Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie Nagrody literackie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyzwanie Nagrody literackie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 czerwca 2010

How late it was, how late - James Kelman


To moja ostatnia książka przeczytana w ramach czytelniczego wyzwania "Nagrody literackie" i z satysfakcją stwierdzam, że zakończyło się ono mocnym akcentem. Nie tylko ze względu na formę powieści czyli strumień świadomości zapodany w dialekcie szkockiej klasy robotniczej, na dodatek przeładowany przekleństwami i gniewem, ale również ze względu na bolesne przeżycia głównego bohatera.


Sammy ma 38 lat, teoretycznie jest bezrobotnym budowlańcem, a praktycznie - drobnym przestępcą po kilkuletnim pobycie w więzieniu. Pewnego dnia budzi się pobity i skacowany na ulicy, wdaje się w bójkę i po odzyskaniu przytomności stwierdza, że stracił wzrok. Problemy zaczynają się już od pierwszego kroku - nie umie się poruszać po omacku, nie wie, gdzie się znajduje, nie ma pieniędzy, a co gorsza - kogoś, kto mógłby mu pomóc. Nic dziwnego więc, że na widok osobnika ubranego w przypadkowy strój i zadającego dziwne pytania (np. gdzie jestem?) przechodnie omijają go szerokim łukiem. Ale to tylko wierzchołek góry lodowej. Jako że Sammy miał - i raczej nadal ma - kłopoty z prawem, w oczach urzędów jest obywatelem niższej kategorii i tak traktowany jest przez policję oraz służbę zdrowia. I mimo, że główny bohater nie jest sympatyczną postacią, można mu tylko współczuć.

Stopniowo okazuje się, że mężczyzna jest ślepy również w przenośni: jest tak skupiony na sobie, że wielu rzeczy nie zauważa. Dopiero choroba i wiążący się z nią nadmiar wolnego czasu skłaniają go do refleksji. Sammy przyznaje, że stracił wiele szans w swoim życiu i obecną sytuację "zawdzięcza" tylko sobie. Wstyd mu braku kontaktu z synem i rodziną, przeczuwa, że dziewczyna nie wyjechała, a tak naprawdę opuściła go na zawsze. Nie do końca jednak potrafi powiązać pewne fakty, nie dostrzega, w co się wplątał. Właściwie żaden z niego cwaniak, raczej cienias, a jego "soczysta" gadka maskuje niepewność i strach.

Strumień świadomości daje tu niesamowity efekt, można odnieść wrażenie, że Sammy siedzi naprzeciw nas i wylewa z siebie swoją gorzką opowieść. Autor bezbłędnie oddał całą gamę jego odczuć: złość, bezradność, wyobcowanie, upokorzenie i poczucie osaczenia. Myślę, że tekst znakomicie mógłby się sprawdzić jako monodram, ma ogromny potencjał. Główny bohater jest postacią z krwi i kości, potrafi wywołać i irytację, i współczucie, z pewnością nie pozostawia czytelnika obojętnym.

W 1994 r. powieść uhonorowano nagrodą Bookera, co m.in. ze względu na wulgaryzmy wzbudziło kontrowersje.Dla mnie rewelacja.

James Kelman, 'How late it was, how late', Vintage Press, 1998

piątek, 25 czerwca 2010

Francuski testament - Andrei Makine


Nie dziwi mnie, że powieść Makine'a zdobyła kilka prestiżowych francuskich nagród. Po pierwsze, Francja to naród wyjątkowo dumny ze swojej "francuskości", a po drugie znany także z rusofilii. Tak się składa, że autor trafił w oba czułe punkty: składa hołd zarówno Francji, jak i Rosji. Niestety na mnie to nie działa.

Głównym bohaterem jest młody Rosjanin, który od lat spędza wakacje u babki na wsi w dalekim stepie na północy ZSRR. Niby nic niezwykłego, a jednak. Charlotte jest z pochodzenia Francuzką, w dużej mierze trafiła tu z wyboru na początku lat 20-tych ubiegłego wieku, z wyboru także pozostała. Wiele przeżyła, ale Francja z lat młodości wciąż jest w niej żywa. Z miłością przekazuje swoją wiedzę wnukom, zaszczepiając w nich bakcyla francuskiego esprit. Dzieci są zauroczone działającymi na wyobraźnię historyjkami i poezją, ulegają ich czarowi.

