piątek, 26 sierpnia 2016

Portret damy

Portret damy w gdańskim Teatrze Wybrzeże wyreżyserowany został z rozmachem: ogromna scena, muzyka wykonywana na żywo przez zjawiskowy tercet Chłopcy kontra Basia, układy taneczne, gra świateł i kostiumy robią wrażenie. Najważniejszy jest naturalnie tekst, w tym przypadku powieść Henry’ego Jamesa z 1881 r., która dzięki udanej adaptacji zyskała nowe życie.


Historia młodej Amerykanki przybywającej po śmierci rodziców do wujostwa w Anglii mogłaby zdarzyć się i dzisiaj. Isabel Archer jest ciekawa świata i ludzi, otwarta na nowe doświadczenia, a przede wszystkim nieskrępowana. Niemal zachłystuje się wolnością i wszystkim, co ją spotyka; z ufnością, żeby nie powiedzieć: naiwnością, wkracza w obce otoczenie (brawa dla Katarzyny Dałek za znakomite oddanie tych emocji). Wszystko komplikują mężczyźni – Isabel ma aż czterech adoratorów, mniej lub bardziej chętnych usidlić uroczą „dzikuskę” zza oceanu.


Portret damy w ujęciu Eweliny Marciniak to spektakl o podróży – na inny kontynent, a w sensie metaforycznym w głąb siebie. Nieokrzesana Ameryka w osobie panny Archer spotyka starą, szacowną Europę czyli młodzieńcze ideały i wyobrażenia zderzają się ze skostniałym ładem obwarowanym tradycjami. Główna bohaterka nie wie, że jej Grand Tour nie może zakończyć się zwycięsko – jako kobieta prędzej czy później zostanie zmuszona do kapitulacji i wejścia w przewidzianą dla niej rolę. Zanim zrozumie swoją sytuację, przez chwilę pożyje jeszcze złudzeniami.


Choć na scenie oglądamy historię z XIX wieku, przedstawienie wydaje się bardzo współczesne w wymowie. Śmiało można powiedzieć, że klasyk nabrał feministycznego sznytu, na szczęście bez zbytnich odstępstw od oryginału. Owszem, golizna jest tu zbędna, sceny humorystyczne kapkę przeszarżowane, ale całość jest więcej niż zadowalająca. Mnie się tak „odmalowany” Portret niezmiernie podobał i zachęcił do przeczytania powieści Jamesa.

__________________________________________
Henry James, Portret damy, reż. Ewelina Marciniak
Teatr Wybrzeże, Gdańsk

Tekst i dramaturgia: Magda Kupryjanowicz
Scenografia, kostiumy, reżyseria światła: Katarzyna Borkowska
Choreografia: Dominika Knapik
Obsada: Katarzyna Dałek, Katarzyna Z. Michalska, Sylwia Góra-Weber, Małgorzata Brajner, Agata Bykowska, Michał Jaros, Krzysztof Matuszewski, Jakub Mróz, Marek Tynda, Roksana Grulkowska (gośc.), Agnieszka Derlak (gośc.), Barbara Derlak (gośc.)

Premiera: 17 maja 2015 r.

Więcej informacji na stronie Teatru.

niedziela, 21 sierpnia 2016

Żebyś nie zgubił się w dzielnicy

Nie miał odwagi wejść do domu. Wolał, by pozostał dla niego jednym z tych miejsc, które niegdyś były ci bliskie, a teraz czasami odwiedzasz je w snach: na pozór są takie same, niemniej przesiąknięte czymś niesamowitym. 

Ze wspomnianym powyżej domem jest w zasadzie tak jak z powieściami Patricka Modiano: na pozór są takie same (niektóre w sposób nieznośny), ale mają niezwykłą aurę, do której chce się wracać, przynajmniej raz na jakiś czas. Te książki smakują szczególnie dobrze w okresie rozleniwienia, spowolnienia biegu życia albo napadu melancholii. Teraz już wiem, że Modiano czyta się nie dla fabuły, ale atmosfery, bo francuski noblista pisze wciąż tę samą książkę. Zaczynając Żebyś nie zgubił się w dzielnicy, ponownie obstawiałam, czy w treści pojawią się szemrane postaci, kobiety z przeszłością, cudzoziemcy, koniarze i samochodziarze. Pojawili się, a jakże, zabrakło tylko Rosjan.


