poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Ciasto ze śliwkami

Ewa Lipska

Ciasto ze śliwkami

Zdejmuję z twojej twarzy
okruszek kruchego ciasta ze śliwkami.
Maleńka czcionka czułości.

Z dala od wszelkich pomysłów
kładę go na starej porcelanie kartki.
Niech się zapisze na zawsze.

Nie wiadomo kiedy
zdmuchnął wszystko przeciąg.
Ktoś otworzył okno. Ktoś otworzył drzwi.

Po latach wciąż
spaceruję po cukierniach.
Mam żal że mi się tylko zdajesz.
I nawet noc się nie domyśla
kiedy jesteśmy razem.


___________________________________________
Ewa Lipska Gdzie indziej, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2005


wtorek, 25 sierpnia 2015

W kolorze sepii

Fabuła Pejzażu w kolorze sepii koncentruje się wokół historii Etsuke oraz jej wspomnień z Nagasaki, które opuściła kilka lat po wojnie, by wyemigrować do Europy. Od początku wiadomo, że nastoletnia córka narratorki popełniła samobójstwo, jednak temat ten będzie dyplomatycznie omijany. Dopiero finał powieści rzuci nieco światła na kulisy tragedii, choć przy okazji nasunie nowe pytania. Przeszłość bohaterów okaże się tak niewyraźna jak widok wzgórz często obserwowanych przez Etsuke.


W debiucie Kazuo Ishiguro z 1982 r. najciekawsze wydały mi się wątki poboczne oraz sposób, w jaki autor pisze o wojnie i jej następstwach. Od czasu do czasu napomyka o wybuchu bomby atomowej, o zniszczeniu miasta i okupacji amerykańskiej, przy czym – co charakterystyczne – za każdym razem unika jakiejkolwiek oceny sytuacji. Bardziej wyraziście odnotowuje zmiany zachodzące w społeczeństwie japońskim: odwrót od dawnych wartości, zmniejszające się różnice klasowe i rosnącą niezależność kobiet. Daje się odczuć, że dawny porządek powoli, aczkolwiek z dużym oporem, ustępuje miejsca nowemu.

Ishiguro pisze powściągliwie i mnoży dwuznaczności, pozostawiając odbiorcy dość szerokie pole do interpretacji. Autor posłowia, David Malcolm, psuje niestety efekt zamierzonej „niewyraźności” (tytuł oryginalny to A Pale View of Hills) i wykłada kawę na ławę. Zupełnie niepotrzebnie, bo fabuła nie jest aż tak skomplikowana, żeby czytelnik musiał korzystać z podpowiedzi. Przeciwnie – to właśnie w niedopowiedzeniach tkwi siła i urok Pejzażu….

_____________________________________________________
Kazuo Ishiguro Pejzaż w kolorze sepii, przeł. Krzysztof Filip Rudolf, Wyd. Rebis, Poznań 1995


czwartek, 20 sierpnia 2015

Literacka zdrada

Jeśli w treści utworu pojawia się Antygona, a krótko później Ismena, obie postaci można potraktować jako zapowiedź tragedii. Nie inaczej jest w „Dzienniku zdrady”, w którym wątek ofiary i grzebania posłużył za kanwę bardzo współczesnej opowieści o losie i namiętnościach.


Zapowiadało się nieźle, ostatecznie o książce Emiliosa Solomou wiele dobrego nie da się jednak powiedzieć. Historia wykładowcy uniwersyteckiego wdającego się w romans ze studentką nie jest oryginalna, podobnie jak prawda, że ludzka natura nie zmienia się od stuleci. Nie pomaga wpleciona w fabułę archeologia wraz z mitologią ani surowa sceneria wyspy Kufonisi. Powiem więcej – mimo pozorów literackiego wyrafinowania całość pozostaje czytadłem, na dodatek nieco nużącym.

Cóż, zachciało mi się popróbować literatury tworzonej w języku greckim i mam za swoje. Niesmaku „Dziennik zdrady” nie pozostawił, ale z pewnością skutecznie zahamował mój apetyt na kolejne spotkania z prozą tego regionu geograficznego. Chyba pora zmienić kierunek poszukiwań.

