piątek, 13 września 2019

Espresso

Tomas Tranströmer 

Czarna kawa w kawiarnianym ogródku
gdzie stoły i krzesła barwne jak insekty

To cenne schwytane krople
równie mocne co Tak i Nie.

Wynoszona z mrocznych kawiarni
patrzy w słońce bez mrugnięcia.

W blasku dnia punkt zbawiennej czerni
co szybko wlewa się w bladego klienta.

Niczym krople czarnej zadumy
które czasem  wyławia dusza

dając ożywczy impuls: Naprzód!
Natchnienie by otworzyć oczy.


przeł. Leonard Neuger
Wiersze i proza 1954-2004, Warszawa 2012

niedziela, 8 września 2019

Trzeci

Kiedyś próbowałem zerwać z Cracovią, uwolnić się od Cracovii, wziąć z Cracovią rozwód – niestety, okazuje się, że „bez tej miłości nie da się żyć”, wróciłem, ukorzyłem się, odszczekałem wszystko. [s. 163]

Moje uczucia względem twórczości Jerzego Pilcha są z grubsza takie same, pomijam odszczekiwanie czegokolwiek. Od dobrych kilku lat publikuje rzeczy ewidentnie słabsze, nie dające dawnej satysfakcji. Nie wiem, czy winna jest temu wyłącznie choroba, ponieważ pod względem intelektualnym książkom niczego nie brakuje: jest w nich dobrze znana Pilchowa fraza, jest cięty dowcip, są błyskotliwe tezy. Nie inaczej jest w Trzecim dzienniku.

 

Na wstępie zostajemy poinformowani, że zapiski podlegają ścisłej autocenzurze i rzeczywiście można odnieść wrażenie, że autor więcej ukrywa niż odkrywa. Posługuje się niekiedy półsłówkami, zanęca temat i nie rozwija go, jakby drocząc się z czytelnikiem. Nie przeczę, jest to jakaś konwencja, dostrzegam nawet metodę w tym szaleństwie. Gorzej, gdy zamiast samego Pilcha musimy czytać obszerne wyimki z Montaigne’a albo z Sacksa, które wydają się spełniać rolę „zapchajdziury”. Mniej drażni, kiedy idąc za radą Gombrowicza, pisarz ćwiczy się w dopracowywaniu własnego utworu i pokazuje kolejne jego wersje – nawet jeśli tylko udaje, interesujące jest móc podejrzeć proces powstawania literatury. W zasadzie nie mam wątpliwości, że całość jest jedną wielką kreacją, bo jak tu wierzyć człowiekowi, który w finale oznajmia: Tak się składa, że moja starość to jest najświetniejszy czas, jaki kiedykolwiek był mi dany [s. 180], podczas gdy od początku do końca lektury daje się wyczuć intensywnie kamuflowaną rozpacz?

Bez większego oporu przyjmuję tę kreację (umownie nazwaną dziennikiem), jako że została ona skomponowana z pomysłem, żeby nie powiedzieć z perfidną premedytacją. Warto zajrzeć do tego skromnego tomu dla samych dywagacji o przyodziewku Adama i Ewy – ubaw murowany. A jest jeszcze sarkanie na pisaninę Andrzejewskiego, wychwalanie Marqueza i Nabokova, albo z zupełnie innego coś bieguna – karcenie publicystów gloryfikujących samospalenie Piotra S. w 2017 r. Nie skreślajmy Trzeciego dziennika zbyt pochopnie, zasługuje na uwagę.

____________________________________________________________
Jerzy Pilch, Trzeci dziennik, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2019

poniedziałek, 2 września 2019

Kiedy zapada mrok

Opowiadanie Jaume Cabré znakomicie sprawdzają się podczas wakacji: nie wymagają zbytniego wysiłku intelektualnego, niemniej oferują rozrywkę na poziomie. Kto zechce, podejmie grę proponowaną przez autora i wytropi powiązania między niektórymi historiami, spotykając znajomą już postać czy miejsce. Dość powiedzieć, że trzykrotnie pojawi się obraz Jeana-Francoisa Milleta „La paysanne”, a malarstwo – obok literatury i muzyki – będzie jednym z ważniejszych wątków w tomie.


Kluczowym motywem w Kiedy zapada mrok jest jednak morderstwo – autor poszedł bowiem za radą kolegi po piórze, według którego każdy zbiór opowiadań powinien mieć wspólny mianownik. Trochę szkoda, ponieważ w pewnym momencie w lekturę wkrada się monotonia; co więcej, z góry wiadomo, że prędzej czy później ktoś zginie w tragicznych okolicznościach, więc o większym zaskoczeniu nie może być mowy. Cabré jest na szczęście dobrym rzemieślnikiem i nadrabia techniką: a to wymyśla nieszablonowego narratora (trup, szaleniec, stara księga), a to przybiera cyniczny albo wyjątkowo dramatyczny ton. Bywa okrutny, bywa też współczujący i dowcipny. Najbardziej przypadły mi do gustu historie przewrotne: Poldo czyli monolog chłopa, który całe życie starał się nie być rolnikiem oraz Buttubatta traktujące o świeżo upieczonym nobliście.

Mimo poczucia niedosytu (w opowiadaniach zdecydowanie lubię różnorodność tematyki) pierwsze spotkanie z twórczością Katalończyka uznaję za raczej udane, chociażby ze względu na lokalny koloryt całego zbioru. Poza tym niegłupia, sprawnie napisana literatura środka nieczęsto się trafia. Myślę, że wszystkie historie ze zbioru świetnie wybrzmiałyby w wersji audio, w interpretacji różnych aktorów – reprezentują typ prozy, który idealnie nadaje się na słuchowiska (kilku bohaterów „słyszę” do dziś). 

_____________________________________________________________________
Jaume Cabré, Kiedy zapada mrok, przeł. Anna Sawicka, Marginesy, Warszawa 2019