Bohaterki Babetty znają się od czasów szkoły i uważają za przyjaciółki, ale ich znajomość trudno uznać za przyjaźń. To relacja oparta na osobliwej zależności, gdzie jedna strona obdarza swoją obecnością i ograniczoną uwagą wyłącznie z nagłej potrzeby, a druga chętnie służy pomocą i czasem. Katja w zasadzie zawsze pozostaje w gotowości, by – jak mówi – znów wcielić się w swoją rolę, czyli drugoplanową w życiu Lou. Słowo „rola” jest tu jak najbardziej zasadne: obie panie marzyły o zawodzie aktorki, ale tylko Lou się powiodło.
czwartek, 17 lipca 2025
poniedziałek, 3 lutego 2025
Ślimaki i śnieg
Czy istnieje pierwotne ja: coś, do czego człowiek się rodzi? W którym się gruntuje. Ja się nie ugruntowałam. Ta myśl przychodzi do mnie, gdy obserwuję ślimaki na letniej ścieżce na wyspie. Życie należy postrzegać wręcz jako długą próbę stawania się.
Trzeci tom cyklu autobiograficznego Agnety Pleijel opowiada o świadomym stawaniu się – pisarką i osobą. Pełne wątpliwości samopoznanie dokonuje się głównie przez tworzenie oraz relacje rodzinne i miłosne, choć zasadniczo należy uznać, że przez obserwację i myślenie. Przekraczanie granic, terapia, lektury itp. nie przyniosłyby rezultatów, gdyby nie refleksja i analiza.
środa, 2 września 2020
Ta druga
W ubiegłym roku narzekałam na powieść Therese Bohman O zmierzchu, a Tę drugą będę chwalić. Głównie za sprawą interesującej bohaterki, która paradoksalnie jest antybohaterką: bez perspektyw na wielce udane życie, za realizację marzeń zabiera się niemrawo, z premedytacją brnie w beznadziejny romans. Nie lubi siebie i jak mówi: Nic nie przeraża mnie bardziej niż myśl, że to wszystko ma trwać dalej. To nieżycie, z tą nieegzystencją, w której tkwi ta nieosoba, którą jestem [s. 132].
poniedziałek, 9 marca 2020
Sceny z życia rodzinnego
piątek, 26 lipca 2019
Lato z Moniką
piątek, 29 marca 2019
O zmierzchu
niedziela, 4 marca 2018
Zapach mężczyzny
piątek, 8 grudnia 2017
Poziom zero
sobota, 17 grudnia 2016
Dzieciństwo, ziemia niczyja
Agneta Pleijel, Wróżba. Wspomnienia dziewczynki, przeł. Justyna Czechowska
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2016
poniedziałek, 5 listopada 2012
Zjadając własny ogon
Mimo wtórności wobec "Gentlemanów" i "Gangsterów", najnowsza powieść Östergrena "Ostatni papieros" zawiera bardzo interesujący wątek pewnej "instalacji". Oto bowiem młody artysta nie mogąc wejść w posiadanie "Umierającego dandysa" Nilsa Dardela, postanawia go odtworzyć - na swój sposób. Oryginalny i kontrowersyjny. Jeśli Östergrenowi chodziło o pokazanie kondycji sztuki, zamysł zrealizował z powodzeniem. Owszem, nie jest pierwszym, który uważa, że wszystko już było, zatem z braku pomysłów artystom pozostaje kreatywna odtwórczość. Jest może jednak pierwszym, który z taką inwencją przedstawił problem na kilku poziomach, a co więcej - na własnym przykładzie (patrz pierwszy akapit notki). Paradoksalnie także i pomysł Östergrena został wykorzystany przez innych: obraz Dardela pojawił się w "Pocztówkowych zabójcach" Lizy Marklund i Jamesa Pattersona dając początek oskarżeniom o plagiat. Sztuka ewidentnie zjada własny ogon.
