środa, 16 sierpnia 2017

Na obiedzie w Moskwie z Anyą von Bremzen

Autorka Szarlotki Lenina w 1987 r. po raz pierwszy od czasu emigracji przyjechała do ZSRR. Opisuje obiad, na który zaprosił ją ojciec:
    Wypakowałyśmy już prezenty - dla Taty Prousta, dla Leny klejnoty z amerykańskiego sezamu „wszystko za 99 centów", do tego absurdalnie droga butelka smirnoffa ze sklepu dewizowego, w którym nie kłębiły się rozjuszone tłumy.
    Na nasz pozerski, bezduszny trunek mój bezzębny ojciec zareagował godnym podziwu napitkiem domowego wyrobu. Bursztynowa nalewka orzechowa z samogonu destylowanego w starym maminym szybkowarze nie przypominała żadnej tam proletariackiej berbeluchy, lecz wykwintną, tajemniczą whisky. W innej karafce połyskiwał spirt o zadziwiająco różowej barwie. Była to nalewka ze słodzonej borówki brusznicy, zwana (jak się dowiedziałam) niesmiejanowką („nieśmiejówką"), od Aleksandra Niesmiejanowa, czołowego chemika rosyjskiego, ponieważ to w jego ośrodku naukowym jego bystrzy współpracownicy opracowali tę recepturę. Jakimś cudem borówki łagodziły ostrość etanolu o mocy 50% i w moim żołądku mikstura rozkwitała bez końca niczym bezcenny pączek zimowego goździka.
- Kanapki - czy nie takie lubiłaś? - gruchał Tata, podając mamie na jej diwanie wyborny tost z tartym serem.
- Serek „Drużba", kolendra i co? Adżika (pikantna gruzińska pasta z chili)? – komentowała niewzruszona.
- Adżikę zrobiłem sam - zauważył Tata pokornie, nieomal uniżenie, podstawiając jej kolejny talerz, jakieś coś ze śledzi i jajek.
    Kolejnym fajerwerkiem był barszcz.
    W niczym nie przypominał on tradycyjnej maminej jarzynowej wersji naprędce, minitriumfu wyczarowywanego z wymizerowanych warzyw korzeniowych i puszki koncentratu pomidorowego. Mama była kucharzem kapryśnym, impulsywnym, marzycielskim. Próżniaczy Tata okazał się metodycznym, zdeterminowanym mistrzem sztuki kulinarnej. Uparł się, żeby do swojego barszczu mozolnie wyciskać sok ze świeżych marchewek i buraków. Zalał nim porządną, dorodną wołowinę, która marynowała się tak przez cały dzień, w ostatniej chwili całość zwieńczyła zaskakująca niespodzianka z miażdżonego czosnku i szkwarek, chrupiących, słonych, wieprzowych.
    Tatowe satsiwi, kurczak w kremowym gruzińskim sosie orzechowym również odjęło mi mowę. Pomyślałam sobie, jak niemożliwym wyczynem było zdobycie w Moskwie przyzwoitego kurczaka. Jak astronomiczna była cena orzechów włoskich na Centralnym Rynku niedaleko cyrku, jak niewdzięczną robotą jest ich obieranie i mielenie, jak wiele żółtek jaj tak obficie wzbogaciło sos. Z każdym kolejnym kęsem byłam pod coraz większym wrażeniem [...].
Anya von Bremzen Szarlotka Lenina i inne sekrety kuchni radzieckiej, Kraków 2016, s. 222-223
Kurczak saciwi (źródło zdjęcia)

Najciekawszą pozycją w tym obiedzie wydał mi się kurczak satsivi czyli w spolszczonej wersji saciwi. Poniższy przepis na wykonanie tego dania pochodzi z książki Kuchnia gruzińska Grażyny Strumiłło-Miłosz (w Szarlotce Lenina akurat tego przepisu nie było):

Kurczak saciwi

Przygotowanie: ok. 50 min.
Pieczenie: ok. 1 godz.

