niedziela, 20 lipca 2014

Z [politycznym] fasonem

Zawsze mi się wydawało, że szarzyzna i słaba jakość ubrań w Polsce socjalistycznej była skutkiem braku lepszych materiałów oraz sensownych projektantów (Hase, Hoff i Antkowiak to jednak niewiele nazwisk jak na kilka dekad), tymczasem prawda jest nieco inna. Jak pokazuje książka Anny Pelki „Z [politycznym] fasonem”, za taki stan rzeczy odpowiadała przede wszystkim gospodarka planowa oraz zalecenia władz dotyczące stylu produkowanej odzieży.


O ile materiałów i dodatków rzeczywiście brakowało, wykwalifikowani projektanci z czasem się pojawili i pracowali w zawodzie. Niestety często natrafiali na bardzo prozaiczne przeszkody. Tak swoją pracę na rzecz wzornictwa odzieżowego wspominała Zofia Butrymowicz, artystka i projektantka tkanin:
Najsmutniejszą rzeczą byty kontakty z przemysłem, kompletne niezrozumienie celu tego, co robimy, przez ludzi pracujących w przemyśle. Warunki były bardzo ciężkie, maszyny stare, surowiec fatalny, więc według mnie było absolutną utopią wprowadzenie nowych wzorów do produkcji przemysłowej. Bardzo często jeździłam do Łodzi i do Żyrardowa, widziałam, jak się tkaczom mata osnowa, taki był fatalny len. Tracili masę czasu na reperowanie tej osnowy, a byli premiowani od ilości wyprodukowanych metrów, a nie od jakości. Jeśli im się kazało robić nowy wzór, to zanim go opracowali, zanim ustawili warsztat na ten nowy wzór, to nie dostawali premii, więc byli oporni, ze względów czysto ekonomicznych. Była to jedna z głównych przeszkód wprowadzania nowych wzorów do produkcji. [s. 64]

kloszowe sukienki na halce z lat 50.

Projektanci na szczęście wykazywali się zaradnością i niejednokrotnie z kiepskiej jakości półproduktów tworzyli coś, co było chętnie noszone przez młodzież, a nawet wpisywało się w trendy mody światowej. Były zatem m.in. sukienki w duże nadrukowywane wzory, spódniczki mini i spodnium, był styl ludowy i hipisowski oraz wiele innych fascynujących zjawisk. Niesamowite są opowieści o pomysłach projektantów, którzy chcieli zaoferować młodym ludziom coś oryginalnego i cieszącego oko (polecam wywiad z Barbarą Hoff), oraz dziewcząt, które domowymi sposobami uatrakcyjniały niezbyt ładną odzież zakupioną w sklepach.

Ogromnej kreatywności wymagały kolekcje zamawiane od czasu do czasu przez władze, np. z okazji 50. rocznicy Rewolucji Październikowej (to nie żart). Debiutancki pokaz Grażyny Hase z 1967 r. okazał się jednak sukcesem: projektantka przygotowała nowatorskie jak na ówczesne czasy widowisko łączące modę i popularny wtedy bigbit – modelki w strojach inspirowanych postaciami z historii i literatury Rosji chodziły, tańczyły i skakały w takt znanych piosenek radzieckich przeplatanych z przebojami Beatlesów. Przykład kreacji z tejże kolekcji poniżej:

kolekcja łącząca modę z historią i polityką

Pisząc na wstępie o szarzyźnie mody okresu PRL-u naturalnie bazowałam na własnych wspomnieniach, które odnoszą się do schyłku tej epoki. Warto zaznaczyć, że bywały bardzo kolorowe i eleganckie okresy w polskiej modzie, co widać dobrze w starych filmach, które odzwierciedlały aktualną modę, a czasem, zwłaszcza zagraniczne, były inspiracją. Taką inspiracją obok aktorów bywali także wykonawcy muzyki młodzieżowej: kopiowano fasony sukienek popularnych piosenkarek, ale i styl Beatlesów (szczególnie fryzury), kilka dekad później punków, przedstawicieli glam-rocka itp. Fascynacje te nie zawsze były aprobowane przez władze, niekiedy były wręcz tępione – na spodnie dziewczęce typu dżinsy szkoły zgodziły się np. dopiero w latach 70.

moja ulubiona fotografia z książki
czyli dzianinowo-skórzany komplet „Dunajec” z 1975 r.


