piątek, 23 czerwca 2017

Ojcowskie niedole

Ojcowie mają czasem ciężki los, zwłaszcza z córkami.;) W październiku 1958 r. Jarosław Iwaszkiewicz tak oto skarżył się w liście do Jerzego Błeszyńskiego:
[…] Czuję się pod zdechłym medorkiem - na dobitkę ujrzałem dziś wieczorem u Teresy jej amanta, dla którego ona rozstaje się z mężem. Coś tak okropnego, jakieś chamisko z nieprawdziwego zdarzenia. Jak do naszego brzegu co przypłynie, to albo trzaska, albo gówno. Naprawdę córki „największego" domu w Polsce mogłyby mieć trochę bardziej udanych mężów. Pierwszy mąż Marysi, na którego narzekaliśmy w swoim czasie, wydaje się dzisiaj szczytem lordostwa. Możesz sobie wyobrazić, jak mnie szalenie przygnębia sytuacja Teresy, ten cały jej głupi rozwód, złe postępowanie jej męża (któremu się zresztą nie bardzo dziwię) i ten cały galimatias, który ona sobie bierze na głowę - i nie umie absolutnie rozwiązać. Moje córki jak moje siostry są zupełnie w sprawach życiowych- nie umieją układać sobie życia, tak aby byto choć trochę znośne. Teresa zawsze otacza się smarkaterią, najwięksi przyjaciele to Wiesio i Stasio Kępińscy, i jakieś okropne typy zawsze się u niej widzi. Ach, mój drogi, naprawdę my z moją żoną zasługiwalibyśmy na mniej kłopotów chociażby pod tym względem.
Wszystko jak chcesz. O miłości Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Błeszyńskiego
Warszawa 2017, s. 269
 
Jarosław Iwaszkiewicz z kilkuletnimi córkami


Najlepsze życzenia dla wszystkich ojców w dniu ich Święta.;)

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Na rozdeptanych morwach

O narratorze Palinki nie dowiemy się zbyt wiele: mieszkał w Pradze, w Brnie, także na prowincji w Bawarii. Trenował sport, grał na instrumentach muzycznych, komponował piosenki. Jeśli kochał, to bez większego powodzenia. Na dłużej osiadł w banackiej wsi, gdzie uczył w szkole języka czeskiego. Wyludnione pogranicze serbsko-rumuńskie miało być azylem, nie pierwszym zresztą.


Może to wrodzona nadwrażliwość, a może fatalny stan ducha powodują, że nawet błahe zdarzenia skłaniają bohatera Hořavy do wspomnień. Bodźcem może okazać się smak morwy albo kropli na ból gardła, grabienie liści w parku, zasłyszany menuet Bacha czy gra światłocienia. Mężczyzna przywołuje z pamięci osoby, emocje i miejsca, które prawdopodobnie w znacznym stopniu go ukonstytuowały. Nie składają się na przejrzysty życiorys, raczej na bardzo luźny i wyrywkowy zbiór epizodów, dający dość mgliste wyobrażenie o przeszłości pana nauczyciela, który wciąż przed czymś ucieka i z premedytacją wybiera odosobnienie. I czuje się przeraźliwie samotny.

W książce ta samotność jest namacalna, osacza czytelnika jak banacka mgła. Styl Hořavy jest na tyle gęsty i plastyczny, że bez trudu zobaczymy górskie zbocza porośnięte paprociami, pobielone chałupy z czerwonymi dachami i krowy na pastwisku. Nie trzeba też wielkiej wyobraźni, żeby usłyszeć szum Dunaju, a na języku poczuć ognistą palinkę ze śliwek i lubaszek. Dużo wrażeń jak na niecałe 190 stron.

__________________________________
Matěj Hořava Palinka. Prozy z Banatu
tłum. Anna Radwan-Żbikowska,
Książkowe Klimaty, Wrocław 2017

środa, 14 czerwca 2017

Słodko i zaszczytnie...

Toczka to inaczej kropka. To również nazwa małego wydawnictwa z Krakowa, które specjalizuje się w prozie niszowej, głównie bałkańskiej. Książki są najczęściej skromne objętościowo, jak choćby Słodko i zaszczytnie… Nevena Lukačevića, który pięć opowiadań zmieścił na 70 stronach. 


Akcja wszystkich historii toczy się podczas I wojny światowej, można nawet powiedzieć – w jej centrum. Za każdym razem wydarzenia śledzimy z innej perspektywy: Czech Lojka feralnego 28 czerwca 1914 r. wiezie samochodem cesarską parę, przemarznięty włoski wojak gdzieś w tyrolskich Alpach szykuje się do wymarszu, a na opuszczonej stacji kolejowej niedobitki bośniackiego plutonu rozważają dezercję. Jest jeszcze Brytyjczyk w okopach nad Sommą czekający na sygnał do ataku oraz dwóch młodziutkich żołnierzy z przeciwnych armii, których wiadomość o zakończeniu wojny zastaje w Belgii.

