czwartek, 30 lipca 2026

Jej zmory

Sądzę, że matka lubiła, gdy było do dupy. Chłonęła porażki. „Beznadziejne” filmy, „gówniane” wystawy, „nienormalni” ludzie – o nich mogła gadać zawsze. Pośród takich zjawisk czuła się u siebie. To, co się nie udawało, było dla niej „złotem”.

 Moje zmory czytałam z dużym zainteresowaniem, niemniej lekturę musiałam sobie dawkować – Henia, postać fikcyjna, okazała się nadzwyczaj męcząca. Zawsze żyła „normalnie” i robiła to, co „się robiło”, w konsekwencji tkwi w swoistym świecie przekonań i wyobrażeń, który rzadko odpowiada rzeczywistości. Dlatego głębsza rozmowa z seniorką nie jest możliwa, drążenie niewygodnych tematów tym bardziej – wykraczanie poza banał grozi zdenerwowaniem matki i późniejszą koniecznością jej udobruchania. Zaskakuje fakt, że dorosła córka nie oponuje, natomiast dla świętego spokoju prowadzi osobliwą grę: wymyśla historyjki o niepowodzeniach, pomniejsza własne dokonania.


środa, 22 lipca 2026

Biogramy

Krystyna Dąbrowska


Praca dorywcza: redaguję

biogramy ludzi z warszawskiego getta,

którzy stworzyli Archiwum Ringelbluma.

Mają być zwięzłe, nieprzeciążone,

żeby chciało się je czytać.

Nie przeciążyć notki o kimś, po kim nie zostało

nawet pełne imię, tylko inicjał:

Sz. Szajnkinder.

Nie przeładować biogramu Salomei Ostrowskiej:

zatrudniona w punkcie kwarantanny

dla przesiedleńców na Lesznie;

nie wiemy, skąd była, kiedy się urodziła,

gdzie, kiedy zginęła.

Pomijać szczegóły, które dziś nic nikomu,

chyba że specjaliście, nie mówią. A oni

każdy szczegół, głos, cień głosu,

ile się da, ile zdążą,

próbowali zmieścić w metalowych skrzynkach.

Rozprawy naukowe, wywiady, dzienniki.

Wiersze, reportaże, obrazy i listy.

Kartkę ciśniętą przed śmiercią z pociągu:

Bądź przytomna, bo jedziemy na wesele.

Skracam życiorys osiemnastolatka.

Pomógł zakopać pierwszą część Archiwum.

W testamencie napisał: Nie znam mego losu. Nie wiem,

czy będę mógł wam opowiedzieć, co się stał dalej.

Pamiętajcie: nazywam się Nachum Grzywacz.


(Wiersze wybrane, 2025)

środa, 15 lipca 2026

Ta cała Pacuła

Kto dorastał w PRL-u i oglądał telewizję, Joannę Pacułę musiał zauważyć – dzięki uderzającej urodzie zwracała na siebie uwagę. Widzom długo nie dała się sobą nacieszyć, ponieważ stan wojenny zastał ją w Paryżu i nie powróciła do kraju. Wyjechała natomiast do Stanów, gdzie udało jej się dość szybko zaistnieć w Hollywood. Polacy najczęściej jednak  mówią, że aktorka w Ameryce kariery nie zrobiła. Marta Górna, z racji młodego wieku nieobarczona jakimikolwiek oczekiwaniami wobec Pacuły, natomiast żywo zainteresowana jej osobą, postanowiła sprawdzić, czy pretensje (sic) rodaków są uzasadnione.

piątek, 3 lipca 2026

Łubin

Heaney Seamus

Stały. Coś oznaczały. Samym swoim staniem
I gotowością. Każdy z nich wyniosły,
Niedostępny. Lecz był, stał, pewny niezachwianie.
Kwiat zórz różanopalcych, granatowych nocy.


Najpierw torebka nasion, różowość i lazur.
W niej - sypkość szczypty szeptu, obietnicy rychłych
Wież łubinu: erotyków przyszłego czasu,
Muśniętych niebem za to, że spod ziemi wyszły.


Pastelowość tych wież, ich stożkowatość obła!
Przez całe nasze lato, mimo groźby ścięcia,
Z każdym dniem blednąc, nie ustępowały pola.
I nic z tego nie było czymś nie do pojęcia.

tłum. Stanisław Barańczak

(Światło elektryczne, 2003)








czwartek, 25 czerwca 2026

Śledzie u Wasiakiny

Mama lubiła ryby: śledzie, lipienie, kilki. Zawsze jadłyśmy śledzie albo ciasto z kilką, a na święta mieliśmy jedną z ryb jesiotrowatych. Zazwyczaj mama kupowała kilka śledzi, sama je patroszyła. Pamiętam zapach patroszonej ryby, jest duszący i delikatnie zalatuje krwią. Pamiętam czarniawą rybią krew pod maminymi paznokciami. Zawsze miała piękne ręce i zadbane paznokcie. W żółtym szlafroku patroszyła ryby, a gdy ość wbiła jej się w palec, wydawała z siebie okrzyk niezadowolenia. Następnie należało pokroić tuszkę, nikt w naszym domu nie śmiał wyrzucać głów, mama zasalała kawałki śledzi razem z głowami. Po kilku godzinach zalewała je olejem i mieszała z krążkami cebuli. Matka jadła rybę uważnie, wysysała z łbów soki.

Raz zasoliła dwulitrowy słoik śledzi. Innego jedzenia, poza białym, napowietrzonym chlebem, w domu nie było, dlatego zjedliśmy ten słoik wieczorem, a potem męczyły nas mdłości. Byłam dzieckiem i nie przepadałam za śledziem. Przepadałam za to za mamą i robiłam wszystko tak jak ona. I tak, oglądając telewizję, zjadłyśmy słój śledzi. Pamiętam ciepłe, żółte światło lampy podłogowej, zimne światło bijące z ekranu i ciężkie mdłości po tłustym śledziu. Śmiałyśmy się z siebie i mówiłyśmy, że obżarłyśmy się śledziem.

[…]

Mama wstała ostatni raz w swoim życiu, aby zasolić śledzie. Potem się położyła, a ziemniaki do śledzi gotowałam już ja. Lubię skórki ziemniaków gotowanych w mundurkach — są suche i pachną papierem. Ziemniaków nie ruszyła, ale z apetytem zjadła śledzia i poprosiła o dokładkę. Powiedziałam, że śledzie są bardzo słone, a z jej wątrobą za wiele słonego może jej zaszkodzić. Ale poprosiła o dokładkę, więc ją przyniosłam. Jadła śledzie i jadła. A potem przestała jeść i zupełnie przestała wstawać.

Oksana Wasiakina, Rana, tłum. Agnieszka Sowińska, Gdańsk 2025 s. 108-109