_____________________________________________________________________
Klas Östergren "Ostatni papieros" przeł. Maria Murawska, DodoEditor, Kraków 2012
_____________________________________________________________________
czwartek, 23 sierpnia 2012
Prztyczek w nos
Zdradzać szczegółów owej mistyfikacji nie należy, niechaj inni czytelnicy samodzielnie zgłębiają kulisy sprawy. Można natomiast napisać, że nastrój w "Gangsterach" jest minorowy, główni bohaterowie wplątani są w paskudne afery, których rozmiary trudno nawet ogarnąć. Uciec od nich trudno, a i odmówić drobnych przysług tajemniczym zleceniodawcom nie sposób, bo niepozorny wysłannik ma niesamowity dar przekonywania. Bez użycia siły, łagodną perswazją i dzięki kilku fotografiom potrafi wyegzekwować pożądane działanie. Siatki przestępcze nie są niespodzianką, u Östergrena zaskakuje ich zasięg. Podejrzane machinacje zdążyły najwyraźniej opanować całą gospodarkę - od sklepów z używaną odzieżą po wielki biznes zbliżony do kręgów rządowych. Źle się dzieje w państwie szwedzkim, bardzo źle.
O ile "Gentlemanów" można było czytać jako miejscami pogodną powieść przygodową, to "Gangsterzy" są pesymistyczną powieścią sensacyjną. Autor definitywnie pozbawia czytelnika iluzji względem swoich bohaterów, burząc przy okazji mit praworządnej Szwecji. Taki obrót sprawy może wywoływać u czytelnika dezorientację, ale poczytuję to Östergrenowi na plus. Minusem książki jest natomiast rozwlekłość, przydałyby się spore skróty. Tak sobie teraz myślę: może lepiej tkwić w świecie złudzeń?;)
__________________________________________________________________
Klas Östergren "Gangsterzy" przeł. Maria Murawska, DodoEditor, Kraków 2011
__________________________________________________________________
niedziela, 12 sierpnia 2012
Gentlemani ze Sztokholmu
"Gentlemani" to przede wszystkim wciągająca powieść łotrzykowska osadzona na przełomie 1978 i 1979 r., która dzięki retrospekcjom z życia braci Morgan pozwala śledzić wydarzenia w Szwecji i Europie na przestrzeni czterech dekad. Ducha czasów za każdym razem daje się dobrze poczuć: lata powojenne upływają pod znakiem żelaznej kurtyny i jazzu, w paryskiej kawiarni Dali urządza happening, Sartre miga wśród demonstrujących studentów, a dziesięć lat później kibice boksu ekscytują się walką Spinksa z Alim. Potoczysty styl i finezyjny humor stanowią przeciwwagę dla poważniejszych zagadnień poruszanych przez Östergrena, a wcześniej przez Strindberga w rzeczonym „Czerwonym pokoju”: hipokryzji szwedzkiego rządu, korupcji i podejrzanych interesów wielkich firm. Nieprzypadkowo w prologu pojawiają się figurki Prawdy i Kłamstwa – to jeden z kluczy do tej wielowątkowej powieści. Powieści o straconych złudzeniach i bolesnym dojrzewaniu trzech artystów podszytych dzieckiem, z lekka melancholijnej i gorzkiej.
„Gentlemani” są znakomici w swoim gatunku, bez wątpienia zadowolą dużą grupę czytelników: tych lubiących dobre książki przygodowe, tych spragnionych literackich gier i tych poszukujących ukrytych znaczeń. Polskie wydanie jest interesujące także ze względu na oprawę i szatę graficzną – grzbiet jest nieoprawiony, dzięki czemu można zobaczyć i podotykać chropowate „spoiwa” książki, natomiast pierwszy rozdział rozpoczyna się już na okładce. Jedyne minusy to literówki i zbyt współcześnie brzmiący język przekładu (a ponoć oryginał obfituje w archaizmy). Podsumowując: z Östergrenem warto się zapoznać.
