerie…” również jako biografię artystyczną jednego z najważniejszych polskich twórców. Z rozmów wyłania się uznany artysta z czasów PRL-u, później pisarz podziemny, a w dobie transformacji - ponownie pełnoprawny reżyser i literat. Nie zabrakło wspomnień z dzieciństwa i wojny, ankiet lekturowych, wypowiedzi jubileuszowych czy notki o legendarnym kocie Iwanie. To zdecydowanie lektura wielokrotnego użytku, zachęcająca do odświeżenia znajomości z twórczością Konwickiego i ewentualnego wykorzystania podpowiedzianych przez niego tropów. Takich jak ten o Conradzie:

Po prostu bałbym się zagłębić w tego człowieka, tak wspaniale skomplikowanego i tak nasyconego człowieczeństwem, uczciwym kompleksem polskim. „Lord Jim” – nikt mi nie wytłumaczy, że to nie jest o sobie, o kraju. To jest Polak, tylko angielski. Zaszyfrowany niedbale.
Trzeba przeczytać wspomnienia jego żony, żeby to zrozumieć. To jest wspaniałe. Ona, nie chcąc, opisuje cały nasz polski syndrom. Pisze tak: w piątek po południu ktoś zadzwonił do drzwi. Otworzyłam. Stało trzech dziwnych panów, w płaszczach do ziemi, każdy trzymał w ręku teczkę. Nie znali żadnego europejskiego języka, więc pobiegłam na górę po Josepha. Joseph zszedł i okazało się, że to są Polacy. Wprowadził ich do siebie i powiedział, żebym przez trzy dni do niego nie wchodziła. Ale po dwunastu godzinach oni nagle wyszli i już nigdy się nie pokazali. Ona to opisuje jako rzeczy zupełnie niezrozumiałe, a my wiemy: Polacy na delegacji przyszli do rodaka, pokłócili się, mieli być trzy doby, wyszli, poszli do domu.
Conrad jest wspaniały w tych swoich zmaganiach.
[s. 200-201]


_________________________________________________________________________________________

Przemysław Kaniecki „Nasze histerie, nasze nadzieje. Spotkania z Tadeuszem Konwickim” Iskry, Warszawa, 2013
_________________________________________________________________________________________


czwartek, 2 maja 2013

Świętując z Konwickim

Niedawno cytowałam Janusza Rudnickiego, któremu Polska kojarzy się z zupą, tymczasem Tadeusz Konwicki widzi tu raczej świeże ciasto, które się jeszcze nie ustało.
Z możliwych metafor, najbardziej elegancka metafora, bo przedstawiamy sobą teraz jakąś substancję, która maceruje się, fermentuje. Jest pełna starych rzeczy, które w Polsce odzywają jak kamienie na polu. O ile PPS ma wielkie trudności, żeby się odrodzić w takiej postaci, w jakiej ją lubiliśmy i podziwialiśmy, o tyle – nazwijmy wytwornie – wapory endeckie rodzą się z dnia na dzień same, tak jakby były, niestety, w nas zakodowane. Bóg raczy wiedzieć, w co się to wszystko uformuje.[...]
Cytat pochodzi z wywiadu udzielonego w 1991 r. Minęły dwie dekady, a my wciąż fermentujemy.



Dalej w tym samym wywiadzie:
Oczywiście, wiele można powiedzieć o tym, co w naszej historii jest wspaniałe. Przechodzi wówczas taki miły dreszcz, który może by i ktoś łaskawy nazwał patriotyzmem. Ale mnie się wydaje, że dla ogólnego zdrowia trzeba mówić jednak o rzeczach złych.

Przeczytałem w „Gazecie” głos jakiegoś pana, który tak się zirytował, jak ja bym się zirytował: „Dosyć już mam waszego pisania o wspaniałych Ukraińcach, Białorusinach, Żydach i o złych Polakach. Dosyć już tego!”. Otóż to wynika ze zbiorowej sugestii, ponieważ my o sami sobie dobrze piszemy od rana do nocy. Nie można otworzyć telewizji, żeby nie zobaczyć zacnych staruszków maszerujących pod sztandarami, nie można otworzyć gazety, żeby nie przeczytać o martyrologii, o naszym nieszczęściu, o naszym bohaterstwie. Każda sytuacja właściwie jest sakralizowana. I dlatego te rzadkie sceptyczne głosy tak anonimowego pana denerwują. A te głosy są zbawienne.[...]
_________________________________________________________________________________

Przemysław Kaniecki „Nasze histerie, nasze nadzieje. Spotkania z Tadeuszem Konwickim” Iskry, Warszawa, 2013, s. 173-174
_________________________________________________________________________________

wtorek, 23 kwietnia 2013

Polonez na polu minowym

Wszyscy z zupy, cały naród. Życiorysy jak przypalona zupa, pejzaż jak zupa rozlana. Polak bez zupy to jakiś taki małopolski. Polska powinna mieć dymiący talerz zupy w herbie, a nie jakiegoś orła, który z tymi rozcapierzonymi szponami wygląda tak, jakby go ktoś na chwilę do prądu podłączył. (s. 71)

Nie wszyscy rozmówcy Doroty Wodeckiej mają równie brawurowe skojarzenia z polskością, co cytowany powyżej Janusz Rudnicki, niemniej są one bardzo różne. Ile osób, tyle wyobrażeń na temat Polski i patriotyzmu, wszystkie w zasadzie do przyjęcia. Dziennikarka krąży wokół ważnych, żeby nie powiedzieć – fundamentalnych - zagadnień, na szczęście nie tylko.


Literaci opowiadają także o swojej twórczości i życiu, czasami chyba więcej niż by tego chcieli. I tak Bator tłumaczy się z pisania w kimonie, Krall z wyrzucania rękopisów i umieszczania cudzych przedmiotów swoich książkach, Twardoch z nieczytania kolegów po fachu. Stasiuk zachwyca się Licheniem, Rylski analizuje Jarosława Kaczyńskiego, z kolei Piątek dowodzi, że jest świetny w sprzedawaniu ludziom kitu. Jest jeszcze Varga ze swoim trupem w szafie w postaci psiej urny. I wiele, wiele innych interesujących wątków.

Z rozmowami Wodeckiej jest tak, że nawet jeśli czytało się dziesiątki innych wywiadów z wyżej wymienionymi, zawsze można usłyszeć coś nowego. Piszę "usłyszeć", ponieważ lektura "Poloneza..." daje złudzenie przysłuchiwania się prawdziwej, żywej rozmowie. Na tyle ważnej, że z powodzeniem może stanowić świadectwo epoki i na tyle frapującej, że chce się do niej wracać.

_______________________________________________________________

Dorota Wodecka „Polonez na polu minowym”, Wyd. Agora, Warszawa, 2013
_______________________________________________________________