Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. australijska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. australijska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 lipca 2024

Muzyka zrobi resztę

Musisz wyznaczyć granicę między tym, co rozumiesz, a tym, czego nie rozumiesz. Miedzy banałem a tym drugim. Zrób luki. Nie zagłębiaj się w to. Nie wyjaśniaj wszystkiego. Zostaw dziury. Muzyka zrobi resztę. s. 142

Porada udzielona początkującej tekściarze przez jedną z postaci Małych preludiów jest najwyraźniej literackim mottem Helen Garner – jej powieść bazuje na lukach i niedopowiedzeniach. Pisze wyjątkowo lapidarnie, nie cackając się z czytelnikiem. Często zmienia scenerię, bohaterowie mówią niespecjalnie dużo, poznajemy ich po drobnych gestach, niewypowiedzianych myślach lub uwagach innych osób. I trzeba przyznać, że jest to znakomity sposób, by o rzeczach dobrze znanych, czyli rodzinie w momencie rozpadu, opowiedzieć niebanalnie.


czwartek, 2 czerwca 2011

Jeźdźcy - Tim Winton

Tytułowi jeźdźcy nawiązują do mitologii zachodnioeuropejskiej i tzw. Dzikiego Gonu (ang. Wild Hunt) czyli orszaku widm pojawiających się w jesienne i zimowe noce. Ich obecność zwiastuje katastrofę, w najlepszym przypadku śmierć osób, które miały pecha zobaczyć kawalkadę. Wierzono, że takie osoby porywane są podczas snu w zaświaty lub stają się członkami gonu.

Nie inaczej jest u Wintona. Nieświadomy niczego Scully remontuje dom na przyjazd ukochanej żony i córki - cała rodzina właśnie zdecydowała się przenieść z Australii do Irlandii. Do Dublina przylatuje jednak tylko 7-letnia Billie, która zszokowana zniknięciem matki nie potrafi ojcu nic wyjaśnić. Rozpoczynają się poszukiwania (zaznaczam, że to nie jest powieść sensacyjna), które prowadzić będą przez Grecję, Włochy i Francję aż do Holandii. Poszukiwania, które wywrócą świat Scully'ego do góry nogami i zmuszą do poznania prawdy. Okazuje się, że można żyć złudzeniami i oceniać rzeczywistość na swój własny, wypaczony sposób.


Odkrywanie prawdy przez czytelnika jest w przypadku "Jeźdźców" wyjątkowo interesującym doświadczeniem. Przez dłuższy czas realia poznajemy tylko z perspektywy niedźwiedziowatego Australijczyka, ślepo zakochanego w żonie i córce. Później kilka razy odezwą się głosy osób postronnych i wprowadzą lekki dysonans. Zaczną rodzić się wątpliwości, aż wreszcie pojawi się pewność, że Scully to po prostu duże naiwne dziecko. Nie bez powodu córka porównuje go do Quasimodo - paskudnego olbrzyma o dobrym sercu. Scully nie jest bynajmniej tak męski, jak mu się zdaje. To nie on jest tą silną stroną w związku.

Powieść Wintona jest gęsta od niesztampowej symboliki: oprócz mitu o Dzikim Gonie kluczem do zrozumienia są również fragmenty piosenek pojawiające się w tekście. Sama historia przywodzi na myśl "Odyseję" i Telemacha ruszającego w obłędną podróż. Duże wrażenie robią opisy miejsc - są niezwykle plastyczne, a zarazem wiele mówią o bohaterach. Oryginalnie poprowadzona narracja i pomysłowe zakończenie dodatkowo wzmacniają wymowę całości. Dla mnie mocna rzecz. Wymagająca, ale i satysfakcjonująca lektura, która nie daje czytelnikowi gotowych odpowiedzi. To lubię.


_______________________________________________________________________

Tim Winton "Jeźdźcy", tłum. Krzysztof Mazurek, Wydawnictwo Rebis, Poznań, 1998
_______________________________________________________________________



czwartek, 23 września 2010

Martwa Europa - Christos Tsiolkas

W oczekiwaniu na Slap! (w polskiej wersji "Klaps"), który znalazł się wśród finalistów tegorocznego Bookera, sięgnęłam po wcześniejszą powieść Tsiolkasa. I tytuł, i okładka książki nie zwiastują przyjemnej opowiastki, można raczej spodziewać się dreszczowca. Aż tak przerażająco nie jest, jednak świat głównego bohatera może odstręczać.