___________________________________________________________________
Klas Östergren "Gentlemani" przeł. Anna Topczewska, DodoEditor, Kraków 2010
___________________________________________________________________
środa, 8 sierpnia 2012
Śniadanie à la Klas Östergren
Śniadania Henry'ego były, mówiąc oględnie, godne uwagi. Apostołowie zdrowego żywienia, obsesjonaci liczenia kalorii i wyznawcy diety Waerlanda mogliby godzinami rachować, oniemiali, by ze składników tych posiłków wyciągnąć zawartą w długich formułach istotę nowej recepty na samobójstwo. Zwykle wyobrażamy sobie, że stary kawaler w wieku Henry'ego połyka na stojąco kubek neski zalanej letnią wodą z kranu, do tego papieros w biegu. To jednak bynajmniej nie była melodia Henry'ego-gourmanda. Nabrał tego zwyczaju w młodości, podczas długiego pobytu na kontynencie. Nie wiem, czy jego śniadanie by anonsowano jako "kontynentalne" - jeśli tak, to czy jako duńskie, angielskie, niemieckie, czy francuskie? - ale na pewno pod każdym względem monumentalne.
Henry zarzucił na siebie wytłuszczony fartuch, a jego ręce profesjonalisty w oszałamiającym tempie śmigały po kuchni w rytm radiowej muzyki niczym pałeczki werbla, gdy wyjmował wszystko, co tylko mogła skrywać jego zawsze niezmiennie uboga spiżarnia: najpierw dwie szklanki zawiesistego, odżywczego soku z gujawy dla zaspokojenia najpilniejszych żądz, potem dwie kroki domowego francuskiego razowca przypieczone tak, że słone masło ściekało obficie, ementaler miękł i topniała marmolada agrestowa firmy Wilkin & Sons; potem szklanka soku marchewkowego, pół opakowania bekonu i jajko sadzone z niemieckim ketchupem cynamonowym, popite słuszną ilością soku pomarańczowego; do tego dorzucał talerz zsiadłego mleka ze śmietanką i müsli, by wszystko ukoronować filiżanką rozpuszczalnej kawy zbożowej wsypywanej do gorącego tłustego mleka.*)Ufff.;)
[*] Klas Östergren "Gentlemani" przeł. Anna Topczewska, DodoEditor, Kraków 2010, s. 51-52
środa, 25 sierpnia 2010
Sceny z życia małżeńskiego - Ingmar Bergman
Najpierw był 6-odcinkowy serial telewizyjny, później wersja kinowa, a na koniec niniejszy literacki zapis filmu. Książka jest zapewne dużym skrótem pierwowzoru (ma zaledwie 160 stron), ale znać w niej rękę mistrza, a raczej oko bystrego obserwatora. W sześciu odsłonach Bergmanowi znakomicie udało się oddać meandry dojrzałego związku damsko-męskiego.

Marianne i Johana poznajemy przy okazji wywiadu dla pisma kobiecego, są wówczas małżeństwem z 10-letnim stażem. Pozornie szczęśliwa para osiągnęła swoją małą stabilizację, spełniają się w życiu rodzinnym i zawodowym. Jak nietrudno się domyślić, te solidne fasady z czasem zaczną ulegać destrukcji. W kolejnych scenach sytuacja głównych bohaterów będzie stale ulegać zmianie, zmienią się także oni sami. Dawni triumfatorzy staną się przegranymi, słabi nabiorą siły i pewności siebie, co z kolei również nie potrwa wiecznie. I to właśnie jest największym atutem tego tekstu - rewelacyjnie podpatrzone niuanse pożycia małżeńskiego, gierki stosowane przez partnerów, czasem wojny psychologiczne.
Książka składa się wyłącznie z dialogów i drobnych uwag scenicznych, a mimo to jest bardzo sugestywna. Co więcej, upływ 37 lat w ogóle jej nie zaszkodził. Dla mnie jest przede wszystkim bardzo prawdziwa, chciałoby się powiedzieć: samo życie.