Książka Anny Pelki jest kopalnią podobnych ciekawostek i daje niezły wgląd w świat mody i zainteresowań młodzieży w drugiej połowie ubiegłego wieku. Przy okazji uzmysławia, jak wiele czynników wpływa na powstawanie kolejnych trendów, co akurat dla mnie jest o wiele bardziej frapujące niż nowe linie. Swoją drogą ciekawe byłoby także opracowanie modowego słownika - szmizjerki, bolerka, rybaczki, cygaretki, legginsy, czeszki, trumniaki i dziesiątki innych uroczych określeń bezsprzecznie na to zasługują.;)


P.S. Nie ukrywam, że rozdziały o wzornictwie niemieckim interesowały mnie znacznie mniej, ale dla porównania trendów warto je chociaż przejrzeć.

__________________________________________________________________
Anna Pelka Z [politycznym] fasonem. Moda młodzieżowa w PRL i w NRD
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk, 2014


Wszystkie zdjęcia zamieszczone powyżej pochodzą z TEJ strony.

środa, 16 lipca 2014

Podgórnik na lato

prognoza optymistyczna

duszny spokój pensjonatu obumarłego na czas
plażowego szczytu. siedzieć i patrzeć w wyłączony
czarno-biały telewizor, pukając w czoło i w ścianę,
zza której dobiegają jęki.

jutro stąd wyjechać – wsiąść do pociągu i się
wdzięczyć lub udać zaczytanie w oczach i gazetach,
z mądrą miną kogoś, kto wie dużo więcej.

albo wytrwać, karmiąc się prognozą zasłyszaną w radiu:
„przyszły tydzień przyniesie spodziewane zmiany".
że też to zawsze musi przytrafiać się latem, kiedy
powinno się tylko na piwo pod parasole, gdzie jego

smak po raz pierwszy nie różni się od żadnego innego
smaku, upalne popołudnie przyjemnie bez perspektyw
jak wizja ucieczki z czeskim wesołym miasteczkiem.
na złość wszystkim przemaka się na swoim leżaczku
do suchej nitki, nikogo to jednak nie porusza.


lipiec

wyratuj mnie z powodzi tandetnych poruszeń
zbyt łatwo wpadających w ucho lejtmotiwem, bo
rzucona z nagła na głęboką wodę
utonę z brzytwą w zębach ciągnąc świat za nogę

(za sobą); usta-usta, gdy wreszcie je zamknę
nie nabiorę w nie wody, tymczasem to lipiec
jakże (okrutnie) piękny, nikt nie myśli nawet
mącić palcem na wodzie kreślonych rozpisek.

pierwsza wypłucze z mola zdradzieckich kochanków
ty przyjdziesz z drugą falą, jak słowa pod wiatr:

jestem mokra z miłości i dopóki kocham
żadnych wierszy o powodzi na południu kraju.


_____________________________
Marta Podgórnik, Pięć opakowań
Biuro Literackie, Wrocław 2008

sobota, 12 lipca 2014

Odpowiednie nastawienie

Zawsze miałam w głowie, że to, co człowiek robi, powinien polubić. Zwłaszcza gdy sytuacja jest nie do zmiany. Mam sytuację przymusową i nie ma innego wyjścia. Wyrzucałam z głowy rzeczy nieprzyjemne, nie rozmyślałam, mówiłam: „To jutro…”. Zapewniam pana – ta metoda daje efekty. Moje życie potwierdziło, że to jedyny sposób, żeby uchronić się przed nieszczęściem. […] W każdej sytuacji znaleźć swoje miejsce, odkryć, że to, co nas spotyka, nie jest złe. Przeżyć można tylko dzięki odpowiedniemu nastawieniu. Trzeba mocno popracować nad sobą. [s.10]