Mieliśmy do czynienia z narodem bajecznie wprost różnorodnym, jeśli chodzi o uczucia, zachowanie, spojrzenia, poglądy, sposób wysławiania się, tworzenia, kochania. [s. 86]
Kilkunastoletni narrator jest na tyle zafascynowany kulturą francuską, że w szkole dobrowolnie skazuje się na izolacjonizm, co nie może być dobrze widziane w powojennym Związku Radzieckim. Dorastając zaczyna postrzegać inaczej swoje położenie, zdaje sobie sprawę, że jest przecież Rosjaninem.

Nagle olśniła mnie myśl, że jedynym rozwiązaniem jest zatracić się w kolektywnej, dobroczynnej rutynie. Żyć jak żyją inni! (...) Ale przede wszystkim wiedzieć, że ten spokojny, zaplanowany ciąg dni zostanie ukoronowany wielkim mesjanistycznym dziełem - komunizmem, który uczyni z nas ludzi zawsze szczęśliwych, krystalicznie myślących, równych w najściślejszym tego słowa znaczeniu... [s. 157].
Powieść jest właśnie o zmaganiach z tożsamością, o rozdarciu między duchem francuskim a rosyjskim. Narratorowi z trudem przychodzi odnalezienie własnego "ja", przeżywa to bardzo boleśnie. I to było dla mnie w książce trudne do zniesienia: o ile autor opisuje przeżycia chłopca czy historię babki, jest to literatura na wskroś piękna, z chwilą kiedy zaczyna opisywać stan emocjonalny narratora, uderza w ton egzaltowany i patetyczny. I może dlatego nie przekonują mnie stwierdzenia typu:

To kraj potworny! Zło, tortury, cierpienie, samookaleczenie się - oto ulubione rozrywki jego mieszkańców. A jednak kocham go. Kocham za jego niedorzeczność. Za jego potworność. Dostrzegam w tym głębszy sens, którego żadne logiczne rozumowanie nie może podważyć... [s.146]
"Francuski testament" wywołał u mnie bardzo mieszane uczucia, z przewagą zniecierpliwienia. Zdaję sobie sprawę, że książka jest w dużym stopniu oparta na doświadczeniach autora i prawdopodobnie opisał własne odczucia. Niestety nie stanowi to dla mnie okoliczności łagodzących. Mogę tylko powtórzyć za klasykiem: jak zachwyca, skoro nie zachwyca.

Andrei Makine, "Francuski testament", Czytelnik, 2004

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Moon Tiger - Penelope Lively


Obyś żył w ciekawych czasach - to powiedzenie z pewnością sprawdziło się w przypadku 76-letniej Claudii Hampton, której życie dobiega właśnie końca. Była świadkiem obu wojen światowych, podczas drugiej jako korespondentka prasowa przebywała w Egipcie. Tam przyszło jej spotkać miłość swojego życia. Po wojnie zajęła się pisaniem książek historycznych, kontrowersyjnych ze względu na cokolwiek niekonwencjonalne podejście do poruszanych tematów. Ale czego można spodziewać się po autorce, która także na co dzień jest niekonwencjonalna?

Niezwykle atrakcyjna i inteligentna, nie zgodziła się wyjść za mąż za ojca ich wspólnego dziecka. Przez lata żyli to razem, to osobno, prowadząc intensywne życie zawodowe. Claudia to kobieta ambitna i niezależna, często łamie konwenanse, przez co nie jest osobą zbyt lubianą. Od dziecka rywalizowała z bratem, ale też łączyła ich nadzwyczaj bliska więź. Tego niestety nie można powiedzieć o relacjach z córką, którą traktowała z dużą rezerwą, nie potrafiąc zdobyć się na serdeczność.

Leżąc w szpitalu postanawia spisać historię świata. Historię świata, a zarazem - albo przede wszystkim - własną. Jak zaznacza, złożą się na nią fakty i fikcja, mity i dowody, wyobrażenia i dokumenty [s. 1]. Nie uznaje chronologii, o swoim życiu opowiada wyrywkowo, historie pojawiają się jak za potrząśnięciem kalejdoskopu: złożone i kolorowe, za każdym razem inne. Pozornie chaotyczne, niczym tok rozumowania głównej bohaterki, a jednak układają się w sensowną i ciekawą całość.

