czwartek, 13 stycznia 2022

Obiad à la Leonardo Fuentes Padura

Podszedł do telefonu, wykręcił numer, a metaliczny sygnał w słuchawce przypomniał mu koszmarną pobudkę.

– Halo – usłyszał.

– Josefino, to ja.

– I jak tam wstałeś, co? – zapytała kobieta, a on wyczul, że jest wesoła.

– Lepiej nie mówić, ale to była porządna impreza, nie? Jak tam bestia?

– Jeszcze śpi.

– Niektórym to dobrze.

– A co z tobą? Skąd dzwonisz?

Westchnął i jeszcze raz spojrzał na ulicę. Słońce wciąż przygrzewało z czystego nieba, sobota była taka, że nawet palcem się nie chce kiwnąć, dwa dni temu zamknął sprawę z handlem dewizami, która go wyczerpała przez te wszystkie niekończące się przesłuchania, więc zamierzał przesypiać wszystkie ranki aż do poniedziałku. Ale oczywiście facet musiał się teraz zgubić.

– Z inkubatora, Josefino – poskarżył się, mając na myśli swój gabinet. – Zerwali mnie z łóżka wcześnie. Nie ma sprawiedliwości dla sprawiedliwych, kobieto, słowo daję. 

źródło zdjęcia

czwartek, 6 stycznia 2022

Gorączka w Hawanie

W taki wieczór on to by się rozwalił na łóżku z książką i pewnie zasnął po trzeciej stronie. W taki wieczór też, wiedział o tym, zimno i chłód wprawiały ludzi zmuszonych do siedzenia w zamknięciu najłagodniejsze żony robiły z mężowskiego szturchnięcia śmiertelnie poważne zajście, określając je mianem maltretowania kobiet i rewanżując się ciosem tasaka w czoło, między jednym befsztykiem a drugim, i to bez poczucia winy. [s. 67]

Początek roku 1989 r. zaczął się dla Mario Conde absurdalnie. Nie musiał co prawda oglądać żadnego trupa, niemniej przyszło mu zająć się poszukiwaniem dawnego kolegi, którego właściwie nie chciałby odnaleźć. Rafael Morin Rodriguez nie tylko sprzątnął mu niegdyś sprzed nosa piękną koleżankę, ale był również szkolnym lizusem. Śledztwo zapowiada się na żmudne, jako że poszlak brak, a zaginiony był najwyraźniej ideałem: państwową firmą zarządzał wzorowo, wszyscy go lubili.

piątek, 31 grudnia 2021

Zdrówko!

 […]

 – Szedłem z daleka... – mówił tymczasem Święty Mikołaj, ściągając futro i plącząc się w jego przepastnych rękawach. – Zmarzłem porządnie. Jeszcze jak zmarzłem...

Rzucił futro na szafkę na buty, podniósł worek i służbowym krokiem ruszył do kuchni. Wystraszony Siergiej Stiepanowicz podreptał za nim, zauważając mimochodem, że pod spodem Święty Mikołaj ma podobne futro, tyle że lżejsze i cieńsze. Jakby był cebulą.

Ten tymczasem fachowo krzątał się przy stole, wyciągając z worka niezłą whisky, chociaż, jak znów mimochodem zauważył Siergiej Stiepanowicz, blended, jesiotra w plastrach – dokładnie takiego, jakiego, nie znając surowych koszernych zasad, Lilka przyniosła Mendelsonowi, czerwony kawior i białą pulchną bagietkę. Do whisky były dołączone dwie ciężkie szklanki, a do kawioru cytryna, którą Święty Mikołaj zręcznie pokroił w plasterki i ułożył na kobaltowoniebieskim spodku, jakiego Siergiej Stiepanowicz nigdy nie miał.

„Czyli jednak zgrywa", pomyślał Siergiej Stiepanowicz, chwytając powietrze ustami. „Tylko kto? Kto?". 

 

piątek, 24 grudnia 2021

Siemieniotka

Wyjechała do Ameryki. Była emigrantką i poszła na Wigilię do innych emigrantów. Posprzeczali się o szynkę Krakus, którą sprzedawał polski sklep. Jedni chcieli protestować przed sklepem, bo sprzedając Krakusa, popiera się komunizm, inni byli zdania, że pikietą nie pokona się ani Krakusa, ani komunizmu.

Były gołąbki z kaszą gryczaną i pieczarkami. Może i niezłe, ale nie umywały się do gołąbków ojca Hani. Pracował na kolei, na slupach wysokiego napięcia, świetnie gotował, gołąbki zwłaszcza. Nie śmiały być z pieczarkami, o których zresztą nikt wtedy nie słyszał, a jak słyszał, to ignorował z pogardą. Były wyłącznie z prawdziwymi grzybami, które ojciec Hani osobiście zbierał w lasach koło Pogorii.

[…]

Spytała, czy ktoś jadł siemieniotkę, zupę z konopi.

Nie, nikt nie jadł, nikt nawet o siemieniotce nie słyszał.

Ktoś spytał, jak się to gotuje.

Nie wiedziała. Zupę przynosiła im na Wigilię pani Machurowa, sąsiadka z Pocztowej. Ostatnia w Sączowie gospodyni, która umiała prawdziwą siemieniotkę ugotować.

Hanna Krall, Synapsy Marii H., Wyd. Literackie, Kraków 2020, s.39

 


poniedziałek, 20 grudnia 2021

Jedno wielkie mli-mli

[…] już cztero-, pięcioletnim [dzieciom – przyp. mój] wpajano, właśnie w taki, niejako naturalny sposób, zasady tolerancji, współżycia, poszanowania innych przekonań i postaw, nieistotności najbardziej odmiennych, zewnętrznych cech fizycznych dzieci (więc ludzi) różnych ras. [s. 321]

Świat bez przemocy jest kuszącą wizją, cudownie byłoby żyć wśród ludzi przyjaznych i jeśli nie sympatycznych, to przynajmniej kulturalnych. Do takiej rzeczywistości po ponad 130 latach spędzonych w kosmosie powraca główny bohater powieści Stanisława Lema, naukowiec Bregg. Nie tylko odstaje od nowych Ziemian  wyglądem i uchodzi za niepożądany relikt przeszłości, ale też nie potrafi zaakceptować samego pomysłu betryzacji.