_____________________________
Emilios Solomou Dziennik zdrady
przeł. Ewa T. Szyler, Wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2015

sobota, 15 sierpnia 2015

Z nieszczerym poważaniem czyli o dedykacjach

Zanim zacząłem być drukowany, dedykacje pisywałem tylko w książkach, które ofiarowywałem znajomi, i nagle, w ciągu jednego dnia, stanąłem w obliczu konieczności wpisywania się do książek ludziom, którzy sami je kupili, a których nigdy w życiu nie spotkałem. Co też możesz napisać komuś, o kim kompletnie nie wiesz, co on za jeden, a to, kim jest, może oscylować gdzieś między seryjnym zabójcą a Sprawiedliwym Wśród Narodów Świata? „Z przyjaźnią" graniczyłoby z kłamstwem, „Z wyrazami szacunku" też za bardzo nie trzyma się kupy, „Z najlepszymi życzeniami" brzmi jakoś jak z koncertu życzeń, a „Z nadzieją, że moja książka się spodoba!" - wije się i poci od pierwszej litery do wykrzyknika na końcu. I tak, dokładnie osiemnaście lat temu, ostatniego wieczoru mojego pierwszego Tygodnia Książki, wynalazłem własny gatunek fałszywych dedykacji. Bo jeśli opowiadania w książce są zupełną fikcją, to dlaczego akurat dedykacja miałaby być prawdziwa?

Etgar Keret z synem na spotkaniu z czytelnikami (źródło)

„Daniemu, który uratował mi życie. Gdyby tego krwawienia nie zatamował, nie byłoby ani mnie, ani książki".
„Mikiemu - Twoja matka dzwoniła. Trzasnąłem jej słuchawką. Żebyś nie śmiał mi się tu więcej pokazać".
„Synajowi - wrócę dziś wieczorem późno, ale zostawiłem Ci czulent w lodówce".
„Noa, gdzie moja dycha, no gdzie? Powiedziałaś dwa dni, a minął już miesiąc. Wciąż czekam".
„Tzikiemu - przyznaję, że zachowałem się jak gówniarz. Ale jeśli Twoja siostra mogła mi wybaczyć, Ty też możesz".
„Awramowi - nieważne, co pokazują testy laboratoryjne, dla mnie zawsze będziesz ojcem".


Z perspektywy osiemnastu lat i ciosu w twarz widzę, że nie należało temu wysokiemu, ostrzyżonemu jak marines, który kupował prezent dla swojej dziewczyny, wpisywać: „Bosmat, obydwoje wiemy, że nawet jeśli teraz jesteś z kimś innym, i tak w końcu do mnie wrócisz". Nawiasem mówiąc, ten wysoki też mógł mi to jakoś grzecznie powiedzieć, zamiast od razu bić. W każdym razie dostałem lekcję, i to bolesną i od tej pory podczas każdego Tygodnia Książki, nawet jeśli przez chwilę świerzbi mnie pióro, żeby w egzemplarzu Ikiego czy innego Szlomiego napisać, że kiedy następnym razem zobaczy coś ode mnie na papierze, będzie to pismo od adwokata, wciągam głęboko powietrze i gryzmolę jakieś „Z pozdrowieniami", co jest może nudniejsze, przyznaję, ale za to twarz mniej boli.

Więc jeśli ten wysoki i Bosmat to czytają, chciałbym okazać, wprawdzie spóźnioną, skruchę i przeprosić. A jeśli przypadkiem również Ty to czytasz, Noa, to wiedz, że ciągle czekam na moją dychę.

Etgar Keret Z nieszczerym poważaniem w: Siedem dobrych lat, Warszawa 2014, s. 26-28


poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Siedem dobrych lat

Nie sądziłam, że Etgar Keret jeszcze mnie zaskoczy, a jednak stało się: zaskoczył, na dodatek bardzo pozytywnie. Po kilku zbiorach opowiadań całkiem niezłych lub takich sobie, które ostatecznie pozostawiły po sobie raczej mgliste wspomnienie, przyszła pora na rzecz świetną czyli „Siedem dobrych lat”.


Co odróżnia najnowszą książkę izraelskiego pisarza od wcześniejszych, to liczne wątki autobiograficzne. Głównym bohaterem opowiadań jest naturalnie Keret – ze swoimi obawami, dziwactwami i pomysłami nie z tej ziemi, ale autor sporo miejsca poświęca też najbliższym. Już na pierwszych stronach relacjonuje narodziny syna, który pojawi się jeszcze kilkakrotnie (m.in. jako syn ćpun, syn psychopata, syn światły;)), w dalszej części kreśli czułe portrety rodziców i rodzeństwa, nie skąpi również uwagi żonie, skutecznie neutralizującej mężowskie szaleństwa.

