Opowiadania Jaume Cabré znakomicie sprawdzają się podczas wakacji: nie wymagają zbytniego wysiłku intelektualnego, niemniej oferują rozrywkę na poziomie. Kto zechce, podejmie grę proponowaną przez autora i wytropi powiązania między niektórymi historiami, spotykając znajomą już postać czy miejsce. Dość powiedzieć, że trzykrotnie pojawi się obraz Jeana-Francoisa Milleta „La paysanne”, a malarstwo – obok literatury i muzyki – będzie jednym z ważniejszych wątków w tomie.

Kluczowym motywem w Kiedy zapada mrok jest jednak morderstwo – autor poszedł bowiem za radą kolegi po piórze, według którego każdy zbiór opowiadań powinien mieć wspólny mianownik. Trochę szkoda, ponieważ w pewnym momencie w lekturę wkrada się monotonia; co więcej, z góry wiadomo, że prędzej czy później ktoś zginie w tragicznych okolicznościach, więc o większym zaskoczeniu nie może być mowy. Cabré jest na szczęście dobrym rzemieślnikiem i nadrabia techniką: a to wymyśla nieszablonowego narratora (trup, szaleniec, stara księga), a to przybiera cyniczny albo wyjątkowo dramatyczny ton. Bywa okrutny, bywa też współczujący i dowcipny. Najbardziej przypadły mi do gustu historie przewrotne: Poldo czyli monolog chłopa, który całe życie starał się nie być rolnikiem oraz Buttubatta traktujące o świeżo upieczonym nobliście.
Mimo poczucia niedosytu (w opowiadaniach zdecydowanie lubię różnorodność tematyki) pierwsze spotkanie z twórczością Katalończyka uznaję za raczej udane, chociażby ze względu na lokalny koloryt całego zbioru. Poza tym niegłupia, sprawnie napisana literatura środka nieczęsto się trafia. Myślę, że wszystkie historie ze zbioru świetnie wybrzmiałyby w wersji audio, w interpretacji różnych aktorów – reprezentują typ prozy, który idealnie nadaje się na słuchowiska (kilku bohaterów „słyszę” do dziś).
_____________________________________________________________________
Jaume Cabré, Kiedy zapada mrok, przeł. Anna Sawicka, Marginesy, Warszawa 2019