O książce Deborah Feldman i jej ekranizacji mówi się dużo, na ogół w tonie niezdrowej ekscytacji. Tymczasem jeśli ktoś ma choćby blade pojęcie o chasydach, Unorthodox przeczyta bez większego zaskoczenia. Nie będzie zszokowany faktem, że dzieciom od małego wpaja się pobożność, że telewizja i kino są zabronione, a edukacja dziewcząt ograniczona. Nie będzie też zbulwersowany informacjami o aranżowanych małżeństwach i ścinaniu włosów pannie młodej. Takie praktyki wciąż mają miejsce wśród wyznawców różnych odłamów religijnych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wątki żydowskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wątki żydowskie. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 30 kwietnia 2020
poniedziałek, 18 lutego 2013
Żyć w zachwyceniu
Martin Buber (1878-1965) był badaczem kultury żydowskiej, a w szczególności chasydyzmu. Moja wiedza na ten temat jest bardzo powierzchowna, toteż jego „Opowieści chasydów” czytam z grubsza tak, jak dziecko czyta baśnie. Przyjemnie jest zanurzyć się w świat, w którym reguły są przejrzyste i w którym na każde, nawet pozornie błahe, pytanie można znaleźć prostą odpowiedź. I to właśnie uderza w historiach przytoczonych przez Bubera: prostota i harmonia.

„Opowieści chasydów” można czytać jak przypowieści lub anegdoty, skupiając się na zagadnieniach uniwersalnych. Można potraktować ten zbiór również jako wykładnię filozofii chasydzkiej w pigułce. Albo prościej – jak zaproszenie do egzotycznego świata, którego nadrzędną nauką według autora jest nic innego jak wskazanie, że należy żyć w zachwyceniu, w pełnej zachwytu radości (s. 16). Czyż nie piękne?;) Książka Bubera to lektura z gatunku refleksyjno-kojących, zdecydowanie do wielokrotnego użytku. U mnie znalazła godne miejsce na stoliku koło łóżka.
***

Pewien człowiek uczony, który kiedyś w szabat zasiadał u stołu rabbiego Barucha, powiedział: „Daj nam słyszeć słowa nauki, rabbi, ty mówisz tak pięknie!”. „Zanim przemówiłbym pięknie – odparł wnuk Baalszema – wolałbym, żeby mnie poraziła niemota”. (s. 114)
***

„Wszystko może służyć naszemu pouczeniu – powiedział pewnego razu rabbi z Sadagóry do swoich chasydów – wszystko może nas pouczyć. Nie tylko to wszystko, co stworzył Bóg, ale i to wszystko, co sporządził człowiek, może służyć naszemu pouczeniu”.
„O czym – zapytał powątpiewająco jeden z chasydów – może nas pouczyć kolej?”. „Że wszystko można utracić przez jedną chwilę spóźnienia”. „A telegraf?”. „Że każde słowo jest policzone i trzeba będzie za nie zapłacić”. „A telefon?”. „Że tam słyszą, co tu mówimy”. (s. 194)
***

Rabbi Lewi Icchak ujrzał biegnącego ulicą w wielkim pośpiechu człowieka, który nie patrzył ani w prawo, ani w lewo. „Czemu tak biegniesz?” – zapytał go. „Biegnę za zarobkiem” – odrzekł ów człek. „A skąd wiesz – pytał dalej rabbi – że twój zarobek biegnie przed tobą i że to ty musisz go ścigać? Może właśnie jest za tobą i gdybyś tylko się zatrzymał, zaraz byś go spotkał, ale ty właśnie przed nim uciekasz.” (s. 158)
***
Zdjęcia krakowskich chasydów pochodzą ze zbiorów Yad Vashem.
__________________________________________________________________________________________
Martin Buber "Opowieści chasydów", tłum. Paweł Hertz, Poznań: "W drodze"; Warszawa: Fundacja Zeszytów Literackich, 2005
__________________________________________________________________________________________

„Opowieści chasydów” można czytać jak przypowieści lub anegdoty, skupiając się na zagadnieniach uniwersalnych. Można potraktować ten zbiór również jako wykładnię filozofii chasydzkiej w pigułce. Albo prościej – jak zaproszenie do egzotycznego świata, którego nadrzędną nauką według autora jest nic innego jak wskazanie, że należy żyć w zachwyceniu, w pełnej zachwytu radości (s. 16). Czyż nie piękne?;) Książka Bubera to lektura z gatunku refleksyjno-kojących, zdecydowanie do wielokrotnego użytku. U mnie znalazła godne miejsce na stoliku koło łóżka.

Pewien człowiek uczony, który kiedyś w szabat zasiadał u stołu rabbiego Barucha, powiedział: „Daj nam słyszeć słowa nauki, rabbi, ty mówisz tak pięknie!”. „Zanim przemówiłbym pięknie – odparł wnuk Baalszema – wolałbym, żeby mnie poraziła niemota”. (s. 114)

„Wszystko może służyć naszemu pouczeniu – powiedział pewnego razu rabbi z Sadagóry do swoich chasydów – wszystko może nas pouczyć. Nie tylko to wszystko, co stworzył Bóg, ale i to wszystko, co sporządził człowiek, może służyć naszemu pouczeniu”.
„O czym – zapytał powątpiewająco jeden z chasydów – może nas pouczyć kolej?”. „Że wszystko można utracić przez jedną chwilę spóźnienia”. „A telegraf?”. „Że każde słowo jest policzone i trzeba będzie za nie zapłacić”. „A telefon?”. „Że tam słyszą, co tu mówimy”. (s. 194)

