wtorek, 18 listopada 2014

Cały ten szum

W najnowszej książce Magdaleny Tulli jest duszno i klaustrofobicznie. Gdyby narratorka chwilę dłużej roztrząsała swoje ponure dzieciństwo, nie byłabym w stanie towarzyszyć jej w tej drodze przez mękę. Zwłaszcza że w „Szumie” autorka podejmuje tematy opisane już we "Włoskich szpilkach" i przynajmniej początek powieści sugerował męczącą powtórkę. Na szczęście pierwsze wrażenie okazało się mylne.

"

Tym razem Tulli dogłębnie pokazuje dramat kilkulatki, która nie potrafi porozumieć się z otoczeniem, ponieważ jest inna. Wszystko robi niewłaściwie, w niezgodzie z wymaganiami i oczekiwaniami rodziny i szkoły. Nie jest krnąbrna ani zbuntowana, po prostu sporo czynności przychodzi jej z trudem. Mimo wysiłków matki ma kłopoty z nauką, obowiązkowością i nawiązywaniem kontaktów, jest niezręczna i nieokrzesana, co w rezultacie nie przysparza jej sympatii znajomych. Jest jak brzydkie kaczątko – odtrącane, wyśmiewane, niejednokrotnie upokarzane.

Osamotnienie dziewczynki jest dojmujące: rodzice poniekąd dbają o jej potrzeby, niestety w życiu obecni są głównie ciałem, nie duchem. Z braku akceptacji i wsparcia najbliższych, a zarazem w geście cichej rozpaczy, bohaterka wymyśla sobie przyjaciela. Znamienne, że nie jest to człowiek, ale zwierzę, na dodatek leśne. Ta dziwna „znajomość” przynosi efekty – dziewczynka powoli, z wielkim trudem zaczyna wychodzić z czyśćca (a może piekła) bycia ofiarą. Wyimaginowane spotkania z lisem są zbawienne również dla czytelnika – pozwalają złapać oddech i nabrać siły na ciąg dalszy historii.

Finał jest tyleż oryginalny, co wyzwalający i nie sposób potraktować procesu oswajania świata przez bohaterkę jako odwzorcowania fachowej terapii. Znajdziemy tu również biografię Tulli, z portretem matki ocalałej z Holokaustu w tle. Mimo skromnej objętości „Szum” mieści w sobie wiele emocji i znaczeń, przekazanych gęstym stylem i przy pomocy zaskakujących czasem wątków oraz postaci. Są tu sceny niezwykle pomysłowe, są fragmenty autentycznie piękne. Dla mnie to wyjątkowa lektura.

__________________________________________
Magdalena Tulli Szum Wyd. Znak, Kraków 2014

czwartek, 13 listopada 2014

Coelho, Kafka i inni

Nie ma to jak świeży powiew Sztucznych Fiołków jesienią.;) Najlepiej na tematy okołoksiążkowe oczywiście.

Wszystkie ilustracje pochodzą z profilu Fiołków na FB.




 


sobota, 8 listopada 2014

Duńska baśń

Co wieczór ojciec opowiadał mi kawałeczek tej samej historii.
To baśń o królu i królewiczu, którzy nie mają już domu. Wyruszyli w świat, żeby odnaleźć białą królową i ją zabić. Strzałą albo nożem, prostym ciosem w serce, żeby przerwać zły czar. Tylko oni mogą to zrobić. Król i królewicz są bowiem ostatnimi ludźmi, którzy wciąż jeszcze widzą świat taki, jaki jest naprawdę. Jedynie ich nie oślepiły czary królowej.

To prawda, czary królowej nie oślepiły bohaterów „Baśni” czyli powieściowych odpowiedników króla i królewicza. Było znacznie gorzej, ponieważ ojciec Petera uległ zaślepieniu z własnej woli: całkowicie zatracił się w zwalczaniu domniemanego wroga, narażając kilkuletniego syna na liczne perturbacje. Dziecko, dla którego rodzic jest całym światem, zniesie jednak wiele, co Bengtsson znakomicie pokazał. Dla mnie to jedna z najpiękniejszych książek o relacji ojca i syna, przymiotnika „piękny” używam tu z premedytacją.


W „Baśni” nie ma ani jednej fałszywej nuty, co przy tak dużym ładunku emocjonalnym jest rzadkością. Historia chwyta za serce, ale nie wywołuje tanich wzruszeń. Dzieje się tak w dużej mierze za sprawą narratora, wrażliwego i uzdolnionego plastycznie chłopca. Jego opis wydarzeń jest z jednej strony niepełny, jako że z racji młodego wieku Peter nie wszystko rozumie, z drugiej strony niesztampowy, bo przefiltrowany przez nieprzeciętny umysł i wyobraźnię. Opowieść obfituje w ekspresyjne obrazy, które na długo pozostają w pamięci, a powstały przecież zaledwie (sic!) przy pomocy prostego języka, dziecięcych skojarzeń i niedopowiedzeń. Swoją drogą ciekawe, jak ta oszczędność środków w drugiej części powieści dobrze oddaje wycofany charakter doroślejszego już Petera.

