czwartek, 14 września 2017

Czarci pomiot

Strzały padające w prologu Czarciego pomiotu sugerują, że w uwspółcześnionej wersji Burzy będzie się działo. I tak jest: powieściowy Prospero czyli Felix marzy o dotkliwej zemście na byłym asystencie, mimo upływu lat jego żal nie słabnie. Okazją do rewanżu stanie się spektakl reżyserowany w więzieniu przy aktywnym udziale osadzonych – historia władcy podstępnie pozbawionego królestwa będzie wręcz oczywistym wyborem.


W odróżnieniu od innych pisarzy biorących udział w Projekcie Szekspir, Margaret Atwood pozostała blisko dramatu Wielkiego Barda oraz samego teatru, co okazało się bardzo zgrabnym posunięciem. Czytelnik ma szansę prześledzić pracę nad Burzą od podstaw: więźniowie zapoznają się z treścią, dyskutują o bohaterach, a po zajęciach z reżyserem wykonują prace pisemne (muszą m.in. wypisać przekleństwa padające w tekście, wymyślić dalsze losy postaci). Można powiedzieć, że otrzymujemy gotową analizę utworu.

Za pośrednictwem głównego bohatera autorka zaproponowała własną interpretację dramatu i własny pomysł inscenizacyjny. Zaskoczyło mnie zwłaszcza jej spojrzenie na Mirandę, którą przedstawiła jako oczytaną, wysportowaną chłopczycę, po kryjomu studiującą ojcowskie księgi – dość nowoczesne odczytanie tej postaci, trzeba przyznać. Prospero został odbrązowiony i pokazany jako człowiek gniewny, skory do rękoczynów, z kolei Kaliban zyskał ludzką twarz.

O ile wątek teatralny udał się Atwood bardzo dobrze, to główna fabuła czyli historia Felixa pozostawia nieco do życzenia. Miejscami zawodzi psychologia postaci i realizm, przeszkadzają uproszczenia i dosłowność. Całość na szczęście się broni, powiem nawet więcej: fabuła jest znana, a jednak im bliżej końca, tym bardziej Czarci pomiot wciąga. 

______________________________________________________________________
Margaret Atwood Czarci pomiot, przekład Łukasz Witczak, Wyd. Dolnośląskie 2016


sobota, 9 września 2017

Luźne sploty

Przez ucho igielne (sploty) to dość przyjemna książka o mało przyjemnych sprawach. Na początek Ján Púček serwuje nam długi rozdział o umieraniu dziadka, później przechodzi do właściwej opowieści o jego życiu: biednym dzieciństwie, żmudnym zdobywaniu fachu, pobycie w obozach koncentracyjnych i wreszcie kłopotach w socjalistycznej Czechosłowacji.


I tu zaskoczenie: o tematach poważnych, wręcz ponurych, autor pisze bez zadęcia patriotyczno-martyrologicznego, poświęcając im zaledwie kilka zdań, skupia się natomiast na pozytywach czyli – oględnie mówiąc – na umiejętności przetrwania. Jego bohater, murarz Jan Holly, wytrwale drepcze własną drogą i kiedy zajdzie potrzeba (a zachodzi dobrych kilka razy), podnosi się z upadku, żeby zacząć wszystko od nowa. Stoicyzmu i uporu można mu pozazdrościć, choć trzeba zaznaczyć, że żaden z niego święty, po prostu ma swoje zasady.

Powieść jest dobrze skrojona, pozostawia czytelnikowi spory margines na refleksję i wzruszenie. Wyraźnie daje się odczuć czułość, co nie zaskakuje, ponieważ Púček opisał losy swoich dziadków. Wątpię jednak, aby ta rodzinna historia zapisała się na dłużej w pamięci czytelników – wrażenia z lektury niestety dość szybko rozmywają się.  