Wywiad z Alicją Gawlikowską-Świerczyńską to lekcja historii i mini-poradnik życia w jednym, a powiedzieć, że rozmówczyni Dariusza Zaborka jest osobą niezwykłą, to nic nie powiedzieć. Gdyby większość z nas przejawiała tyle energii, hartu ducha i optymizmu co ta emerytowana dziewięćdziesięciotrzyletnia lekarka, bylibyśmy wspaniałym społeczeństwem.


Popijając whisky albo koniak, pani Alicja ze swadą opowiada o dramatycznym dzieciństwie, działalności w konspiracji, kilkuletnim pobycie w obozie Ravensbrück, zdobywaniu zawodu po wojnie oraz życiu osobistym. Do bolesnych tematów podchodzi zawsze racjonalnie, często dowcipkuje, rzeczy nazywa po imieniu. Jest osobą bardzo nowoczesną, co daje się zauważyć na przykład w rozmowie o małżeństwie i wychowywaniu dzieci; jest też otwarta, na mój gust chwilami nawet za bardzo. Najbardziej zaskakują opowieści o Ravensbrück, a dokładniej ich ton nie tylko pozbawiony nuty martyrologicznej, ale niemal pogodny. Bohaterka wywiadu skupia się bowiem za każdym razem na pozytywnych aspektach sprawy, sztukę dopatrywania się plusów w najtrudniejszych sytuacjach opanowała do perfekcji.

Najlepiej przekonać się o tym osobiście, sięgając po książkę. „Czesałam ciepłe króliki” to lektura wciągająca i pouczająca, na zachętę przytaczam garść cytatów:

o tym, czym był dla Alicji Gawlikowskiej-Świerczyńskiej obóz koncentracyjny:
Miejscem odosobnienia. Z różnymi szykanami. Że trzeba było codziennie rano wstać o czwartej, że było zimno, bo nie było opalane i człowiek marzł. Ale mówić: „Byłam w piekle"? Ja wolę mówić inaczej. Można opowiedzieć, że było trudno, że człowiek ciężko pracował. Obóz nie był przyjemnością, jednak z tą nieprzyjemnością trzeba było walczyć. Było ciężko, lecz unikam tragizujących opisów. Wiem, że niektóre kobiety bardzo cierpiały. A ja mówiłam: „A skąd. Nie. Nie. Nie. Na złość Niemcom ja muszę przeżyć". Zawsze miałam chęć zaprzeczenia temu wszystkiemu. [s. 86]
o obojętnieniu na drastyczne sceny i widoki:
Człowiek obojętnieje. Na wszystko można zobojętnieć, do wszystkiego można się przyzwyczaić. I nie można inaczej. Bo gdybym siedziała i tak sobie uzmysławiała, że w krematorium palą się ludzie, to powoli by mnie to zabiło. A ja tylko myślałam, żeby mieć co zjeść, żeby się w coś ubrać żeby nie zmarznąć, nie zamarznąć, nie zarazić się i móc się przespać. Przecież nie rozmyślałam wiecznie, jak mną tu pomiatają. Trzeba było pomyśleć, jak się wykręcić, jak się schować, jak coś wykombinować. [s. 95]
o leczeniu i chorowaniu:
Niestety niektórzy lekarze traktują pracę tak, jakby byli ekspedientami w sklepie, i to kiepskimi, bo tylko czekają, żeby pacjent się odczepił. Tak nie można, bo choroba przede wszystkim jest w głowie. Skłonność do pewnych dolegliwości jest w głowie. Nastawienie do leczenia też jest w głowie. Wszystko od tego się zaczyna i jak to się dalej potoczy, zależy od podejścia lekarza. Nie zawsze jest łatwo, ale można i ja się o tym w życiu przekonałam. [s. 146]
o dbałości o wygląd:
Niech mi mówi, co kto chce: duch duchem, ale wygląd jest ważny. Sprawia, że człowiek jest dla otoczenia milszy, wzbudza większe zaufanie. Te zewnętrzne sprawy działają optycznie. Ludzie ładnie wyeksponowani zewnętrznie łatwiejsi są do kontaktu. Zaniedbany nie daje łatwości zbliżenia. Człowiek, który nie dba o wygląd, ma w charakterze coś niekorzystnego, coś tu jest nie tak. Nie przepadam za obdartusami. [s. 189]

Wywiad z bohaterką wywiadu przeczytać można TU.

