Każde
europejskie miasto z aspiracjami może się poszczycić przynajmniej jednym eleganckim
bistro, w którym warto się pokazać, i pracujesz właśnie w tego typu miejscu. To
tutaj, w restauracji Essaouira (właścicielka dobrze udaje akcent i kładzie
nacisk na fuzję francuskich przepisów
ze śródziemnomorskimi składnikami), nauczyłaś się kuchni, której dania teraz serwujesz.
Tutaj też postanowiłaś zatrzasnąć drzwi przed smakami z poprzedniego życia. Nie
ocaliłabyś nawet pół wspomnienia, gdybyś za pomocą kilku elektrowstrząsów mogła
wyczyścić sobie pamięć, ale zachowujesz te myśli dla siebie, przygotowując
mleko do pain perdu. Tego całego pain perdu na wszelki wypadek też nie
tykasz. Od jedzenia pewnych rzeczy mogłabyś postradać zmysły.
Starłaś
skórkę z cytryny i pomarańczy, by dodać ją do mleka z miodem, stojącego już na
gazie. Dodałabyś cynamonu, gdyby nie trzeba było go wąchać. Poczekasz, aż mleko
wystygnie, by namoczyć w nim chleb — z każdą kromką obejdziesz się tak, jak z pierwszą. Ten chleb
to także wynik twojego wysiłku — owoc cierpliwości i czasu poświęconego
zakwasowi. Podarował ci go dawny kolega niedługo po twoim przyjeździe — miałaś
go strzec jak żywego dziedzictwa. Nie pracowałaś wcześniej z zakwasem i dbałaś
o niego, jakby chodziło o jakąś dziwną roślinę. Cierpliwie go dokarmiałaś i
rozmawiałaś z nim, prowadząc dialogi wewnętrzne, oczarowana zdolnością tej żyjącej
istoty do wywoływania cichych rewolucji w absolutnych ciemnościach.
Marta Carnicero Hernanz, Matrioszki; przeł. Marta Pawłowska, Biuro Literackie 2025 s. 12