Niezwykle interesujące są rozważania na temat samej historii. Claudia podkreśla między innymi, że fakty mogą być diametralnie różnie interpretowane (np. odkrycie Ameryki dla Europejczyków to powód do dumy, a dla Indian początek zagłady), że chronologia nie jest istotna, bo liczy się efekt końcowy, że wiele wydarzeń umyka uwadze i tak naprawdę historia jest niepełna, a jednocześnie bardzo prywatna, bo uzależniona od punktu widzenia narratora.

Lektura powieści Lively wymaga skupienia, z czym u mnie było akurat dość trudno. Zdecydowanie na plus należy autorce policzyć formę książki i postać głównej bohaterki. Momentami przegadana, momentami wzruszająca, ale przeczytać nie zawadzi. Trochę szkoda, że powieść nie została przetłumaczona polski, zwłaszcza że w 1987 r. nagrodzono ją Bookerem.

Penelope Lively, 'Moon Tiger', Penguin Books, 1988

poniedziałek, 31 maja 2010

Ci, co pozostali - Paul Scott

"Ci, co pozostali" to powieść bardzo melancholijna, opowiadająca o schyłku życia państwa Smalley będących reliktem minionej epoki. On to Tusker, emerytowany brytyjski pułkownik, ona to Lucy, żona przy mężu. Dzieci brak. Spędzili w Indiach ponad 30 lat; ominęła ich wojna, przetrwali uzyskanie niepodległości przez Indie i właściwie spokojnie dotrwali do siedemdziesiątki. Spokojnie nie oznacza jednak nie ponosząc żadnych kosztów.

Oboje są ludźmi przegranymi: Tusker jako mężczyzna nieambitny nie zrobił kariery ani wojskowej, ani tym bardziej w handlu. Nie zapewnił w ten sposób sobie i żonie spokojnej starości; żyją skromnie, bez możliwości na jakiekolwiek ekstrawagancje, nie wspominając o powrocie do ojczyzny. Co więcej, niska pozycja męża mocno odbiła się na pozycji Lucy - nie była poważana przez inne żony oficerów, niekiedy wykorzystywały ją do pracy. Nie zaznała zbyt wiele szczęścia także u boku Tuskera, który najwyraźniej nie dbał o potrzeby żony. Lucy to postać niespełniona w miłości, małżeństwie i macierzyństwie, nie dane jej było nawet poświęcić się swojej pasji czyli teatrowi amatorskiemu. Mimo to nie narzeka.

A jednak to małżeństwo z 40-letnim stażem sprawia wrażenie udanego. O ile nawzajem się irytują, o tyle doskonale znają swoje nawyki, dzięki czemu całkiem nieźle razem funkcjonują. Ba, można śmiało powiedzieć, że łączy ich silna i głęboka więź, czego nie można niestety powiedzieć o drugim małżeństwie przedstawionym w książce, a mianowicie o państwu Bhulabhoj. Tu sytuacja jest odmienna, albowiem to Lila dominuje w związku i twardą ręką zarządza nie tylko hotelem, ale również swoim małżonkiem. Pan Bhulabhoj to dusza pokrewna Lucy: niespełniony, sfrustrowany, niemal całkowicie uzależniony od swojej drugiej połowy.

Wydawać by się mogło, że to przygnębiająca historia, jednak tak nie jest. Scott potraktował swoich bohaterów z dużą dozą humoru i ciepła, toteż powieści nie brak lekkości. Styl jest miejscami nierówny i miałam wrażenie, że autor pisał bez konkretnej wizji i rozwijał akcję pod wpływem chwili, wypełniając jedynie miejsce między początkiem a końcem, który jest tak naprawdę powrotem do punktu wyjścia. Książka w 1977 r. otrzymała nagrodę Bookera, czy dzisiaj powtórzyłaby swój sukces - wątpię. Jak dla mnie jest za mało przemyślana, brak jej dyscypliny.

