Historię rumuńskiej matki i jej autystycznego syna poznawałam poniekąd od końca – oboje byli gośćmi tegorocznego Festiwalu Literackiego Sopot, na spotkanie poszłam przed lekturą Grzecznych dłoni. Zobaczyłam pogodną pięćdziesięciolatkę i młodego mężczyznę – mocno skupionego na tłumaczeniu rozmowy, niekiedy poirytowanego niedokładnymi wypowiedziami matki. Sprawiali wrażenie zgranego duetu.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. rumuńska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. rumuńska. Pokaż wszystkie posty
piątek, 17 października 2025
wtorek, 14 kwietnia 2020
Parochia
Niekiedy po kilku stronach lektury wiadomo, że trafiła nam się proza wyśmienita, bez fałszywej nuty, i tak właśnie jest z Parochią. Autor wrzuca czytelnika na głęboką wodę i każe się uczyć pływać w tej osobliwej toni, jaką jest tytułowa prawosławna parafia. Przypuszczalnie znajduje się gdzieś w prowincjonalnej Rumunii, akcja toczy się w czasach socjalizmu doby Nicolae Ceaușescu.
niedziela, 28 kwietnia 2019
Prosto z jamy
Za życia Maxa Blechera gruźlica kręgosłupa była nieuleczalna i oznaczała wegetację. Zakuci w gips pacjenci mogli głównie leżeć w oczekiwaniu na rozwój choroby, prędzej czy później prowadzący do śmierci. Po drodze był ból i samotność, i do tego mnóstwo czasu, który z perspektywy chorego niemiłosiernie się ciągnął i który trzeba było jednak jakoś spędzać. Narrator Rozświetlonej jamy, alter ego autora, próbował pisać: rejestrował zdarzenia z najbliższego czyli sanatoryjnego otoczenia.
Zapiski Blechera tworzą w istocie relację z umierania – cudzego i własnego. Są więc zabiegi, operacje, wizyty lekarskie, wszędobylski zapach lekarstw i choroby. Także nasłuchiwanie odgłosów z innych sal i z korytarza, świadczących o rozgrywających się dramatach. Jedną z najbardziej pamiętnych scen w książce jest ta, w której kona sąsiad, tymczasem spragniony narrator resztkami sił sięga po butelkę zakazanej wody – ten mały czyn opisany z niezwykłą precyzją odczuwany jest jako wyjątkowo intensywny, wręcz wstrząsający. Śmierć idzie w parze z ekstazą, chwila doniosła z banalną – te właśnie dychotomie interesują Blechera najbardziej. Drąży kwestie ważności i nieważności faktów, zastanawia się nad miejscem człowieka w chaosie kolejnych, codziennych epizodów, docieka, czym naprawdę jest życie. Zważywszy na długotrwałe hospitalizacje i pesymistyczną diagnozę, podobne refleksje nie zaskakują.
Zaglądanie w świadomość chorego jest zdecydowanie największym atutem Rozświetlonej jamy. Narrator nie żali się, nie irytuje, a jednak podczas lektury można odnieść wrażenie, że jego przemyślenia skrywają ogromną udrękę. Mężczyzna dopiero w ostatnim zdaniu odsłania się i daje wyraz swojej dobrze skrywanej rozpaczy: Stałem na cementowej podłodze, dygotałem z zimna i nie wiedziałem, co robić. Max Blecher zmarł w 1938 r. w wieku 29 lat.