Książkę Bengtssona można traktować jako powieść miłosną (choć nie w romantycznym znaczeniu;)) oraz jako bildungsroman, niemniej da się w niej również zauważyć współczesną wersję baśni. Świetnie się ją czyta i równie dobrze omawia na spotkaniu DKK, a jest o co się kłócić. Trochę żal, że Duńczyk rzadko pisze: „Baśń” w niczym nie ustępuje wcześniejszej „Submarino” (jest chyba nawet lepsza) i aż chciałoby się popróbować innych dzieł tego autora.

______________________________________________________________________________
Jonas T. Bengtsson, Baśń, przeł. Iwona Zimnicka, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013



poniedziałek, 3 listopada 2014

Mordor i inne gonzo

Opłaca się. Bo nic się lepiej w Polsce nie sprzedaje niż Schadenfreude. Wiem to dobrze.
Wystarczyło, bym napisał kilka tekstów na temat Ukrainy utrzymanych w tonie gonzo – a już miałem zlecenia. Epatowałem w tych tekstach ukraińskim rozdupczeniem i rozwłóczeniem. Musiało być brudno, mocno, okrutnie. Taka jest istota gonzo. W gonzo jest gorzała, są szlugi, są dragi, są panienki. Są wulgaryzmy. Tak pisałem i było dobrze.
[s. 99]

Wszystko się zgadza, w „Przyjdzie Mordor i nas zje” składniki gonzo wymienione przez narratora są obecne. Panienek może mało, ale reszty czyli dzikiego wschodu, o którym Polacy rzekomo tak bardzo lubią czytać, jest aż nadto. W zasadzie jest to nieustające i wszechobecne gonzo, które niestety może nie być zmyśleniem, ale najprawdziwszą prawdą.


Łukasz niby kilkakrotnie zapewnia, że Ukrainę kocha, lubi i szanuje, trudno mu jednak uwierzyć. Odnoszę wrażenie, że wpadł we własne sidła i w ukraińskim krajobrazie dostrzega wyłącznie hardkor. Ta przypadłość ma naturalnie swoje źródła, a są nimi po prostu kompleksy – na Ukrainie można zrekompensować sobie poczucie niższości wobec Europy Zachodniej, która Polaków ma za nic. Sądząc po ilości „hecnych” opowiastek, kompleksy muszą być ogromne. Owszem, chłopak naśmiewa się także z rodaków poszukujących na Ukrainie silnych wrażeń oraz z egzaltowanych rodaczek podróżujących śladem Schulza i Mickiewicza, ale to nie pomaga – jakoś nie wierzę w jego zrozumienie Ukrainy. Zbyt często odzywa się w nim prześmiewca, zbyt rzadko fajny człowiek.

Trudno ocenić, w jakim stopniu jest to wyłącznie poza wymyślona na potrzeby literatury. Po przeczytaniu kilku „krajoznawczych” artykułów Szczerka w „Polityce” zaczynam podejrzewać, że autor ma szczególną predylekcję do tropienia brzydoty i absurdów. I choć „Przyjdzie Mordor i nas zje” świetnie się czyta, wolałabym zobaczyć bardziej ludzką Ukrainy, bo taka przecież na pewno istnieje.

________________________________________________________________________
Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, Korporacja Ha!art, Kraków 2013




środa, 29 października 2014

Znikający pisarz

Uwielbiam tego faceta. Za inteligencję, za prowokacje, a nawet za pesymizm wylewający się z jego powieści. Od czasu „Mapy i terytorium” także za poczucie humoru i ogromny dystans do własnej osoby, cechy zauważalne również w „Porwaniu Michela Houellebecqa”. Film jest jedną wielką zgrywą i kpiną z enfant terrible francuskiej literatury: u Guillaume'a Nicloux bardziej przypomina safandułowatego kloszarda niż uznanego literata i czuje się w tej roli najwyraźniej dobrze.


Pisarz zostaje porwany niby dla okupu, choć trudno dociec, kto jest zleceniodawcą i ewentualnym wybawcą „więźnia”. Zresztą to mało istotne, najciekawszy jest pobyt Houellebecqa u porywaczy, a dokładniej u ich wiekowych rodziców. Pan literat szybko zaczyna się nudzić (ile razy można w końcu czytać „Zakonnicę” Diderota;)) i zgłasza wciąż nowe życzenia: od kolejnego papierosa przez spacer po panienkę na noc. Gospodarzy opija z zapasu trunków, jednego z osiłków doprowadza do furii, upierając się co do treści własnej książki, drugiego z kolei nadweręża podczas nauki zapaśniczych chwytów. Atmosfera przypomina raczej zwariowane spotkanie rodzinne niż porwanie; na ekranie przeważa absurd, luz i bezpretensjonalność.

