środa, 1 lipca 2015

Fresk

„Fresk” Magdy Szabo to bezsprzecznie dobra powieść. Nawet bardzo dobra, jeśli nie miało się do czynienia z innymi utworami tej autorki, a zwłaszcza z późniejszym o dwa lata „Świniobiciem” (1960). Obie książki są bowiem do siebie bardzo podobne – chwilami miałam wrażenie, że ich bohaterowie mieszkają w bliskim sąsiedztwie i doskonale się znają.


Za sprawą „Fresku” ponownie trafiamy na węgierską prowincję lat 50-tych, problemy bohaterów wydają się dziwnie znajome: niespełnione miłości, małżeństwa z rozsądku, konflikty międzypokoleniowe, klasowe i ideologiczne. Najbardziej uderza rozpad więzi rodzinnych; członkowie rodzin Mathe i Kun żyją stadnie, ale - poza nielicznymi wyjątkami – pozostają sobie obcy. Oczywiście na własne życzenie, ponieważ wolą snuć domysły na temat bliskich niż podjąć rozmowę.

Co myślą bohaterowie, czytelnik wie dokładnie, jako że w „Fresku” Szabo zastosowała polifoniczność – zabieg wykorzystywany w kolejnych książkach wielokrotnie. Głosu udzieliła wszystkim osobom dramatu, w przeważającej części odstręczającym typom: co drugi to zazdrośnik albo hipokryta, co trzeci zgorzknialec. Najbardziej dostaje się dwóm duchownym oraz młodemu komuniście, odmalowanym wyjątkowo grubą kreską. Pisarce dobrze udały się natomiast postaci kobiece – od kilkuletniej, bystrej Zuzanki po zniedołężniałą prababkę rozpamiętującą lepsze czasy.

Przyznaję, że historia Annuszki, która przyjeżdża w rodzinne strony na pogrzeb matki po dziewięcioletnim wygnaniu z zimnego, surowego domu, jest wciągająca. Mniej przyjemne jest już niestety odnotowywanie chwytów dobrze znanych z innych powieści Szabo. Jeszcze nie szablon, ale sprawdzone wzorce. W dużych odstępach czasu na szczęście nadal cieszą.

___________________________________________________________

Magda Szabo Fresk przeł. Jan Ślaski, Czytelnik, Warszawa 1960



piątek, 26 czerwca 2015

Czarna księga

Czarna, minimalistyczna okładka doskonale wpisuje się w literacki świat Zdzisława Beksińskiego. Świat mroczny i tajemniczy, przypominający nocne koszmary. Albo obrazy autora. Tytuły opowiadań (np. Centrala snów, Plac egzekucji, Zamach, Godzina zero, Bakterie) nie pozostawiają złudzeń – eksperymentując w latach 60-tych ubiegłego wieku z nową formą wyrazu, sanocki malarz pozostał w kręgu dotychczasowych zainteresowań czyli utopii i śmierci.


Anonimowi bohaterowie jego historii odwiedzają zagadkowe miejsca, błądzą w labiryntach korytarzy, eksplorują opuszczone ogrody-cmentarze, zsiadają w pokojach, które okazują się teatrem. Scenerii dopełniają dziwne postaci (biskup, mężczyzna na wózku inwalidzkim) oraz przedmioty (manekiny w perukach, głowy w szufladach, fotografie o dwóch stronach prawych). Dość szybko pojawia się wrażenie zagrożenia, narasta poczucie zła czającego się w pobliżu. To wszystko jest ciekawe, ale do czasu. O ile obsesje Beksińskiego można zaakceptować na obrazach, nawet w zwielokrotnionej wersji, to w formie literackiej zaczynają nużyć po kilku stronach. Są bardzo sugestywne i bardzo filmowe, niestety także monotonne. Co więcej, spod warstwy grozy i makabry wyziera wyłącznie pustka.

Chyba dobrze się stało, że Beksiński skupił się na malarstwie, a próby literackie odłożył do szuflady. Moim zdaniem „Opowiadania” to rzecz głównie dla fanów i kolekcjonerów dzieł różnych artysty z Sanoka. Oni bez wątpienia docenią i zawartość, i staranną, elegancką oprawę książki. Ten drugi aspekt doceniam i ja, żałuję jednak, że samym tekstom zabrakło przede wszystkim głębi.

