Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 czerwca 2022

Argonauci

Zobaczy, czy internet nam powie, jaki zaimek preferujesz, bo mimo – albo właśnie dlatego – że każdą wolną chwilę spędzamy razem w łóżku i już planujemy wspólne zamieszkanie, nie potrafię cię o to zapytać. Zamiast tego staję się specjalistką w unikaniu zaimków. Cala sztuka polega na tym, by przyzwyczaić ucho do nieustannie powtarzanego imienia. Trzeba nauczyć się kryć w gramatycznych ślepych zaułkach, odprężyć w orgii precyzji. [s. 12]

Nowa miłość i kwestia zaimka to punkt wyjścia dla eseju Maggie Nelson, dla mnie totalnie odkrywczego, od początku do końca. Nie zawsze zrozumiałego, czasem irytującego, natomiast z całą pewnością stymulującego. Bo cóż ja wiem o świecie LGBTQ+? Po lekturze Argonautów mam wrażenie, że niewiele.

środa, 20 października 2021

Szklany zamek

Film Szklany zamek w reżyserii Destina Crettona okazał się na tyle frapujący, że przeczytałam pierwowzór literacki czyli wspomnienia Jeannette Walls. Dobrze się stało, ponieważ książka obszerniej pokazuje osobliwy styl życia Wallsów. A więc nie tylko liczne przeprowadzki, niekonwencjonalne metody wychowawcze, mrzonki ojca i dziwaczne poglądy matki, ale też momentami skrajne ubóstwo. Ubóstwo, należy podkreślić, spowodowane „nonszalancją” rodziców i tym bardziej dotkliwe, że szło w parze z głodem, brudem i ogólnym zaniedbaniem. 


wtorek, 10 sierpnia 2021

W drodze do Berlina

Exodus nie jest książką tak porywającą jak jej poprzedniczka czyli Unorthodox, bo – stwierdzam to z dużym żalem – jest po prostu gorzej napisana. Podczas lektury męczą przede wszystkim dłużyzny oraz styl przepełniony nieznośnym patosem. Zastanawia również głęboka naiwność autorki (np. w kwestii antysemityzmu) oraz „niesamowite” zbiegi okoliczności, które podważają wiarygodność relacji. Jeśli jednak uzbroimy się w cierpliwość i przymkniemy oko na pisarskie braki, otrzymamy interesującą opowieść o poszukiwaniu własnego „ja”, co w przypadku młodej mężatki i matki odchodzącej z ortodoksyjnej społeczności jest sprawą złożoną.

czwartek, 22 lipca 2021

Taniec wokół słońca

Być może to wcale nie jest autobiografia, to jest terapia. Wrzucam do komputera rozpacz i radość, szczęście i nieszczęście, przeszłość, która może tak nie wyglądała, przyszłość, na którą mam nadzieję, kto wie, czy nadejdzie? To właśnie napisałam, to jestem ja. [s. 41] 

Vedrana Rudan wciąż w formie – szczera aż do bólu, również wobec siebie. W Tańcu wokół słońca opowiada głównie o życiu zawodowym i tu zaskoczenie: pisarką została właściwie przypadkiem, po tym, kiedy rozczarowało ją dziennikarstwo oraz pośrednictwo na rynku nieruchomości. A ponieważ mieszka w Chorwacji, gdzie ponoć wszystko jest polityczne, w jej wspomnieniach znajdziemy sporo anegdot i komentarzy dotyczących polityków. 

 

piątek, 2 lipca 2021

Mała księga

Mała księga to dla mnie kolejna przypadkowa lektura. Gdyby nie kiermasz starych egzemplarzy w bibliotece, długo pewnie o niej bym się jeszcze nie dowiedziała. Kazimierz Brandys (1916-2000) opisał w niej dzieciństwo spędzone w Łodzi, przy czym już na pierwszej stronie sugeruje, że jego zapiski należy traktować z przymrużeniem oka – już na wstępie przedstawia się bowiem jako osobnik, który według zodiakalnej klasyfikacji głównie męczy siebie i innych.

poniedziałek, 14 czerwca 2021

Portrety pani Marii

Czytać wspomnienia Marii Iwaszkiewicz to jak przeglądać bardzo stary album ze zdjęciami osób w większości nieznanych, ale interesujących. Dzieje się tak głównie dlatego, że Portrety są zbiorem gawęd, a autorka opowiada żywo – do każdego z bohaterów ma stosunek osobisty, każdy w jakiś sposób zapisał się w jej życiu. Duża część portretowanych to przyjaciele rodziców, są koledzy z redakcji Czytelnika, jest nawet fryzjer. Nie zabrakło opowieści o kolejce EKD, sklepie Wedla oraz stołecznym barze Jontek.