_____________________________________________________________________________
Dariusz Zaborek, Czesałam ciepłe króliki. Rozmowa z Alicją Gawlikowską-Świerczyńską
Wyd. Czarne, Wołowiec 2014

środa, 9 lipca 2014

Wszystko o Sally

Powieść Arno Geigera być może nie jest wybitnym dziełem literatury, ale jedna rzecz szczególnie mnie tu ujęła. Otóż autor zdecydował się na raczej niepopularne posunięcie: bohaterami uczynił pięćdziesięciolatków. Najczęściej czyta się o ludziach młodych i bardzo młodych, czasem o czterdziestolatkach, z rzadka o emerytach, brak natomiast historii o pięćdziesięciolatkach, jakby nie zasługiwali na uwagę.


„Wszystko o Sally” dowodzi, że jest inaczej. Po przekroczeniu wieku średniego można prowadzić interesujące życie, wchodzić w nowe związki, podejmować nowe wyzwania. Wszystko jest możliwe, o ile się tego pragnie i nie ogranicza działań wyłącznie do obowiązków czyli rodziny oraz pracy. Taka jest właśnie tytułowa Sally – na co dzień żona, matka i nauczycielka, od czasu do czasu kochanka i przyjaciółka. To typ kobiety, która w miarę możliwości korzysta z uciech życia życia, nie sumitując się przy tym co chwila. Podobny styl bycia wymaga pewnej dawki egoizmu i nielojalności, co czyni jej postać Sally mało sympatyczną, ale za to interesującą dla czytelnika. Z drugiej strony – u Geigera trudno o bohatera, którego dałoby się lubić.

Powieść znakomicie pokazuje, na czym polega trwałość małżeństwa z wieloletnim stażem, a dokładniej – czym jest okupiona. Recepta nie dla wszystkich do przyjęcia, jako że autor nie ma w sobie nic z romantyka i patrzy na związki bardzo realistycznie, żeby nie powiedzieć z goryczą. Dla mnie to kolejny (i nie ostatni), duży plus „Wszystko o Sally”.


Na koniec fragment o stanie austriackiego szkolnictwa, brzmi znajomo:
Jako nauczycielka wiedziesz życie niepozorne. Uczniowie nie biorą cię na poważnie, choćby dlatego że jesteś nieudacznicą. Owa cicha, czasem nieco głośniejsza pogarda jest im przekazywana przez społeczeństwo, przede wszystkim przez rodziców. Kiedyś człowieka poważano, gdy pomógł w nauce dzieciom sąsiadów, dziś rodzice zaniedbują dzieci, nie szanują nauczycieli. Lekceważenie odnosi się do wszystkich, także do tych, którzy wykonują świetną robotę, jak na przykład Sally, w tym jej koledzy są zgodni. Pytanie, jak to się stało, że tak ważny zawód stracił znaczenie, przyprawiało ją o ból głowy. Zwłaszcza że dla wielu dzieci szkoła była jedynym miejscem, gdzie czuły się dobrze. […]

Zdaniem Sally nauczyciele nie stali się gorsi, byli pewnie tacy sami od zawsze, uczniowie także, stanowili jedynie komentarz do istniejącej sytuacji kryzysowej, dostali za mało wsparcia i przywiązania. Winni byli rodzice i społeczeństwo. Ale rodzice też odczuwali zbyt wielką presję, w pracy, wszędzie, wieczorem brakowało energii, nie starczało nerwów dla potomków. Krzyczeli na dzieci, zamiast do nich mówić. Za mało rozmawiali z nauczycielami. Wielu rodziców w ciągu całego roku pojawiło się zaledwie raz, to utrudniało wspólne bycie. [s. 195-196]