Rabbi Lewi Icchak ujrzał biegnącego ulicą w wielkim pośpiechu człowieka, który nie patrzył ani w prawo, ani w lewo. „Czemu tak biegniesz?” – zapytał go. „Biegnę za zarobkiem” – odrzekł ów człek. „A skąd wiesz – pytał dalej rabbi – że twój zarobek biegnie przed tobą i że to ty musisz go ścigać? Może właśnie jest za tobą i gdybyś tylko się zatrzymał, zaraz byś go spotkał, ale ty właśnie przed nim uciekasz.” (s. 158)
Zdjęcia krakowskich chasydów pochodzą ze zbiorów Yad Vashem.
__________________________________________________________________________________________
Martin Buber "Opowieści chasydów", tłum. Paweł Hertz, Poznań: "W drodze"; Warszawa: Fundacja Zeszytów Literackich, 2005
__________________________________________________________________________________________
poniedziałek, 20 lutego 2012
Ocaleni z XX wieku
Nie przesadzę pisząc, że książkę Mikołaja Grynberga czyta się jednym tchem. Historii o Holokauście były już tysiące, temat jest znany, a jednak wywiady zamieszczone w "Ocalonych z XX wieku" wciągają. Duża w tym zasługa formy, nie są to bowiem suche opowieści o życiu w ubiegłym stuleciu, ale prawdziwe rozmowy. Słychać w nich oryginalny język rozmówców, jest miejsce na dygresje i żarciki, nie brakuje ironii i łez. Opowieści są tak odmienne jak ich bohaterowie: pośród tragedii zdarzają się jaśniejsze akcenty, przez niektórych przemawia spokój i akceptacja losu, przez innych rozgoryczenie. Są tacy, którzy w ogóle nie wierzą w sens opowiadania o Holokauście, inni wręcz przeciwnie (i tych jest na szczęście większość) - są ogromnie wdzięczni za uwagę.
Jednym z najciekawszych dla mnie wątków okazał się stosunek rozmówców do Polski (wszyscy od dziesiątek lat mieszkają w Izraelu): czasem mówi się tu o ojczyźnie, za którą się tęskni, czasem o kraju-macosze, jeszcze gdzie indziej o Polsce jako adresie tymczasowym. Zaskakujące są opowieści o nowym życiu w Izraelu i braku zrozumienia ze strony tubylców: dla Polaków byli Żydami, dla Żydów - Polakami. Podobnych paradoksów można znaleźć w tych opowieściach więcej, o czym najlepiej przekonać się samemu. Książka zdecydowanie wyróżniająca się na tle innych holokaustowych publikacji dzięki swojej autentyczności. Duże brawa dla autora za pomysł i wykonanie, dobry słuchacz nie jest częstym zjawiskiem.
Galeria zdjęć: tutaj.
Wycinki z wypowiedzi:
Awiwa Maimon: Chciałabym, żeby pan mnie zrozumiał. Ja wyszłam z jednym wielkim bólem, że... ja nigdy nie byłam w obozie. [...] Czuję się taka winna, że ja tam nigdy nie byłam, że mi było lżej, że ja przeżyłam, a... a moja siostra nie. [str. 34]
Kuba Wodzisławski: My się strasznie baliśmy, ale nie tego, że oni nas zamordują. Myśmy się bali tego, że oni nas wezmą na gestapo i będą się pytać: "Dokąd chciałeś uciekać?", "Kto wiedział?" i takie inne. A tam to już byśmy byli kompletnie bezbronni, bo nas nie było stać na samobójstwo. [...] Nam się udało nazbierać tyle pieniędzy, żeby kupić jeden bochenek chleba na trzech i zabrać ze sobą na ucieczkę, ale na truciznę nas już nie było stać. [str. 83]
Samuel Willenberg: Mówiło się, że Żydów mordują. Ale jak pan żyje i panu powiedzą, że zaraz pana zamordują, to pan nie wierzy. Teraz to już pan jesteś mądry i pan wiesz, ale wtedy nikt w to nie mógł uwierzyć. Ze co, że zamordują cały pociąg? Niech pan pomyśli, my na wschód jechaliśmy, nie do Niemiec. [str. 122]
Mikołaj Grynberg: Pamięta pan tę łunę nad gettem?
Władek Kornblum: Oczywiście, że pamiętam. Miałem już dziesięć i pół roku, bo to było w kwietniu czterdziestego trzeciego. Najlepiej to pamiętam, jak przylatywały strzępy spalonych książek i jak spadały, to ja na nich widziałem resztki hebrajskich liter. Ja po prostu pamiętam fruwające spalone litery. Smutno mi było... bardzo smutno... w tych literach ja widziałem wszystko. [str. 155]
Stella Gold: Ja miałam wielką potrzebę mówić, ale nikt nie chciał o tym słuchać. Tu się budowało państwo, a nie rozpamiętywało niepowodzenia. Nie chcieli, to się zamknęłam i nie mówiłam wtedy, i do dzisiaj nie mówię. Nie chcę mówić. [str. 259]
Lusia Raubvogel: I nikt nas nie wołał do swojego towarzystwa. Oni chcieli nie wiedzieć, co myśmy przeżyli. To nie było modne. Lepiej było być kibucnikiem i bohaterem niż ocalonym. [str. 214]
_______________________________________________________________________________________
Mikołaj Grynberg "Ocaleni z XX wieku. Po nas nikt już nie opowie, najwyżej ktoś przeczyta...", Świat Książki, Warszawa, 2012
Jednym z najciekawszych dla mnie wątków okazał się stosunek rozmówców do Polski (wszyscy od dziesiątek lat mieszkają w Izraelu): czasem mówi się tu o ojczyźnie, za którą się tęskni, czasem o kraju-macosze, jeszcze gdzie indziej o Polsce jako adresie tymczasowym. Zaskakujące są opowieści o nowym życiu w Izraelu i braku zrozumienia ze strony tubylców: dla Polaków byli Żydami, dla Żydów - Polakami. Podobnych paradoksów można znaleźć w tych opowieściach więcej, o czym najlepiej przekonać się samemu. Książka zdecydowanie wyróżniająca się na tle innych holokaustowych publikacji dzięki swojej autentyczności. Duże brawa dla autora za pomysł i wykonanie, dobry słuchacz nie jest częstym zjawiskiem.
Galeria zdjęć: tutaj.
Wycinki z wypowiedzi:
Awiwa Maimon: Chciałabym, żeby pan mnie zrozumiał. Ja wyszłam z jednym wielkim bólem, że... ja nigdy nie byłam w obozie. [...] Czuję się taka winna, że ja tam nigdy nie byłam, że mi było lżej, że ja przeżyłam, a... a moja siostra nie. [str. 34]
Kuba Wodzisławski: My się strasznie baliśmy, ale nie tego, że oni nas zamordują. Myśmy się bali tego, że oni nas wezmą na gestapo i będą się pytać: "Dokąd chciałeś uciekać?", "Kto wiedział?" i takie inne. A tam to już byśmy byli kompletnie bezbronni, bo nas nie było stać na samobójstwo. [...] Nam się udało nazbierać tyle pieniędzy, żeby kupić jeden bochenek chleba na trzech i zabrać ze sobą na ucieczkę, ale na truciznę nas już nie było stać. [str. 83]
Samuel Willenberg: Mówiło się, że Żydów mordują. Ale jak pan żyje i panu powiedzą, że zaraz pana zamordują, to pan nie wierzy. Teraz to już pan jesteś mądry i pan wiesz, ale wtedy nikt w to nie mógł uwierzyć. Ze co, że zamordują cały pociąg? Niech pan pomyśli, my na wschód jechaliśmy, nie do Niemiec. [str. 122]
Mikołaj Grynberg: Pamięta pan tę łunę nad gettem?
Władek Kornblum: Oczywiście, że pamiętam. Miałem już dziesięć i pół roku, bo to było w kwietniu czterdziestego trzeciego. Najlepiej to pamiętam, jak przylatywały strzępy spalonych książek i jak spadały, to ja na nich widziałem resztki hebrajskich liter. Ja po prostu pamiętam fruwające spalone litery. Smutno mi było... bardzo smutno... w tych literach ja widziałem wszystko. [str. 155]
Stella Gold: Ja miałam wielką potrzebę mówić, ale nikt nie chciał o tym słuchać. Tu się budowało państwo, a nie rozpamiętywało niepowodzenia. Nie chcieli, to się zamknęłam i nie mówiłam wtedy, i do dzisiaj nie mówię. Nie chcę mówić. [str. 259]
Lusia Raubvogel: I nikt nas nie wołał do swojego towarzystwa. Oni chcieli nie wiedzieć, co myśmy przeżyli. To nie było modne. Lepiej było być kibucnikiem i bohaterem niż ocalonym. [str. 214]
_______________________________________________________________________________________
Mikołaj Grynberg "Ocaleni z XX wieku. Po nas nikt już nie opowie, najwyżej ktoś przeczyta...", Świat Książki, Warszawa, 2012
wtorek, 28 czerwca 2011
Biała Maria - Hanna Krall
Powiem głośno i otwarcie: królowa jest naga. Wysoce ceniona i chwalona Hanna Krall już w "Różowych strusich piórach" nie zachwycała, "Biała Maria" tylko pogłębia rozczarowanie. W moim odczuciu to żadne wybitne dzieło, książka sprawia raczej wrażenie czegoś posklecanego na siłę. Punktem wyjściowym jest historia żydowskiej dziewczynki, dla której podczas wojny szukano ojca chrzestnego. Czytelnik szybko traci ją z oczu, pisarka podąża bowiem tropem wszystkich osób, które miały (a nawet nie) związek ze sprawą. Dygresja goni dygresję, a od meritum coraz dalej.
Tę literacką sztafetę Krall w wywiadzie dla Przekroju (nr 22/2011 z 30.05.2011) tłumaczyła następująco:
Wszystko się łączy. Nic nie jest oderwane, wszystko się dzieje w jakiejś interakcji, w kontakcie z innymi losami, innymi ludźmi, wydarzeniami i to wreszcie udało mi się pokazać. A kiedy udało mi się pokazać, to robicie wielkie oczy i przestajecie rozumieć. A co tu jest do rozumienia?
Ja też robię wielkie oczy i mimo sympatii dla twórczości pisarki nie akceptuję takiego tłumaczenia. "Biała Maria" udaje pełnowartościowy towar, w rzeczywistości jest pustą w środku atrapą. Zebrane historie kilkudziesięciu osób mogą wydać się interesującym lapidarium, ale czy na pewno wymagały wydania książkowego? Wątpię. Takiej, a nie innej oceny nie złagodzi nawet fakt, że całość czyta się bardzo dobrze i że znakomicie zapisany został monolog schorowanej pensjonariuszki z domu opieki. To zdecydowanie za mało, żebym mogła uznać "Białą Marię" za utwór dobry.
*****
Za książkę serdecznie dziękuję Lirael. Wybacz, że aż tak intensywnie zaglądałam w zęby darowanego konia;)
________________________________________________
Hanna Krall "Biała Maria", Świat Książki, Warszawa 2011
________________________________________________
Tę literacką sztafetę Krall w wywiadzie dla Przekroju (nr 22/2011 z 30.05.2011) tłumaczyła następująco:
Wszystko się łączy. Nic nie jest oderwane, wszystko się dzieje w jakiejś interakcji, w kontakcie z innymi losami, innymi ludźmi, wydarzeniami i to wreszcie udało mi się pokazać. A kiedy udało mi się pokazać, to robicie wielkie oczy i przestajecie rozumieć. A co tu jest do rozumienia?
Ja też robię wielkie oczy i mimo sympatii dla twórczości pisarki nie akceptuję takiego tłumaczenia. "Biała Maria" udaje pełnowartościowy towar, w rzeczywistości jest pustą w środku atrapą. Zebrane historie kilkudziesięciu osób mogą wydać się interesującym lapidarium, ale czy na pewno wymagały wydania książkowego? Wątpię. Takiej, a nie innej oceny nie złagodzi nawet fakt, że całość czyta się bardzo dobrze i że znakomicie zapisany został monolog schorowanej pensjonariuszki z domu opieki. To zdecydowanie za mało, żebym mogła uznać "Białą Marię" za utwór dobry.
*****
Za książkę serdecznie dziękuję Lirael. Wybacz, że aż tak intensywnie zaglądałam w zęby darowanego konia;)
________________________________________________
Hanna Krall "Biała Maria", Świat Książki, Warszawa 2011
________________________________________________
poniedziałek, 25 października 2010
Cień pisarza - Philip Roth
"Cień pisarza" to pierwsza książka z cyklu o Nathanie Zuckermanie - w sumie jest ich dziewięć. Główny bohater jest początkującym, 23-letnim literatem, który przyjeżdża z kurtuazyjną wizytą do uznanego pisarza Lonoffa. Spotkanie trwające kilkanaście godzin stanie się okazją do rozmowy o pisaniu i literaturze, a także do podpatrzenia mistrza w prywatnym zaciszu. Nie da się ukryć, że obserwacje są niekiedy zaskakujące, a scenki domowe wprawiają gościa w zakłopotanie.