środa, 2 grudnia 2020

O tym się (nie) mówi

Na początek ponarzekam. Najbliższy oryginałowi tytuł (Notes to Self) książki Emilie Pine brzmiałby jak tytuł ostatniego rozdziału tj. Notatki dla samej siebie. Polskie O tym się nie mówi jest pewnym przekłamaniem: można pomyśleć, że o bezpłodności, bulimii, seksizmie na ogół się milczy. Błędem jest również wmawianie czytelnikom, że indywidualne przeżycia autorki dotyczą wszystkich kobiet. Na pewno nie – rzadko zdarza się, by jedna osoba doświadczyła tylu poważnych problemów.

czwartek, 30 kwietnia 2020

Odcinanie korzeni

O książce Deborah Feldman i jej ekranizacji mówi się dużo, na ogół w tonie niezdrowej ekscytacji. Tymczasem jeśli ktoś ma choćby blade pojęcie o chasydach, Unorthodox przeczyta bez większego zaskoczenia. Nie będzie zszokowany faktem, że dzieciom od małego wpaja się pobożność, że telewizja i kino są zabronione, a edukacja dziewcząt ograniczona. Nie będzie też zbulwersowany informacjami o aranżowanych małżeństwach i ścinaniu włosów pannie młodej. Takie praktyki wciąż mają miejsce wśród wyznawców różnych odłamów religijnych.

czwartek, 2 kwietnia 2020

Gloria

Glorię Steinem postrzegam bardziej jako aktywistkę niż feministkę, bo w swoim długim życiu zajmowała się nie tylko dyskryminacją kobiet. Wielokrotnie stawała w obronie słabszych, prześladowanych ze względu na rasę, pochodzenie, czy orientację seksualną. Współorganizowała liczne marsze, pikiety i wiece, od lat publikuje w prasie artykuły na ten temat. W Stanach Zjednoczonych stała się ikoną, u nas chyba nie jest postacią szeroko znaną.

poniedziałek, 27 stycznia 2020

Dziecko w śniegu

Dzięki znajomości z Markiem Edelmanem utwierdziłem się w przekonaniu, że pamięć o gettach i obozach, w których rozegrała się Szoa, nie ma sensu, jeśli nie służy obronie pokrzywdzonych, wszędzie i zawsze.[…] W przeciwnym razie ta pamięć sprowadza się do pustej retoryki, ceremoniału, który niczemu nie służy, do rytualnego powtarzania „nigdy więcej”, które nie mówi nic nikomu i nie może powiedzieć. [s. 159-160]

piątek, 18 października 2019

Dwie wieże

Tytułowy dom z dwiema wieżami to szpital psychiatryczny w Kościanie: tu przed wojną i po wojnie z oddaniem pracował ojciec Macieja Zaremby Bielawskiego, dr Oskar Bielawski, obecnie patron instytucji; tu również mieszkał wraz z żoną i dziećmi do 1957 r. Miejsce dla reportera ważne z kilku powodów, niemniej po skończeniu lektury pomyślałam, że tytuł jest w istocie dwuznaczny. Jeśli interpretować dom jako rodzinę, wieże będą symbolizować rodziców Zaremby Bielawskiego: dwie silne osobowości pochodzące z różnych środowisk i pokoleń, o skrajnie różnych doświadczeniach:

Kiedy los styka ich ze sobą, oboje są niedobitkami. Ona należy do tych dwóch promili skazańców, które ocalały i jeszcze nie uciekły z Polski. Jego sort jest równie rzadki. Przypada ich jeden na tysiąc Polaków, którzy nie musieli wybierać między własnym życiem a cudzym, nie widzieli, jak rodak wydaje sąsiada, nie patrzyli bezsilnie na bestialstwa — nie musieli nawet oddychać tym samym powietrzem co tamci. On przybywa z kapsuły czasu Oflag, jedynego miejsca, gdzie można było przeżyć katastrofę z nietkniętym poczuciem godności


Śledząc losy rodziców, Zaremba Bielawski próbuje zobaczyć historyczny kontekst swojego prawdopodobieństwa, dociec, dlaczego w ogóle istnieje (dość powiedzieć, że do ocalenia Lili i jej matki przyczyniło się 36 osób, tyle przynajmniej odnotowała). Próbuje też zrozumieć okoliczności, które bezsprzecznie miały wpływ na rozpad jego domu: niedobranie rodziców, zaszłości w ich życiu osobistym, czy raczej kontekst polityczny. Warto wspomnieć, że najpierw w latach 50. ojca odsunięto od dyrektorowania, potem zwolniono z pracy, matka po Marcu’68 zdecydowała się wyjechać z dziećmi do Szwecji.

