Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. hebrajska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. hebrajska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 stycznia 2018

Wysysa jak pompa

Od Życia miłosnego zaczęła się kiedyś moja znajomość z Zeruyą Shalev, znajomość trudna, że izraelska autorka tworzy często bohaterki irytujące i nieznośne. Nie inaczej jest w jej pierwszej powieści: Ja’ara wdaje się w romans z dawnym przyjacielem rodziców, osobnikiem tyleż zagadkowym, co oschłym i brutalnym.


Ich związek trudno nazwać miłością, to raczej zauroczenie, które dopada nagle młoda kobietę, ustatkowaną mężatkę i wykładowczynię uniwersytecką. Ja’ara traci głowę i daje się ponieść fascynacji Ariem, mniej lub bardziej gwałtownie narzuca mu się. Mężczyzna niechętnie przyjmuje te awanse i robi wiele, żeby zniechęcić do siebie wielbicielkę. Ten romans frapuje głównie ze względu na irracjonalne postępowanie Ja’ary, która jest świadoma, że niszczy swoje małżeństwo i karierę zawodową, a jednak brnie w destrukcyjny związek. Sama uważa, że Arie jest jak pompa wysysająca całą jej silę, wolę i czas, nie dającą w zamian nic poza obojętnością.

Ja’ary nie polubiłam, ale to postać z krwi kości. Lubi mocne wrażenia, bo wtedy wie, że żyje, nawet jeśli cierpi. I takie bohaterki dobrze sprawdzają się w literaturze – historia wymyślona przez Shalev przyciąga i mocno trzyma do końca, ba, nie daje o sobie latami zapomnieć. Wciąż każe się zastanawiać: po co jej to było?

___________________________________________________________________________
Zeruya Shalev, Życie miłosne, przekł. Agnieszka Jawor-Polak, Wyd. W.A.B., Warszawa 2008


sobota, 26 sierpnia 2017

Dziewczynka

Żydzi. Tego słowa u nas w domu się nie wymawiało, nie przy dziecku. Gdy mieszkaliśmy w getcie, nikomu, kto do nas przychodził, nie wolno było mówić przy mnie „Żyd".
Tak moja mama opowiadała, opowiadała i opowiadała.
Nie mówić „Żyd" w getcie?
Mama i tata nie chcieli, żebym znała to słowo. Chcieli, by nie wywoływało u mnie żadnej reakcji. Żebym słysząc to słowo, „Żyd", nie myślała, że odnosi się ono do mnie, i nie reagowała.


Alona Frankel miała dużo szczęścia: podczas wojny najpierw przebywała u obcej rodziny na wsi, gdy skończyły się pieniądze, dołączyła do rodziców ukrywających się we Lwowie. Cała trójka przetrwała okupację w znośnych warunkach, później przeniosła się do Krakowa i gdyby nie „życzliwi” Polacy, być może nie musieliby emigrować do Palestyny w 1949 r. O tym wszystkim wspomina w Dziewczynce.

Całość opowiedziana jest z perspektywy dziecka i dziecięcym językiem – krótkimi, prostymi zdaniami, niektóre z nich będą wielokrotnie się powtarzać, podobnie jak relacjonowane zdarzenia. Spostrzeżenia Ilonki potrafią być bardzo bezpośrednie, wręcz nietaktowne, albo dla odmiany zabawne. Nie znosi zwracać na siebie uwagi, jest małomówna, nie chce też słuchać brzydkich i wynędzniałych ludzi opowiadających o tym, jak się uratowali. Lubi historie o Jezusiku i zwierzęta, nawet jeśli są to myszy w skrytce lub martwy szczur. Najbardziej uwielbia jednak czytać. W sumie zwykłe dziecko, choć według matki – wieczne zmartwienie.

Dziewczynka opowiada również o rodzicach Ilonki, barwnej parze komunistów-idealistów, oraz w małym stopniu o ich rodzinach wymordowanych podczas Holokaustu. Mimo trudnego tematu książkę bardzo dobrze się czyta i będzie to, jak sądzę, dobra lektura zarówno dla dorosłych, jak i dla młodych czytelników. Tymczasem niedawno w księgarniach pojawiła się kontynuacja powieści czyli Dziewczyna.