Składniki: 1 duży kurczak, 1/2 szklanki wyłuskanych orzechów włoskich, 3 żółtka, 1 cebula, oliwa, 4 łyżki octu winnego, 1/2 (lub więcej) ostrej papryczki, szczypta mielonych goździków, cynamonu, szafranu, 4 ząbki czosnku (lub więcej), natka pietruszki, sól, pieprz

Sposób wykonania: Kurczaka gotować w osolonej wodzie ok. 10 min, następnie wyjąć, posmarować oliwą  i upiec w piekarniku na rumiano. Orzechy, czosnek i ostrą papryczkę zmielić w maszynce (lub utłuc), dodać posiekaną natkę pietruszki, cynamon, goździki, szafran, rozprowadzić szklanką rosołu i octem, doprawić solą, pieprzem i postawić na 10 min na wolnym ogniu. Następnie dodać roztrzepane żółtka (bez przerwy mieszając), zdjąć sos z ognia. Kurczaka podzielić na porcje, wyłożyć na półmisek, zalać gorącym sosem i odstawić do ostygnięcia, podawać na zimno. Danie można udekorować natką pietruszki i ziarnami granatu.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Zatrute magdalenki

Anya von Bremzen w roku 1974 wyemigrowała z mamą ze Związku Radzieckiego do Stanów Zjednoczonych. Miała 10 lat, niezbyt dobrze adaptowała się do nowych warunków i była kompletnie rozczarowana mdłą amerykańską kuchnią, o której fantazjowała przed wyjazdem z Moskwy. Tęskniła za kołbasą, serkami „Drużba” i ciasteczkami z fabryki „Bolszewik”, a ponieważ były wytworami znienawidzonego państwa partyjnego, nazwała je „zatrutymi magdalenkami”.


Te zatrute magdalenki dały po latach początek Szarlotce Lenina, książce opowiadającej o ZSRR oraz rodzinie autorki przez pryzmat jedzenia. Pomysł genialny, jego realizacja znakomita: von Bremzen pisze z polotem i w miarę możliwości z humorem. Każdy rozdział odpowiada innej dekadzie XX w., dla każdej – z wyjątkiem piątej, głodowej – wybrano charakterystyczną potrawę, od dekadenckiego kulebiaka i odeskiej gefilte fisz przez gruzińskie chanachi i kukurydziany chleb Chruszczowa aż po sałatkę „Olivier” i bliny. Szczegółowe przepisy wykonania dań zamieszczone są na końcu książki.

W książce von Bremzen znajdziemy mnóstwo dowcipów, anegdot i historyjek np. o całkowicie zbędnej siatce na zakupy (awaśka) noszonej wszak w kieszeni z nadzieją na dostawę towarów deficytowych do sklepu, o kawiorze wpychanym przedszkolakom do ust (za Rodinu, za Partię!), o cenzurowaniu radzieckiej biblii kulinarnej z kosmopolitycznych naleciałości, o zaletach słoika po majonezie oraz o zamykaniu garnków na kłódkę we wspólnych kuchniach w blokach komunalnych. Dzisiaj te opowieści brzmią dość zabawnie, ale Rosjanom zapewne nie było do śmiechu.

Szarlotka Lenina ma nieco gorzkawy posmak (inna zresztą być nie mogła), niemniej jest daniem wyśmienitym: lekka, esencjonalna, z osobistą nutą. Bardzo mnie ciekawi, jaki byłby jej polski odpowiednik.

_______________________________________________________________
Anya von Bremzen Szarlotka Lenina i inne sekrety kuchni radzieckiej
przeł. Aleksandra Czwojdrak
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2016

piątek, 4 sierpnia 2017

Z piekła do raju

Założycielka wydawnictwa Dorota Blomberg, architekt Aleksander Włodarski, profesor kryminologii Jerzy Sarnecki, dokumentalistka Joanna Helander, dziennikarz Maciej Zaremba Bielawski i ortopeda Karol Żyto to tylko kilkoro bohaterów Wygnanych do raju. Krystyna Naszkowska rozmawiała z osobami, które po wydarzeniach Marca’68 wyjechały do Szwecji i tam osiadły.


O raju, jak sugeruje tytuł książki, trudno mówić. Starsze pokolenia zazwyczaj nie mogły na obczyźnie się odnaleźć, także rozmówcy Naszkowskiej wspominają o osamotnieniu, różnicach kulturowych i uprzedzeniach Szwedów. Z racji młodego wówczas wieku mieli jednak łatwiejszy start: szybciej się uczyli, swobodniej korzystali ze wsparcia i szans, jakie oferowała nowoczesna i liberalna Szwecja. Dzięki ciężkiej pracy i wytrwałości zostali po latach cenionymi fachowcami, co jest budujące.

Ciekawym wątkiem rozmów jest stosunek do Polski – tak różny, jak różne były okoliczności wyjazdu po antysemickiej nagonce. Przykro i z niedowierzaniem czyta się o szykanach, z jakimi spotykały się zmuszone do emigracji rodziny, ale tym lepiej rozumie się gorycz i żal niektórych z bohaterów książki. Tak jak w przypadku Emilii Białostockiej-Degenius, dziś psychiatry, która wyjeżdżała z kraju samotnie jako nastolatka – rodzice zmarli podczas wiadomych wydarzeń, w konsekwencji przepadło mieszkanie. W przeciwieństwie do innych emigrantów pani Emilia nie tęskni za Polską.