Pisanie Domu z dwiema wieżami było dla reportera rodzajem terapii – pokutą za lata spokoju, jakiego nie zaznał dziadek Izaak szykanowany przez antysemitów, a zarazem zadośćuczynieniem wobec ojca, którego w trudnym okresie młodziutki wówczas Zaremba Bielawski potraktował obcesowo. Książka gorzka, momentami podszyta złością, gdzie indziej żalem. Dla mnie to wyjątkowo cenna lekcja historii, ponieważ przynosi szereg nowych, niejednokrotnie zaskakujących faktów.

________________________________________________
Maciej Zaremba Bielawski, Dom z dwiema wieżami
przeł. Mariusz Kalinowski, Karakter, Kraków 2018

wtorek, 18 czerwca 2019

Byli sobie raz

O Tadeuszu Konwickim mogłabym czytać dużo i często, bo na ogół prędzej czy później pojawiają się smakowite kąski w postaci anegdot czy kapitalnych wypowiedzi pisarza. Nie inaczej jest w książce jego córki Marii: są zabawne opowiastki o środowisku filmowym i literackim, są i wtręty o legendarnym już kocie Iwanie. „Chytry Litwin” nie jest tu jedynym bohaterem, jako że autorka sportretowała całą swoją najbliższą rodzinę, jak najbardziej zasługująca na uwagę.


O ile o Konwickim i jego protoplastach można było wyłuskać nieco informacji we wcześniejszych publikacjach, to o rodzinie jego żony czyli Lenicach mało się pisało. Szkoda, bo jest o kim: Danuta była uznaną ilustratorką książek dla dzieci, jej brat Jan uchodził za jednego z twórców plakatu polskiego, natomiast ojciec Alfred był malarzem abstrakcjonistą. Familia zacna i niepospolita, bez dwóch zdań. Najbardziej zastanowiła mnie ogólna zażyłość i zgodność, o czym świadczy m.in. cytowana korespondencja, w tym sympatyczne listy Konwickiego do teściów.

Ale może nie ma się czemu dziwić – obu rodzinom bliski był etos inteligencki, hołdowano mało popularnym dziś zasadom. Autorka (bez śladu pretensji) wspomina, że sztandarowym hasłem jej ojca było "Nic nie chcieć i nie mieć nic" i w takim właśnie duchu była wychowywana. Co ponoć trochę mściło się na niej w dorosłym życiu, szczególnie podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych, sami Konwiccy zresztą też z trudem odnajdywali się później w realiach polskiego dzikiego kapitalizmu. Częściowo dlatego wydają się tacy swojscy i aż żal kończyć lekturę.

__________________________________________________________
Maria Konwicka, Byli sobie raz, Wydawnictwo Znak, Kraków 2019


środa, 6 czerwca 2018

Pusta woda

"Pusta woda” była rodzinnym rytuałem wymyślonym przez matkę Krystyny Żywulskiej. Na przekór nędzy panującej w getcie kobieta uporczywie podtrzymywała pozory normalnego życia i codziennie w porze obiadowej stawiała na stole gorącą wazę. Na ogół był w niej tylko wrzątek, z rzadka trafiał się ziemniak lub inna zdobycz nadająca się do zjedzenia. Do „obiadu” zasiadali rodzice z córkami, jak przed wojną.


Poczucie normalności szybko znikało jednak w zderzeniu ze światem zewnętrznym – wystarczyło porozmawiać z sąsiadami, podsłuchać bawiących się dzieci, wyjść na ulicę pełną żebraków i trupów. Albo przejrzeć się w lustrze i uczciwie ocenić wygląd wyniszczonego głodem ciała. Prawdziwa normalność była po aryjskiej stronie, dostrzegalna nawet z kładki oddzielającej duże getto od małego: W dole nic się nadzwyczajnego nie dzieje. I to jest właśnie nadzwyczajne [s. 27]. 