___________________________________________________________________________
Alona Frankel Dziewczynka, przeł. Leszek Kwiatkowski, Wyd. Nisza, Warszawa 2007 


wtorek, 21 marca 2017

Oko za oko

Wreszcie współczesna powieść z Izraela, w której nie ma ani słowa o terroryzmie czy konflikcie z Palestyną. Co nie znaczy, że w Dwóch niedźwiedzicach nie dochodzi do przelewu krwi  przeciwnie, dochodzi kilkakrotnie, bo to powieść o zemście w starotestamentowym wydaniu czyli oko za oko, ząb za ząb. Wątków z Biblii będzie u Meira Shaleva zresztą wiele, niemniej jego książka jest bardzo współczesna.


Oto nauczycielka Tavori, wypytywana przez młodą badaczkę o kwestie genderowe w moszawie, zaczyna opowiadać o jego początkach i jednym z pierwszych osadników, dziadku Ze’evie. Zamiast o genderze i kobietach, Warda będzie zmuszona słuchać o mężczyznach - upartych, brutalnych, czasem po prostu prymitywnych. Ruta wykorzysta sytuację, by wreszcie otwarcie opowiedzieć o rodzinnych grzechach i stracie dziecka, o czym przez długi czas nie miała z kim porozmawiać. A że ta osamotniona kobieta jest zarazem impertynencka i zdeterminowana, jej opowieść będzie długa i pełna sarkazmu,

O ile Dwie niedźwiedzice nie zrobiły na mnie piorunującego wrażenia, to dzięki biblijnej symbolice, nietuzinkowym bohaterom i opisom przyrody z pewnością nie dadzą szybko o sobie zapomnieć. Są tu również przynajmniej dwie sceny (telefoniczna rozmowa mściciela z zabójcą oraz kąpanie dorosłego wnuka przez dziadka) świadczące o dużym kunszcie pisarza. Lektura pozostawia pewien niedosyt, ale z gatunku tych, które każą sprawdzić inne książki autora.

__________________________________________________________________________
Meir Shalev Dwie niedźwiedzice, tłum. Anna Halbersztat, Marginesy, Warszawa 2017



poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Siedem dobrych lat

Nie sądziłam, że Etgar Keret jeszcze mnie zaskoczy, a jednak stało się: zaskoczył, na dodatek bardzo pozytywnie. Po kilku zbiorach opowiadań całkiem niezłych lub takich sobie, które ostatecznie pozostawiły po sobie raczej mgliste wspomnienie, przyszła pora na rzecz świetną czyli „Siedem dobrych lat”.


Co odróżnia najnowszą książkę izraelskiego pisarza od wcześniejszych, to liczne wątki autobiograficzne. Głównym bohaterem opowiadań jest naturalnie Keret – ze swoimi obawami, dziwactwami i pomysłami nie z tej ziemi, ale autor sporo miejsca poświęca też najbliższym. Już na pierwszych stronach relacjonuje narodziny syna, który pojawi się jeszcze kilkakrotnie (m.in. jako syn ćpun, syn psychopata, syn światły;)), w dalszej części kreśli czułe portrety rodziców i rodzeństwa, nie skąpi również uwagi żonie, skutecznie neutralizującej mężowskie szaleństwa.

Keret bawi, gdy pisze o spotkaniach autorskich, o zbywaniu przez telefon natrętnych sprzedawców albo o śledzeniu przejawów antysemityzmu; wzrusza, gdy opisuje chorobę ojca lub wizyty w Polsce, podczas których odwiedzał miejsca wspominane przez jego matkę, urodzoną przed wojną w Warszawie. Od czasu do czasu Keret poważnieje i skupia się na sprawach istotnych, można powiedzieć – życia i śmierci: rozważa możliwości zabezpieczenia na wypadek wojny, omawia kwestię posłania syna do wojska w odległej przyszłości, opisuje alarm antyrakietowy.