____________________________________
Arno Geiger Wszystko o Sally
przeł. Elżbieta Kalinowska, Maria Przybyłowska
Wyd. Świat Książki, Warszawa 2014


piątek, 4 lipca 2014

Obiad à la Sylvia Plath

Godzina poprzedzająca uroczysty obiad zeszła nam na wizytowaniu eksperymentalnej kuchni magazynu. „Dzień Kobiety" był miesięcznikiem kobiecym, poświęcającym całe kolumny reklamie i opisom cudownych dań, fotografowanych w technikolorze. Każdy numer miał główny temat i zajmował się sztuką kulinarną jakiegoś kraju czy rejonu. Prowadzono nas z jednej wspaniale wyposażonej kuchni do drugiej, demonstrowano, jakie trudności kryje w sobie fotografowanie chociażby zwykłego tortu z lodami. Silne światła rozpuszczają lody, trzeba je więc podtrzymywać od tyłu co chwilę zmienianymi wykałaczkami.

Widok tych wszystkich potraw przyprawiał mnie o zawrót głowy. Wprawdzie karmiono nas w domu do syta, ale moja babka była kobietą szalenie oszczędną i przeważnie robiła klopsy albo gulasz, a na dodatek mówiła w momencie, kiedy przełykaliśmy pierwszy kęs:
– Mam nadzieję, że wam smakuje. To mięso kosztuje czterdzieści jeden centów za funt.
 Miałam czasem wrażenie, że jem pieniądze, a nie obiad niedzielny.

Gdy stałyśmy przed naszymi nakryciami, wysłuchując powitalnego przemówienia, pochyliłam głowę i intensywnie studiowałam miseczki z kawiorem. Jedna z nich ustawiona była strategicznie pomiędzy nakryciem moim i Doreen.


 Stwierdziłam, że sytuacja jest dobra. Dziewczyna siedząca naprzeciwko nie sięgnie po kawior z powodu ogromnej wazy, pełnej marcepanowych owoców, stanowiącej dekorację stołu, a siedząca po mojej prawej ręce Betsy jest zbyt dobrze wychowana, żeby zażądać swej porcji, jeśli przysunę kawior do siebie. Poza tym zauważyłam na prawo od Betsy drugą miseczkę z kawiorem. Jeżeli chce, to niech się częstuje z tamtej.

Mieliśmy z dziadkiem taki jeden żarcik. Ale najpierw powiem, że dziadek był kelnerem w wytwornym podmiejskim klubie, niedaleko mojego rodzinnego miasteczka. Co niedziela babka jechała po niego samochodem i przywoziła go do domu na wolny poniedziałek. Brat i ja towarzyszyliśmy jej na zmianę. Dziadek podawał nam kolację klubową, obsługując nas równie starannie jak swoich płatnych gości. Z przyjemnością częstował mnie różnymi frykasami i tak mając zaledwie dziewięć lat, pasjami lubiłam jadać zimną kartoflankę, zwaną vichyssoise, kawior i pastę z anchois.


A żarcik był taki. Moim prezentem ślubnym od dziadka miała być kolosalna miska kawioru, tak żebym się mogła raz w życiu najeść do syta moją ulubioną potrawą. Był to jednakże tylko żart, przede wszystkim dlatego, że nie zamierzałam w ogóle wychodzić za mąż, dziadka zaś nie stać by było na tak kosztowny prezent, chyba że włamałby się do klubowej lodówki i uciekł z walizką pełną kawioru.

Wśród powszechnego brzęku sztućców, szklanek i porcelany starannie wyłożyłam talerz plastrami zimnej kury, po czym posmarowałam je tak grubo kawiorem, jakby to były powidła. Następnie zwijałam plaster mięsa tak, żeby kawior nie mógł wypłynąć, brałam go do ręki i zajadałam.