Stary porządek definitywnie przestał istnieć, dawne zasady straciły rację bytu. Dlatego odkryty w marynarce ojca list od kochanki był jedynie luksusowym konfliktem, tak samo abstrakcyjnym jak rozpoczynająca się właśnie wiosna. Nieważne, co znajdowało się w marynarce, sprawczyni dramatu już zresztą nie żyła – ważna była sama marynarka, wymienialna na porcję chleba czyli kilka dodatkowych dni istnienia. Przynajmniej takie pokładano nadzieje, dla ludzi z żółtą gwiazdą na rękawie gwarancji nie było żadnych.

W Pustej wodzie śledzimy wojenne peregrynacje Żywulskiej od getta, przez niepewne życie po aryjskiej stronie, działalność konspiracyjną aż po pobyt na Pawiaku. Autorka pisze prosto i bardzo plastycznie, te historie wprost się chłonie. Na odbiór wpływa również świadomość, że zdarzyły się naprawdę i ponoć nie zostały ubarwione. Nie było zresztą takiej potrzeby, bo lektura dostarcza wystarczająco dużo emocji.

____________________________
Krystyna Żywulska Pusta woda
Instytut Wydawniczy Latarnik & tChu, doM Wydawniczy, Michałów – Grabina 2008

wtorek, 27 lutego 2018

Koniec amerykańskiego snu

Elegia dla bidoków z pewnością nie jest najważniejszą książką o Ameryce ostatnich lat i nie wyjaśnia, dlaczego Donald Trump wygrał wybory. Piszę to oczywiście z perspektywy polskiej, siłą rzeczy mocno okrojonej. Domyślam się, że w Stanach Zjednoczonych odbiór był i jest inny, choć w powszechny entuzjazm jakoś wątpię. Ale po kolei.


31-letni JD Vance napisał wspomnienia o dorastaniu w Ohio oraz o rodzinie wywodzącej się z tytułowych bidoków (ang. hillbillies) czyli klasy robotniczej białych Amerykanów z Appalachów, na ogół niewykształconych, konserwatywnych i bez perspektyw. Opisuje również trudną drogę do awansu społecznego, jaki osiągnął mimo tak nieciekawego zaplecza kulturowego i fatalnej sytuacji w domu. Miał szczęście, bo dzięki wsparciu kilku osób i ciężkiej pracy skończył szkołę wojskową, a następnie wydział prawa na prestiżowym uniwersytecie.

Historia Vance’a wyraźnie pokazuje, że USA to nie tylko wielkie miasta dające obywatelom tysiące możliwości i obietnicę na lepsze jutro, ale także rejony, w których upadł przemysł i żyje się skromnie, ponieważ rynek pracy jest żaden. Doświadczenia autora i jego rodziny nie są naturalnie reprezentatywne dla całej amerykańskiej prowincji, często pomijanej lub niedocenianej przez rządzących, niemniej Elegia… jest interesującym świadectwem, głosem w sprawie – jak chcą niektórzy – zanikającej podgrupy społecznej, stąd ponuro brzmiący tytuł.

Autora nie można traktować jako znawcy tematu jeszcze z kilku powodów – jego analiza (sic) społeczna jest bardzo powierzchowna i niezbyt odkrywcza. Warto podkreślić, że Vance nie jest ani dziennikarzem, ani akademikiem, co zresztą doskonale widać w sposobie narracji – styl książki jest miejscami irytująco potoczny, gdzie indziej patetyczny albo pseudonaukowy. Przyznam, że spodziewałam się czegoś głębszego.

_______________________________________________________________________
J. D. Vance, Elegia dla bidoków, przeł. Tomasz S. Gałązka,Wyd. Marginesy, 2018

czwartek, 22 lutego 2018

Zapiski z wygnania

Sabina Baral opuściła Polskę na fali marcowej nagonki. W 1968 r. wchodziła dopiero w dorosłość – zaczęła studia na wrocławskiej politechnice, miała plany na przyszłość. Nic z nich nie wyszło, ale finał tej smutnej historii nie był najgorszy: dziewczyna dotarła do Stanów Zjednoczonych, zdobyła wykształcenie i ogromny sukces zawodowy. To pewne pocieszenie, nie wiem jednak, czy dla bohaterki wydarzeń wystarczające.


W Zapiskach z wygnania największe wrażenie zrobił na mnie opis przygotowań do wyjazdu. Baral pokazuje ten etap bardzo szczegółowo i nie pozostawia wątpliwości, że był gehenną. Na początek pospieszne wyprzedawanie „majątku” i zbieranie przeróżnych, niekiedy absurdalnych, zaświadczeń. Później poszukiwanie na rynku towarów, które można by spieniężyć na Zachodzie, i wreszcie upokarzająca odprawa celna, której pomyślność uzależniona była od wysokości łapówki i widzimisię celników, na ogół wyjątkowo sumiennych.