Ingmar Bergman, "Sceny z życia małżeńskiego", tłum. Maria Olszańska, Karol Sawicki, Wydawnictwo Poznańskie, 1984
piątek, 20 sierpnia 2010
Lód i woda, woda i lód - Majgull Axelsson
Tym razem bez zachwytu. Powiem więcej - niemal z ulgą zakończyłam lekturę. Po pierwsze, książka jest w moim odczuciu przegadana, śmiało można byłoby ją skrócić o ok. 100 stron. Po drugie, nic nowego nie odkrywa, autorka "drepcze" wciąż po tym samym terenie czyli pisze o rodzinnych problemach i kobiecym odkrywaniu siebie. Inna rzecz, że czyta się ją bardzo dobrze.

Punkt wyjściowy powieści stanowi wyprawa lodołamaczem Odyn na Ocean Arktyczny. Bierze w niej udział ponad 60-osobowa grupa naukowców, a także główna bohaterka Suzanne, autorka poczytnych kryminałów. O ile wątek tajemniczego nękania tejże zupełnie mnie nie przekonał, o tyle opisy pracy na lodołamaczu i mijanych krajobrazów po prostu mnie zafascynowały. Do tego stopnia, że z chęcią sama wyruszyłabym na podobną ekspedycję.
Główna akcja zgrabnie przeplata się z retrospekcją, będącą historią trzech pokoleń kobiet. Niezwykle interesujący jest wątek sióstr bliźniaczek i ich skomplikowanych relacji, niemniej najciekawszy wydał mi się temat miłości matczynej. Od razu zaznaczę - miłości trudnej i niesprawiedliwej, która potrafi naznaczyć dziecko na całe życie.
Jeśli przyjrzeć się dokładnie bohaterom książki, zauważymy, że większość z nich jest na swój sposób okaleczona, najczęściej wskutek toksycznych związków z rodzicami bądź partnerem. Trochę za dużo tych życiowych rozbitków jak na jedną powieść. Można by uwierzyć, że w Szwecji znalezienie zdrowego na duchu obywatela należy do rzadkości.
Zagorzałym fanom prozy Axelsson książka raczej się spodoba, znajdą w niej w zasadzie wszystko, za co cenią jej poprzednie utwory. Nieoczekiwanie dla mnie samej ta powtarzalność stała się już nieco nużąca. Liczę, że "Kwietniowa czarownica" - bo tylko ona z dorobku szwedzkiej pisarki jest mi wciąż nieznana - okaże się inna.
Majgull Axelsson, "Lód i woda, woda i lód", tłum. Katarzyna Tubylewicz, Wydawnictwo W.A.B., 2010
poniedziałek, 16 sierpnia 2010
Muzyka pop z Vittuli - Mikael Niemi
Szpitale psychiatryczne są przepełnione ludźmi, którzy czytają zbyt dużo. Kiedyś byli - tak jak my - silni fizycznie, otwarci, zadowoleni i zrównoważeni. Potem zaczęli czytać. Najczęściej przez przypadek. Jakieś przeziębienie, wymagające kilku dni leżenia w łóżku. Ładna okładka wzbudzająca ciekawość. I nagle rodzi się zły nawyk. Pierwsza książka prowadzi do następnej. I następnej, i jeszcze jednej, ogniwa w łańcuchu, który wiedzie prosto w dół, w wieczny mrok choroby psychicznej. Po prostu nie można przestać.