Odkryłam, po dłuższych zresztą trudnościach z łyżkami i widelcami, że najlepiej jeść, jak się człowiekowi żywnie podoba, ale za to z wielką pewnością siebie oraz z dużą dozą arogancji, jak gdyby się doskonale wiedziało, co należy robić, ale miało to w głębokiej pogardzie. Nikomu nie wpadnie nawet do głowy, że jest się źle wychowaną osobą albo że się ma złe maniery. Po prostu zyskuje się opinię osoby oryginalnej i zabawnej.
 
Nauczyłam się tego podczas obiadu ze słynnym poetą, na który zaprosiła mnie Jotka. Poeta miał na sobie okropną, wymiętą i wyplamioną marynarkę tweedową, szare spodnie, koszulkę polo w czerwono-niebieską kratkę, restauracja była niezwykłe wytworna, z fontanną i kryształowymi żyrandolami, a wszyscy pozostali goście ubrani byli w ciemne garnitury i nieskazitelnie białe koszule.

Poeta jadł sałatę palcami, listek po listku i przez cały czas mówił do mnie o tym, że przyroda jest antytezą sztuki. Nie mogłam oderwać oczu od jego krótkich, białych paluchów, które przenosiły z salaterki poety do ust poety ociekające oliwą i octem listki sałaty. Po chwili byłam zupełnie przekonana, że jedzenie sałaty palcami jest jedynym naturalnym i sensownym sposobem. Tak sugestywna była osobowość tego człowieka.

Żadna z redaktorek „Dnia Kobiety" nie siedziała blisko, Betsy zaś była dziewczyną miłą i łagodną, nie przepadała poza tym za kawiorem, więc nabierałam coraz większej pewności siebie. Skończyłam pierwszą porcję kury z kawiorem i nałożyłam sobie drugą. Potem zabrałam się do sałatki z krabów.

Awokado to mój ulubiony owoc. Każdej niedzieli dziadek przywoził mi jedno. Kładł go na dno walizki i nakrywał sześcioma brudnymi koszulami i niedzielnymi komiksami. Nauczył mnie robić znakomity sos. W tym celu należy w małym rondelku na wolnym ogniu rozpuścić galaretkę z winogron, zmieszać z winegretem, przekroić owoc, usunąć wielką pestkę i wlać rubinowy sos w wyżłobienie. Jakże zachciało mi się teraz tego sosu! W porównaniu z nim sałatka z krabów była zupełnie pozbawiona smaku.
 Sylvia Plath "Szklany klosz" przeł. Mira Michałowska, Warszawa 1989


Ze względu na następstwa opisanego obiadu najważniejszym daniem okazała się – mimo braku smaku – sałatka z krabów. Przepis można sprawdzić m.in. na tej stronie. Mnie bardziej zaciekawiła kartoflanka, na oko bliższa naszemu klimatowi i zasobom naturalnym.;) Przepis jest następujący:

Kartoflanka vichyssoise

2 łyżki masła
4 średnie ziemniaki
4 duże pory (białe i lekko zielone części)
4 łodygi selera naciowego
1 duża cebula
1 litr bulionu warzywnego
1/2 litra tłustego mleka
250 ml śmietanki kremówki
sól, pieprz

Na maśle udusić pokrojonego w plastry pora i selera naciowego. Dodać ziemniaki pokrojone w kostkę, zalać bulionem i mlekiem. Gotować do miękkości, następnie całość zmiksować na gładki krem, przecedzić przez sitko, aby pozbyć się włóknistych części pora i selera. Doprawić solą i białym pieprzem.
Schłodzić do temperatury pokojowej, ozdobić kleksem śmietany. Podawać z natką pietruszki lub szczypiorem, równie dobrze mogą to być ulubione zioła.



wtorek, 1 lipca 2014

Pod szklanym kloszem

W ubiegłym roku wydawnictwo Faber&Faber opublikowało rocznicowe wydanie „Szklanego klosza” Sylvii Plath. Okładka utrzymana w klimacie retro wywołała w niektórych kręgach oburzenie, jako że ponoć trywializuje problematykę książki (depresja, śmierć) i niewiele ma wspólnego z fabułą. Czy rzeczywiście?