_______________________________________________________________________
Max Blecher, Rozświetlona jama. Dziennik sanatoryjny, tłum. Joanna Kornaś-Warwas
Książkowe Klimaty, Wrocław 2018
wtorek, 13 maja 2014
Zabliźnione serca
No właśnie, to bardzo ciekawa sprawa… Berck to nie jest miasto chorych. To niezmiernie subtelna trucizna. Wsącza się prosto w krew. Ten, kto tu trochę pożył, nie znajdzie już sobie miejsca nigdzie na świecie. Ty też to poczujesz pewnego dnia. Wszyscy tutejsi kupcy, lekarze, aptekarze, a nawet sanitariusze… To dawni kuracjusze, którzy nie potrafili żyć gdzie indziej. [s. 79]
Pacjenci sanatorium w Berck osobom postronnym musieli przypominać owady przewrócone na grzbiet i bezradnie poruszające kończynami: unieruchomieni w swoich gipsowych pancerzach byli równie nieporadni. Życie zredukowane do pozycji horyzontalnej nie oznacza jednak wegetacji: między prześwietleniami, badaniami kontrolnymi i operacjami pozostaje mnóstwo czasu na spacery, schadzki i hulanki.
Do tego uzdrowiska na północy Francji trafia chory na gruźlicę kręgosłupa Emanuel, student chemii i syn zamożnego kupca w jednej osobie. Szybko aklimatyzuje się w nowym miejscu i wsiąka w towarzystwo. Jest ono niezwykle barwne: piękna Polka, kierowca rajdowy, inżynier, przystojny Argentyńczyk, dorastająca pannica z przyzwoitką. Chłopak bardziej z nudów niż z potrzeby serca nawiązuje przyjaźnie i romans, by po pewnym czasie zatęsknić za samotnością. Postępuje niekiedy egoistycznie, być może broni się w ten sposób przed ponurą rzeczywistością i zagłusza myśli o wszechobecnej śmierci. Dochodzi tu przecież i do dramatów, tyle że rozgrywają się po cichu, za zamkniętymi drzwiami i zazwyczaj nie zakłócają kruchego spokoju innych kuracjuszy
Blecher opisuje sanatoryjny mikroświat naturalistycznie, pozwalając czytelnikowi fetor choroby i ból pacjenta. Do bohaterów podchodzi z dystansem, choć nie obojętnie, a znakomite wyczucie tematu zawdzięcza własnym doświadczeniom, bo „Zabliźnione serca” są w dużej mierze książką autobiograficzną. To doskonała lektura na chłodne, wietrzne dni – łatwiej wtedy wczuć się w senną atmosferę nadmorskiego miasteczka, które niepostrzeżenie sączy swą truciznę. Powieść zdecydowanie godna uwagi.
____________________________
Max Blecher Zabliźnione serca
przeł. Tomasz Klimkowski
Wydawnictwo WAB, Warszawa 2014
piątek, 17 lutego 2012
Vica Delcă rusza w miasto
W mroźny poranek staruszka Vica rusza w miasto. Uzbrojona w torbę pełną przetworów, reklamówek i skórek od chleba rozpoczyna swoją odyseję po Bukareszcie i niemal całym XX wieku. Odwiedziny u znajomych prowokują wspomnienia, przywołują duchy z przeszłości i tak oto przed oczami czytelnika niczym film przewija się historia Rumunii. Tu ujęcie z lat osiemdziesiątych, tam dłuższy fragment z 1916 roku, tu jeszcze przebitki z czasów powojennych. Biedna przez całe życie Vica także i w tej opowieści będzie musiała ustąpić miejsca szacownej rodzinie pani Ioaniu.
W powieści Adameşteanu bohaterów jest kilkunastu, główne role przypadły jednak kobietom. Mężczyźni są mało zaradni, chorzy, albo wręcz nieobecni, słowem - marny z nich pożytek. Co innego panie - manipulują i intrygują, to podczepiają się pod użytecznych wojskowych, to niewygodne znajomości przemilczają - byle przetrwać. I trwają. Niespełnione w miłości i macierzyństwie ciągną za sobą bagaż rozczarowań, bez jakichkolwiek perspektyw na odciążenie. Ceną przetrwania jest gorycz i samotność, relacje rodzinne oraz długoletnie przyjaźnie nie gwarantują niczego, za dużo w nich fałszu.