Warto wiedzieć, że "Ci, co pozostali" to ostatnia część tetralogii zaadaptowanej na serial "Klejnot Korony". Był on wyświetlany także w Polsce (bodajże w latach 80-tych) i cieszył się sporą popularnością.

Moja ocena: 7/10

Paul Scott, "Ci, co pozostali", PIW, 1992

piątek, 14 maja 2010

Płomyki pamięci - Anne Michaels

Ta książka cierpi na nadmiar. Za dużo w niej poetyckich metafor, ciekawostek popularno-naukowych, opisów hitlerowskiego okrucieństwa, rozważań o pamięci i nawet krótka druga część - jakby dopisana na siłę - wydaje się zbędna. A szkoda, bo temat jest ciekawy.

Jakob Boer jako ośmiolatek był świadkiem śmierci swoich żydowskich rodziców z rąk nazistów, starsza siostra zaginęła bez śladu. Chłopca uratował grecki archeolog i wywiózł go z Polski na Zakintos. Po wojnie obaj trafili do Kanady, gdzie Jakob z czasem się usamodzielnił i zajął tłumaczeniami oraz tworzeniem poezji. Mimo upływu wielu lat nie jest w stanie otrząsnąć się z rodzinnej tragedii, żyje rozpamiętując bolesną stratę. Funkcjonuje w społeczeństwie, jednak sprawia wrażenie człowieka bezwolnego, żyjącego siłą rozpędu.

I o tym właśnie jest ta powieść: o pamięci. Michaels wgryza się w problem na różne sposoby, niekiedy powtarzając się, a niekiedy oferując oryginalne stwierdzenia:

To, że się czuje oddziaływanie zmarłych nie jest żadną metaforą (...) Nie jest żadną metaforą mówienie o zadziwiającej pamięci namagnesowanych minerałów, nawet po setkach milionów lat wskazujących biegun magnetyczny, minerałów nie zapominających magmy, która zastygając, naznaczyła je wieczną tęsknotą. Tęsknimy za miejscem, ale samo miejsce również tęskni. Pamięć ludzka jest zakodowana w prądach powietrznych i w rzecznym mule. Eskery popiołu czekają, aby je odgrzebać, życie - aby je przywrócić. [s. 50]

Chętnie czytam książki o Holokauście, lubię poetycki styl, ale "Płomyki pamięci" nie zachwyciły mnie. Powieść jest mocno melancholijna, mglista i ciężkawa; historia zdaje się sączyć - to akurat poczytuję sobie za duży plus powieści. Niestety autorka nie wykazała się konsekwencją, jej styl jest dość nierówny: naładowane metaforami fragmenty przeplatają się z akapitami pisanymi zwykłą prozą, bez ozdobników i daje to nieciekawy efekt. Michaels z pewnością jest erudytką, ale liczne wtręty z paleobiologii, meteorologii, historii itp. są przytłaczające. Całość rozłazi się w szwach i może właśnie z tego powodu główny bohater wydaje się mało interesujący.

Autorka jest przede wszystkim poetką, "Płomyki pamięci" były jej pierwszą próbą prozatorską. Na tyle udaną według krytyków, że zasłużyła na kilka nagród m.in. Orange Prize w 1997 r. oraz na ekranizację. We mnie budzi bardzo mieszane odczucia i cieszę się, że jakoś przez nią wreszcie przebrnęłam. Mam tylko nadzieję, że jej druga powieść 'The Winter Vault' jest o niebo lepsza.

Moja ocena: 7/10

Anne Michaels, "Płomyki pamięci", Wydawnictwo Rebis, 2000

środa, 21 kwietnia 2010

Matka odchodzi - Tadeusz Różewicz

Jak sam autor wyznaje, "Matka odchodzi" to żebracze treny. Na książkę składają się wiersze poety, fragment jego pamiętnika, luźne teksty oraz wspomnienia autorstwa matki i dwóch braci. Postać wyłaniająca się z tych skrawków to kobieta pracowita, zaradna, a przede wszystkim - dobra, kochana mama. Z lektury można wnioskować, że z synami łączyła ją bardzo silna więź; notatki Różewicza zapisane wiele lat po jej śmierci świadczą z kolei o niekłamanej, głębokiej miłości synowskiej.