Przyglądając się dokładnie ilustracji, na twarzy kobiety można zauważyć grymas: jest niezadowolona albo smutna. Nie mogę powiedzieć, żeby kojarzyła mi się ze słodkim podlotkiem, nawet jeśli przegląda się w lusterku. Poza tym puderniczka z lusterkiem pojawia się w treści „Szklanego klosza”, kilkakrotnie nie bez powodu przecież.

Do dzisiaj mam zestaw szminek dla osoby o ciemnych oczach i włosach, owalne puzderko z tuszem do rzęs i miniaturową szczoteczkę, okrągły pojemniczek niebieskich cieni do powiek, tyci, w którym akurat mieści się czubek wskazującego palca, i trzy pomadki do ust – od pomarańczy do fuksji – wszystko to umieszczone w złoconym pudełku z lusterkiem na wieczku.

Owe puzderko jest nie tylko uroczym cackiem, ale niemym świadkiem przemiany głównej bohaterki.

Pogmerałam w torebce, znalazłam złocone pudełeczko z tuszem do rzęs, szczoteczką, trzema pomadkami do ust i lusterkiem. Twarz, jaką zobaczyłam w odbiciu lusterka, podobna była do gęby więźnia, poddanego dłuższemu przesłuchaniu. Była zapuchnięta, plamista i koloru żółtozielonego. Przydałoby się jej przede wszystkim mydło, woda, no i odrobina chrześcijańskiej wyrozumiałości.

Przy innej okazji:

Z lustra wyzierała na mnie twarz chorego Indianina.
Wsunęłam puderniczkę do torebki i zaczęłam patrzeć przez okno pociągu.

Co więcej, główna bohaterka powieści przyjeżdża na staż do redakcji pisma kobiecego, które zajmuje się m.in. kosmetykami i strojami, pewne części garderoby (np. zielona, marszczona spódnica) również odegrają w powieści istotną rolę. Ba! sama Plath w czasach studenckich interesowała się modą, a sądząc po jej fotografiach, dbała o wygląd – często widać wymodelowaną fryzurę, kobiece, dopasowane stroje i dodatki. I czy jest coś nagannego w dbaniu o wygląd?;)

Ważnym elementem kontrowersyjnej okładki jest czerwone tło, które może być odniesieniem do krwi, a pośrednio także śmierci czyli wątków mocno obecnych w powieści; może być również ukłonem w stronę autorki, która bardzo lubiła ten kolor. Tu ciekawostka: policzono, że w ostatnich miesiącach życia Plath użyła go dwadzieścia dwa razy w wierszach, często też pojawiał się w jej prozie oraz dziennikach (podobno ponad sto razy).

Ubiegłoroczna okładka „Szklanego klosza” ma jednak wiele wspólnego z powieścią i życiem autorki, może więc Plath nie byłaby przeciwna takiemu projektowi? Bywały lepsze i gorsze, TU mały zestaw dla porównania.

***

Co do samej lektury: pierwszy raz czytałam „Szklany klosz” ponad dwie dekady temu, kiedy byłam niemal w wieku głównej bohaterki. Historia studentki popadającej w coraz większe otępienie i obsesyjnie myślącej o śmierci nie poruszyła mnie zbytnio. Trudno powiedzieć, dlaczego; prawdopodobnie nie potrafiłam utożsamić się z Esther Greenwood.

Co innego teraz, kiedy ponownie czytałam powieść, zwracając uwagę na szczegóły. Było to m.in. tło historyczne (egzekucja Rosenbergów) i obyczajowe (oczekiwania wobec kobiet, tabuizacja seksu), symbolika (tytułowy szklany klosz, sen o drzewie figowym, wyrzucanie ubrań z okna hotelu) oraz uroda poszczególnych zdań (moje ulubione: A nad tym wszystkim senny spokój lata położył swoją rękę, kojącą jak śmierć). I chyba rzecz najważniejsza: silny autobiografizm.