O ile ta powtarzalność wcześniej kilkakrotnie bardzo mi przeszkadzała, w najnowszej powieści (z 2014 r.) niemal sprawiła mi przyjemność. A przecież Jean Daragane nie różni się zbytnio od innych bohaterów pisarza, przeciwnie, jest kolejnym samotnikiem, który pod wpływem nieoczekiwanego spotkania próbuje przypomnieć sobie zdarzenia i osoby z odległych czasów. Czytelnik znowu jest świadkiem żmudnego składania odprysków wspomnień w całość, przy czym dość szybko orientuje się, że i tym razem finał pozostawi go z pytaniami i wątpliwościami. Dlatego może lepiej po prostu poddać się lekko sennej, tajemniczej atmosferze książki i razem z bohaterem poprzechadzać się po Paryżu – współczesnym, ale jakby z zupełnie innej epoki.

________________________________________________________________________
Patrick Modiano Żebyś nie zgubił się w dzielnicy tłum. Bożena Sęk, Sonia Draga 2016

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Polskie duchy i widma

Pamiętam z dzieciństwa panie jak ta z fotografii poniżej. Pod koniec lat 80. wystawały w przejściu podziemnym pod Rotundą w stolicy i sprzedawały (nietanio) zagraniczne reklamówki, dostępne za darmo m.in. w niemieckich supermarketach. Dzisiaj myślę o tym z pewnym zażenowaniem, bo dla wielu osób te wielobarwne siatki były oznaką „lepszości” i namiastką zagranicznego dobrobytu. Cóż, jakie czasy, takie marzenia, o czym przypomina książka Olgi Drendy.


Duchologia polska opowiada o przełomie lat 80. i 90., kiedy to Polska zaczęła powoli zmierzać ku kapitalizmowi, co na poziomie zwykłego obywatela oznaczało najczęściej „mieć”. Polacy chcieli móc wreszcie zakupić zachodnie auto i sprzęt gospodarstwa domowego, fajne meble i ubrania. Ta fajność w naszym wydaniu często ocierała się o tandetę, wystarczy wspomnieć wzorzyste tapicerki kanap, dekatyzowane dżinsy, filiżanki z brązowego arcorocu czy fototapety.


Zaznaczam, że Drenda podchodzi do tematu neutralnie: nie uderza w nostalgiczne ani prześmiewcze tony. Opisuje po prostu okres transformacji z perspektywy ówczesnych zwyczajów i aspiracji, czego przejawem była m.in. pstrokacizna ulic, pierwsze reklamy, nazwy powstających firm czy wysyp pirackich kaset wideo i magnetofonowych. W Duchologii polskiej nie zabrakło też miejsca dla fascynacji Polaków amerykańskimi serialami, muzyką disco polo i ezoteryką spod znaku przepowiedni i Kaszpirowskiego.


Parafrazując tekst piosenki Anny Jurksztowicz, Zachód goniliśmy z całych sił, brakowało tylko (sic!) możliwości technologicznych. Książka pozwala sprawdzić, jak po blisko trzech dekadach zmieniły się nasze gusty i marzenia oraz co nam pozostało z tamtych lat. Dla mnie była to fascynująca podróż w czasie, tym bardziej, że autorka postarała się o zdjęcia. Tytuł nie jest naciągany – przy okazji okazało się, ile elementów tej układanki wypadło mi z pamięci.