Film jest zabawny, choć ubawi raczej głównie wielbicieli pisarza. Cały dowcip polega na zabawie wizerunkiem: oto bowiem ceniony i słynący ze zdecydowanych sądów pisarz przedstawiony został jako mało rozgarnięty przeciętniak. Houellebecq pozwolił zakpić z siebie, a pośrednio dał prztyczka w nos artystom o rozbuchanym ego. Kilku jego rodzimym kolegom po piórze należał się jak nic.


______________________________
Porwanie Michela Houellebecqa
reż. Guillaume Nicloux / Francja 2014 / 92’
obsada: Michel Houellebecq, Mathieu Nicourt, Maxime Lefrançois, Luc Schwarz


czwartek, 23 października 2014

Ulica Ciemnych Sklepików

Po falstarcie, jakim była płytka i bezbarwna „Zagubiona dzielnica” Patricka Modiano, mój wybór padł na „Ulicę Ciemnych Sklepików”, laureatkę Nagrody Goncourtów w 1978 r. Cóż, olśnienia nie było, raczej małe déjà vu. Narrator znowu szuka śladów dawnego życia, znowu podąża tropami podrzucanymi przez osoby, które gdzieś, kiedyś spotkał i naturalnie znowu błądzi. Wygląda na to, że od rozwiązania zagadki ważniejsze są same poszukiwania.


W „Ulicy…” ciekawostką jest fakt, że przeszłości oraz własnej tożsamości, szuka mężczyzna cierpiący na amnezję. Jego żmudne śledztwo nawet intryguje, przynajmniej do chwili, kiedy pewne chwyty nie zaczną się powtarzać i nasuwać wątpliwości. Pewnie wymagam za dużo od autora, ale aż chce się zapytać: dlaczego Guy rozpoczyna poszukiwania z dziesięcioletnim opóźnieniem? Co w nim takiego jest, że nowo poznane osoby bez wahania wpuszczają go do swoich mieszkań, obdarowują starymi zdjęciami i hojnie dzielą się informacjami? Od strony psychologicznej książka kompletnie zawodzi, za powieść sensacyjną czy detektywistyczną także trudno ją uznać. Pozostaje atmosfera tajemniczości i nostalgii – tu akurat Modiano całkiem nieźle sobie radzi. Dość atrakcyjnie, choć bardzo skrótowo przedstawił również paryski światek arystokracji i rosyjskiej emigracji.

Więcej dobrego o tej książce nie mogę powiedzieć, chyba nie po drodze mi z melancholijnym Francuzem. Wątek odtwarzania przeszłości ze strzępów wspomnień nie uderza oryginalnością, z kolei główny bohater jest zbyt mdły, aby poruszyć czytelnika. To rodzaj prozy, która nie stawia istotnych pytań, pozwala natomiast zastanowić się nad naturą ludzkiej (nie)pamięci. Oby nie był to jedyny temat poruszany przez Modiano w innych powieściach.

_________________________________________
Patrick Modiano „Ulica Ciemnych Sklepików”
tłum. Eligia Bąkowska
Wyd. Czytelnik, Warszawa 1981


sobota, 18 października 2014

W powietrzu

Za bohaterką najnowszej powieści Ingi Iwasiów trudno nadążyć – co rozdział to nowy kochanek lub kochanka, czasem nawet kilkoro jednocześnie. Gdyby miała stworzyć miłosne cv, pod względem różnorodnych doświadczeń i długości stażu byłoby imponujące. Warto zaznaczyć, że nie jest ślicznotką ani nimfomanką; ot, ma ponadprzeciętne potrzeby, a i okazji do ich realizowania też jakby więcej. Pora uwierzyć, że instytut (uniwersytecki?) oraz redakcja czasopisma literackiego mogą być ekscytującymi miejscami.;)


Bezimienna narratorka „W powietrzu” nie ma w sobie nic ze stereotypu, co jest pierwszym dużym plusem książki. Jeszcze większą zaletą jest wszechobecna erotyka: soczysta, bezpruderyjna i jednocześnie pozbawiona wulgaryzmów. Okazuje się, że można pisać o orgazmach, nie używając dosadnych słów lub – dla odmiany – eufemizmów, i nie wprowadzać czytelnika w zakłopotanie. Iwasiów pisze zresztą jakby od niechcenia i bez zadęcia, w opowieść o dojrzewaniu seksualnym bohaterki zgrabnie wplatając przebitki z obyczajowości polskiej z przestrzeni trzech dekad. Wszystko tu jest akuratne, napisane z ikrą i delikatną ironią.

Kto będzie szukał w powieści Iwasiów serioznego portretu sfrustrowanej i zmęczonej życiem Polki, może poczuć się zawiedziony. „W powietrzu” to spotkanie z kobietą inteligentną i niesamowicie wolną, poszukującą spełnienia, które mylnie można brać wyłącznie za spełnienie seksualne. Bohaterka książki jest znacznie bardziej złożoną postacią i nie daje się łatwo zaszufladkować. Na szczęście dla czytelnika, bo nie musiał brnąć przez oczywistości. Dobra robota.

__________________________________________________________
Inga Iwasiów „W powietrzu”, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2014