Sądzę, że matka lubiła,
gdy było do dupy. Chłonęła porażki. „Beznadziejne” filmy, „gówniane” wystawy,
„nienormalni” ludzie – o nich mogła gadać zawsze. Pośród takich zjawisk czuła
się u siebie. To, co się nie udawało, było dla niej „złotem”.
Moje zmory czytałam z dużym zainteresowaniem, niemniej lekturę
musiałam sobie dawkować – Henia, postać fikcyjna, okazała się nadzwyczaj
męcząca. Zawsze żyła „normalnie” i robiła to, co „się robiło”, w konsekwencji tkwi
w swoistym świecie przekonań i wyobrażeń, który rzadko odpowiada
rzeczywistości. Dlatego głębsza rozmowa z seniorką nie jest możliwa, drążenie
niewygodnych tematów tym bardziej – wykraczanie poza banał grozi zdenerwowaniem
matki i późniejszą koniecznością jej udobruchania. Zaskakuje fakt, że dorosła córka
nie oponuje, natomiast dla świętego spokoju prowadzi osobliwą grę: wymyśla historyjki
o niepowodzeniach, pomniejsza własne dokonania.