W tym kontekście nie zaskakują gorzkie słowa autorki: […] wszyscy ucierpieliśmy. I prawdą jest, że władze potraktowały nas bezprawnie i okrutnie, perfidnie maskując antysemicką nagonkę hasłami antyizraelskimi. Ale program bez odbiorców pozostałby jedynie afiszem, tymczasem ten projekt znalazł wielu przekonanych i chętnych wykonawców. Łatwo im było się nad nami znęcać, bo byliśmy bezbronni. Ci zaś, którzy nie przykładali do tego ręki, starali się niczego nie zauważać. […] Nikt się za nami nie ujął.

W odczuciu Baral Marzec’68 nie tylko pozbawiał godności i wykluczał, ale też zmuszał do porzucenia dotychczasowej tożsamości. Nie bez powodu mottem wspomnień jest cytat z Kotarbińskiego: Emigracja to rodzaj pogrzebu, po którym życie dalej trwa. Koszt dalszego życia bywał wysoki – autorka pisze o wyzwalaniu się od zależności, pokory, grzeczności i wdzięczności za pomoc. Jej się udało, niektórzy nie mieli takiego szczęścia i o nich również w książce jest mowa. To bardzo osobista opowieść, mam nadzieję, że podobnych pojawi się wkrótce więcej.

__________________________________________________________________
Sabina Baral, Zapiski z wygnania, Wyd. Austeria, Kraków Budapeszt 2015


sobota, 7 października 2017

Chroma

Według słownika języka polskiego chroma to pigment malarski otrzymywany z siarczanu ołowiu lub chromianów, ale i jedna z trzech cech barwy, odpowiadająca jej nasyceniu. Nasycona kolorami jest z pewnością książka Dereka Jarmana (1942-1994), choć szarawa, opalizująca okładka raczej przeczy temu stwierdzeniu. W środku nie ma też ilustracji, a jednak podczas lektury myśli się kolorami, i nie tylko kolorami:

Nazwy brązowych barwników są słodkie i jadalne. Można kupić płaszcz w kolorze karmelowym, toffi, migdałowym, kawowym, czekoladowym albo curry. Brąz to słodkość i pożywienie. Był kiedyś kolor nazywany grzankowym.


Jarman był zafascynowany malarstwem i sam malował. Wyrazem tej pasji były również jego filmy fabularne, np. skąpany w złocie i czerwieni Caravaggio (1986) pełen był żywych obrazów nawiązujących do dzieł włoskiego mistrza. Chroma powstała pod koniec życia artysty, kiedy stopniowo tracił wzrok. Książkę można czytać na wyrywki, bo w istocie stanowi zbiór dość luźnych uwag i skojarzeń dotyczących kilkunastu barw. Dużo tu odniesień do literatury, filozofii oraz historii sztuki, są także wspomnienia z dzieciństwa i migawki z życia prywatnego. Jarman nawet o postępującej chorobie i śmierci pisze kolorami, a ściślej – błękitem.


Chroma jest książką szczególną, z pewnością docenią ją wielbiciele malarstwa. Daje wytchnienie i zmusza do refleksji, jednocześnie wyczula na kolory i pozwala na kontakt z pięknem, nawet jeśli ma on nastąpić tylko w wyobraźni. A fragmenty takie jak poniższy to dla mnie poezja i muzyka w jednym:

Chemiczne i romantyczne nazwy - fiolet manganowy, błękit ceruleum, ultramaryna - i nazwy odległych miejsc - żółć neapolitańska. Geografia koloru, błękit antwerpski, sjena surowa. Kolory sięgające odległych planet - fiolet marsowy; nazwane na cześć dawnych mistrzów - brąz Van Dyke'a. Wewnętrznie sprzeczne - jak czerń lampowa.

_________________________________________________________
Derek Jarman, Chroma. Księga Kolorów, przeł. Paweł Świerczek
Instytucja Filmowa Silesia-Film, Katowice 2017

sobota, 26 sierpnia 2017

Dziewczynka

Żydzi. Tego słowa u nas w domu się nie wymawiało, nie przy dziecku. Gdy mieszkaliśmy w getcie, nikomu, kto do nas przychodził, nie wolno było mówić przy mnie „Żyd".
Tak moja mama opowiadała, opowiadała i opowiadała.
Nie mówić „Żyd" w getcie?
Mama i tata nie chcieli, żebym znała to słowo. Chcieli, by nie wywoływało u mnie żadnej reakcji. Żebym słysząc to słowo, „Żyd", nie myślała, że odnosi się ono do mnie, i nie reagowała.