______________________________________________________________
Zdzisław Beksiński Opowiadania Wydawnictwo Bosz, Warszawa 2015

niedziela, 21 czerwca 2015

Kochając

Wyobrażam sobie, że Henry Green świetnie się bawił, kiedy pisał “Kochając” (1945). Na początek udał, że wymyśla baśń, po czym zbudował bardzo realistyczną fabułę. Akcję książki osadził w irlandzkiej wiejskiej posiadłości państwa Tennant w czasie II wojny światowej i postawił wszystko na głowie: właścicielom kazał wyjechać do Anglii, natomiast zamek oddał we władanie służby.


Trzeba przyznać, że bohaterowie udali się autorowi wybornie. Na przykład taki cwaniak Raunce, który usilnie zabiega o stanowisko kamerdynera oraz względy młodej pokojówki. Albo kucharka broniąca wstępu do swego królestwa garnków, cichaczem popijająca gin. Jest też niesforny dziewięcioletni ewakuant, który już na początku pobytu w Kinalty ukatrupia pawia, jest jedyny w tym gronie Irlandczyk, z racji narodowości uchodzący za dzikusa lampiarz. Plus kuta na cztery nogi pani Tennant oraz jej synowa, skazane na bliską zażyłość.

Green stworzył postaci barwne i pełnowymiarowe, stosując prosty zabieg: pozwolił bohaterom mówić do woli. „Kochając” składa się bowiem głównie z dialogów – uderzająco naturalnych, bo spisanych językiem żywym, często kolokwialnym (w polskim przekładzie niestety zbyt kolokwialnym jak na moje ucho). Właśnie poprzez ciągłą paplaninę, pogaduszki i przekomarzania mieszkańcy i bywalcy Kinalty dają się dobrze poznać czytelnikowi. A tematów do konwersacji nie brakuje, bo w małej, niemal klaustrofobicznej przestrzeni zamku wiele się dzieje.

U Greena dużo się mówi, jeszcze więcej patrzy się i słucha. Wszyscy zdają się być na cenzurowanym, nawzajem obserwują się i szpiegują (nawet pawie;)), robiąc ze swoich odkryć mniejszy lub większy użytek. Sprawdza się teoria, że osoba posiadająca informację posiada również władzę. Można więc zdobytą wiedzę przekuć na złoto, można również dla przyjemności rozsiewać plotki o chlebodawczyni albo straszyć podwładnych pogłoskami o rzekomym ataku wroga.

Tu przy okazji warto przyjrzeć się realiom historycznym, potraktowanym przez pisarza z dużą subtelnością. O ile panie Tennant z dziećmi i służbą przebywają z dala od działań wojennych i jakiegokolwiek zgiełku, to – jak dowiadujemy się z kolejnych „doniesień” – w Anglii trwają naloty, panuje głód i giną ludzie. Dopiero po dłuższym czasie czytelnik orientuje się, że mimo wyolbrzymionego lęku przed Niemcami i IRA towarzystwo z zamku żyje w komfortowych warunkach.

Proza Greena jest niezwykle zniuansowana, bogata w symbole i tropy. Pod pozorami farsy skrywa się powieść o stopniowym rozpadzie dawnego porządku, czego kwintesencją jest rozkładające się truchło pięknego i dostojnego niegdyś pawia. „Kochając” to utwór wyjątkowy pod względem formalnym i językowym, jak najbardziej godny polecenia.

____________________________
Henry Green, Kochając
przeł. Andrzej Sosnowski
Biuro Literackie, Wrocław 2015


wtorek, 16 czerwca 2015

Zapuszkowane

Znalezione w sieci, z serii „czego to ludzie nie wymyślą”.

Amerykańska artystka Maria Mordvintseva-Keeler zaprojektowała opakowania w formie puszek dla trzech znanych powieści, których tytuły zawierały nazwę posiłku: "Śniadanie u Tiffany’ego", "Nagi lunch" oraz "Obiad w restauracji dla samotnych".

W myśl nazwy projektu 'Food for thought’ (tłum. dający do myślenia) literaturę potraktowała jako pożywkę dla umysłu, dlatego też naklejki – oprócz ilustracji nawiązujących do treści powieści - dowcipnie informują o składnikach „dania”, wartości odżywczej oraz sposobie serwowania.

Dla mnie rewelacja, chętnie widziałabym w tej serii „Śniadanie mistrzów” Vonneguta.








 

środa, 10 czerwca 2015

Serce tak białe

Nie mam wątpliwości, że „Serce tak białe” jest przykładem literatury pięknej w pełni zasługującej na to miano. Rozbudowane zdania z wtrąceniami, elegancki język i meandrująca fabuła świadczą o dużym kunszcie pisarskim Javiera Maríasa. Niewielu pisarzy potrafi równie drobiazgowo i wytrwale dywagować na temat tego, co ulotne lub co w ogóle się nie zdarzyło. W moim odczuciu Marías to mistrz roztrząsania, drążenia i analizowania wybranego zagadnienia, co podczas czasem lektury może irytować, częściej jednak urzeka.