Z największą ostrożnością można posługiwać się książkami, które czegoś uczą, jak leksykonem, podręcznikiem albo instrukcją naprawy. Niebezpieczna jest literatura piękna - to tam rozmyślania mają swój początek i pożywkę do rozwoju. Do cholery! Tak niebezpieczne i uzależniające produkty powinny być sprzedawane wyłącznie w kontrolowanych przez państwo sklepach, za okazaniem dowodu tożsamości, reglamentowane i tylko dorosłym. [s. 190-191]

Podobną pogadankę o zagrożeniach wieku dojrzewania można usłyszeć od ojca w Pajali, czterotysięcznej wiosce na dalekiej północy Szwecji, tuż przy granicy z Finlandią. A przynajmniej takie rewelacje usłyszał narrator "Muzyki pop z Vittuli" - książki wspomnianej przez Tilmanna Bünza w "Krainie zimnolubów" jako niebywale popularnej wśród Szwedów. Po jej przeczytaniu jest to dla mnie całkowicie zrozumiałe.
Powieść jest zapisem wspomnień z okresu dorastania przypadającego na lata 60-te i 70-te ubiegłego stulecia. Żyć na głębokiej, a raczej odległej, szwedzkiej prowincji nie jest łatwo. Mattias widzi to następująco:
Z czasem zrozumieliśmy, że nasze rodzinne strony właściwie nie należą do Szwecji. dołączyliśmy jakby przez przypadek. Północny skrawek ziemi na doczepkę, trochę posępnych mokradeł, gdzie można natknąć się na ludzi, którzy tylko po części są szwedami. Byliśmy inni, odrobinę gorsi, odrobinę niewykształceni, odrobinę ubodzy duchem. [...] Materialnie radziliśmy sobie. Lecz w sensie tożsamości. Byliśmy nijacy. Nasi rodzice byli nijacy. [s. 51]
Do tego dochodzą inne utrudnienia:
Mieliśmy najgorsze w całym królestwie wyniki w ogólnokrajowych testach. Nie umieliśmy się zachować przy stole. W domu nosiliśmy czapki. Nigdy nie zbieraliśmy grzybów, unikaliśmy warzyw i nigdy nie mieliśmy rakowych uczt w sierpniu. Nie potrafiliśmy zabawiać rozmową, deklamować, pakować prezentów ani wygłaszać mów. Chodziliśmy, stawiając stopy palcami na zewnątrz. Kłóciliśmy się z fińskim akcentem, nie będąc Finami, kłóciliśmy się ze szwedzkim akcentem, nie będąc Szwedami. [s. 52]
Mimo to dzieciństwo Mattiasa można śmiało uznać za udane. Były w nim "chłopackie" przyjaźnie, zabawy i bitwy, były psoty i burze hormonalne, a przede wszystkim była muzyka. Zaczęło się od ukradkowego przesłuchiwania płyt na adapterze starszej siostry, z czasem fascynacja popem przerodziła się w garażowe granie na pseudo-gitarach skleconych z płyty pilśniowej, aby wreszcie zacząć grać na prawdziwych instrumentach w szkole i w okolicznych domach kultury. Pal licho wartość granej muzyki, zainteresowanie damskiej części publiczności było nie do przecenienia.
Siła tej książki polega moim zdaniem na wyważonym połączeniu realizmu (aczkolwiek z małą szczyptą fantazji) i poczucia humoru, dzięki czemu ta słodko-gorzka historia oferuje nie tylko uśmiech, ale i refleksję. Jest w niej przede wszystkim głębokie zrozumienie i szacunek wobec opisywanej społeczności czyli prostych chłopów, których codzienność wypełniona jest głównie pracą. Autor potrafił odnaleźć uroki w surowym życiu na odludziu i przedstawić je na tyle barwnie, że powieść czyta się z ogromną przyjemnością. Natomiast sceny takie jak dzielenie spadku po babci, mocowanie się na pięści czy zawody w piciu samogonu powinny być wystarczającym bodźcem do zrealizowania ekranizacji powieści Niemi. Ja z chęcią odwiedziłabym Pajalę, choćby w kinie.