Stefania Różewicz (1896-1957) w książce wypowiada się dwukrotnie: we wspomnieniach z wczesnego dzieciństwa na wsi w okolicach Wielunia oraz wspomnieniach z okresu narodzin syna Tadeusza. Pierwszy tekst ma niesamowitą wartość poznawczą i śmiało można go włączyć do programu szkolnego jako lekturę uzupełniającą, ponieważ znakomicie pokazuje życie wiejskie na początku XX wieku. Można dowiedzieć się, co dokładnie znaczy być biednym, jak przerażająco nikła była wiedza chłopów na temat higieny czy wagi szkolnictwa, jak niewiele znaczyła dla nich Polska. Dla mnie odkryciem był np. fakt, że jedzenie składało się głównie z ziemniaków i kapusty oraz mącznych roztworów, natomiast jarzyn, a tym bardziej owoców, w ogóle nie uprawiano. Drugi tekst opowiada o najwcześniejszych latach, a właściwie - latkach - Tadeusza Różewicza. Okazuje się, że dość wcześnie wykazywał się nietuzinkowym postrzeganiem otoczenia:

Sprawiał nam zawsze dzieciak wiele radości swoimi różnymi odruchami i powiedzeniami, które tylko ono w swoim świecie widzenia i myślenia rozumiało. W polu, jak chciał zerwać kłosek zboża, a nie mógł, krzyczał do kłoska: puść, puść. Myślał pewnie, że tam w ziemi ktoś trzyma. A jak się o co obraził wchodził pod stół i wołał: poszedłem w świat. Jeszcze dzieciak nie miał dwóch lat, jak dostałam atak nerki. Pamiętam, jak przyszedł do łóżka i płacząc mówił: musia, niech cię boli, a nie umieraj. W ogóle bardzo się wszystkim interesował, a najwięcej zwierzętami. (s. 39)

Zupełnie w innej tonacji są wypisy z dziennika poety (V-VII 1957 r.) rejestrujące tytułowe odchodzenie matki. Bardzo intymne i szczere, odzwierciedlają rozdarcie autora pomiędzy chęcią zatrzymania ukochanej osoby a ulżenia jej w cierpieniu. Do tego bezsilność, niekiedy skrępowanie, ale przede wszystkim - ogromna miłość. Nie co dzień się zdarza, że syn cierpliwie pielęgnuje umierającą matkę. Jego uczucia przez lata naturalnie ewoluują, ale matka nadal pozostaje ważną postacią. Świadczą o tym także wiersze, niejednokrotnie poświęcone właśnie jej. Oto jeden z nich - "Fotografia", którego ostatnie dwie zwrotki znakomicie obrazują wzajemną dbałość i empatię:

dziś z dalekiego kraju
otrzymałem starą kartkę
widokówkę Erbalunga

Nigdy nie słyszałem tej nazwy
nie wiem gdzie to jest
i nie chcę wiedzieć

Erbalunga

wczoraj otrzymałem
ocaloną fotografię matki
z roku 1944

matka na tej fotografii
jest jeszcze młoda piękna
uśmiecha się

ale na drugiej stronie
odczytałem wypisane
jej ręką słowa
"rok 1944 okrutny dla mnie"

w roku 1944
został zamordowany
przez gestapo mój starszy brat

skryliśmy jego śmierć
przed matką

ale ona nas przejrzała
i ukryła to
przed nami.

Najlepiej postać matki Różewicza podsumował młodszy brat poety, Stanisław (reżyser filmowy): To, co w naszym domu było najdroższe i najpiękniejsze, to Mama. (s. 133) Ojciec oczywiście jest również obecny we wspomnieniach, ale to już osoba o innym charakterze i powinnościach. Przede wszystkim nie tak ciepły i wyrozumiały, więc i odbierany nieco inaczej.

Z pewnością "Matka odchodzi" to pozycja wyjątkowa w polskiej literaturze, jak najbardziej godna polecenia. Z jednej strony przejmująca i wzruszająca, z drugiej - zmusza do refleksji. Przede wszystkim oswaja doświadczenie, przez które większość z nas będzie musiała kiedyś przejść. Czy słusznie zasłużyła na nagrodę Nike w 2000 r., trudno mi ocenić. Wiem jedno: na długo pozostanie w mojej pamięci.