Najważniejsze w powieści wydaje się samo pisarstwo: proces tworzenia, inspiracje innymi artystami, wpływ literatury na życie czy przenikanie się fikcji z rzeczywistością. Roth na tyle zgrabnie prowadzi akcję, że w pewnym momencie trzeba się zatrzymać i zastanowić, co było wymysłem Nathana, a co prawdą. Czy poznana u Lonoffa studentka jest faktycznie Anną Frank czy tylko pisarskim zmyśleniem, czy tytułowym (w oryginale) ghost writerem jest Nathan czy może ktoś inny? Zapętlenie maksymalne, tym bardziej zachęcające do zgłębienia tematu.
Drugim ważnym wątkiem jest żydowskość. Bycie pisarzem żydowskim przysparza wiele kłopotów, jako że pobratymcy oczekują godnego (czytaj: pozytywnego) przedstawiania ich w literaturze. Odstąpienie od tej reguły grozi nawet oskarżeniem o antysemityzm (sic!). Roth w bardzo zabawny sposób przedstawił konflikt Nathana z ojcem, co stanowi pewną przeciwwagę dla wątku holokaustowego, bo taki naturalnie też występuje w powieści.
Mimo skromnej objętości (ok. 150 stron) książka porusza sporo ciekawych i ważnych kwestii wymagających dłuższego zastanowienia. Z pewnością "Cień pisarza" warto przeczytać - choćby częściowo - kilkakrotnie. Osobiście po zakończeniu lektury mam mieszane odczucia co do całości, głównie za sprawą narracji - wydała mi się chaotyczna i nieprzemyślana. Niemniej chęć odświeżenia znajomości z panem Rothem, a ściślej z panem Zuckermanem, jest dość silna, toteż pewnie za jakiś czas powrócę do tej postaci.
Philip Roth, "Cień pisarza", tłum. Jan Zieliński, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań, 2004
czwartek, 23 września 2010
Martwa Europa - Christos Tsiolkas
W oczekiwaniu na Slap! (w polskiej wersji "Klaps"), który znalazł się wśród finalistów tegorocznego Bookera, sięgnęłam po wcześniejszą powieść Tsiolkasa. I tytuł, i okładka książki nie zwiastują przyjemnej opowiastki, można raczej spodziewać się dreszczowca. Aż tak przerażająco nie jest, jednak świat głównego bohatera może odstręczać.

Isaac jest 35-letnim Australijczykiem greckiego pochodzenia, usiłuje odnieść sukces jako artysta fotografik, żyje na utrzymaniu swojego partnera. Do Grecji wyjeżdża na wernisaż swoich prac, później wyrusza na zwiedzanie Europy. Stary Świat u progu XXI wieku jest dla niego rozczarowujący: Grecja nie jest zainteresowana swoimi rodakami na emigracji i traci swój narodowy charakter, Czechy zachłysnęły się Ameryką i bezmyślnie ją naśladują, Berlin natomiast jest nowoczesny, ale bezbarwny i śmierdzący. Nie lepiej jest w Paryżu - miasto lekkomyślnie otworzyło się na wiele kultur i religii, tworząc tym samym podatny grunt dla problemów etnicznych. Dokądkolwiek mężczyzna pojedzie, w rozmowach często pojawia się problem żydowskości i Holokaustu; okazuje się, że to temat wciąż nośny, a niekiedy nawet gorący.
Europę Tsiolkasa toczy zgnilizna: jest zepsuta, brudna i cuchnąca. Z jednej strony zjednoczona (głównie w konsumpcyjnym pędzie), z drugiej pełna uchodźców o różnym rodowodzie. Rdzennych mieszkańców właściwie nie widać, najwięcej jest cudzoziemców, także tych w metaforycznym rozumieniu. Widmo ataków terrorystycznych i wojny wydaje się coraz bardziej realistyczne. Polityka utożsamiana jest z ekonomią, demokracja staje się powoli mitem. ALE. Trzeba podkreślić, że świat oglądamy oczami Isaaca, a jest on dość osobliwą postacią. Porusza się w specyficznych, bo mętnych, środowiskach, nie stroniąc przy tym od narkotyków i przygodnego seksu. Co więcej, musi stoczyć walkę z własnym demonem doprowadzającym go do szaleństwa.
W recenzjach zagranicznych książki powtarzało się określenie "niepokojąca", z czym trudno się nie zgodzić. Na pewno można jeszcze dodać: mroczna i pesymistyczna. "Martwa Europa" byłaby nie do zniesienia, gdyby nie wątek poboczny czyli historia przodków Isaaca, kojarząca mi się momentami z baśnią. I choć ponury obraz Europy jest w moim odczuciu przerysowany, lekturę zaliczam do bardzo udanych. Jest na tyle sugestywna, że niewątpliwie na długo pozostanie w mojej pamięci. Poza tym to spotkanie z literaturą australijską czyli jak dla mnie coś bardzo odświeżającego (przy całej dekadenckości powieści;).
Christos Tsiolkas, "Martwa Europa", tłum. Maciej Płaza, Wydawnictwo Replika, Zakrzewo, 2010