Mikael Niemi, "Muzyka pop z Vittuli", Wydawnictwo Jacek Santorski & Co / Wydawnictwo Czarne, 2003
piątek, 4 czerwca 2010
Biblioteka kapitana Nemo - Per Olov Enquist
Dziwna i trudna w odbiorze książka, która jednocześnie nęci. Już na początku autor wrzuca czytelnika na głęboką wodę, nie wyjaśnia zastanej sytuacji, z odprysków każe wyciągać wnioski i mozolnie odtwarzać historię. Opowieść narratora jest dość chaotyczna, poszatkowana, pewne motywy powracają, inne zaś pozostają do końca niejasne. Atmosfera jest mroczna i opresyjna, a wyczekiwane rozwiązanie pozostawia wiele znaków zapytania. Parafrazując Pirandella chciałoby się powiedzieć: Nic nie jest tak, jak się państwu zdaje. Historia dotyczy dwóch chłopców urodzonych tego samego dnia w szwedzkiej osadzie w 1934 r., zamienionych przypadkowo w szpitalu, a przywróconych właściwym rodzicom 6 lat później. Chłopcy byli kolegami, po zamianie ich relacje mocno osłabły, głównie chyba za sprawą dorosłych, którzy nie potrafili odnaleźć się w nowych okolicznościach. Sytuacja dodatkowo skomplikowała się, gdy do domu Johannesa wprowadziła się przygarnięta przez matkę Eeva Lisa. Tak więc w oczach narratora jego kolega otrzymał nie tylko lepsze warunki, ale także atrakcyjną towarzyszkę zabaw.
W społeczności, gdzie pisanie wierszy uważa się za grzech, a handel ze Świadkiem Jehowy w Wielki Piątek za grzech ciężki, uczucia i emocje są głęboko skrywane, bo o wykroczenie nietrudno, a na wszystko znajdzie się odpowiedni "paragraf" w Biblii. Nie dziwi zatem, że wszechobecna, surowa religia prowadzi do wypaczeń. Młody narrator w miejsce karzącego Boga i Syna Człowieczego, na którym nie może polegać w trudnych sytuacjach, wybiera innego dobroczyńcę - książkowego kapitana Nemo.
Nie wszystko w tej powieści jest dla mnie zrozumiałe, ale może autorowi nie zależało na rozwiązaniu wszystkich zagadek. Całość jest dla mnie bardzo pokrętna i niepokojąca, odnajduję tu klimaty znane mi z kilku sztuk teatralnych Enquista (zwłaszcza z "Godziny kota"). Raczej nieprędko sięgnę po inne książki tego autora, podobne lektury wolę jednak sobie dozować.
Per Olov Enquist, "Biblioteka kapitana Nemo", Świat Literacki, 1998.
poniedziałek, 8 marca 2010
Elisabeth i Katarina - Marianne Fredriksson
To nie jest wielka literatura, ale z pewnością opowiada o istotnym problemie tj. o przemocy domowej. Katarina w dzieciństwie wielokrotnie zajmowała się Elisabeth, matką, pobitą przez męża. Obecnie sama oczekuje dziecka i właśnie została pobita przez swojego amerykańskiego kochanka.W powieści znajdziemy kilka wyjaśnień, dlaczego mężczyźni biją swoje partnerki. Jedno z nich to bezsilność wobec niezależnych, silniejszych psychicznie kobiet, które zawsze mają rację (s. 98). Agresję wywołuje w tym przypadku upokorzenie. Niekiedy mężczyźni biją z zupełnie przeciwnych powodów: kobieta jest słaba, więc można się na niej wyżyć. Agresję można wyładować także na dziecku, z chęci zemsty na jego matce. Cóż, pokrętna jest ludzka psychika. W ten tylko sposób można tłumaczyć trwanie żon przy maltretujących je mężach lub pociąg bitych dziewczynek do damskich bokserów w dorosłym życiu.