„Siedem dobrych lat” jest na tyle urokliwą książką, że jej lekturę starannie się dozuje, aby przyjemności starczyło na dłużej. I choć opowiadania są głęboko zanurzone w izraelskiej rzeczywistości, czytając o kolejnych perypetiach pisarza można poczuć się jak w towarzystwie dobrego znajomego. Takiego, z którym żal się rozstawać.

_____________________________
Etgar Keret, Siedem dobrych lat
przeł. Agnieszka Maciejowska, Maja Lavergne
Wyd. W.A.B., Warszawa 2014


sobota, 26 października 2013

Wielka ucieczka

Wreszcie powieść o Izraelu, która pokazuje znacznie więcej niż skansen. Nie kibuce, ortodoksyjnych Żydów bądź miejsca kultu religijnego, ale przejścia kontrolne, patrole wojskowe i żyjących w napięciu ludzi – zmęczonych wojnami i wizją następnej. Od takiego napięcia ucieka główna bohaterka, która obawia się o życie syna wyruszającego na front.


„Tam, gdzie kończy się kraj” jest przede wszystkim opowieścią o przyjaźni i miłości hartowanych w trudnych czasach. Czy będzie to miłość między braćmi, rodzicami i dziećmi czy między kobietą i mężczyzną, jej drugie imię brzmi: odpowiedzialność. U Grosmana to chyba kwestia nadrzędna - pojawia się kilkakrotnie, w różnym ujęciu, także w kontekście wojny i konfliktu palestyńsko-izraelskiego. Bez wątpienia jest o czym rozmyślać podczas lektury tej blisko ośmiusetstronicowej powieści. I podobnie jak Ora trudziła się podczas wędrówki w głąb kraju, tak czytelnik będzie musiał włożyć nieco wysiłku w zrozumienie skomplikowanej przyjaźni trójki Izraelczyków. Pokrętna i wyboista to droga, gwarantuje jednak piękne widoki.

Osobiście nie przepadam za opasłymi tomami, więc książkę Grosmana najchętniej bym skróciła, niemniej całość prezentuje się nieźle. Widać tu przemyślaną i dopracowaną fabułę, interesującą problematykę i złożone postaci. Pozostaje pytanie, jaki byłby finał powieści, gdyby w trakcie pisania w działaniach wojennych nie zginął syn pisarza.

_____________________________________________________________________________________

Dawid Grosman „Tam, gdzie kończy się kraj” tłum. Magdalena Sommer, Świat Książki, Warszawa 2013
_____________________________________________________________________________________

poniedziałek, 18 lutego 2013

Żyć w zachwyceniu

Martin Buber (1878-1965) był badaczem kultury żydowskiej, a w szczególności chasydyzmu. Moja wiedza na ten temat jest bardzo powierzchowna, toteż jego „Opowieści chasydów” czytam z grubsza tak, jak dziecko czyta baśnie. Przyjemnie jest zanurzyć się w świat, w którym reguły są przejrzyste i w którym na każde, nawet pozornie błahe, pytanie można znaleźć prostą odpowiedź. I to właśnie uderza w historiach przytoczonych przez Bubera: prostota i harmonia.


„Opowieści chasydów” można czytać jak przypowieści lub anegdoty, skupiając się na zagadnieniach uniwersalnych. Można potraktować ten zbiór również jako wykładnię filozofii chasydzkiej w pigułce. Albo prościej – jak zaproszenie do egzotycznego świata, którego nadrzędną nauką według autora jest nic innego jak wskazanie, że należy żyć w zachwyceniu, w pełnej zachwytu radości (s. 16). Czyż nie piękne?;) Książka Bubera to lektura z gatunku refleksyjno-kojących, zdecydowanie do wielokrotnego użytku. U mnie znalazła godne miejsce na stoliku koło łóżka.
***


Pewien człowiek uczony, który kiedyś w szabat zasiadał u stołu rabbiego Barucha, powiedział: „Daj nam słyszeć słowa nauki, rabbi, ty mówisz tak pięknie!”. „Zanim przemówiłbym pięknie – odparł wnuk Baalszema – wolałbym, żeby mnie poraziła niemota”. (s. 114)
***