"Stracony poranek" napisany jest z rozmachem, niestety najwyraźniej przerósł on samą autorkę. Przegadanie doprowadziło do zburzenia niezłej konstrukcji książki i zmarnowania świetnych pomysłów fabularnych. Powieść zapowiadała się na historię jednego dnia z dłuższym przeskokiem do przeszłości, tymczasem akcję, moim zdaniem niepotrzebnie, poprowadzono dalej, tracąc w ten sposób możliwość na zgrabną klamrę. Polifoniczność była rewelacyjnym zabiegiem, co widać zwłaszcza w konfrontacji damsko-męskich potyczek, ale nie wiedzieć czemu, Adameşteanu pozbawiła głosu kilku ważnych panów. Gdyby nie braki formalne, byłaby to znakomita książka, w moim odczuciu skończyło się na książce takiej sobie. Tak czy owak dobrze było spotkać się z literaturą i historią rumuńską w jednym miejscu.
______________________________________________________________________________________
Gabriela Adameşteanu "Stracony poranek" tłum. Tomasz Klimkowski, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa, 2012
______________________________________________________________________________________
W powieści Adameşteanu bohaterów jest kilkunastu, główne role przypadły jednak kobietom. Mężczyźni są mało zaradni, chorzy, albo wręcz nieobecni, słowem - marny z nich pożytek. Co innego panie - manipulują i intrygują, to podczepiają się pod użytecznych wojskowych, to niewygodne znajomości przemilczają - byle przetrwać. I trwają. Niespełnione w miłości i macierzyństwie ciągną za sobą bagaż rozczarowań, bez jakichkolwiek perspektyw na odciążenie. Ceną przetrwania jest gorycz i samotność, relacje rodzinne oraz długoletnie przyjaźnie nie gwarantują niczego, za dużo w nich fałszu.
"Stracony poranek" napisany jest z rozmachem, niestety najwyraźniej przerósł on samą autorkę. Przegadanie doprowadziło do zburzenia niezłej konstrukcji książki i zmarnowania świetnych pomysłów fabularnych. Powieść zapowiadała się na historię jednego dnia z dłuższym przeskokiem do przeszłości, tymczasem akcję, moim zdaniem niepotrzebnie, poprowadzono dalej, tracąc w ten sposób możliwość na zgrabną klamrę. Polifoniczność była rewelacyjnym zabiegiem, co widać zwłaszcza w konfrontacji damsko-męskich potyczek, ale nie wiedzieć czemu, Adameşteanu pozbawiła głosu kilku ważnych panów. Gdyby nie braki formalne, byłaby to znakomita książka, w moim odczuciu skończyło się na książce takiej sobie. Tak czy owak dobrze było spotkać się z literaturą i historią rumuńską w jednym miejscu.
______________________________________________________________________________________
Gabriela Adameşteanu "Stracony poranek" tłum. Tomasz Klimkowski, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa, 2012
______________________________________________________________________________________
środa, 30 czerwca 2010
Jestem komunistyczną babą! - Dan Lungu
Wystarczyłoby zmienić nazwy własne występujące w powieści, a otrzymalibyśmy książkę o czasach siermiężnego PRL-u. Powojenny socjalizm najwyraźniej wyglądał tak samo i w Polsce, i w Rumunii. Dlatego też opowieści o wszechobecnej partii, kontyngentach dla ZSRR, zakupach pomarańczy po znajomości czy o malowaniu szyszek przed przyjazdem Wodza brzmią znajomo.

Narratorka z rozrzewnieniem wspomina czasy komuny, kiedy to miała niemal wszystko, co sobie zamarzyła. Nie była partyjną szychą, ale praca w eksportowym dziale fabryki dawała podwójną pensję, a tym samym więcej możliwości. Po przewrocie 1989 r. sytuacja mocno się zmieniła: wraz z upadkiem zakładu pracy, warunki życia stały się dla Micy bardzo trudne. Na szczęście dobry nastrój jej nie opuszcza, zwłaszcza, że jedyna córka wyemigrowała do Kanady i spodziewa się dziecka. Trzeba jeszcze zaznaczyć, że nie wszyscy podzielają tęsknotę głównej bohaterki za socjalizmem - inni po prostu lepiej dali sobie radę w okresie transformacji.