Isaac jest 35-letnim Australijczykiem greckiego pochodzenia, usiłuje odnieść sukces jako artysta fotografik, żyje na utrzymaniu swojego partnera. Do Grecji wyjeżdża na wernisaż swoich prac, później wyrusza na zwiedzanie Europy. Stary Świat u progu XXI wieku jest dla niego rozczarowujący: Grecja nie jest zainteresowana swoimi rodakami na emigracji i traci swój narodowy charakter, Czechy zachłysnęły się Ameryką i bezmyślnie ją naśladują, Berlin natomiast jest nowoczesny, ale bezbarwny i śmierdzący. Nie lepiej jest w Paryżu - miasto lekkomyślnie otworzyło się na wiele kultur i religii, tworząc tym samym podatny grunt dla problemów etnicznych. Dokądkolwiek mężczyzna pojedzie, w rozmowach często pojawia się problem żydowskości i Holokaustu; okazuje się, że to temat wciąż nośny, a niekiedy nawet gorący.
Europę Tsiolkasa toczy zgnilizna: jest zepsuta, brudna i cuchnąca. Z jednej strony zjednoczona (głównie w konsumpcyjnym pędzie), z drugiej pełna uchodźców o różnym rodowodzie. Rdzennych mieszkańców właściwie nie widać, najwięcej jest cudzoziemców, także tych w metaforycznym rozumieniu. Widmo ataków terrorystycznych i wojny wydaje się coraz bardziej realistyczne. Polityka utożsamiana jest z ekonomią, demokracja staje się powoli mitem. ALE. Trzeba podkreślić, że świat oglądamy oczami Isaaca, a jest on dość osobliwą postacią. Porusza się w specyficznych, bo mętnych, środowiskach, nie stroniąc przy tym od narkotyków i przygodnego seksu. Co więcej, musi stoczyć walkę z własnym demonem doprowadzającym go do szaleństwa.
W recenzjach zagranicznych książki powtarzało się określenie "niepokojąca", z czym trudno się nie zgodzić. Na pewno można jeszcze dodać: mroczna i pesymistyczna. "Martwa Europa" byłaby nie do zniesienia, gdyby nie wątek poboczny czyli historia przodków Isaaca, kojarząca mi się momentami z baśnią. I choć ponury obraz Europy jest w moim odczuciu przerysowany, lekturę zaliczam do bardzo udanych. Jest na tyle sugestywna, że niewątpliwie na długo pozostanie w mojej pamięci. Poza tym to spotkanie z literaturą australijską czyli jak dla mnie coś bardzo odświeżającego (przy całej dekadenckości powieści;).
Christos Tsiolkas, "Martwa Europa", tłum. Maciej Płaza, Wydawnictwo Replika, Zakrzewo, 2010
piątek, 10 września 2010
Nieposłuszeństwo - Naomi Alderman
Współczesny Londyn, dzielnica Hendon - tu właśnie mieszkają ortodoksyjni Żydzi tworząc zamkniętą enklawę. Ich mikroświat obwarowany jest licznymi nakazami, żaden fałszywy krok nie ujdzie uwadze współwyznawców. Nic dziwnego zatem, że młoda kobieta paląca papierosy, w spódnicy z rozcięciem, nie przestrzegająca koszerności sieje ferment. A co powiedzieć o miłości lesbijskiej?

Powieść porusza sporo ciekawych tematów, najważniejszy to tożsamość religijna i seksualna. Dwie główne bohaterki mają pecha, ponieważ pod pewnymi względami nie przystają do społeczności żydowskiej. Buntownicza Ronit ucieka do Nowego Jorku, gdzie u c z y się nieposłuszeństwa, a więc robi to, co jej ojciec, powszechnie szanowany rabin, z pewnością by napiętnował. Esti pozostaje w Londynie, stara się dopasować do oczekiwań innych, zgadza się na małżeństwo z nieporadnym Dovidem. Każde z nich zmaga się na swój sposób z żydowskością, ani zerwanie z nią, ani trwanie w niej nie gwarantuje spokoju ducha.
Autorka bardzo interesująco pokazała te zmagania i zawiłe drogi prowadzące do znalezienia złotego środka. Trudno jest się uwolnić od uwarunkowań narzuconych siłą rzeczy przy narodzinach, o ile to w ogóle możliwe. Niełatwo jest także wypracowywać w sobie nowe nawyki i być głuchym na głos sumienia. Dla osiągnięcia szczęścia warto jednak próbować, nawet jeśli wkrótce się okaże, że leży ono gdzie indziej. Ba, może się okazać, że spełnienie daje to, przed czym tak usilnie człowiek się broni.
Pięknie przedstawiony jest również problem miłości, szczególnie tej małżeńskiej. Dla Esti i Dovida to nie namiętność, ale narzucona z góry więź. Co prawda zaakceptowana przez oboje, ale pozbawiona wszelkiego romantyzmu. Wspólne życie w poszanowaniu odrębności partnera może jednak stanowić ogromną wartość, a z czasem pozwala na wypracowanie wyjątkowo trwałego związku. A że niezbyt mile widzianego przez postronnych? Cóż, będą musieli przełknąć tę gorzką pigułkę.
Dużym plusem powieści jest przybliżenie świata ortodoksyjnych Żydów. Oprócz cytatów z Tory i nieskomplikowanych interpretacji kilku kwestii religijnych Alderman dość dokładnie opisała choćby zwyczaje szabasowe czy dotyczące pochówku. Można tylko podziwiać, że gminom żydowskim funkcjonującym w świecie zachodnim udaje się oprzeć nowoczesności i żyć zgodnie z nakazami wiary. Czy jest to jednak powód do zazdrości - nie jestem pewna.
Podsumowując - książka jest niezła, choć na kolana mnie nie powaliła. O ważnych sprawach opowiada prostym, miejscami dowcipnym językiem. Bardzo podobała mi się fabuła i zakończenie stroniące od sztampy. I jeszcze podziękowania dla tłumaczki - ubawiłam się setnie czytając o samochodach pędzących po okrężnicy [m.in. s. 206];)
Naomi Alderman, "Nieposłuszeństwo", tłum. Ewa Krasińska, Wydawnictwo Sic!, Warszawa, 2006
środa, 11 sierpnia 2010
Pucka - Janina Katz
Choć "Pucka" została napisana po duńsku, niewiele ma wspólnego z tamtejszą literaturą. Autorka jest polskiego pochodzenia, z kraju wyemigrowała na fali wydarzeń marcowych 1968 r. Powieść zawiera liczne wątki autobiograficzne, osadzona jest głównie w Krakowie lat 60-tych. I to właśnie zachęciło mnie do lektury.

Główna bohaterka to dziewczyna wchodząca w dorosły świat. Jest Żydówką, niemniej religia nie odgrywa w jej życiu żadnej roli. Mieszka z matką, jest z nią bardzo blisko związana, czego nie można powiedzieć o nieobecnym ojcu, o którym wie niewiele, na dodatek niewiele dobrego. Pucka chaotycznie szuka sensu życia (to określenie pada w powieści kilkakrotnie), pociąga ją świat artystów i intelektualistów. Obraca się głównie wśród mężczyzn, ale związki z nimi nie należą do udanych. Po studiach rozpoczyna pracę na uniwersytecie, wkrótce jednak sprawy zaczynają się komplikować - nagonka antysemicka nasila się.
Powieść miała wszelkie dane, żeby stać się znakomitą ilustracją obyczajów i wydarzeń lat 60-tych ubiegłego wieku. Niestety wyszło tylko czytadło. Styl książki jest wyjątkowo prosty, miejscami tak naiwny i pretensjonalny, że nabrałam podejrzeń co do wieku autorki - miałam wrażenie, że tekst wyszedł spod pióra licealistki, a nie dojrzałej kobiety, absolwentki polonistyki i socjologii. Oto np. Pucka i jej matka to tak miłe osoby, że ze wszystkimi świetnie się dogadują: z artystami, wykładowcami, kelnerem, babcią klozetową, a nawet pijaczką i prostytutką. Przesłodzone to aż do bólu. Owszem, są pokazane i ciemniejsze strony bycia Żydówką w powojennej Polsce, mnie jednak postaci pań Reches nie przekonały. Natomiast wplątywanie w całość Nabokova uważam wręcz za kuriozalne i całkowicie zbędne.
"Pucka" miała sporo pochlebnych recenzji, dla mnie pozostanie rozczarowaniem. Sama historia jest z pewnością ciekawa, psuje ją niestety fatalny styl. Wielka szkoda. Wartka akcja to stanowczo za mało, aby uznać lekturę za udaną.
Janina Katz , "Pucka", Wydawnictwo Santorski & Co, 2008
środa, 14 lipca 2010
Lista pana Rosenbluma - Natasha Solomons
Żeby stać się Brytyjczykiem, wystarczy spełnić zaledwie (sic!) 115 warunków, począwszy od mówienia wyłącznie po angielsku, poprzez dbałość o higienę, noszenie ubrań szytych na miarę, niewyróżnianie się, a na przynależności do klubu golfowego kończąc. Tak przynajmniej wydaje się głównemu bohaterowi powieści Natashy Solomons.