Oczarowywanie czytelnika zaczyna się już na poziomie frapującego tytułu, będącym cytatem z szekspirowskiego „Makbeta” (po zabójstwie króla lady Makbet mówi do męża ogarniętego wątpliwościami: Moje ręce mają twoją barwę; lecz wstyd mi, że mam serce tak białe), z kolei pierwsze zdanie powieści podsyca ciekawość:

Nie chciałem wiedzieć, ale dowiedziałem się, że jedna z dziewczynek, kiedy już nie była dziewczynką i niedawno wróciła z podróży poślubnej, udała się do łazienki, stanęła przed lustrem, rozpięła bluzkę, zdjęła stanik, odszukała serce i przyłożyła do piersi lufę pistoletu należącego do jej ojca, który z częścią rodziny i z trójką gości siedział w jadalni. [s. 9]

Na wyjaśnienie, co było przyczyną samobójstwa świeżo upieczonej mężatki, przyjdzie długo czekać, niemniej warto podjąć ten trud. Nie dla rozwiązania zagadki, bo w międzyczasie zejdzie ono na plan dalszy i straci na ważności, ale dla czystej przyjemności obcowania z tekstem. Na mnie działa duszna atmosfera tej książki, otoczka niepewności i zagrożenia oraz pobłyskujący gdzieniegdzie humor (opis politycznego spotkania na szczycie lub scena pacyfikacji strażnika chcącego podpalić obraz w muzeum – bezcenne;)). Ciekawe i istotne dla całości są odniesienia do dzieł malarskich (Rembrandt) i literackich (Kawabata, Kundera), uwagę zwraca wątek śpiącej kobiety i poduszki:

[…] na poduszce się zdradza i szkaluje innych, ujawnia się ich największe sekrety i wyraża się jedynie zdanie dogadzające próżności tego, który słucha, czyli lekceważeniu wszystkich innych: wszystko, co obce temu terytorium staje się czymś zbytecznym i marginalnym, jeśli nie godnym pogardy, tam właśnie najbardziej wypieramy się przyjaźni i byłych miłości, i obecnych również [s. 278]

„Serce tak białe” w dużej mierze dotyczy właśnie tajemnic i niedopowiedzeń, które u Maríasa mają moc sprawczą. Od sekretów niedaleko jest do namiętności, one również odgrywają w powieści ogromną rolę. I choć w prologu słychać strzał, a pewne wydarzenia będą spowite mrokiem, nie należy nastawiać się na kryminał. Na kunsztowne pisarstwo – jak najbardziej.

____________________________
Javier Marías Serce tak białe
przeł. Carlos Marrodán Casas
Wyd. Muza, Warszawa 2000

czwartek, 4 czerwca 2015

Diabeł umiera w Hawanie

Dałam się nabrać jak dziecko na zapowiedź wydawcy. W książce Stasińskiego miały być teksty o Damach w Bieli, Buena Vista Social Club, szybkowarach ratujących rewolucję oraz Fidelu umierającym z nudów, i takowe są, ale stanowią mniejszość. Właściwie nie powinnam być rozczarowana, bo "Diabeł umiera w Hawanie” jest przedrukiem artykułów i wywiadów, które ukazywały się w Gazecie Wyborczej w latach 2000-2015, a te poświęcone były przede wszystkim polityce.


Jeśli kogoś interesuje historia najnowsza Kuby, bez wątpienia znajdzie w tej publikacji wiele cennych informacji. Oprócz krótkiej biografii Fidela Castro pozna kilka innych ważnych postaci z kręgów władzy oraz tych, którzy mieli odwagę i siły z nią walczyć. Co istotne, poszczególne historie dobrze się uzupełniają i pozwalają dokładniej prześledzić proces kształtowania się dyktatury Castro. Duży niedosyt odczuć może natomiast czytelnik ciekaw zwykłych Kubańczyków – że żyją w biedzie i zniewoleniu, jest powszechnie wiadome. Dla mnie najciekawsze fragmenty książki to wywiady, np. ze znaną blogerką Yoani Sánchez lub Huberem Matosem, współtwórcą rewolucji 1959 r., później wieloletnim więźniem. Niezwykła jest również relacja ze spotkania dysydenta Elizardo Sancheza z Karolem Modzelewskim, który obok Jacka Kuronia dla kubańskich opozycjonistów był swoistym natchnieniem i wzorem.