Alona Frankel miała dużo szczęścia: podczas wojny najpierw przebywała u obcej rodziny na wsi, gdy skończyły się pieniądze, dołączyła do rodziców ukrywających się we Lwowie. Cała trójka przetrwała okupację w znośnych warunkach, później przeniosła się do Krakowa i gdyby nie „życzliwi” Polacy, być może nie musieliby emigrować do Palestyny w 1949 r. O tym wszystkim wspomina w Dziewczynce.

Całość opowiedziana jest z perspektywy dziecka i dziecięcym językiem – krótkimi, prostymi zdaniami, niektóre z nich będą wielokrotnie się powtarzać, podobnie jak relacjonowane zdarzenia. Spostrzeżenia Ilonki potrafią być bardzo bezpośrednie, wręcz nietaktowne, albo dla odmiany zabawne. Nie znosi zwracać na siebie uwagi, jest małomówna, nie chce też słuchać brzydkich i wynędzniałych ludzi opowiadających o tym, jak się uratowali. Lubi historie o Jezusiku i zwierzęta, nawet jeśli są to myszy w skrytce lub martwy szczur. Najbardziej uwielbia jednak czytać. W sumie zwykłe dziecko, choć według matki – wieczne zmartwienie.

Dziewczynka opowiada również o rodzicach Ilonki, barwnej parze komunistów-idealistów, oraz w małym stopniu o ich rodzinach wymordowanych podczas Holokaustu. Mimo trudnego tematu książkę bardzo dobrze się czyta i będzie to, jak sądzę, dobra lektura zarówno dla dorosłych, jak i dla młodych czytelników. Tymczasem niedawno w księgarniach pojawiła się kontynuacja powieści czyli Dziewczyna.

___________________________________________________________________________
Alona Frankel Dziewczynka, przeł. Leszek Kwiatkowski, Wyd. Nisza, Warszawa 2007 


czwartek, 10 sierpnia 2017

Zatrute magdalenki

Anya von Bremzen w roku 1974 wyemigrowała z mamą ze Związku Radzieckiego do Stanów Zjednoczonych. Miała 10 lat, niezbyt dobrze adaptowała się do nowych warunków i była kompletnie rozczarowana mdłą amerykańską kuchnią, o której fantazjowała przed wyjazdem z Moskwy. Tęskniła za kołbasą, serkami „Drużba” i ciasteczkami z fabryki „Bolszewik”, a ponieważ były wytworami znienawidzonego państwa partyjnego, nazwała je „zatrutymi magdalenkami”.


Te zatrute magdalenki dały po latach początek Szarlotce Lenina, książce opowiadającej o ZSRR oraz rodzinie autorki przez pryzmat jedzenia. Pomysł genialny, jego realizacja znakomita: von Bremzen pisze z polotem i w miarę możliwości z humorem. Każdy rozdział odpowiada innej dekadzie XX w., dla każdej – z wyjątkiem piątej, głodowej – wybrano charakterystyczną potrawę, od dekadenckiego kulebiaka i odeskiej gefilte fisz przez gruzińskie chanachi i kukurydziany chleb Chruszczowa aż po sałatkę „Olivier” i bliny. Szczegółowe przepisy wykonania dań zamieszczone są na końcu książki.

W książce von Bremzen znajdziemy mnóstwo dowcipów, anegdot i historyjek np. o całkowicie zbędnej siatce na zakupy (awaśka) noszonej wszak w kieszeni z nadzieją na dostawę towarów deficytowych do sklepu, o kawiorze wpychanym przedszkolakom do ust (za Rodinu, za Partię!), o cenzurowaniu radzieckiej biblii kulinarnej z kosmopolitycznych naleciałości, o zaletach słoika po majonezie oraz o zamykaniu garnków na kłódkę we wspólnych kuchniach w blokach komunalnych. Dzisiaj te opowieści brzmią dość zabawnie, ale Rosjanom zapewne nie było do śmiechu.

Szarlotka Lenina ma nieco gorzkawy posmak (inna zresztą być nie mogła), niemniej jest daniem wyśmienitym: lekka, esencjonalna, z osobistą nutą. Bardzo mnie ciekawi, jaki byłby jej polski odpowiednik.