Jack Rosenblum wraz z żoną Sadie i malutką córeczką Elisabeth przybywa do Londynu w 1937 r., szukając schronienia przed antysemicką nagonką w nazistowskich Niemczech. Bierze sobie do serca zalecenia urzędnika z żydowskiej organizacji i za wszelką cenę stara się zasymilować. Proces trudny i kosztowny, zwłaszcza jeśli robi się to z zapałem neofity, jaki reprezentuje Jack. Można powiedzieć, że chce być bardziej angielski niż Anglicy. Nic nie jest w stanie go powstrzymać nawet wówczas, gdy wszystkie kluby golfowe odrzucają jego prośbę o członkostwo, a tym samym uniemożliwiają spełnienie ostatniego punktu z listy. Przecież można wybudować swoje własne pole golfowe, nieprawdaż?
Państwo Rosenblum przeprowadzają się zatem do hrabstwa Dorset, gdzie rozpoczyna się nie tylko budowa pola, ale kolejny proces asymilacji, tym razem ze społecznością wiejską. Jack jest na tyle owładnięty myślą o swoim klubie, że nie zauważa swojej śmieszności. Podobnie jak nie zauważa, że jego pojęcie o byciu dżentelmenem odbiega od panujących zwyczajów. Jedynie żona opiera się asymilacji i mimo upływu lat nie może przeboleć utraty rodziny z Berlina. W przeciwieństwie do męża nadal czuje się Żydówką i hołduje dawnym zwyczajom, które przekładają się m.in. na obchodzenie świąt religijnych i gotowanie potraw według rodzinnych przepisów. Muszę przyznać, że opisywane specjały bardzo pobudzają wyobraźnię (oraz pracę ślinianek;), a przepis na kurczaka koronacyjnego - choć akurat nie wywodzi się z tradycji żydowskiej - zamierzam kiedyś wypróbować.
Powieść jest napisana z humorem, aczkolwiek nieprzesłodzona. Zmagania głównego bohatera bardzo wciągają i można tylko podziwiać jego niezłomność. W moim odczuciu ta książka jest właśnie o realizacji marzeń i wierności ideałom, mimo że w przypadku Jacka i Sadie obie kwestie oznaczają coś innego. Ważnym bohaterem powieści są Anglicy i ich kultura, autorka pisze o nich z dużą dawką realizmu, ale i pobłażliwością. Jedno jest pewne - koloryt życia na wsi udało jej się przedstawić bardzo dobrze.
Podsumowując - kolejna idealna lektura na lato. Świetnie napisana, ciepła i dowcipna, a co ważne - zmuszająca do refleksji.
Natasha Solomons, "Lista pana Rosenbluma", Rebis, 2010
piątek, 9 lipca 2010
Południca - Julia Franck
Punktem wyjścia dla historii opowiedzianej w powieści jest zdarzenie z życia ojca Julii Franck. Jako siedmioletni chłopiec podczas ucieczki Niemców ze Szczecina w 1945 r. został pozostawiony na dworcu przez matkę, która już po niego nie wróciła. Dzięki poszukiwaniom autorki okazało się, że kobieta wróciła w okolice Berlina, gdzie do końca życia mieszkała w odosobnieniu z siostrą. O dziecku nikt z jej znajomych nie wiedział. Porzucenie syna posłużyło za kanwę książki, reszta to fikcja.

Helenę poznajemy w przededniu I wojny światowej, ma ok. 7 lat, mieszka w Budziszynie z rodzicami i uwielbianą starszą siostrą Martą. Od początku zastanawiają relacje z matką: kobieta traktuje młodszą córkę niemal z nienawiścią, prawdopodobnie dlatego, że śmiała urodzić się po śmierci swoich czterech braci-niemowlaków. Matka żyje w swoim świecie, sprawia wrażenie szalonej, przez co jej wyobcowanie w lokalnej społeczności (spowodowane żydowskim pochodzeniem) potęguje się. Ojciec również nie stanowi podpory dla dzieci: zauroczony matką nie dostrzega ich starań o utrzymanie domu, deprecjonuje wyjątkowe zdolności Heleny.
Można się domyślać, że właśnie dzieciństwo i postawa rodziców naznaczyły główną bohaterkę i sprawiły, że była dość powściągliwa w okazywaniu uczuć, a nawet chłodna. Oddana była właściwie tylko siostrze, tylko o nią zabiegała i troszczyła się na wszelkie możliwe sposoby. Ich relacje zmieniły się dopiero wówczas, gdy Helena się zakochała, a później wyszła za mąż. Chłód jednak pozostał. O ile mężczyzn traktowała z dystansem, o tyle całkowicie angażowała się w pracę: jeśli nie w szpitalu jako ceniona pielęgniarka lub w aptece jako pomocnica, to w domu przy prowadzeniu gospodarstwa. Odrzucenie przez rodziców zaowocowało potrzebą bycia użyteczną i najwyraźniej ta użyteczność dawała kobiecie poczucie bezpieczeństwa i wewnętrzny spokój.
Mimo pamięci o przeżyciach z dzieciństwa Helena z czasem zaczyna przypominać swoją matkę: wobec synka staje się szorstka, niekiedy porywcza, coraz bardziej zapada się w milczenie. Jakby nieświadomie poddała się tytułowej południcy, która według legendy w zamian za opowieść może zdjąć urok ze swojej ofiary i uwolnić ją od pomieszania zmysłów. Helenie chyba na tym nie zależy, nawet dramatyczne wydarzenia wojny nie są w stanie zakłócić jej zobojętnienia. Przypomina automat: dokładna i obowiązkowa, a jednak bez emocji. Wszystko wskazuje na to, że podobnie jak jej matka, "oślepła na serce".
Portret psychologiczny głównej bohaterki jest bodaj największym atutem tej książki - jest tak dogłębny, że postępowanie Heleny wydaje się zrozumiałe. Trudno ją polubić, ale przecież nie o to chodzi. Niezmiernie ciekawe jest również tło głównych wydarzeń czyli Berlin lat 20-tych i 30-tych, a więc kryzys, początki narodowego socjalizmu i antysemityzmu, ale także rozkwit sztuki i filozofii. Nieco rozwlekłe wydały mi się pierwsze rozdziały dotyczące okresu budziszyńskiego, na szczęście później akcja płynie wartko i można się nawet przyzwyczaić do znikomych dialogów zapisywanych bez tradycyjnego wyodrębnienia akapitem, myślnikiem itp. Drażniły mnie natomiast przeskoki do niewiele wcześniejszych wydarzeń i powroty do punktu wyjścia, w moim odbiorze wprowadzały więcej chaosu niż urozmaicenia.
Cieszę się, że na rynku polskim pojawia się wreszcie coraz więcej współczesnej literatury niemieckiej, bo "Południca" dowodzi, że warto ją poznawać. Zwłaszcza jeśli mowa jest o powieściach oferujących różne możliwości interpretacyjne, jak to jest w przypadku omawianej tutaj książki. Daleka jestem od zachwytu, ale na pewno będę poszukiwać innych utworów Julii Franck.
P.S. Nie należy sugerować się zbytnio streszczeniem na okładce, jest mylące.
Julia Franck, "Południca", Wydawnictwo W.A.B., 2010
poniedziałek, 5 lipca 2010
Szaleństwa Brooklynu - Paul Auster
Nie wiem, na czym to polega, ale książki, których akcja osadzona jest w Nowym Jorku, mają w moim odczuciu niesamowity klimat. Niespieszna akcja, bohaterowie samotnicy lub dziwacy, knajpki i księgarnie, wszystko owiane mgiełką melancholii. Tak przynajmniej jest u Nicole Krauss, Siri Hustvedt i Paula Austera. "Szaleństwa Brooklynu" nie są wyjątkiem - znalazłam w nich to, czego szukałam.
Narratorem jest 60-letni Nathan, który niedawno przeszedł na emeryturę, rozwiódł się z żoną i przeprowadził na Brooklyn. Nie spodziewa się niczego nowego w życiu, chce tylko w spokoju dotrwać do kresu swych dni, jednak nie jest mu to pisane. Zaprzyjaźnia się z dawno niewidzianym, a mieszkającym w okolicy, siostrzeńcem Tomem, który mimo młodego wieku wydaje się bardziej zrezygnowany niż jego stryj. Akcja nabiera tempa, wydarzenia następują niemal lawinowo. Znajdziemy tu i dramat rodzinny, i historię miłosną, i elementy powieści łotrzykowskiej. Całość przedstawiona z dużą dozą humoru, a przede wszystkim z ogromną wyrozumiałością dla ludzkich słabości.
"Szaleństwa Brooklynu" są dla mnie książką o poszukiwaniu szczęścia i peanem na cześć życia, co nie oznacza, że Auster napisał wesolutką powieść z happy endem. Znajdziemy tu również echa wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych w 2000 r. i krytykę polityki Busha (chyba pierwszy raz spotykam się z tak jawnym wyrażeniem poglądów politycznych autora w swojej powieści). Jest to także książka o książkach i ich miłośnikach; fakty z historii literatury przytaczane przez jednego z bohaterów świadczą o dużej erudycji Austera. Last but not least jest to również hołd złożony samemu Brooklynowi, autor z miłością pisze o jego mieszkańcach, być może dlatego, że sam od lat tu mieszka;)
Lektura bardzo przyjemna i satysfakcjonująca, rozbudzająca apetyt na kolejne książki utrzymane w podobnym klimacie.
Paul Auster, 'The Brooklyn Follies', Faber & Faber, 2005
poniedziałek, 14 czerwca 2010
Jeszcze rok. Opowiadania - Sana Krasikov
Z wycinków recenzji przytoczonych na okładce najbardziej odpowiada mi porównanie bohaterów Krasikov do postaci z obrazów Edwarda Hoppera. Łączy ich aura osamotnienia, rezygnacji, nostalgii i wyciszenia. W opowiadaniach młodej Ukrainki uderza spokój i brak zgiełku, tak często kojarzony z amerykańskimi miastami. A tu właśnie przyszło żyć emigrantom z dawnych republik radzieckich: Rosjanom, Gruzinom, Tadżykom. Niektórzy osiągnęli sukces, inni borykają się z problemami; niektórzy są tu od dwóch pokoleń, inni dopiero próbują się zagnieździć. Są też i tacy, którzy decydują się na powrót do kraju.Autorka nie pisze o tym, w jakich koszmarnych warunkach muszą pracować lub mieszkać przybysze zza oceanu, jak bardzo są wykorzystywani lub jak bardzo tęsknią za ojczyzną. Nie opowiada ckliwych historyjek, nie szuka taniego efektu. Skupia się na relacjach emigrantów z ich najbliższymi i na prozie życia, która mimo innej szerokości geograficznej niewiele się zmienia: ktoś kogoś zdradza, ktoś chce pożyczyć pieniądze na nowy biznes, ktoś nie może poradzić sobie z nastoletnim synem. Ot, żyćko jakie znamy, kłopoty, jakie ma wielu z nas nie wyjeżdżając z kraju. Owszem, jest mowa o pozwoleniach na pracę, fikcyjnych małżeństwach, pracy poniżej kwalifikacji, ale są to sprawy marginalne.
Osiem opowiadań, każde bardzo dobre. Trudno wybrać najlepsze, mnie chyba najbardziej podobała się "Lepsza połowa" o małżeństwie młodej Litwinki z agresywnym Amerykaninem i "Repatrianci" o parze Rosjan w średnim wieku, którzy mimo sukcesu w Stanach wracają do Moskwy, aby założyć własną firmę. Warto podkreślić, że całość została zgrabnie napisana i lektura ani przez chwilę nie nuży. Wyjątkowo udany debiut.
Sana Krasikov, "Jeszcze rok. Opowiadania", Wydawnictwo Czarne, 2010
środa, 9 czerwca 2010
"Wszystko jest iluminacją" w tv
Dla zainteresowanych: dzisiaj w TVN7 o godz. 20.05 wyświetlony zostanie film "Wszystko jest iluminacją" oparty na powieści J. Foera.