Moja ocena: 9/10

Tadeusz Różewicz, "Matka odchodzi", Wydawnictwo Dolnośląskie, 2000

środa, 24 marca 2010

Hotel du Lac - Anita Brookner

Dobiegająca 40-tki Edith Hope jest autorką poczytnych romansów. Z powodu incydentu, który spowodowała w Londynie, znajomi wysłali ją do Szwajcarii. W odosobnionym hoteliku nad jeziorem ma przeczekać towarzyską burzę i dokończyć nową powieść. Edith nie jest fascynującą kobietą, sprawia wrażenie smutnej i opuszczonej. Jest taka, jak czytelniczki jej książek:

Pragną wierzyć, że zostaną odkryte, wyglądając jak najlepiej za zamkniętymi drzwiami i właśnie wtedy, gdy uważały swoje życie za stracone, odkryje je przebojowy mężczyzna, który porzuci wszystko, żeby je zdobyć. (s. 24)

Opiera się zmianom zachodzącym w społeczeństwie i nie chce być jedną z nowoczesnych, przebojowych kobiet, które same wybierają sobie mężczyzn, nie chce nawet o nich pisać. Woli swoje ciche życie pisarki czekającej na telefon lub wizytę Davida, żonatego kochanka. Poznany w hotelu biznesmen tłumaczy jej, że tak naprawdę Edith potrzebuje nie miłości, ale pozycji społecznej czyli małżeństwa. Okazuje się, że może ono przynieść wiele korzyści:

I gdy raz wyjdziesz za mąż, możesz się zachowywać równie źle, jak ktokolwiek inny. Nawet gorzej, biorąc pod uwagę twoje niewykorzystane możliwości w tym względzie. (...) I będziesz przez wszystkich lubiana, i będziesz miała dużo do powiedzenia. I nigdy nie będziesz musiała czekać na telefon. (s. 97)

Powiało problematyką rodem z Jane Austen, jednak nie sposób zaprzeczyć, że kobiety samotne, nawet te sprawiające wrażenie niezależnych i szczęśliwych, nadal są postrzegane jako odstające od powszechnie uznanych norm. Także obecnie zamążpójście wydaje się wielu osobom lekiem na całe zło.

Problem zarysowany w powieści Brookner jest bardzo ciekawy, niestety sama książka pozostawia wiele do życzenia. Jest nieco staroświecka i wręcz nudna, choć pod koniec akcja nabiera tempa. Tekst wydał mi się bardzo nierówny, kanciasty; zupełnie nie odpowiada mi ukrywanie dialogów w tekście głównym obok tych zapisanych w tradycyjny sposób. Do tego kiepskie tłumaczenie Marii Zborowskiej, gdzie pełno błędów stylistycznych (np. przekrwawione oczy na str. 65, rytuał ekstynkcji na str. 71), a zdarzyły się również gramatyczne (uczni zamiast uczniów na str. 11) i ortograficzne (zawieść zamiast zawieźć na str. 125).

"Hotel du Lac" został nagrodzony Bookerem w 1984 r. Nie mam pojęcia, jakie obowiązywały wówczas kryteria, ale obawiam się, że dzisiaj ten tytuł nie trafiłby nawet na tzw. długą listę. Tak czy owak nie poddaję się i zamierzam wkrótce przeczytać "Rodzinę i przyjaciół" tej autorki. Liczę na lepsze wrażenia.

Moja ocena: 6/10

Anita Brookner, "Hotel du Lac", Czytelnik, 1989

sobota, 20 lutego 2010

Vernon - DBC Pierre

Ogromne zaskoczenie.

Przez pierwsze 176 stron zastanawiałam się, jak t a k i e coś mogło zdobyć Bookera za 2003 r. Monolog 15-letniego Vernona Little z Martirio w Teksasie jest bardzo potoczysty i upstrzony przekleństwami, przeniesiony na ekran lub na scenę mógłby być niezłą komedią. Tymczasem temat jest poważny: chłopak zostaje oskarżony o zastrzelenie kilkunastu uczniów z własnej szkoły. Jego próby dowiedzenia niewinności spełzają na niczym, postanawia uciec do Meksyku. Zwłaszcza, że społeczeństwo - za sprawą manipulacji mediów - już go właściwie osądziło. Autor ewidentnie w kpiący sposób przedstawia policję, sąd, telewizję, a nawet samych Amerykanów z ich obżarstwem, hipokryzją i innymi grzeszkami. Całość przedstawiona bez ogródek, narysowana grubą kreską.

