piątek, 3 lipca 2026

Łubin

Heaney Seamus

Stały. Coś oznaczały. Samym swoim staniem
I gotowością. Każdy z nich wyniosły,
Niedostępny. Lecz był, stał, pewny niezachwianie.
Kwiat zórz różanopalcych, granatowych nocy.


Najpierw torebka nasion, różowość i lazur.
W niej - sypkość szczypty szeptu, obietnicy rychłych
Wież łubinu: erotyków przyszłego czasu,
Muśniętych niebem za to, że spod ziemi wyszły.


Pastelowość tych wież, ich stożkowatość obła!
Przez całe nasze lato, mimo groźby ścięcia,
Z każdym dniem blednąc, nie ustępowały pola.
I nic z tego nie było czymś nie do pojęcia.

tłum. Stanisław Barańczak

(Światło elektryczne, 2003)








czwartek, 25 czerwca 2026

Śledzie u Wasiakiny

Mama lubiła ryby: śledzie, lipienie, kilki. Zawsze jadłyśmy śledzie albo ciasto z kilką, a na święta mieliśmy jedną z ryb jesiotrowatych. Zazwyczaj mama kupowała kilka śledzi, sama je patroszyła. Pamiętam zapach patroszonej ryby, jest duszący i delikatnie zalatuje krwią. Pamiętam czarniawą rybią krew pod maminymi paznokciami. Zawsze miała piękne ręce i zadbane paznokcie. W żółtym szlafroku patroszyła ryby, a gdy ość wbiła jej się w palec, wydawała z siebie okrzyk niezadowolenia. Następnie należało pokroić tuszkę, nikt w naszym domu nie śmiał wyrzucać głów, mama zasalała kawałki śledzi razem z głowami. Po kilku godzinach zalewała je olejem i mieszała z krążkami cebuli. Matka jadła rybę uważnie, wysysała z łbów soki.

Raz zasoliła dwulitrowy słoik śledzi. Innego jedzenia, poza białym, napowietrzonym chlebem, w domu nie było, dlatego zjedliśmy ten słoik wieczorem, a potem męczyły nas mdłości. Byłam dzieckiem i nie przepadałam za śledziem. Przepadałam za to za mamą i robiłam wszystko tak jak ona. I tak, oglądając telewizję, zjadłyśmy słój śledzi. Pamiętam ciepłe, żółte światło lampy podłogowej, zimne światło bijące z ekranu i ciężkie mdłości po tłustym śledziu. Śmiałyśmy się z siebie i mówiłyśmy, że obżarłyśmy się śledziem.

[…]

Mama wstała ostatni raz w swoim życiu, aby zasolić śledzie. Potem się położyła, a ziemniaki do śledzi gotowałam już ja. Lubię skórki ziemniaków gotowanych w mundurkach — są suche i pachną papierem. Ziemniaków nie ruszyła, ale z apetytem zjadła śledzia i poprosiła o dokładkę. Powiedziałam, że śledzie są bardzo słone, a z jej wątrobą za wiele słonego może jej zaszkodzić. Ale poprosiła o dokładkę, więc ją przyniosłam. Jadła śledzie i jadła. A potem przestała jeść i zupełnie przestała wstawać.

Oksana Wasiakina, Rana, tłum. Agnieszka Sowińska, Gdańsk 2025 s. 108-109 



środa, 17 czerwca 2026

Do konwulsji

Odczuwałam matkę jako przestrzeń. Jak matrycę. Miejsce. Po jej śmierci miejsce zniknęło. Świat nie zniknął, ale zniknęła złożona symboliczna sieć, która pozwalała orientować się w terenie. Matryca — to nieustanna interpretacja zdobywanego doświadczenia. s. 85

Rana jest w dużej mierze autobiograficzna, intymna i szczera. To po części dziennik żałoby, po części rozważania o naturze śmierci i jej przedstawieniach w sztuce. To również wspaniała rzecz o kobietach i pisaniu, Wasiakina pisze sercem i trzewiami, co zostało podkreślone przez pomieszanie gatunków – jej książka to skrzyżowanie wspomnień z esejem, także z poezją.

poniedziałek, 8 czerwca 2026

Ida przejmuje kontrolę

Ja się nie boję, że coś mnie ominie. Boję się, że będę tam, gdzie rzeczy się dzieją.

Tytułowa bohaterka powieści faktycznie przejmuje kontrolę. Jako osoba żyjąca w strachu przed atakiem terrorystycznym, bezustannie kalkuluje ryzyko, dokładnie planuje swoje działania, jest ostrożna w kontaktach z innymi ludźmi, zwłaszcza nowo poznanymi. Pytanie, gdzie przebiega granica między inteligentnie zaplanowanym zdarzeniem a myśleniem katastroficznym, pozostaje bez odpowiedzi, przynajmniej dla narratorki.

 

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Dom Dziecka

Ewa Lipska

Trzydzieści par pantofelków filcowych
z wyszytym na środku kwiatem tulipanu.
Trzydzieści fartuszków poplamionych sokiem
z czarnej porzeczki. Trzydzieści nieruchomych kotów
wyhaftowanych ściegiem płaskim.
Trzydzieści par wyciągniętych rączek
ale tylko po łyżki do zupy mlecznej.
Trzydzieści par oczu otwieranych we śnie
aby dojrzeć rodziców na wzgórzach cukierków.

Gdyby moja mamusia chciała
mogłaby być królową.
Ale musiała umrzeć
bo tatuś zamienił się w wilka.
 
Moja mamusia była chuda
i dlatego nie mogła mnie kochać.
Ale jak tylko będzie chuda mniej
to mnie kupi na zawsze.
 
Moja mamusia jest piękna. Mój tatuś jest piękny.
Moja mamusia jest bogata. Mogłaby kupić
Amerykę Północną i złoto. A tatuś
potrafi strzelać z prawdziwego karabinu.
 
Trzydzieści par nóżek
stoi przed nieczynną zwrotnicą
i oczekuje na wjazd
domu.     

(Trzeci zbiór wierszy, 1972)