Tu zwiastun filmu, a tu więcej informacji o samym filmie.
***************
WRAŻENIA PO EMISJI
Film obejrzałam z dużą przyjemnością. Trzeba przyznać, że jest dobrze zrobiony, choć jak dla mnie nieco "podrasowany" - być może w trosce o amerykańskiego, szybko nudzącego się widza. Stąd - jak sądzę - fantastyczne kolory, oryginalna muzyka (mieszanka żydowskiej i ukraińskiej, podlana sosem nowoczesności), ostre kontrasty. Schreiber zrobił film drogi: bohaterowie szukają na ukraińskiej prowincji Augustyny, która podczas wojny uratowała dziadka jednego z nich. Chwilami jest zabawnie, z czasem robi się coraz bardziej poważnie. Znałam zakończenie, a jednak mocno się wzruszyłam.
ALE. Film tylko w ułamku oddaje książkę, której bogactwo tak mnie zachwyciło. Materiału starczyłoby przynajmniej na miniserial, więc skupienie się na głównym wątku rozumiem. Najbardziej brakowało mi historii Żydówki Trachim i sąsiadów oraz kwestii tytułowej iluminacji. Przemiana Alexa i Jonathana również nie została zaznaczona, a to bardzo istotne dla powieści. Zagubił się też humor, którego głównym źródłem była kulawa angielszczyzna młodego Ukraińca. Mogłabym jeszcze pomarudzić, ale co tam;)
Cieszę się ogromnie, że książkę przeczytałam przed obejrzeniem filmu, bo inaczej raczej bym po nią już nie sięgnęła, a byłaby to wielka szkoda. Nadal pozostaje dla mnie jedną z najlepszych lektur tego roku.
poniedziałek, 7 czerwca 2010
Historia miłości - Nicole Krauss
Jakiś czas temu zachwycałam się powieścią "Wszystko jest iluminacją" Foera i z czystej ciekawości chciałam sprawdzić, jak pisze jego żona czyli Nicole Krauss. Przyznaję - całkiem nieźle. A z ciekawostek - oboje mają domieszkę polsko-żydowskiej krwi i dają temu wyraz w swojej twórczości.Okładka pokazująca zwielokrotnione zdjęcie "Historii miłości" świetnie oddaje treść książki, bo akcja toczy się właśnie wokół powieści o takim tytule. Napisana w przedwojennej Polsce z miłości do ukochanej dziewczyny, Almy, miała równie burzliwe losy, jak jej autor i bohaterowie. Mimo znikomej obecności w księgarniach odegrała także ważną rolę w życiu kilkorga czytelników, przemierzając świat z kontynentu na kontynent.
Co uderza w powieści to melancholia i delikatność, nastrój przypomina mi atmosferę obecną w prozie Paula Austera i Siri Hustvedt. Główni bohaterowie (mieszkający w Nowym Jorku) są samotnikami, pogrążonymi w tęsknocie za zmarłym ojcem / mężem oraz za niespełnioną miłością życia. Niewielkie mają oczekiwania, wydają się zrezygnowani i dopiero "Historia miłości" mobilizuje ich do działania. Powieść Krauss to jak najbardziej książka o miłości, ale także o przyjaźni i jej różnych odcieniach. Najpiękniejszy dla mnie fragment to zapis rozmowy telefonicznej dwóch 80-letnich przyjaciół [s. 104]:
Po dziesiątym dzwonku Bruno podniósł słuchawkę.
Bruno?
Tak?
Czyż nie wspaniale jest żyć?
Nie, dziękuję. Nie chcę nic kupować.
Nie chcę ci niczego sprzedać! To ja, Leo. Posłuchaj. Siedziałem sobie w Starbucks, popijając kawę i nagle mnie to uderzyło.
Co cię uderzyło?
Och, posłuchaj. Uderzyło mnie, że cudownie jest żyć. Żyć! I chciałem ci zaraz o tym powiedzieć. Rozumiesz, co do ciebie mówię? Mówię, że życie to piękna rzecz. Piękna rzecz i jedna wielka radość.
Zapadła cisza.
Oczywiście. Co tylko chcesz, Leo. Życie to piękna rzecz.
I jedna wielka radość, powiedziałem.
Zgoda, odparł Bruno. I radość.
Czekałem.
Wielka. Już miałem odłożyć słuchawkę, gdy Bruno powiedział: Leo?
Tak?
Czy masz na myśli ludzkie życie?
To powieść wzruszająca, ale nie ckliwa. Melancholijna, ale nie smutna. Zdecydowanie warta polecenia.
Nicole Krauss, "Historia miłości", Świat Książki, 2006
środa, 2 czerwca 2010
Mojry - Marek Soból