Właściwie miałam darować sobie tę powieść, ale w w trzeciej części nastąpił zwrot o 180 stopni. Główny bohater przeszedł w więzieniu metamorfozę i jeśli nie zmądrzał, to z pewnością się uspokoił. Trzeba przyznać, że książka nabrała innego wymiaru i jakości. Wcześniejszy fajerwerk wydarzeń wyhamował na rzecz refleksji, co z kolei dobrze posłużyło budowaniu napięcia. Bardzo podobał mi się sposób, w jaki autor prowadzi fabułę do kulminacji, zakończenie również okazało się "zgrabne". W sumie powstała naprawdę dobra i zaskakująca powieść. Cieszę się, że nie porzuciłam jej przedwcześnie.

Zastanawia mnie jedynie, że wcześniej o niej nie słyszałam. Odnoszę wrażenie, że nie była w Polsce zbyt intensywnie promowana. Co więcej, ostatnio ze zdziwieniem zauważyłam ją na przecenie w warszawskim Trafficu za jedyne 5 zł.

Warto również podkreślić znakomite tłumaczenie nieodżałowanego Zbigniewa Batko.

Moja ocena: 8/10

DBC Pierre, "Vernon", Wydawnictwo Muza, 2004

piątek, 12 lutego 2010

Przyjęcie u Larry'ego - Carol Shields

Tytułowy Larry to 26-letni Kanadyjczyk, którego poznajemy u progu kariery w branży kwiaciarskiej. Jego dalsze perypetie (rozciągnięte na 20 lat) autorka przedstawiła w 15 odsłonach, przy czym każdą można traktować jako samodzielne opowiadanie. Nawet jeśli pojawia się postać z wcześniejszego życia Larry’ego Wellera, w kilku zdaniach streszczona jest jej ówczesna rola. W moim odczuciu zabieg irytujący, podobnie jak wszechobecne, ironiczne podejście do głównego bohatera.

Otwierający powieść rozdział tj. „Piętnaście minut z życia Larry’ego Wellera, 1977” oraz ostatni tj. „Przyjęcie u Larry’ego, 1997” są zdecydowanie najlepsze: dynamiczne i świetnie spuentowane. Zwłaszcza zapis rozmów podczas proszonej kolacji świadczy o dużej spostrzegawczości i świetnym wyczuciu Shields. Poza tym niestety wieje nudą. Być może dlatego, że sam główny bohater nie jest porywającą postacią, a jego życiorys nie odbiega szczególnie od życiorysów milionów innych mężczyzn: dwa małżeństwa, dziecko, zmiana pracy, choroba. Najciekawsze jest jego hobby, a mianowicie labirynty żywopłotowe.

Występujący w powieści labirynt z Hampton Court

Muszę przyznać, że zgłębiając ten temat na kartach powieści autorka otworzyła dla mnie zupełnie nowy świat. Okazuje się, że jest wiele rodzajów labiryntów (przede wszystkim jedno- i wielościeżkowe) i że – jak mówi Larry - są w rzeczywistości ucieczką od błądzenia. Uładzoną ścieżką dla wytrwałych. Pielgrzymką na własną rękę, bez gapiów (s. 206). Ciekawostką jest również fakt, że droga do sedna labiryntu jest zawsze skracana przez oddalenie się od celu oraz że labirynt nie może być nigdy całkiem symetryczny. Poza tym celem chodzenia po labiryncie jest dotarcie do określonego miejsca, gdzie znajduje się jakaś atrakcja np. ławeczka, fontanna lub posąg.