„Wszystko może służyć naszemu pouczeniu – powiedział pewnego razu rabbi z Sadagóry do swoich chasydów – wszystko może nas pouczyć. Nie tylko to wszystko, co stworzył Bóg, ale i to wszystko, co sporządził człowiek, może służyć naszemu pouczeniu”.
„O czym – zapytał powątpiewająco jeden z chasydów – może nas pouczyć kolej?”. „Że wszystko można utracić przez jedną chwilę spóźnienia”. „A telegraf?”. „Że każde słowo jest policzone i trzeba będzie za nie zapłacić”. „A telefon?”. „Że tam słyszą, co tu mówimy”.
(s. 194)

***


Rabbi Lewi Icchak ujrzał biegnącego ulicą w wielkim pośpiechu człowieka, który nie patrzył ani w prawo, ani w lewo. „Czemu tak biegniesz?” – zapytał go. „Biegnę za zarobkiem” – odrzekł ów człek. „A skąd wiesz – pytał dalej rabbi – że twój zarobek biegnie przed tobą i że to ty musisz go ścigać? Może właśnie jest za tobą i gdybyś tylko się zatrzymał, zaraz byś go spotkał, ale ty właśnie przed nim uciekasz.” (s. 158)

***

Zdjęcia krakowskich chasydów pochodzą ze zbiorów Yad Vashem.

__________________________________________________________________________________________

Martin Buber "Opowieści chasydów", tłum. Paweł Hertz, Poznań: "W drodze"; Warszawa: Fundacja Zeszytów Literackich, 2005
__________________________________________________________________________________________

wtorek, 26 kwietnia 2011

Mój Michael - Amos Oz

Czytam na okładce, że powieść "Mój Michael" uznana została przez krytyków za izraelską "Panią Bovary". Coś w tym jest. 30-letnia Chana jest żoną i matką, w żadnej z tych ról nie czuje się spełniona. Mąż dobry, dziecko udane, a jednak wciąż czegoś jej brak, wciąż jest niezadowolona. Ucieka w chorobę, w marzenia senne.

Mój lekarz, doktor Rosenthal, mawiał, że uczepiłam się pazurami choroby, że są dzieci, które starają się zachorować i nie chcą zdrowieć, bo choroba to w pewnym sensie stan wolności. Ot, taki temperament. Kiedy pod koniec zimy wyzdrowiałam, poznałam smak wygnania. Przepadła cudowna alchemia, magiczna moc rządzenia snami, by niosły mnie poza granicę rzeczywistości. Do teraz, ilekroć się budzę, czuję, że wszystko się wali. Tęsknię za ciężką chorobą i śmieję się z własnej tęsknoty. [str. 23]


Książka Oza daje spore możliwości interpretacyjne, najciekawsze wydały mi się sny narratorki. Drugie "ja" Chany oscyluje między chłodną i władczą królową a więzioną i poniżaną branką. Nieodłączni bohaterowie snów to demoniczni bliźniacy - raz w roli oprawców, raz - wybawicieli, niemniej stale związani z żywiołem wody. Wątek morski jest tu zresztą kolejnym ważnym tropem, podobnie jak profesja męża Chany czyli geologia - Michaela szczególnie interesują procesy erozyjne. W tle pobrzmiewają echa utworów Verne'a i Melville'a, dyskretnie rysuje się historia młodego państwa Izrael (powieść obejmuje lata 50-te ubiegłego wieku). Do tego wszystkiego Jerozolima - także nieprzyjazna Chanie.

Obcowanie z główną bohaterką trudno zaliczyć do przyjemności i chyba dlatego "Mój Michael" nie był dla mnie łatwą lekturą. A jednak odkładając książkę pomyślałam, że należałoby przeczytać ją jeszcze kilka razy, za każdym wybierając inny trop. W przeciwnym wypadku zbyt wiele może umknąć, zbyt wiele można pominąć. Czytelnicy lubiący szczegóły i zabawy literackie będą raczej usatysfakcjonowani.

Uwaga: Książka w 1991 r. ukazała się w Polsce pod tytułem "Mój Michał", była wówczas tłumaczona z języka angielskiego. Obecny tekst jest przekładem z hebrajskiego.