_______________________________________________________________
Anya von Bremzen Szarlotka Lenina i inne sekrety kuchni radzieckiej
przeł. Aleksandra Czwojdrak
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2016

wtorek, 16 lutego 2016

I więcej nic nie pamiętam

Wiosną 1940 r. Adina Blady-Szwajger nie była jeszcze dyplomowaną lekarką, ale wybuch wojny sprawił, że szybko zaczęła pracować w swoim fachu. Najpierw w szpitalu dziecięcym na ulicy Siennej, później w jego filii na Lesznie i wreszcie w prowizorycznym szpitalu przy nieistniejącej dzisiaj ulicy Gęsiej. Wszystkie trzy znajdowały się na terenie warszawskiego getta. Jak napisała we wstępie do wspomnień, było ono najgorszym z najgorszych obozów koncentracyjnych, w którym nawet niekonieczne było zabijanie – ludzie sami umierali. I niepotrzebne były selekcje – wszyscy byli skazani. [s. 8]


Zważywszy na tragiczne warunki życia w getcie, praca lekarzy zaczęła z czasem ograniczać się do niesienia pacjentom cichej śmierci. Szansę na wyleczenie miała niewielka część dzieci, a nawet one, o ile uniknęły wcześniejszego rozstrzelania, po kilku miesiącach wegetacji umierały z głodu. Przytaczane przez Blady-Szwajger epizody chwytają za gardło, przy czym najokrutniejsza wydaje się dojrzałość dzieci, która nauczyła je, że nigdy się nie płacze, że się nie rozmawia i że prawie cały dzień leży się w łóżku-barłogu [s. 227]. Za tą dojrzałością szła twardość i świadomość, że nie trzeba się bać czy rozpaczać, bo wszystkich czeka ten sam los czyli zagłada.

Po kolejnej akcji wysiedleńczej w getcie w styczniu 1943 r. Blady-Szwajger trafiła na aryjską stronę. Z racji „dobrego wyglądu” pracowała jako łączniczka i kurier ŻOB-u: pomagała ukrywającym się Żydom, dostarczała dokumenty i pieniądze, przewoziła broń. W międzyczasie straciła matkę i przyjaciół, wybuchło powstanie w getcie, mąż w akcie desperacji zgłosił się do Hotelu Polskiego, później było jeszcze Powstanie Warszawskie. W książce podkreśla, że codzienne obowiązki, tak często niosące ze sobą ryzyko śmierci, nie były uciążliwe. O wiele bardziej dotkliwe od strachu było bowiem stałe uczestniczenie w ludzkiej niedoli. I właśnie ta niedola skłoniła Blady-Szwajger do spisania wspomnień, bo jak tłumaczyła:

Coraz lepiej wiedziałam, że mam coś jeszcze do powiedzenia. Że trzeba przekazać choć ułamkową prawdę o tych wszystkich w getcie, którzy nigdy nie mieli ani wątpliwości, jak powinien żyć i umierać Człowiek, ani pokusy ucieczki. O tych, którzy już nic o sobie nie powiedzą, bo prochy ich rozwiał wiatr, ale zginęli na posterunku, usiłując pomóc innym ginącym. Choćby dla przykładu - o „ludziach w bieli" - o szpitalu. [s. 8]

Autorka na kilku stronach wymienia pracowników szpitala, którzy zapisali się w jej pamięci. Czasem pamięta ich tylko z imienia lub sprawowanej funkcji, ale ten piękny gest ma swoją wagę. W podobny sposób oddaje hołd dzieciom, zapamiętanym czasami dzięki jednemu zdarzeniu. Jest w tym szczątkowym odnotowywaniu ludzkich losów bliska Hannie Krall, która choćby epizodycznie opisane osoby uważa za ocalone od zapomnienia. To ważne, zwłaszcza w świetle refleksji Blady-Szwajger:

W tym wielkim, nowoczesnym mieście nie ma śladu po tym, co się tu stało. Tak, stoi pomnik.
Ale nie ma ani kawałka muru, który oddzielał jedną trzecią mieszkańców miasta od reszty. Nie pozostawiono żadnej enklawy kamiennej pustyni, w którą obrócono miejsce, gdzie żyli, umierali i walczyli ci, którzy byli tu od 1000 lat.
Nie ma ani jednego wypalonego domu, z którego okien matki wyrzucały dzieci, a potem skakały same za nimi.
Kiedy zamykam oczy, ulice stają się znów bliskie. Tłum ludzi - cieni - krąży między cieniami domów i wyraźnie, tak jakby to było naprawdę, słyszę głos dzieci wołających w tamtym języku:
- Hob rachmunes - miejcie litość.
[s. 117]

______________________________________________________________________
Adina Blady-Szwajger I więcej nic nie pamiętam Wyd. Świat Książki, Warszawa 2010