Po latach dostrzegłam w „Szklanym kloszu” przejmującą opowieść o niemożności dostosowania się do wyznaczonej roli społecznej oraz literacko wysmakowany zapis choroby, a gdzieś w tle obraz społeczeństwa amerykańskiego oraz ciekawą relację matki z córką. I założę się, że podczas kolejnej lektury znajdę u Plath znacznie więcej, bo to zdecydowanie książka wielokrotnego użytku, do odkrywania na nowo.

_________________________________
Sylvia Plath „Szklany klosz”
przeł. Mira Michałowska
Wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1989


czwartek, 26 czerwca 2014

Jak błękit nieba

Śliczne oczy. Śliczne niebieskie oczy. Duże niebieskie śliczne oczy. Biegnij, Jip, biegnij. Jip biegnie. Alice biegnie. Alice ma niebieskie oczy. Jerry ma niebieskie oczy. Jerry biegnie. Alice biegnie. Biegną ze swoimi niebieskimi oczami. Dwie pary niebieskich oczu. Dwie pary ślicznych niebieskich oczu. Oczy jak błękit nieba. Oczy jak niebieska bluzka pani Forrest. Modre oczy. Niebieskie oczy prosto z czytanki o Alice i Jerrym.

Mała Pecola uwierzyła w sielankowy świat niebieskookich dzieci ze szkolnego podręcznika. Tak bardzo pragnęła spokoju i szczęścia dla swojej dysfunkcyjnej rodziny, że uroda wydała jej się podstawowym warunkiem lepszego życia. Rozumowanie naiwne, ale dobrze pokazuje szczerość intencji i desperację dziewczynki. W jej domu brakuje bowiem stabilizacji i miłości, jest za to bieda i przemoc. Poczucie samotności pogłębiają docinki i niewybredne żarty kolegów, wyśmiewających rzekomą brzydotę Pecoli.


Nie wiemy, czy dziewczynka jest ładna, czy nie, brzydka jest we własnym mniemaniu. W rzeczywistości pozbawiona jest co najwyżej blasku wewnętrznego: jest dzieckiem totalnie stłamszonym i zagubionym, idealnym popychadłem. Nie zaznawszy rodzicielskiej troski ani czułości, rozpaczliwie szuka akceptacji – najmniejszy odruch serca jest nie do przecenienia. Morrison nie stosuje tanich chwytów, niemniej jej główna bohaterka chwyta za serce.

Do pewnego stopnia podobnie odczucia wywołują również postaci drugoplanowe. Wszyscy dorośli mieli mało szczęścia w życiu, nikomu nie udało się spełnić skromnych marzeń. Może stąd bierze się surowość i zaciętość kobiet oraz słabe charaktery mężczyzn. Są odpychający, a jednocześnie wzbudzają współczucie, zwłaszcza gdy okaże się, że dzieciństwie byli niewiele różnili się od Pecoli i jej koleżanek. Nie bez powodu w powieści pojawia się wątek wysiewania nasion i doglądania rośliny.

„Najbardziej niebieskie oko” (1970) było debiutem przyszłej noblistki i choć nie ma siły rażenia „Umiłowanej”, świadczy o talencie literackim. Widać tu już elementy, które staną się charakterystyczne dla stylu Morrison: polifonia, rwana narracja i przede wszystkim chłodny sposób opowiadania, który nieoczekiwanie potrafi bardzo intensywnie zagrać na emocjach czytelnika. Dodajmy do tego duże możliwości interpretacyjne i mamy dobrą książkę. Do zachwytu czegoś mi zabrakło, ale historia Pecoli na długo pozostanie w mojej pamięci.

______________________________________
Toni Morrison Najbardziej niebieskie oko
przeł. Sławomir Studniarz
Wyd. Świat Książki, Warszawa 2014