Książka jest ciekawa, akcja wartka. Nieco za dużo tu bohaterów o smutnej przeszłości i za dużo zbiegów okoliczności, ale przeczytać nie zawadzi. Osobiście bardzo lubię literaturę skandynawską, więc przymykam oko na braki warsztatowe.
Moja ocena: 7/10
Marianne Fredriksson, "Elisabeth i Katarina", Libros, 2002
wtorek, 29 grudnia 2009
Zamek z piasku, który runął - Stieg Larsson
Niby tylko kryminał, a z jakim rozmachem napisany... W tej niemal 800-stronicowej powieści przewijają się dziesiątki osób, autor zadał sobie jednak trud i opisał je choćby w kilku zdaniach. Akcja toczy się jednocześnie w kilku miejscach (głównie Sztokholmie), bohaterowie pochodzą z różnych środowisk i zawodów. Podczas lektury uderza spora wiedza Larssona z zakresu informatyki, szpiegostwa, świata mediów, psychiatrii i sądownictwa.Podobnie jak poprzednia część trylogii, "Zamek z piasku..." bardzo mnie wciągnął. W dużej mierze stało się to dzięki postaci Lisbeth Salander, która mocno odbiega od niemal szablonowych bohaterek innych kryminałów. Owszem, jest niebywale inteligentna, sprytna i wysportowana, ale jest również mało sympatyczna. Nie należy do bohaterów książkowych, których się lubi. Za to bardzo imponuje.
Zauważyłam, że żadna z postaci kobiecych nie jest negatywna. Nawet jeśli mają wady, w pewnych dziedzinach działają nadzwyczaj sprawnie i skutecznie. O męskich bohaterach nie da się już powiedzieć tego samego. Podobno Larsson wysoko cenił sobie kobiety - książki zdają się to potwierdzać.
Niezmiernie rzadko czytam kryminały, ostatnio był to cykl Akunina i Krajewskiego. "Zamek z piasku..." sprawił mi wiele przyjemności i nie daje się z niczym porównać. Do głowy przychodzi mi jedno określenie: jazda na rollercoasterze;)
Moja ocena: 10/10
poniedziałek, 9 listopada 2009
Ravensbruck. O Milenie Jesenskiej - Steve Sem-Sandberg
Dziennikarka, komunistka, kleptomanka, morfinistka. Do tego wczesna śmierć matki, odrzucenie przez ojca, aborcja, dwa małżeństwa, zdrady, kalectwo, pobyt w obozie Ravensbruck. Sporo jak na jedno - trwające zaledwie 48 lat - życie.W Polsce Jesenska jest znana głównie jako adresatka Kafkowskich "Listów do Mileny", tymczasem ich znajomość (opierająca się niemal całkowicie na korespondencji) trwała zaledwie kilka lat. W zasadzie to epizod w tym jakże barwnym życiorysie.
Biografia autorstwa Sema-Sandberga nie jest ściśle linearna, o niektórych faktach czytelnik dowiaduje się wcześniej niż wymagałaby tego chronologia. Taki zabieg nie przeszkadza, podobnie jak poetyckie fragmenty będące właściwie domysłami, interpretacją autora. W efekcie powstała bardzo ciekawa książka, która nie przytłacza nadmiarem drobiazgowych faktów.
Moją uwagę zwróciła wypowiedź Franza Xaviera Schaffgotscha, przyjaciela Mileny:
"Życie, w którym nikt nie ma dla nikogo czasu, w którym wszyscy gonią za własnymi bezsensownymi sprawami (...), życie, w którym najgłębsza nędza sąsiaduje z rozbuchanym luksusem (...), można porównać tylko do niedorzecznego koszmaru." (str. 89)
I pomyśleć, że niemal 100 lat temu niektórzy postrzegali rzeczywistość podobnie jak nam się to zdarza obecnie. Wbrew pozorom pewne zjawiska miały miejsce znacznie wcześniej niż mogłoby się wydawać...
Moja ocena: 9/10