Obraz Kuby zarysowujący się w „Diable…” jest dość przygnębiający. Sytuację celnie podsumował Huber Matos: Kuba to krach, ruina, katastrof. Wszystko zostało zniszczone – drogi, sektor energetyczny, wodociągi, transport, fabryki, uprawy. Moralność nie istnieje. Musi nastąpić kryzys. Nie wiem kiedy, z jakiego powodu – ale nastąpi. [s. 242] Mimo pesymistycznych prognoz, rozmówcy Stasińskiego i on sam widzą szansę na odrodzenie kraju. Zapewne będzie trwało dekadami, ale kiedyś nastąpi. Niech tylko ten diabeł zamknie wreszcie oczy…

_________________________________________________________________
Maciej Stasiński, Diabeł umiera w Hawanie, Wyd. Agora, Warszawa 2015


niedziela, 31 maja 2015

Na wysokich obrotach

W tytule tomiku Szymona Słomczyńskiego długo widziałam Nadieżdę. Pisownia w zasadzie nie pozostawia wątpliwości, ale zważywszy na częste dwuznaczności w wierszach krakowskiego poety, równie dobrze może chodzić o nadjeżdżającą Nadieżdę. Sprytny zabieg, który z jednej strony daje czytelnikowi więcej możliwości interpretacyjnych, z drugiej sugeruje, że autor ma poczucie humoru.


Słomczyński bawi się słowem i rolami, często bywa przewrotny. Bez zająknięcia potrafi zestawić w jednym utworze bułgarskie tirówki z muzyką Bartóka (Wysokie obroty), klienta baru mlecznego z biblijnym Izaakiem (DNA), Philipa Rotha z Czesławem Miłoszem (Mutacje), zawody łyżwiarskie z twórczością literacką (Oceny za styl. Brudnopis). Pozwala sobie na zapożyczenia i aluzje, charakterystyczne stają się wtrącenia i dygresje. Jest w tej poezji duża (do)wolność i lekkość, choć dokładne oględziny ujawniają dyscyplinę oraz precyzję. Nie tylko za sprawą powracającego wątku motoryzacyjnego wiersze Słomczyńskiego pełne są ruchu i „dziania się” – one żyją i przy całym swym liryzmie mocno przystają do mniej lub bardziej szarej codzienności.

„Nadjeżdża” zaskakuje i intryguje, a przy okazji dowodzi, że poezja nie musi być koturnowa, aby oddziaływać na czytelnika. Przeciwnie, świat Słomczyńskiego wydaje się bardzo znajomy. W moim odczuciu tomik jest doskonały – od tytułu i zdjęcia na okładce przez treść i formę aż po układ wierszy. Nie dziwi mnie, że w ubiegłym roku poeta znalazł się wśród finalistów Nagrody Nike – zapracował na to wyróżnienie. Brawo!

_________________________________________________________
Szymon Słomczyński, Nadjeżdża, Biuro Literackie, Wrocław 2014






Nadjeżdża

Zbliża się. Halogeny ostrzą się w lusterku
i przechodzą na przestrzał. Zwarcia będą długo,
donośnie kłuć mnie w oczy; a jeśli je zamknę,
to jeszcze bardziej (kręcę, wykręcam, podwórko
jest ciasne, czy to przejdzie?). Dostatecznie szczupły,
by się zmieścić w każdej z nich; czekają otwarte
trumny (wybierz mi którąś) – coś migocze, drażni
do nieuchwytnej chwili, kiedy się zasypia;
śni się zapach zakrystii, kontrola drogowa,
coś jeszcze (nie pamiętam). Też leżę jak kłoda –
budzik szybko (nie słyszę) nadjeżdża. Nadieżda,

Nadzieja – takie imię damy młodej damie,
jeśli się dziś zalęgnie. Halo, czy tu geny?
Przekażcie się. A rano? Wtedy się okaże,
niedoszła matko głupiej (jeśli będzie rano,
co wcale nie jest pewne), że całą noc byłem
sam. sam to taki pojazd, samochód domowej
roboty (tak jak kompot), którego żal, kiedy
się rozbije; bo nie ma jak (teraz będzie koda)
odkupić, odbić znowu, brakuje matrycy;
ukrywam się dość zręcznie, ale wciąż tu jeszcze
jestem. A ty? Co z tobą? Niewinne pytanie,

a przyprawia o wrzody. Tu już nie wykręcę.