______________________________________________________________________

Amos Oz "Mój Michael", tłum. Agnieszka Jawor-Polak, Czytelnik, Warszawa, 2007
______________________________________________________________________


poniedziałek, 27 grudnia 2010

Sceny z życia wiejskiego - Amos Oz


Była to stara i senna, ponadstuletnia wieś: bujne drzewa, czerwone dachy i małe gospodarstwa, z których wiele zamieniono na sklepiki sprzedające domowe wina, oliwki z papryką, wiejskie sery, egzotyczne przyprawy i rzadkie owoce albo makramy. [str. 49]


Fikcyjna wioska Tel Ilan oraz jej mieszkańcy to główni bohaterowie opowiadań Oza. Czas płynie tu powoli, niemal sennie: zgiełk wielkiego świata nie zakłóca spokoju małej społeczności. Nie znaczy to, że mieszkańcy nie mają problemów: ktoś się zakochał, kogoś zostawiła żona, innych nękają prawnicy lub agenci nieruchomości. Niby nic nadzwyczajnego się nie dzieje, a jednak czasem ma się wrażenie, że zadziałała magia.

Książka jest urokliwa, głównie za sprawą świetnych portretów oraz niezwykłego klimatu. Na dłużej w pamięci pozostanie mi opowiadanie "Kopanie" o stetryczałym byłym pośle, co do innych mam niestety wątpliwości. Ot, przyjemna lektura, ale bez rewelacji.

************************************************************
Luźny fragment z mojego ulubionego opowiadania, szkoda żeby przepadł:

Czasami zjawiał się przedstawiciel gminy i prosił Rachel, by zadbała o przystrzyżenie żywopłotu, który rozrósł się dziko i utrudnia przejście. Albo akwizytor sprzętu elektrycznego, żeby jej zaoferować zmywarkę do naczyń czy suszarkę do bielizny w dogodnych ratach (staruszek na to: "Suszarkę!? Elektryczną?! Do bielizny?! Co to ma być? Słońce przeszło na emeryturę? A sznurki na islam?"). [str. 53-54]

Amos Oz "Sceny z życia wiejskiego", przeł. Leszek Kwiatkowski, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań, 2010

niedziela, 10 stycznia 2010

Friendly Fire - A.B. Yehoshua

Tytułowy friendly fire należy rozumieć dwojako: jako przyjacielski ogień czyli przypadkowy ostrzał własnych sił wojskowych oraz jako ogień jednoczący ludzi. Oba znaczenia i wiążące się z nim wydarzenia są w powieści kluczowe.

Akcja toczy się dwutorowo: w Afryce, dokąd wyjeżdża Daniela, aby spotkać się z owdowiałym szwagrem, który kilka lat wcześniej stracił także syna, właśnie podczas przyjacielskiego ostrzału oraz w Izraelu, gdzie pozostał Ya'ri, mąż Danieli, doglądający spraw rodzinnych oraz własnej firmy. Całość zamknięta została w sześciu dniach podczas święta Chanuki, kolejne rozdziały odpowiadają liczbie świec palonych danego dnia.

O ile forma bardzo mi się podobała, to z treścią było już gorzej. Książka jest przegadana, autor często skupia się na detalach nie wnoszących nic do akcji. Wszechobecny narrator wydaje się przemądrzały, ale może jest to kwestia tłumaczenia z hebrajskiego na angielski - miejscami tekst wydawał mi się "koślawy". Akcja toczy się powoli, na jaw wychodzą nieznane fakty, jednak na próżno oczekiwałam punktu kulminacyjnego - można powiedzieć, że się rozmył.

Była to dla mnie długa i żmudna lektura, kilkakrotnie przerywana, a przecież to niecałe 400 stron. Cenne było natomiast tło zdarzeń i możliwość poznania - choćby w niewielkim stopniu - kultury i życia współczesnego Izraela. Mimo wszystko z chęcią sięgnę po "Kochanka" i "Pana Mani" tego autora.

Moja ocena: 7/10

A.B. Yehoshua, 'Friendly Fire: A Duet', Harcourt, 2008