_____________________________________________________________
Olga Drenda, Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w latach transformacji
Wyd. Karakter, Kraków 2016

wtorek, 9 sierpnia 2016

Pijąc kawę gdzie indziej

Przypomniał mi się dzień pogrzebu mojej matki. Dostałam mleko, żeby uspokoić żołądek; udawałam, że to kawa. Wyobrażałam sobie, że piję kawę gdzie indziej. W jakimś arabskim kraju, w którym czarna kawa, podawana w małych filiżankach, jest tak mocna, że przez kilka dni nie pozwała człowiekowi usnąć. [s. 175]


Opowiadania autorstwa ZZ Packer są poniekąd jak arabska kawa – nie pozwalają usnąć ani o sobie zapomnieć. Czytane powtórnie po sześcioletniej przerwie nie tracą nic na intensywności i nadal smakują wyśmienicie. W dużej mierze dzieje się tak dzięki autentycznym bohater(k)om – czy jest to bezrobotna dziewczyna szukająca szczęścia w Tokio, pielęgniarka wytrwale głosząca Słowo Boże czy chłopak obarczony opieką nad agresywnym ojcem, wciągają czytelnika po uszy w swoje życie. W świecie małych skautek, zgryźliwych studentek i steranych pań domu odnajdujemy się bez trudu, nawet jeśli ten świat diametralnie różni się od naszego.

ZZ Packer pisze przede wszystkim o czarnych i co ważne, pisze bez lukrowania i bez roztkliwiania się. Pokazuje, że Afroamerykanie także mają swoją uprzedzenia i postępują paskudnie; że czasem irytują,  śmieszą, a kiedy indziej wzruszają. Choć w Pijąc kawę… pojawiają się wątki rasistowskie, wszystkie historie mają jak najbardziej uniwersalny wymiar – kwestie tożsamości i izolacji (przymusowej albo dobrowolnej) dotykają ludzi pod każdą szerokością geograficzną. To zbiór bardzo dobrze skrojonych opowiadań – z dawką subtelnego humoru i z niebanalną puentą. Marzy mi się kolejna książka tej autorki.

_________________________________________________________________________
ZZ Packer, Pijąc kawę gdzie indziej, przeł. Ewa Horodyska, W.A.B., Warszawa 2007

czwartek, 4 sierpnia 2016

dziewczyny wracają z pracy

Charles Bukowski

dziewczyny wracają z pracy

dziewczyny swoimi samochodami wracają z pracy,
a ja siedzę w oknie i
patrzę.

dziewczyna w czerwonej sukni
ma biały samochód
dziewczyna w niebieskiej sukni
ma niebieski samochód
dziewczyna w różowej sukni
ma czerwony samochód.

kiedy dziewczyna w czerwonej sukni
wysiada z białego samochodu
patrzę na jej nogi.
kiedy dziewczyna w niebieskiej sukni
wysiada z niebieskiego samochodu
patrzę na jej nogi

kiedy dziewczyna w różowej sukni
wysiada z czerwonego samochodu
patrzę na jej nogi.

dziewczyna w czerwonej sukni
ta co wysiadła z białego samochodu
ma najlepsze nogi

dziewczyna w różowej sukni
ta co wysiadła z czerwonego samochodu
ma nogi przeciętne

ale najbardziej wryła mi się w pamięć dziewczyna w niebieskiej sukni
ta co wysiadła z niebieskiego samochodu
widziałem jej majtki

nie wiecie nawet, jakie podniecające
potrafi być tu życie
o 5.35 po południu.

tłum. Leszek Engelking

Noce waniliowych myszy, Kraków 2014, s. 132


Dla porównania oryginał (można powiększać):

źródło: bukowski.net

sobota, 30 lipca 2016

Noce waniliowych myszy

Nie bardzo wierzyłam w Bukowskiego poetę, ale zajrzenie „tylko na chwilę” do Nocy waniliowych myszy w bibliotece zaowocowało autentycznym olśnieniem i natychmiastowym wypożyczeniem książki. O atrakcyjności wierszy starego świntucha zadecydowała w dużej mierze ich forma i stylistyka: zapisane potocznym językiem są najczęściej mikroopowiadaniami lub monologami, w których na próżno szukać wymyślnych metafor czy tzw. złotych myśli. 

napisałem wszystkie te wiersze tylko słowami
które znam
mimo że moje pisanie czasem brzmi prawie jak to
co twój sąsiad
gada
przez płot
za domem.