____________________________________________________________________________
Ján Púček, Przez ucho igielne (sploty), przeł. Weronika Gogola, Książkowe Klimaty 2017

poniedziałek, 4 września 2017

Krusząc literaturę

Czytając Wykłady o literaturze rosyjskiej zazdrościłam trochę amerykańskim studentom, którzy w latach 40. i 50. ubiegłego wieku poznawali Martwe dusze albo Zbrodnię i karę na zajęciach z Vladimirem Nabokovem. Po pierwsze, sam wychował się na tej literaturze; po drugie, był wnikliwym czytelnikiem; po trzecie, do tematu podchodził z pasją, ale i subiektywnie.


I tak na przykład prozę Turgieniewa uważał za „dobrze naoliwioną”, co w rzeczywistości oznaczało, że fabuła była prowadzona banalnie. Dostojewskiego miał za pisarza miernego, zwłaszcza jeśli chodzi o ponadczasowe wartości artystyczne oraz indywidualny geniusz. Nabokov podkreślał brak smaku, sentymentalizm i farsowość w twórczości Fiodora Michajłowicza, na plus wyróżniając jedynie Sobowtóra. Z kolei brak formatu intelektualnego zarzucał Gorkiemu, uwzględnionemu na kursie literatury głównie z powodu barwnego życiorysu.

Autor Lolity cenił za to Gogola, między innymi za precyzyjny styl oraz postaci drugoplanowe. O Czechowie wypowiadał się wręcz z pewną czułością, wskazując na "wzruszającą subtelność, przeuroczą słabość i gołębioszary niepozorny świat". Najwybitniejszym pisarzem był według Nabokova oczywiście Tołstoj, z jego znakomitym wyczuciem czasu, dopracowaną kompozycją i symboliką. Notatki dotyczące Anny Kareniny są najbardziej rozbudowane – wykładowca naszkicował nawet rozkład wagonu sypialnego, wychodząc z założenia, że to ważne dla dobrego czytelnika.

Z prezentowanymi opiniami można się nie zgadzać, warto jednak sprawdzić ich uzasadnienie. Książa wyjątkowo wartościowa, m.in. dlatego, że pokazuje, jak należy czytać literaturę. Na koniec cytat:
[…] literatury, prawdziwej literatury, nie można połykać jak jakiejś mikstury uzdrawiającej serce czy mózg - ten żołądek duszy. Literaturę należy pokruszyć, rozdrobnić, rozetrzeć – a wtedy poczujemy jej cudowny aromat w zagłębieniu dłoni, będziemy ją z rozkoszą obracać na języku, i wtedy, tylko wtedy docenimy naprawdę jej jedyny w swoim rodzaju posmak, a rozdrobnione cząstki połączą się z powrotem w całość w naszym umyśle i objawią swoje zintegrowane piękno, do którego wnieśliśmy odrobinę własnej krwi. [s. 161]
____________________________________________________________________________
Vladimir Nabokov Wykłady o literaturze rosyjskiej przeł. Zbigniew Batko, Aletheia 2017

czwartek, 31 sierpnia 2017

Figi

Adam Zagajewski

Figi

Figi są słodkie, lecz nie trwają długo.
W transporcie szybko marnieją,
Mówi właściciel sklepiku.
Jak pocałunki, dodaje jego żona,
zgarbiona staruszka o wesołych oczach.

(Zeszyty Literackie nr 138)




sobota, 26 sierpnia 2017

Dziewczynka

Żydzi. Tego słowa u nas w domu się nie wymawiało, nie przy dziecku. Gdy mieszkaliśmy w getcie, nikomu, kto do nas przychodził, nie wolno było mówić przy mnie „Żyd".
Tak moja mama opowiadała, opowiadała i opowiadała.
Nie mówić „Żyd" w getcie?
Mama i tata nie chcieli, żebym znała to słowo. Chcieli, by nie wywoływało u mnie żadnej reakcji. Żebym słysząc to słowo, „Żyd", nie myślała, że odnosi się ono do mnie, i nie reagowała.


Alona Frankel miała dużo szczęścia: podczas wojny najpierw przebywała u obcej rodziny na wsi, gdy skończyły się pieniądze, dołączyła do rodziców ukrywających się we Lwowie. Cała trójka przetrwała okupację w znośnych warunkach, później przeniosła się do Krakowa i gdyby nie „życzliwi” Polacy, być może nie musieliby emigrować do Palestyny w 1949 r. O tym wszystkim wspomina w Dziewczynce.