P.S. O Adinie Blady-Szwajger bardzo ciekawie opowiadała jej córka Alina Świdowska w książce R. Grzeli Wolne.


sobota, 21 marca 2015

Ruchome święto

Jeżeli miałeś szczęście mieszkać w Paryżu jako młody człowiek, to dokądkolwiek się udasz przez resztę życia, idzie on za tobą, bo Paryż jest świętem ruchomym.
Ernest Hemingway do przyjaciela, 1950

„Ruchome święto” to garść wspomnień Hemingwaya spisanych pod koniec życia, opowiadających o pobycie w Paryżu w latach 20. ubiegłego wieku. Był świeżo upieczonym mężem i ojcem, pracował tam wówczas jako korespondent zagraniczny i z otwartością charakterystyczną dla młodego wieku chłonął wrażenia, jakich na każdym kroku dostarczała mu francuska metropolia.


Na te wrażenia składały się miejsca, a więc m.in. kawiarnie, w których Hemingway pisał przy filiżance café crème lub café au lait, Szekspir i Spółka czyli księgarnia i wypożyczalnia książek w jednym, namiętnie odwiedzany tor wyścigowy, a także nabrzeża Sekwany, gdzie niedrogo można było kupić używane książki albo świeże ryby. Hemingway bywał często głodny, razem z żoną żyli wyjątkowo oszczędnie, niemniej zdarzały się sute i smakowite obiady, obficie podlewane winem. Na alkohol pisarzowi chyba zresztą nigdy nie brakowało funduszy.

Paryż to także spotkania z nietuzinkowymi postaciami, wywodzącymi się z różnych środowisk. Interesujący mógł okazać się rybak, inwalida wojenny czy połykacz ognia, poznawani najczęściej na ulicy. Osobne rozdziały autor poświęcił kilku znajomym, nie zawsze sympatycznym i godnym zaufania. Jest sfrustrowany i schorowany Francis S. Fitzgerald oraz jego rozkapryszona małżonka Zelda, jest Gertruda Stein prawiąca o straconym pokoleniu oraz uczący się boksu Ezra Pound. Ten ostatni cieszył się bodaj największą sympatią Hemingwaya, w przeciwieństwie do ledwie tolerowanego Forda Madoxa.

Lata 20. to okres, w którym przyszły noblista odchodzi powoli od dziennikarstwa na rzecz literatury pięknej i próbuje pisać opowiadania. Kilkakrotnie mowa jest o opowiadaniu "W Michigan" uznanym przez miss Stein za inaccrochable, pod koniec książki wspominane są już prace nad pierwszą powieścią tj. "Słońce też wschodzi". Mamy okazję podejrzeć mękę twórczą pisarza, poznać źródła jego inspiracji albo opinię na temat pisania, jak w przypadku rozmowy z Fitzgeraldem:
Uważałem, że przed trzema laty pisywał do „Saturday Evening Post” udane opowiadania, ale nigdy nie miałem go za poważnego pisarza. W „Closerie des Lilas” mówił mi, że pisywał dla „Post” opowiadania, które jego zdaniem były dobre i które rzeczywiście były dobre, a potem zamienił je na uległość, wiedząc dokładnie, jak ma stosować te chwyty, które czyniły z nich pokupne opowiadania tygodnikowe. Byłem tym oburzony i powiedziałem, że uważam to za kurwienie się. Odrzekł, że to jest kurwienie, ale że musi tak robić, bo z czasopism czerpie pieniądze, które musi mieć na zapas, żeby pisać porządne książki. Powiedziałem, że nie wierzę, aby ktokolwiek mógł pisać inaczej, niż najlepiej jak umie, nie niszcząc swojego talentu. Odparł, że ponieważ najprzód napisał prawdziwe opowiadanie, psucie go i zmienianie, które robił na końcu, nie wyrządzało mu szkody.
„Ruchome święto” czyta się z przyjemnością, mimo że Bronisław Zieliński nie spisał się dobrze i jego przekład chwilami męczy dosłownością. Tekst oryginalny nie wyróżnia się specjalnie pod względem stylistycznym, bo jest napisanym językiem bardzo prostym, niemniej nostalgia autora udziela się czytelnikowi. Po przeczytaniu tych wspomnień nie mam wątpliwości, że - jak twierdził Hemingway - Paryż nigdy nie ma końca.


____________________________________________
Ernest Hemingway Ruchome święto
przeł. Bronisław Zieliński Wyd. Muza, Warszawa 2000