Oprócz zróżnicowanych pod względem narodowościowym bohaterów widać tu również przemyślany układ tekstów i dbałość o różnorodność formy (m.in. dziennik, list). To chyba jedyne zalety zbioru, który – sądząc po tytule i ujęciu tematu – miał pokazywać, że wbrew opinii Horacego nie jest słodko i zaszczytnie umierać za ojczyznę, że umieranie w imię wyższych ideałów jest często prozaiczne albo brutalne, a nade wszystko – bezsensowne. Używam słowa „miał”, ponieważ siła przekazu tych opowiadań jest znikoma. Autor nie wychodzi poza schemat i w rzeczywistości oferuje czytelnikowi głównie konfekcję.

Rozczarowanie lekturą jest tym większe, że w prozie Lukačevića był potencjał, niestety zabrakło podstawowego składnika fabuły: wiarygodności. Grzechem autora jest nie tylko powierzchowność i sztuczność, ale i naznaczenie opowieści współczesną wiedzą. W rezultacie książkę czyta się bez emocji, a przecież nie o to w literaturze chodzi.

_____________________________________
Neven Lukačević, Słodko i zaszczytnie… 
tłum. Joanna Kalinowska-Lukačević
Wyd. Toczka, Kraków 2016

piątek, 9 czerwca 2017

Kawa z Lukačevićem

[…] Ten zapach rozprzestrzeniający się po całej czarszii jest inny, nie można go porównać z tym w wiedeńskich kawiarniach. Tam się pije kawę po wiedeńsku z likierem lub mlekiem, z dodatkiem drobno startej czekolady. Serwuje się kawę biedermeier, czyli dużą mokkę z likierem morelowym i bitą śmietaną. Albo cesarski melanż — mokkę z żółtkiem ubitym z miodem lub cukrem. Jest też fiakera, espresso z rumem albo koniakiem, przykryte warstwą śmietanki. Ale ty najbardziej lubisz mariloman, gorącą mokkę z koniakiem. Tutaj nie mają takich kaw. Są wprawdzie miejskie kawiarnie na wzór wiedeńskich, serwują kilka rodzajów, ale to nie to samo. Woda i przygotowanie są inne, więc nie ma tego aromatu ani atmosfery. Dlatego nie podobają ci się sarajewskie miejskie kawiarnie. Ale za to odkryłeś inny świat kawy w małych sarajewskich kawiarenkach na czarszii. Obsługa jest uprzejma i po wschodniemu uniżona, nie taka jak w wiedeńskich hotelach — w liberii, kiczowata, ze sztucznym uśmiechem i udawaną uprzejmością. Tam wszystko robią na pokaz, plotkują, prowadzą gierki, śledzą wzrokiem, spoglądając zza gazety Tutaj nawet obgadywanie jest bardziej szczere, wszystko ci wywalą prosto w twarz, a ty całuj albo zostaw, jak mówią tutejsi.
Neven Lukačević, Słodko i zaszczytnie… tłum. Joanna Kalinowska-Lukačević, Kraków 2016, s. 18

źródło zdjęcia: Wikipedia 

 

niedziela, 4 czerwca 2017

Terremoto

Po wpisaniu do internetowej przeglądarki hasła "Castellucio" ukazują się zdjęcia bajecznego płaskowyżu i wzgórza ciasno zabudowanego bliźniaczo wyglądającymi domami. W przypadku Nursji oglądam rozświetlony plac z renesansową bazyliką. Fotografie z Amatrice są już bardziej aktualne: przeważają te, na których widać całe ulice w gruzach. Te trzy miasta zostały obrócone w ruinę wskutek trzęsień ziemi, jakie dotknęły Włochy na przełomie 2016 i 2017 r. 


Jarosław Mikołajewski twierdzi, że pojechał zobaczyć zniszczenia z ciekawości – jako człowiek urodzony na Mazowszu zna tylko jeden kataklizm, więc trzęsienie ziemi (wł. terremoto) jest dla niego tajemniczym zjawiskiem. Takim, którego skali nie oddadzą w pełni artykuły naukowe, filmy czy relacje w mediach. Myślę jednak, że autorem nie kierowało wścibstwo, ale empatia i poczucie solidarności z mieszkańcami często odwiedzanego i lubianego kraju. Dlatego jeździł, obserwował i rozmawiał, próbując zrozumieć. Kwintesencją tego świata po katastrofie jest dla mnie lista rzeczy dostrzeżonych na jednym z rumowisk – lista długa, obejmująca m.in.: tył fiata cinquecento, łopatę do prac ogrodowych, koszule w różnych odcieniach błękitu, doniczki z drzewkami oliwnymi, zakazy postoju, kapliczkę za szkłem, rachunek za gaz, półotwarty różowy piórnik. I wiele, wiele innych przedmiotów.