(tłum. Michał Kłobukowski)

To oczywiście nie przeszkadza w odbiorze, bo w poezji Bukowskiego najbardziej przekonuje jego bezpośredniość i naturalność. W Nocach… słychać mężczyznę, który mimo przykrych doświadczeń przyjmuje życie z dobrodziejstwem inwentarza, próbując na swój minimalistyczny sposób być szczęśliwym. Problemy z ojcem i pracą, alkohol, wyścigi, kobiety, pisanie, forsa, choroba – to wszystko tu jest. Hank jak zwykle jest po prostu sobą i za ten brak pozy kupuję go be żadnego „ale”.

nie bądź jak tylu innych pisarzy,
nie bądź jak tyle tysięcy
pisarzy-samozwańców,
nie bądź drętwy, nudny i
zżerany samo-
uwielbieniem.
biblioteki całego świata ziewały,
ziewały, aż
usnęły
nad takimi jak ty.

(tłum. Michał Kłobukowski)

_________________________________________________________________
Charles Bukowski Noce waniliowych myszy, Wyd. Noir sur Blanc, Kraków 2014



niedziela, 24 lipca 2016

Dzwony Einsteina

Kim są „my" a kim „oni"? Po czyjej jestem stronie? Możliwe że po żadnej, czym ściągam na siebie nienawiść jednych i drugich. W czasie rewolucji trzeba się bowiem opowiedzieć: albo rybka, albo akwarium, „my" lub „oni" nie ma trzeciej drogi. Kto nie należy tu, ten należy tam, nawet jeśli subiektywnie nie należy nigdzie. Bez zastanowienia zgłosiłem więc akces do grupy „my", bo przecież lepiej trzymać z wygranymi. „Oni" zaś na razie niech dadzą mi spokój. Później, kiedy już ucichną spory, usiądę z nimi przy ognisku, usmażymy sobie słoninkę i wszystko im wyjaśnię. [s. 87]


Wyjaśnić - właśnie. Bohater Dzwonów Einsteina wyjątkowo często musi tłumaczyć się z gaf, dziwnych zbiegów okoliczności i niezręcznych sytuacji, w które bezustannie się pakuje. I tak od dziecka, kiedy to po raz pierwszy odezwało się jego niedoścignione Ja i zasugerowało, że powinien zostać Leninem. Z czasem przyjęło ono postać Einsteina i doradzało Frankowi w trudnych chwilach, niestety najwyraźniej było bezsilne wobec jego pecha.

Naturalnie ku uciesze czytelnika, który śledzi „karierę” gapowatego marksisty w szwalni będącej przykrywką dla badań nad rozwojem dojrzałego socjalizmu, po rewolucji przemianowanej na instytut przyszłościowy. Nie ma większego znaczenia, czy bohater Grendela występuje pod pseudonimem Cara Piotra czy Rzeźnika, ani po czyjej stronie opowie się podczas kolejnej zawieruchy politycznej, ponieważ - jak w kolejnej krytycznej chwili stwierdziło niedoścignione Ja - i tak, znając logikę dziejów, prędzej czy później „oni” staną się „nami”, a „my” „nimi” [s. 106]. Czysty obłęd, nie można dziwić się biedakowi, że przestał nadążać za przemianami i nieco się pogubił.

Dzwony Einsteina są zabawne, ale kiedy pojawia się refleksja, że życie bywa równie groteskowe co Absurdystan Grendela, dobry nastrój pryska. W świetle wydarzeń na świecie ta książka nabiera dość gorzkiej wymowy - pokazuje, że historia niczego nas nie uczy i powtarzamy wciąż te same błędy. Na to nie poradzi prawdopodobnie niczyje niedoścignione Ja, więc może lepiej wzorem autora obrócić wszystko w żart.

_______________________________________________
Lajos Grendel Dzwony Einsteina. Opowieść z Absurdystanu
przeł. Miłosz Waligórski
Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2016