Każda z opowiedzianych historii zasługuje na osobną książkę, bo wszystkie życiorysy bez wyjątku są ciekawe. Dla odmiany chętnie poczytałabym o tych, którzy nie mieli tyle szczęścia co rozmówcy Naszkowskiej i żyli lub żyją w Szwecji zupełnie przeciętnie, a może nawet z kłopotami. Sukces jest tylko jedną stroną medalu, ta druga może być bardziej miarodajna.

______________________________________________________________________
Krystyna Naszkowska, Wygnani do raju. Szwedzki azyl, Agora, Warszawa 2017


niedziela, 30 lipca 2017

Wakacje nad Adriatykiem

W Wakacjach nad Adriatykiem, podobnie jak we wcześniejszej o 8 lat Pasażerce, Zofia Posmysz wykorzystała motyw przypadkowego spotkania Polki z Niemcami, aby opowiedzieć o pobycie w Auschwitz. Tym razem stworzyła jednak książkę o wiele bardziej złożoną i głębszą, wyróżniającą się także na tle innych utworów z nurtu obozowego.


Auschwitz to miejsce, którego nie da się zrozumieć ani wytłumaczyć; jedna z bohaterek nazywa je Królestwem na wzór dziwnej, spowitej ciemnościami i mgłą krainy z przerażających baśni. Władzę nad poddanymi sprawują Rycerki Zakonu Trupiej Główki, prawdziwe panie życia i śmierci. Z kolei narratorka mówi o piekle podzielonym na kręgi, których liczba wydaje się nieograniczona, zupełnie jak możliwości stopniowania zła. Zezwierzęcenie dotyczy także więźniarek: o ile początkowo pozwalają sobie na ludzkie odruchy i myślenie, to z czasem zwycięży instynkt przeżycia:
Jak zwierzę zagnane w kocioł przypadając do ziemi, zrywając się, rwąc przed siebie w obłąkańczym pędzie, uskakując, by tym rozpaczliwym tańcem śmierci przedłużyć swe istnienie o sekundy wprawdzie, ale jednak, tak i my walczyłyśmy o każdą minutę w nierozumnej biologicznym podszeptem dyktowanej nadziei, że byle o minutę oddalić śmierć, a kocioł pęknie. [s. 43]
Tu nie używa się słów „było” i „będzie”, ani „dawniej” i „w przyszłości”, bo pewne jest tylko „teraz”. Owo „teraz” jest bardzo kruche, większe szanse na jego przedłużenie daje (choć nie gwarantuje) pragmatyzm, pozwalający niekiedy całkiem dobrze i wygodnie funkcjonować w irracjonalnej rzeczywistości Auschwitz. Trzeba jedynie (sic) opanować sztukę uników oraz handlu towarami i przysługami, wyrobić w sobie warstwę ochronną z cynizmu i egoizmu. Wbrew przekonaniom jednej z więźniarek to jest możliwe.

W opisie rzeczywistości autorka postawiła na realizm i zaprezentowała zróżnicowany, a zarazem niejednoznaczny świat. Pomogło w tym stworzenie dwóch wyrazistych postaci: młodziutkiej, szybko uczącej się obozowych reguł Sekretarki oraz kompletnie niezaradnej i bezbronnej Ptaszki, niedoszłej skrzypaczki. Ich znajomość w sposób niesztampowy dotyka kwestii lojalności i odpowiedzialności za drugiego człowieka w warunkach granicznych, dając pole do dyskusji.

W Wakacjach nad Adriatykiem jest co najmniej kilka frapujących tematów do rozważenia, choćby wiodący wątek ekspiacji. To w ogóle książka gęsta od treści i wyrafinowana pod względem formalnym - specyficzną, rwaną narrację nawet dzisiaj można uznać za oryginalną. Dobrze, że powieść doczekała się niedawno wznowienia, ponieważ Posmysz opowiada o Auschwitz z mało popularnej perspektywy i na dodatek w znakomitym stylu.

_____________________________________________________
Zofia Posmysz, Wakacje nad Adriatykiem, Czytelnik 1970


poniedziałek, 24 lipca 2017

Hopper

Szymon Słomczyński

Edward Hopper, The Hotel Room

Boże tak nieobecny jak ruch
w tym pokoju, chroń Madryt,
a jeśli się nie da, ocal chociaż
tego jednego Hoppera i może
jeszcze della Francescę, a jeśli
uniesiesz, to też czarnego Goyę,
i Botticellego, a Guernicę zostaw
potrzebującym jej do szczerbatego
szczęścia, nie mnie. Ja usłyszałem,
gdy tuż obok przemknęło tajemnicze
ktoś, rodem z Almodóvara, próxima
esctación – Atocha. To stacja, gdzie
nie należy się wychylać, pomyślałem,
i pobiegłem w nieudaną pogoń po peronie
za tym kimś. Nagle spod stóp, na schodach,
wychynął stalowy napis „ThyssenKrupp”.