A podobne historyjki opowiadano o Ceausescu (ze względu na długość tylko fragment):
Pewnego dnia Najukochańszy Syn Narodu nudził się śmiertelnie, jak mamę kocham. Miał powyżej uszu posiedzeń, było mu niedobrze od grania godzinami w siódemki, na wizyty robocze nie miał ochoty... Do wyjazdów zagranicznych też mu się nie paliło, bo gospodarze ciągali go po muzeach albo pod pomniki bohaterów, dawali mu do jedzenia ślimaki, ośmiornice i inne obrzydlistwa albo zabierali go do opery, jak we Włoszech, gdzie jakieś masywne towarzyszki, zamiast zrobić, co do nich należy, darły się, jakby je obdzierali ze skóry, że omal nie pękły mu bębenki. A na dodatek musiał mówić po zagranicznemu i bolały go ręce od tylu konwersacji. [s. 59]
Książka niczego nowego nie odkrywa, ale jest idealną lekturą na letnie dni: lekka, zabawna, a przy tym niegłupia. Zazdroszczę tym, którzy mieli okazję wysłuchać jej w radiowej Trójce w interpretacji Stanisławy Celińskiej - myślę, że lepszej wykonawczyni do roli Micy nie można było wybrać.
Dan Lungu, "Jestem komunistyczną babą!", Wydawnictwo Czarne, 2009
Narratorka z rozrzewnieniem wspomina czasy komuny, kiedy to miała niemal wszystko, co sobie zamarzyła. Nie była partyjną szychą, ale praca w eksportowym dziale fabryki dawała podwójną pensję, a tym samym więcej możliwości. Po przewrocie 1989 r. sytuacja mocno się zmieniła: wraz z upadkiem zakładu pracy, warunki życia stały się dla Micy bardzo trudne. Na szczęście dobry nastrój jej nie opuszcza, zwłaszcza, że jedyna córka wyemigrowała do Kanady i spodziewa się dziecka. Trzeba jeszcze zaznaczyć, że nie wszyscy podzielają tęsknotę głównej bohaterki za socjalizmem - inni po prostu lepiej dali sobie radę w okresie transformacji.
A podobne historyjki opowiadano o Ceausescu (ze względu na długość tylko fragment):
Pewnego dnia Najukochańszy Syn Narodu nudził się śmiertelnie, jak mamę kocham. Miał powyżej uszu posiedzeń, było mu niedobrze od grania godzinami w siódemki, na wizyty robocze nie miał ochoty... Do wyjazdów zagranicznych też mu się nie paliło, bo gospodarze ciągali go po muzeach albo pod pomniki bohaterów, dawali mu do jedzenia ślimaki, ośmiornice i inne obrzydlistwa albo zabierali go do opery, jak we Włoszech, gdzie jakieś masywne towarzyszki, zamiast zrobić, co do nich należy, darły się, jakby je obdzierali ze skóry, że omal nie pękły mu bębenki. A na dodatek musiał mówić po zagranicznemu i bolały go ręce od tylu konwersacji. [s. 59]
Książka niczego nowego nie odkrywa, ale jest idealną lekturą na letnie dni: lekka, zabawna, a przy tym niegłupia. Zazdroszczę tym, którzy mieli okazję wysłuchać jej w radiowej Trójce w interpretacji Stanisławy Celińskiej - myślę, że lepszej wykonawczyni do roli Micy nie można było wybrać.
Dan Lungu, "Jestem komunistyczną babą!", Wydawnictwo Czarne, 2009
Subskrybuj:
Posty (Atom)