Książka w 1998 r. otrzymała nagrodę Orange Prize za metaforyczne ujęcie ludzkiej egzystencji jako labiryntu właśnie i przedstawienie zawiłości życia mężczyzny u schyłku XX wieku. Także za mądrość, dowcip i ogólną afirmację. Mnie „Przyjęcie u Larry’ego” zbytnio nie poruszyło, z trudem dobrnęłam do końca. Nie uważam, żeby była to książka szczególnie mądra czy głęboka. Być może zaszkodził jej upływ czasu, choć to zaledwie 12 lat od chwili wydania. Jedno jest jednak pewne: o labiryntach zamierzam jeszcze poczytać.

Moja ocena: 7/10

Carol Shields, „Przyjęcie u Larry’ego”, Świat Książki, 2000

niedziela, 31 stycznia 2010

Własność - Valerie Martin

To mogła być znakomita książka, a jest niestety trochę mniej niż dobra. Tym bardziej dziwi mnie fakt, że w 2003 r. uhonorowano ją Orange Prize. Nie przeczę - jest ciekawa: rok 1828, młoda Manon żyje ze znienawidzonym mężem na plantacji trzciny cukrowej niedaleko Nowego Orleanu. Musi tolerować obecność czarnej służącej Sarah będącej kochanką jej męża, a zarazem matką spłodzonych przez niego dwojga dzieci. Sytuacja nie do pozazdroszczenia, zwłaszcza że sama jest bezdzietna. Kobieta najchętniej wyjechałaby do miasta, uciekła od męża.

Życie Manon to szamotanina, szkoda jednak, że autorka nie potrafiła wykorzystać dostępnych środków do podkreślenia stanu psychicznego głównej bohaterki. Pisze o jej częstych bólach głowy, bezsenności oraz uciążliwych upałach, ale to wszystko jakoś ginie. Podobnie rzecz się ma z budowaniem napięcia: zbuntowani czarni napadają na posiadłość, dochodzi do morderstwa, ucieczki, a jednak akcja zbytnio nie porusza. Ba, można się nawet pogubić - kilkakrotnie sprawdzałam, kto co zrobił, albo gdzie był.

Zastanawia mnie również bardzo prosty język powieści. Byłby idealnym rozwiązaniem, gdyby to był pamiętnik Manon. A ponieważ nim nie jest, można oczekiwać trochę więcej. Mam również zastrzeżenia co do samej postaci głównej bohaterki. Wydaje mi się zbyt współczesna w swoim postępowaniu i toku myślenia jak na kobietę sprzed niemal 200 lat. Totalnym nieporozumieniem była dla mnie scena, kiedy pod wpływem impulsu zaczęła ssać pierś Sarah. Ale może się czepiam.
Wierzę, że tę samą historię można było napisać sprawniej, z większym pazurem. Tymczasem powstała powieść średniej jakości, której wymowa sprowadza się do konkluzji, że własnością "panów" byli nie tylko niewolnicy, ale również ich żony (Manon zazdrościła swojej zbiegłej służącej tego, że przez kilka dni mogła swobodnie podróżować po kraju jako biały mężczyzna). Jak dla mnie to za mało.

Moja ocena: 7/10

Valerie Martin, "Własność", Rebis, 2003

środa, 13 stycznia 2010

Wyzwania czytelnicze

W tym tygodniu ruszają dwa wyzwania, do których z chęcią się przyłączam. Pierwsze to Nagrody Literackie.

Moja lista minimum wygląda następująco:

1. W. Myśliwski - "Traktat o łuskaniu fasoli"
2. A. Michaels - "Płomyki pamięci"
3. J. Berger - "G." (tyle razy zerkał na mnie w bibliotece, że dam mu szansę;)
4. E. McEwan - "Amsterdam"


W miarę możliwości przeczytam także Tokarczuk i Stasiuka (do tej pory czekają na półce), Miłosz, może "Rytuały morza" Goldinga. Do końca czerwca 2010 r. sporo jeszcze czasu, więc powinno się udać.

Drugie wyzwanie to Amerykańskie Południe w literaturze i potrwa do 31 marca.

Przeczytam:
1. W. Styron - 'Lie down in darkness'
2. A. Walker - "Kolor Purpury" oraz 'Temple of my familiar'
3. W. Faulkner - "Dzikie palmy"

W planach mam także 'The known world' Jonesa, ale nie jestem pewna, czy starczy mi czasu.
___