Terremoto nie jest właściwie reportażem, to raczej zapis wrażeń i przemyśleń z podróży oraz spotkań, dywagacje natury religijnej, socjologicznej, literackiej, a nawet lingwistycznej. Czasem trafiają się zaskakujące i wręcz dziwne skojarzenia, ale w tej dość osobistej opowieści poety i italianisty nie rażą. Podsumowując: książka Mikołajewskiego to rzecz raczej dla miłośników Włoch niż fanów literatury faktu.

________________________________________________________________________
Jarosław Mikołajewski, Terremoto, Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa 2017

poniedziałek, 29 maja 2017

Dorosłe dzieci

Nonszalancja polskich wydawców w tłumaczeniu tytułów bywa irytująca. Tak jest na przykład w przypadku ostatniej książki Toni Morrison God help the Child, która w Polsce ukazała się jako Skóra. Domyślam się, że Niech Bóg strzeże to dziecko nie brzmi dobrze, niemniej warto zauważyć, że zdanie jest cytatem z zakończenia powieści. Co ważniejsze, wypaczony został sens utworu, bo nie o skórę czy jej kolor tutaj chodzi.


Morrison, owszem, podnosi problem rasizmu, na dodatek z bardzo ciekawej perspektywy, jednak jest to wątek drugorzędny. Głównym tematem pozostaje dziecko, które pośrednio lub bezpośrednio dotknęła krzywda – na tyle dotkliwa, że przez długie lata będzie mu ciążyć i utrudniać współżycie z innymi. Jeśli przyjrzeć się Bride, odtrąconej przez matkę, oraz Bookerowi, niepogodzonemu ze stratą brata, można nawet uznać, że traumy nie pozwalają im w pełni dojrzeć:
Każde będzie się czepiać smętnej historyjki o bólu i żalu - jakiejś dawnej przykrości, którą życie zwaliło na ich czyste, niewinne jaźnie. I każde przepisze sobie tę historię na nowo, znając treść, odgadując temat, zmyślając znaczenie i lekceważąc oryginał. Wielka szkoda. [s. 171]
Fabuła odkrywcza nie jest i z żalem stwierdzam, że Skórze daleko do najlepszych dokonań noblistki. Ta skromna objętościowo książka wydaje się wyjątkowo niedopracowana: postaci są bez wyrazu albo jednowymiarowe, z kolei problematyka została nakreślona grubą, dydaktyczną kreską. Potencjał był duży, ale najwyraźniej przerósł możliwości wiekowej autorki (dziś 86-letniej).

________________________________________________________
Toni Morrison, Skóra, przeł. Jolanta Kozak, Świat Książki 2016

wtorek, 23 maja 2017

Dziki Lou

Czytanie o Lou Reedzie przez blisko 500 stron to prawdziwe wyzwanie, jako że muzyk był wyjątkowym dupkiem (eufemizm). Tak przynajmniej wynika z licznych wypowiedzi jego bliskich, znajomych i współpracowników, przepytanych przez Howarda Sounesa na potrzeby biografii.


W Polsce Reed cieszył się umiarkowaną popularnością, niemniej utwory takie jak Walk on the Wild Side, Satellite of Love czy Perfect Day do dzisiaj są grywane w niektórych radiostacjach. W Stanach Zjednoczonych był ważną postacią sceny muzycznej – stworzył legendarną grupę The Velvet Underground, która z czasem stała się inspiracją dla innych zespołów. Reed nie osiągnąłby większych sukcesów, gdyby nie znacząca pomoc m.in. Davida Bowie i Andy'ego Warhola. Obu potraktował bardzo nieelegancko: pierwszego zdarzyło mu się publicznie pobić, drugiego porzucił w chorobie.

Jeśli wierzyć przytoczonym w książce Sounesa wspomnieniom, Lou był wyjątkowym egoistą, kłamcą i pozerem. Uwielbiał prowokować, manipulować i stawiać na swoim. Podczas studiów był leczony psychiatrycznie, który to fakt niejednokrotnie później wykorzystywał: opowieści o elektrowstrząsach u kobiet miały wzbudzać współczucie, u rodziców – wyrzuty sumienia. Do skłonności depresyjnych dołączyło uzależnienie od alkoholu i narkotyków, po latach kilka innych poważnych chorób, co oczywiście nie pozostawało bez wpływu na pracę artysty. Na osobną uwagę zasługują relacje Lulu (przezwisko nadane przez kolegów): równie bujne, co skomplikowane.

Reed jako artysta ma bez wątpienia zapewnione miejsce w historii muzyki. Był fascynującą osobowością i to znakomicie widać w książce Sounesa – nie trzeba być fanem nowojorskiego muzyka, żeby jego biografię czytać z zainteresowaniem. 

______________________________________________________________________
Howard Sounes, Lou Reed. Zapiski z podziemia, Kosmos Kosmos, Warszawa 2016