Odtąd wiem, skąd się biorą tak wyszukane,
cenne kolekcje, jak Thyssen-Bornemisza
(wtedy internet nie działał w telefonie
za granicą, wtedy należało wszystkiego
doświadczyć bezpośrednio). Prado to
inna historia, zamierzchła, królewska –
nie pytaj, komu bije palma,
no komu kieszonkową palmę
ze skrzyżowania między galeriami?

(Latakia, Biuro Literackie 2016)



czwartek, 20 lipca 2017

Sztuczki

Z pewną nostalgią czytam dzisiaj książki o dorastaniu w erze przedcyfrowej. O dzieciach, które nie miały gadżetów i były zdane na własną pomysłowość, a więc najczęściej bawiły się z innymi dziećmi. Jeśli zmęczyły się kopaniem piłki i jazdą na rowerach, grały w kapsle lub w karty, biły się kijkami, zbierały pety, strzelały z procy. Albo namiętnie bawiły się w umieranie.


Taki właśnie jest świat narratorki Sztuczek, dziewczynki bawiącej się głównie z chłopcami, wiecznie zabieganej i kapkę niesfornej. Skaranie boskie nie dziecko, jak mówią najbliżsi. Czytelnik wie więcej, więc dostrzeże, że nastolatka jest również nieśmiała, wycofana i może dlatego ma trudności z komunikowaniem się oraz relacjami. Jej przyjaźń z Andym jest chropowata, ale mimo nieporozumień wyjątkowo trwała. Z Ulą jest już inaczej, także dlatego, że „dziewczyńskie” przyjaźnie rządzącą się innymi prawami. Obie znajomości wygasną z powodu zwykłych młodzieńczych zgrzytów, niemniej dla bohaterki będą kluczowe.

Dorastanie u Joanny Lech jest jednocześnie liryczne i niepokojące, i to właśnie atmosfera książki najlepiej zapada w pamięć. Wrażenia z lektury byłyby niewątpliwie lepsze, gdyby nie kompozycja powieści –chyba nie do końca przemyślana, a przez to niezbyt spójna. Na niedociągnięcia przymykam oko i trzymam kciuki za autorkę, bo potencjał niewątpliwie ma.

__________________________________________
Joanna Lech, Sztuczki, Nisza, Warszawa 2016


piątek, 14 lipca 2017

Alabama song

Alabama song to oparta na faktach króciutka powieść o Zeldzie Fitzgerald. W mojej ocenie książka bardzo dobra, ponieważ świetnie pokazuje skomplikowany charakter głównej bohaterki i równie skomplikowany charakter jej burzliwego związku z Francisem Scottem.


Ona – panienka z dobrego domu, bezczelna i bezpruderyjna jak na standardy skostniałego Południa. Chce się wyrwać z rzekomego raju, który dla niej jest cmentarzyskiem ambicji. A Zelda ambicje ma: marzy o tańcu i pisaniu. On – przystojniak z Północy, zdeklasowany, ale wciąż z klasą, będzie szansą na ucieczkę do zupełnie innego świata. Scott wkrótce odniesie literacki sukces, oboje staną się ulubieńcami Ameryki, nie na długo niestety.

U Gillesa Leroya opowiada Zelda czterdziestoletnia i, co znaczące dla całej historii, od ponad dekady leczona psychiatrycznie. Nieobecnego męża darzy  jeszcze pewnym sentymentem, niemniej pretensje biorą górę. Uważa, że zniszczył jej życie i nie pozwolił realizować się artystycznie. Jej opowieść brzmi bardzo przekonująco i trudno nie współczuć tej biednej kobiecie, która mało szczęśliwie ulokowała uczucia i dokonywała kiepskich wyborów.

Warto podkreślić, że autor dobrze wczuł się w postać swojej bohaterki i zgrabnie zróżnicował jej stany emocjonalne. Nie jest to postać do lubienia i taka chyba była Zelda w rzeczywistości. Ale to już trzeba będzie sprawdzić w fachowej biografii Fitzgeraldów, do czego Leroy skutecznie mnie zachęcił.

_______________________________________________________________________
Leroy Gilles Alabama Song, przeł. Wojciech Gilewski, Wyd. Czytelnik, Warszawa 2009