Całość opowiedziana jest z perspektywy dziecka i dziecięcym językiem – krótkimi, prostymi zdaniami, niektóre z nich będą wielokrotnie się powtarzać, podobnie jak relacjonowane zdarzenia. Spostrzeżenia Ilonki potrafią być bardzo bezpośrednie, wręcz nietaktowne, albo dla odmiany zabawne. Nie znosi zwracać na siebie uwagi, jest małomówna, nie chce też słuchać brzydkich i wynędzniałych ludzi opowiadających o tym, jak się uratowali. Lubi historie o Jezusiku i zwierzęta, nawet jeśli są to myszy w skrytce lub martwy szczur. Najbardziej uwielbia jednak czytać. W sumie zwykłe dziecko, choć według matki – wieczne zmartwienie.

Dziewczynka opowiada również o rodzicach Ilonki, barwnej parze komunistów-idealistów, oraz w małym stopniu o ich rodzinach wymordowanych podczas Holokaustu. Mimo trudnego tematu książkę bardzo dobrze się czyta i będzie to, jak sądzę, dobra lektura zarówno dla dorosłych, jak i dla młodych czytelników. Tymczasem niedawno w księgarniach pojawiła się kontynuacja powieści czyli Dziewczyna.

___________________________________________________________________________
Alona Frankel Dziewczynka, przeł. Leszek Kwiatkowski, Wyd. Nisza, Warszawa 2007 


poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Na oślep

Bohaterka Na oślep studiuje w Nowym Jorku literaturę, jest bez grosza i bez charakteru. Ten drugi brak jest kluczowy dla powieści – Iris wydaje się przeźroczysta, wyrazistości nabiera dopiero pod wpływem kilku poznanych mężczyzn. Łatwo im się poddaje, podejmuje ich grę, pozwala sobą manipulować. Z każdej znajomości wychodzi poturbowana, ale też dowiaduje się czegoś o sobie, na przykład tego, że względnie dobrze czuje się w męskim garniturze, z tożsamością „pożyczoną” od postaci literackiej.


Siri Hustvedt bardzo ciekawie potraktowała kwestię osobowości i sposobów jej wyrażania: umiejętności wychwycenia i tego, co odróżnia nas od innych albo najlepiej opisuje. Drugim ważnym wątkiem w powieści jest patrzenie i widzenie – Iris od czasu do czasu cierpi na dziwne zaburzenia wzroku, kiedy indziej staje się jednym z obiektów dla fotografa, ale też sama podgląda. Z kolei tytuł książki celnie obrazuje styl życia naszej bohaterki, która opornie zmierza do bliżej nieokreślonego celu, potykając się stale o własne błędy. A jednak na tyle ją polubiłam, że z przyjemnością przypomniałam sobie niedawno tę powieść.

P.S. Tłumaczący powieść Krzysztof Obłucki przekładał tekst chyba też na oślep, bo George Eliot był według niego mężczyzną.

____________________________________________________________________
Siri Hustvedt Na oślep tłum. Krzysztof Obłucki, Noir sur Blanc, Kraków 1999


