Mama lubiła
ryby: śledzie, lipienie, kilki. Zawsze jadłyśmy śledzie albo ciasto z kilką, a na
święta mieliśmy jedną z ryb jesiotrowatych. Zazwyczaj mama kupowała kilka
śledzi, sama je patroszyła. Pamiętam zapach patroszonej ryby, jest duszący i
delikatnie zalatuje krwią. Pamiętam czarniawą rybią krew pod maminymi paznokciami.
Zawsze miała piękne ręce i zadbane paznokcie. W żółtym szlafroku patroszyła
ryby, a gdy ość wbiła jej się w palec, wydawała z siebie okrzyk niezadowolenia.
Następnie należało pokroić tuszkę, nikt w naszym domu nie śmiał wyrzucać głów,
mama zasalała kawałki śledzi razem z głowami. Po kilku godzinach zalewała je
olejem i mieszała z krążkami cebuli. Matka jadła rybę uważnie, wysysała z łbów
soki.
Raz
zasoliła dwulitrowy słoik śledzi. Innego jedzenia, poza białym, napowietrzonym
chlebem, w domu nie było, dlatego zjedliśmy ten słoik wieczorem, a potem męczyły
nas mdłości. Byłam dzieckiem i nie przepadałam za śledziem. Przepadałam za to
za mamą i robiłam wszystko tak jak ona. I tak, oglądając telewizję, zjadłyśmy słój
śledzi. Pamiętam ciepłe, żółte światło lampy podłogowej, zimne światło bijące z
ekranu i ciężkie mdłości po tłustym śledziu. Śmiałyśmy się z siebie i mówiłyśmy,
że obżarłyśmy się śledziem.
[…]
Mama wstała
ostatni raz w swoim życiu, aby zasolić śledzie. Potem się położyła, a ziemniaki
do śledzi gotowałam już ja. Lubię skórki ziemniaków gotowanych w mundurkach —
są suche i pachną papierem. Ziemniaków nie ruszyła, ale z apetytem zjadła
śledzia i poprosiła o dokładkę. Powiedziałam, że śledzie są bardzo słone, a z
jej wątrobą za wiele słonego może jej zaszkodzić. Ale poprosiła o dokładkę,
więc ją przyniosłam. Jadła śledzie i jadła. A potem przestała jeść i zupełnie
przestała wstawać.
Oksana Wasiakina, Rana, tłum. Agnieszka Sowińska, Gdańsk 2025 s.
108-109