Książka ukazała się 5 lat temu i wydaje mi się, że wśród zalewu innych premier pozostała niezauważona. Zupełnie niesłusznie, bo to dawka świetnej literatury, na dodatek debiut.
Tytułowe Mojry to trzy kobiety: Lachesis czyli polska Żydówka, która przeżyła Auschwitz, a obecnie prowadzi kawiarnię w Paryżu, Atropos czyli 33-letnia pielęgniarka, która w wypadku straciła niedawno miłość swojego życia oraz Kloto, prostytutka. I tak jak ich mitologiczne imienniczki przędły nić życia, tak one przędą opowieści. Idąc dalej tropem mitologii, można doszukać się następujących paraleli: Kloto z racji swojej profesji jak najbardziej decyduje o tym, kto ma się urodzić (lub raczej nie urodzić). Podobnie jest z jej sąsiadką z kamienicy na krakowskim Kazimierzu - Atropos pracująca na wydziale onkologii dziecięcej to niemal anioł śmierci. Lachesis jako prządka odmierzająca i strzegąca nici życia opowiada o ludziach mieszając i urabiając ich losy według własnego uznania. Wszystkie trzy spotkają się, a raczej otrą się o siebie, pewnego dnia na ulicy Szerokiej w Krakowie.
Na okładce autor zarzeka się, że to nie jest książka o kobietach, chociaż kobiety są jej głównymi postaciami. Nie jest to też książka o cierpieniu, śmierci ani o Holokauście. To jest książka o oswajaniu zła, umiejętności życia w jego kręgu, o cierpliwym i nieugiętym dążeniu do szczęścia. Nie do końca zgodzę się z autorem. Dla mnie to JEST książka o kobietach, bo płeć w życiu każdej bohaterki odgrywa istotną rolę. Gdyby nie ich seksualność, nie byłoby ich historii. Nie jest to dla mnie z kolei książka o oswajaniu zła, ale o oswajaniu cierpienia. Tak naprawdę tylko wiekowa Lachesis doświadczyła zła (podczas wojny), ale z bólem zmierzyć musiały się wszystkie trzy kobiety. W moim odczuciu jest to książka o godzeniu się z losem, o dźwiganiu się z dna i wypływaniu na powierzchnię życia. Bohaterkom Sobola to się udało, drobnymi krokami osiągnęły harmonię. Pięknie ujęła to Lachesis:
Od tamtej chwili jest mi wszystko jedno, którego dnia umrę. Mogłoby to być dziś lub jutro, albo dziesięć lat temu. Bez żalu bym odeszła, bo przecież wiem, że nic lepszego mnie nie czeka. Nawet gdyby mogło być równie pięknie, nawet gdyby coś jeszcze było możliwe, to chyba już bym nie chciała, bo nie trzeba być zachłannym, nie trzeba zawsze przebijać szczęśliwego dnia jeszcze szczęśliwszym [s. 64].
Całkiem piękną historię uprzędły sobolowe Mojry i duża w tym zasługa formy poszczególnych opowieści. Dwie z nich to monolog z klientem, trzecia - zapiski w dzienniku. Każda z wypowiedzi ma odmienny język i styl: u Kloto jest potoczny, niemal prostacki, u Lachesis - pełen dygresji, świadczący o kłopotach z pamięcią, u Atropos natomiast - literacki. Dodatkowego smaczku dodaje książce przewrotny chwyt zastosowany w jednym z opowiadań, ale jego odkrywanie pozostawiam ewentualnym czytelnikom.
Dla mnie "Mojry" to bardzo miłe zaskoczenie, zdecydowanie jedna z lepszych książek, jakie ostatnio czytałam. Pozostawia niezatarte wrażenie i robi apetyt na więcej podobnych lektur. Mam nadzieję, że Marek Soból jeszcze kiedyś coś napisze.
Marek Soból, "Mojry", Wydawnictwo W.A.B., 2005.
Marek Soból, "Mojry", Wydawnictwo W.A.B., 2005.
środa, 19 maja 2010
Żona Adama - Monika Rakusa
A właściwie dwie żony, bo tyle miał biblijny Adam: krnąbrną, buntowniczą Lilith oraz cichą, pokorną Ewę. Nie inaczej było w życiu powieściowego Adama. Piszę "było", ponieważ ten ginie tragicznie już na pierwszej stronie, a książka skupia się na postaciach jego małżonek.Pierwsza z nich to Rita - niepokorna, a jakże, przez teściów okrzyknięta zresztą demonem. Pani psycholog, lat 42, straciła zainteresowanie swoim fachem, za mężczyznami nie przepada, a kobiety - jak na złość - nie ufają jej. Ma spore kłopoty z samą sobą, według własnej diagnozy cierpi na depresję maskowaną. Z Adama zrezygnowała, jako że nie chciała godzić się na patriarchat, jego egocentryzm i szczeniackie zachowania. Druga połowica to Anna - potulna jak baranek, postępująca tak, jak zdecydowali inni. Skuteczna redaktorka poezji w wydawnictwie, na co dzień mająca ogromne kłopoty z werbalizowaniem własnych myśli.
Poznajemy historie obu żon, do pewnego stopnia sporo w nich podobieństw. Obie kobiety pochodzą z niepełnych rodzin o korzeniach żydowskich, obie miały kiedyś ważną przyjaciółkę odstającą od reszty szkolnej społeczności, obie straciły ciążę. W drogę sobie nie wchodziły, teraz każda z nich na swój sposób przeżywa żałobę po Adamie. O dziwo, to Rita wydaje się totalnie rozbita, a Anna nadzwyczaj opanowana. Jak się okaże, wraz ze stratą męża coś zyskały, coś o wiele cenniejszego niż pieniądze.
Muszę przyznać, że mam mieszane uczucia po lekturze. Autorka (z zawodu psycholog społeczny) miała niezły pomysł, ale z wykonaniem poszło gorzej. Na początku drażnił mnie sarkazm, którego w powieści jest jak na mój gust zdecydowanie za dużo. Postać Rity, a zwłaszcza jej reakcja na śmierć ex-małżonka, zupełnie mnie nie przekonuje. Co więcej, momentami przeszkadzał mi żargon psychologiczny zastosowany w jej historii. Rozumiem, że taki ma zawód bohaterka, ale to w końcu powieść, a nie artykuł dla kolegów po fachu. Podobieństwa w życiorysach odebrałam jako naciągane, a postaci drugoplanowe narysowane zbyt grubą kreską ocierają się o stereotyp. Zakończenie byłoby dobre, gdyby nastąpiło jakieś dwie strony wcześniej.
Powieść czyta się dobrze, nie przeczę, ale nic odkrywczego w niej nie znalazłam. Najbardziej podobała mi się okładka, ale to już zasługa głównie Albrechta Durera.
Moja ocena: 6/10
Monika Rakusa, " Żona Adama", Wydawnictwo W.A.B., 2010
piątek, 14 maja 2010
Płomyki pamięci - Anne Michaels
Jakob Boer jako ośmiolatek był świadkiem śmierci swoich żydowskich rodziców z rąk nazistów, starsza siostra zaginęła bez śladu. Chłopca uratował grecki archeolog i wywiózł go z Polski na Zakintos. Po wojnie obaj trafili do Kanady, gdzie Jakob z czasem się usamodzielnił i zajął tłumaczeniami oraz tworzeniem poezji. Mimo upływu wielu lat nie jest w stanie otrząsnąć się z rodzinnej tragedii, żyje rozpamiętując bolesną stratę. Funkcjonuje w społeczeństwie, jednak sprawia wrażenie człowieka bezwolnego, żyjącego siłą rozpędu.
I o tym właśnie jest ta powieść: o pamięci. Michaels wgryza się w problem na różne sposoby, niekiedy powtarzając się, a niekiedy oferując oryginalne stwierdzenia:
To, że się czuje oddziaływanie zmarłych nie jest żadną metaforą (...) Nie jest żadną metaforą mówienie o zadziwiającej pamięci namagnesowanych minerałów, nawet po setkach milionów lat wskazujących biegun magnetyczny, minerałów nie zapominających magmy, która zastygając, naznaczyła je wieczną tęsknotą. Tęsknimy za miejscem, ale samo miejsce również tęskni. Pamięć ludzka jest zakodowana w prądach powietrznych i w rzecznym mule. Eskery popiołu czekają, aby je odgrzebać, życie - aby je przywrócić. [s. 50]
Chętnie czytam książki o Holokauście, lubię poetycki styl, ale "Płomyki pamięci" nie zachwyciły mnie. Powieść jest mocno melancholijna, mglista i ciężkawa; historia zdaje się sączyć - to akurat poczytuję sobie za duży plus powieści. Niestety autorka nie wykazała się konsekwencją, jej styl jest dość nierówny: naładowane metaforami fragmenty przeplatają się z akapitami pisanymi zwykłą prozą, bez ozdobników i daje to nieciekawy efekt. Michaels z pewnością jest erudytką, ale liczne wtręty z paleobiologii, meteorologii, historii itp. są przytłaczające. Całość rozłazi się w szwach i może właśnie z tego powodu główny bohater wydaje się mało interesujący.