Isaac jest 35-letnim Australijczykiem greckiego pochodzenia, usiłuje odnieść sukces jako artysta fotografik, żyje na utrzymaniu swojego partnera. Do Grecji wyjeżdża na wernisaż swoich prac, później wyrusza na zwiedzanie Europy. Stary Świat u progu XXI wieku jest dla niego rozczarowujący: Grecja nie jest zainteresowana swoimi rodakami na emigracji i traci swój narodowy charakter, Czechy zachłysnęły się Ameryką i bezmyślnie ją naśladują, Berlin natomiast jest nowoczesny, ale bezbarwny i śmierdzący. Nie lepiej jest w Paryżu - miasto lekkomyślnie otworzyło się na wiele kultur i religii, tworząc tym samym podatny grunt dla problemów etnicznych. Dokądkolwiek mężczyzna pojedzie, w rozmowach często pojawia się problem żydowskości i Holokaustu; okazuje się, że to temat wciąż nośny, a niekiedy nawet gorący.

Europę Tsiolkasa toczy zgnilizna: jest zepsuta, brudna i cuchnąca. Z jednej strony zjednoczona (głównie w konsumpcyjnym pędzie), z drugiej pełna uchodźców o różnym rodowodzie. Rdzennych mieszkańców właściwie nie widać, najwięcej jest cudzoziemców, także tych w metaforycznym rozumieniu. Widmo ataków terrorystycznych i wojny wydaje się coraz bardziej realistyczne. Polityka utożsamiana jest z ekonomią, demokracja staje się powoli mitem. ALE. Trzeba podkreślić, że świat oglądamy oczami Isaaca, a jest on dość osobliwą postacią. Porusza się w specyficznych, bo mętnych, środowiskach, nie stroniąc przy tym od narkotyków i przygodnego seksu. Co więcej, musi stoczyć walkę z własnym demonem doprowadzającym go do szaleństwa.

W recenzjach zagranicznych książki powtarzało się określenie "niepokojąca", z czym trudno się nie zgodzić. Na pewno można jeszcze dodać: mroczna i pesymistyczna. "Martwa Europa" byłaby nie do zniesienia, gdyby nie wątek poboczny czyli historia przodków Isaaca, kojarząca mi się momentami z baśnią. I choć ponury obraz Europy jest w moim odczuciu przerysowany, lekturę zaliczam do bardzo udanych. Jest na tyle sugestywna, że niewątpliwie na długo pozostanie w mojej pamięci. Poza tym to spotkanie z literaturą australijską czyli jak dla mnie coś bardzo odświeżającego (przy całej dekadenckości powieści;).


Christos Tsiolkas, "Martwa Europa", tłum. Maciej Płaza, Wydawnictwo Replika, Zakrzewo, 2010

sobota, 20 lutego 2010

Vernon - DBC Pierre

Ogromne zaskoczenie.

Przez pierwsze 176 stron zastanawiałam się, jak t a k i e coś mogło zdobyć Bookera za 2003 r. Monolog 15-letniego Vernona Little z Martirio w Teksasie jest bardzo potoczysty i upstrzony przekleństwami, przeniesiony na ekran lub na scenę mógłby być niezłą komedią. Tymczasem temat jest poważny: chłopak zostaje oskarżony o zastrzelenie kilkunastu uczniów z własnej szkoły. Jego próby dowiedzenia niewinności spełzają na niczym, postanawia uciec do Meksyku. Zwłaszcza, że społeczeństwo - za sprawą manipulacji mediów - już go właściwie osądziło. Autor ewidentnie w kpiący sposób przedstawia policję, sąd, telewizję, a nawet samych Amerykanów z ich obżarstwem, hipokryzją i innymi grzeszkami. Całość przedstawiona bez ogródek, narysowana grubą kreską.

Właściwie miałam darować sobie tę powieść, ale w w trzeciej części nastąpił zwrot o 180 stopni. Główny bohater przeszedł w więzieniu metamorfozę i jeśli nie zmądrzał, to z pewnością się uspokoił. Trzeba przyznać, że książka nabrała innego wymiaru i jakości. Wcześniejszy fajerwerk wydarzeń wyhamował na rzecz refleksji, co z kolei dobrze posłużyło budowaniu napięcia. Bardzo podobał mi się sposób, w jaki autor prowadzi fabułę do kulminacji, zakończenie również okazało się "zgrabne". W sumie powstała naprawdę dobra i zaskakująca powieść. Cieszę się, że nie porzuciłam jej przedwcześnie.

Zastanawia mnie jedynie, że wcześniej o niej nie słyszałam. Odnoszę wrażenie, że nie była w Polsce zbyt intensywnie promowana. Co więcej, ostatnio ze zdziwieniem zauważyłam ją na przecenie w warszawskim Trafficu za jedyne 5 zł.

Warto również podkreślić znakomite tłumaczenie nieodżałowanego Zbigniewa Batko.

Moja ocena: 8/10

DBC Pierre, "Vernon", Wydawnictwo Muza, 2004