środa, 16 sierpnia 2017

Na obiedzie w Moskwie

Autorka Szarlotki Lenina w 1987 r. po raz pierwszy od czasu emigracji przyjechała do ZSRR. Opisuje obiad, na który zaprosił ją ojciec:
    Wypakowałyśmy już prezenty - dla Taty Prousta, dla Leny klejnoty z amerykańskiego sezamu „wszystko za 99 centów", do tego absurdalnie droga butelka smirnoffa ze sklepu dewizowego, w którym nie kłębiły się rozjuszone tłumy.
    Na nasz pozerski, bezduszny trunek mój bezzębny ojciec zareagował godnym podziwu napitkiem domowego wyrobu. Bursztynowa nalewka orzechowa z samogonu destylowanego w starym maminym szybkowarze nie przypominała żadnej tam proletariackiej berbeluchy, lecz wykwintną, tajemniczą whisky. W innej karafce połyskiwał spirt o zadziwiająco różowej barwie. Była to nalewka ze słodzonej borówki brusznicy, zwana (jak się dowiedziałam) niesmiejanowką („nieśmiejówką"), od Aleksandra Niesmiejanowa, czołowego chemika rosyjskiego, ponieważ to w jego ośrodku naukowym jego bystrzy współpracownicy opracowali tę recepturę. Jakimś cudem borówki łagodziły ostrość etanolu o mocy 50% i w moim żołądku mikstura rozkwitała bez końca niczym bezcenny pączek zimowego goździka.
- Kanapki - czy nie takie lubiłaś? - gruchał Tata, podając mamie na jej diwanie wyborny tost z tartym serem.
- Serek „Drużba", kolendra i co? Adżika (pikantna gruzińska pasta z chili)? – komentowała niewzruszona.
- Adżikę zrobiłem sam - zauważył Tata pokornie, nieomal uniżenie, podstawiając jej kolejny talerz, jakieś coś ze śledzi i jajek.
    Kolejnym fajerwerkiem był barszcz.
    W niczym nie przypominał on tradycyjnej maminej jarzynowej wersji naprędce, minitriumfu wyczarowywanego z wymizerowanych warzyw korzeniowych i puszki koncentratu pomidorowego. Mama była kucharzem kapryśnym, impulsywnym, marzycielskim. Próżniaczy Tata okazał się metodycznym, zdeterminowanym mistrzem sztuki kulinarnej. Uparł się, żeby do swojego barszczu mozolnie wyciskać sok ze świeżych marchewek i buraków. Zalał nim porządną, dorodną wołowinę, która marynowała się tak przez cały dzień, w ostatniej chwili całość zwieńczyła zaskakująca niespodzianka z miażdżonego czosnku i szkwarek, chrupiących, słonych, wieprzowych.
    Tatowe satsiwi, kurczak w kremowym gruzińskim sosie orzechowym również odjęło mi mowę. Pomyślałam sobie, jak niemożliwym wyczynem było zdobycie w Moskwie przyzwoitego kurczaka. Jak astronomiczna była cena orzechów włoskich na Centralnym Rynku niedaleko cyrku, jak niewdzięczną robotą jest ich obieranie i mielenie, jak wiele żółtek jaj tak obficie wzbogaciło sos. Z każdym kolejnym kęsem byłam pod coraz większym wrażeniem [...].
Anya von Bremzen Szarlotka Lenina i inne sekrety kuchni radzieckiej, Kraków 2016, s. 222-223
Kurczak saciwi (źródło zdjęcia)

Najciekawszą pozycją w tym obiedzie wydał mi się kurczak satsivi czyli w spolszczonej wersji saciwi. Poniższy przepis na wykonanie tego dania pochodzi z książki Kuchnia gruzińska Grażyny Strumiłło-Miłosz (w Szarlotce Lenina akurat tego przepisu nie było):

Kurczak saciwi

Przygotowanie: ok. 50 min.
Pieczenie: ok. 1 godz.

Składniki: 1 duży kurczak, 1/2 szklanki wyłuskanych orzechów włoskich, 3 żółtka, 1 cebula, oliwa, 4 łyżki octu winnego, 1/2 (lub więcej) ostrej papryczki, szczypta mielonych goździków, cynamonu, szafranu, 4 ząbki czosnku (lub więcej), natka pietruszki, sól, pieprz

Sposób wykonania: Kurczaka gotować w osolonej wodzie ok. 10 min, następnie wyjąć, posmarować oliwą  i upiec w piekarniku na rumiano. Orzechy, czosnek i ostrą papryczkę zmielić w maszynce (lub utłuc), dodać posiekaną natkę pietruszki, cynamon, goździki, szafran, rozprowadzić szklanką rosołu i octem, doprawić solą, pieprzem i postawić na 10 min na wolnym ogniu. Następnie dodać roztrzepane żółtka (bez przerwy mieszając), zdjąć sos z ognia. Kurczaka podzielić na porcje, wyłożyć na półmisek, zalać gorącym sosem i odstawić do ostygnięcia, podawać na zimno. Danie można udekorować natką pietruszki i ziarnami granatu.