Autorka jest przede wszystkim poetką, "Płomyki pamięci" były jej pierwszą próbą prozatorską. Na tyle udaną według krytyków, że zasłużyła na kilka nagród m.in. Orange Prize w 1997 r. oraz na ekranizację. We mnie budzi bardzo mieszane odczucia i cieszę się, że jakoś przez nią wreszcie przebrnęłam. Mam tylko nadzieję, że jej druga powieść 'The Winter Vault' jest o niebo lepsza.
Moja ocena: 7/10
Anne Michaels, "Płomyki pamięci", Wydawnictwo Rebis, 2000
piątek, 30 kwietnia 2010
Pensjonat - Piotr Paziński
Tytułowy pensjonat to miejsce wypoczynku "na linii otwockiej" odwiedzane lata temu przez żydowskich gości. Powraca do niego narrator opowieści, który w ośrodku bywał jako dziecko. Podróż sentymentalna? Nie do końca. Mężczyzna chyba sam nie jest pewny, czego tutaj szuka:Moja przeszłość tkwi we mnie głęboko, lecz kiedy staram się do niej dotrzeć, natrafiam na wydrążoną pustkę, jakbym urodził się wczoraj, a wszystko, co dawniej się wydarzyło, było gąszczem cienistych obrazów, zetlałych i rozsypanych w drobiny atomów. (...) Natłok tych obrazów stwarza iluzję pamięci i podobnie jak mnogość fotografii staje się namiastką życia. (s. 101)
I rzeczywiście sporo pustki wyziera z mini-powieści Pazińskiego. Niby z każdego kąta wyłaniają się postacie z przeszłości, ich rozmowy, anegdoty i kłótnie, a jednak ich brak staje się przez to bardziej odczuwalny na każdym kroku. Wszystko nosi oznaki zniszczenia i zapomnienia, a sam pensjonat przywodzi na myśl rupieciarnię. Jest tu pewna melancholia, ale dość ciężko zalęgająca na duszy. Nie mogłam też podczas lektury uwolnić się od zapachu stęchlizny i kurzu.
Krótka historia (ledwie 135 stron), niemniej bardzo mi się dłużyła i kilkakrotnie chciałam książkę odłożyć. Niestety autor nie oczarował mnie swoim mrocznym światem duchów z dzieciństwa, a zakończenie wydało mi się tandetne. Tym bardziej Paszport Polityki przyznany książce w tym roku bardzo mnie dziwi.
Moja ocena: 6/10
Piotr Paziński, "Pensjonat", Wydawnictwo Nisza, 2009
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
Wszystko jest iluminacją - Jonathan Safran Foer
Cudowna książka. Trafiłam na nią przypadkiem przez wyszukiwarkę tematyczną w www.librarything.com sprawdzając hasło "Holokaust". Streszczenie było dość kuriozalne, a fragmenty recenzji na tyle entuzjastyczne, że postanowiłam powieść przeczytać. Ze wszech miar warto było.Młody amerykański Żyd przyjeżdża na Ukrainę szukać kobiety, która podczas wojny uratowała życie jego dziadkowi. Główny trop to zdjęcie i nazwa wioski: Trachimbrod. Jonatanem Safranem Foerem (sic!) opiekuje się jego rówieśnik z Odessy Aleks vel Szapka vel Sasza, który na zlecenie ojca, właściciela biura podróży, ma być tłumaczem podczas podróży. W wyprawie bierze również udział dziadek Aleksa (jako kierowca) oraz jego wierna, acz nadpobudliwa suczka Sammy Junior, Junior. Dodam, że angielski młodego Ukraińca pozostawia wiele do życzenia, a dziadek ma problemy ze wzrokiem i jest stetryczały. Dużo zabawnych sytuacji wywołują różnice kulturowe.
Akcja powieści toczy się na trzech przeplatających i uzupełniających się poziomach. Pierwszy to relacja Aleksa z podróży, spisana jego niepoprawną pod względem stylistycznym, ale dzięki temu bardzo zabawną, angielszczyzną. Chłopak sporo miejsca poświęca także własnej osobie i - jak się z czasem okaże - nie stroni od konfabulacji. Drugi poziom to fikcyjne dzieje przodków Jonatana i samego Trochimbrodu czyli powieść w odcinkach powstająca głównie podczas poszukiwań. Historia jest po prostu urocza, jej postaci zostały przedstawione z humorem i fantazją, choć często są to osoby o smutnym życiorysie. Jeśli ktoś lubi humor żydowski, to na pewno znajdzie tu jego echa. Ostatni poziom narracji to listy Aleksa do Jonatana komentujące powieść i ważne wydarzenia.
Książka zachwyca (nie waham się użyć tego stwierdzenia) bogactwem tematów; autor pisze o miłości, winie, przebaczeniu, pamięci, tożsamości, prawdzie historycznej. Wszystko podane dyskretnie, jakby mimochodem, często żartobliwie i dopiero po zakończeniu lektury dociera powaga opowiedzianej historii. Forma również jest urozmaicona - mamy tu listy, sprawozdania i klasyczną powieść; elementy humorystyczne i dramatyczne, fragmenty poetyckie, fragmenty z wykorzystaniem strumienia świadomości (niesamowita opowieść dziadka). Sam styl Aleksa jest niezwykle atrakcyjny: niebywale pompatyczny, a zarazem naiwny, ewoluuje w kierunku bardziej poprawnego i dojrzałego. Podejrzewam, że tłumacze stanęli przed trudnym zadaniem podczas przekładu powieści, potrzeba bowiem niezwykłych zdolności, aby oddać wszystkie niuanse specyficznego "dialektu" chłopaka.
Niesamowita lektura, chyba po raz w pełni zgadzam się z zachwytami recenzentów i pisarzy przytoczonymi na okładce. Z pewnością postaram się o własny egzemplarz, a za jakiś czas sięgnę po polską wersję, żeby porównać wrażenia. Dla mnie bomba.
******************
Dla zainteresowanych: spore fragmenty dostępne są tutaj. Książka doczekała się również ekranizacji.
******************
Film udało mi się obejrzeć 9.6.2010 r., wrażenia tutaj.
Moja ocena: 10/10
Jonathan Safran Foer, 'Everything is Illuminated', Penguin Books, 2003
.
piątek, 2 kwietnia 2010
I była miłość w getcie - Marek Edelman
Tym razem Marek Edelman skupił się nie na okrucieństwie wojny, ale na jej jaśniejszym aspekcie czyli miłości. A dokładniej - na różnych odmianach miłości, nie tylko między kobietą i mężczyzną. Są tu historie o córkach idących z własnej woli za matkami do wagonu, o wychowawczyniach, które razem z podopiecznymi pojechały do obozu koncentracyjnego, choć mogły zostawić je na pastwę losu. Jest opowieść o lekarce, która popełniła samobójstwo, aby córce oddać tzw. numerek życia. Nie brakuje tu wspomnień o osobach odmawiających ucieczki, ponieważ chciały do końca przeżyć swoje nagłe i kruche szczęście z partnerem.Słusznie autor zauważył, że (...) nienawiść dużo łatwiej wzbudzić, niż skłonić do miłości. Nienawiść jest łatwa. Miłość wymaga wysiłku i poświęcenia. Musimy uczyć w szkołach, w przedszkolach, na uniwersytetach, że zło jest złem, że nienawiść jest złem i że miłość jest obowiązkiem. (s. 25-26) Można się tylko pod tym podpisać.
Edelman opowiada o wydarzeniach znanych już m.in. z książki Hanny Krall "Zdążyć przed Panem Bogiem", ale porusza także zupełnie nowy - przynajmniej dla mnie - temat, a mianowicie wrogość AK-owców do żołnierzy żydowskich podczas powstania warszawskiego. Przytacza taką oto historię:
Na wieść o wybuchu powstania Jurek wziął broń i wyszedł z mieszkania, żeby się przyłączyć. Zaledwie zszedł na dół, zatrzymał go oddział powstańczy. Rozstrzelali go natychmiast jako Żyda, który - skoro ma broń - musi być prowokatorem. (s. 127-128)
Porażające. Tym bardziej ponura staje się wizja osamotnienia Żydów podczas Holokaustu, znikąd pomocy. W jednym z filmów dokumentalnych podano, że uratowanie 1 Żyda podczas wojny wymagało zaangażowania ok. 25 osób. To pocieszające, że mimo wszystko znaleźli się i tacy, którzy ze zwykłej ludzkiej przyzwoitości pomagali.
Na końcu książki Edelman zamieścił krótkie noty biograficzne osób, które znał z imienia i nazwiska, a których - jak się obawiał - nikt już prawdopodobnie nie wspomni. Trzeba, żeby został po nich jakiś ślad. (s. 163) Piękny gest.
Marek Edelman, "I była miłość w getcie", Świat Książki, 2009
Subskrybuj:
Posty (Atom)