Keret bawi, gdy pisze o spotkaniach autorskich, o zbywaniu przez telefon natrętnych sprzedawców albo o śledzeniu przejawów antysemityzmu; wzrusza, gdy opisuje chorobę ojca lub wizyty w Polsce, podczas których odwiedzał miejsca wspominane przez jego matkę, urodzoną przed wojną w Warszawie. Od czasu do czasu Keret poważnieje i skupia się na sprawach istotnych, można powiedzieć – życia i śmierci: rozważa możliwości zabezpieczenia na wypadek wojny, omawia kwestię posłania syna do wojska w odległej przyszłości, opisuje alarm antyrakietowy.

„Siedem dobrych lat” jest na tyle urokliwą książką, że jej lekturę starannie się dozuje, aby przyjemności starczyło na dłużej. I choć opowiadania są głęboko zanurzone w izraelskiej rzeczywistości, czytając o kolejnych perypetiach pisarza można poczuć się jak w towarzystwie dobrego znajomego. Takiego, z którym żal się rozstawać.

_____________________________
Etgar Keret, Siedem dobrych lat
przeł. Agnieszka Maciejowska, Maja Lavergne
Wyd. W.A.B., Warszawa 2014


wtorek, 4 sierpnia 2015

Historia pewnego obrazu

„Początek świata” Gustave’a Courbeta nie jest chyba szczególnie znanym obrazem i nie ma się czemu dziwić, ponieważ dopiero w latach 70. ubiegłego stulecia został udostępniony szerszej publiczności. Wcześniej cieszył oko nielicznych: powstał na zlecenie w 1886 r. i przez dekady znajdował się w prywatnych kolekcjach. Skrywany za zieloną zasłoną albo pokazywany w podwójnej ramie zamykanej na klucz pod innym obrazem nabrał niemal charakteru fetyszu, o czym dzisiaj czyta się z lekkim rozbawieniem.


Książka Thierry’ego Savatiera jest w istocie zapisem drobiazgowego śledztwa. Autor – z zawodu doradca biznesowy, z zamiłowania historyk sztuki – prześledził wędrówkę „Początku świata” i udowodnił, że losy obrazu mogą być równie zajmujące co jego treść. Kilkakrotnie zmieniali się właściciele, zmieniała się również sytuacja polityczna oraz obyczajowość, i wszystko to miało czasem niebagatelny wpływ na „życie” płótna Courbeta. Dość powiedzieć, że gdyby nie wytrwałość i zamożność węgierskich spadkobierców, obrazu prawdopodobnie nie udałoby się odzyskać z rąk Rosjan po drugiej wojnie światowej. Spośród przytoczonych opowieści najbardziej zafrapowała mnie ta o pierwszym właścicielu czyli tureckim dyplomacie Chalil Beju oraz o ostatnim czyli znanym psychoanalityku Jacques'u Lacanie, który ponoć nie lubił, gdy ktoś wyręczał go w ceremonii odsłaniania i prezentowania dzieła wybranym gościom.


Savatier zadał sobie sporo trudu, aby ustalić pewne fakty (czym zresztą co rusz się chwali), poskąpił niestety informacji na temat samego Courbeta, nie pokusił się również o analizę obrazu. Szkoda, bo bez nich historia „Początku świata” wydaje się niepełna i pozostaje głównie opowieścią o charakterze detektywistycznym. Tak czy inaczej, ten obraz o wymiarach 55 cm x 46 cm uznawany niegdyś za osobliwość i pornograficzny szkic można obecnie oglądać w paryskim Muzeum Orsay.

______________________________________________________________
Thierry Savatier: Początek świata. Historia obrazu Gustave’a Courbeta
tłum. Krystyna Belaid, Wyd. Słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2015 

czwartek, 30 lipca 2015

Poza mapą

Dążenie do kompletności sprawia, że tęsknimy za poszukiwaniem, za zgłębianiem tego, co nierozpoznane, i bez końca rozwodzimy się nad potrzebą nowości i ucieczki. W tym kontekście nienazwane i porzucone miejsca - zarówno odlegle, jak i te, które mijamy każdego dnia - zyskują romantyczną aurę. Nawet w gruntownie zbadanym świecie odkrywanie wcale się nie kończy; po prostu musi zostać wymyślone na nowo. [s. 16]

„Poza mapą” jest dobrym dowodem na to, że odkrywanie świata nie ma końca. W czasach, kiedy biura podróży oferują wyjazdy na bodaj każdy kontynent, Alastair Bonnett wziął pod lupę miejsca nieoczywiste i mało (przynajmniej jak dotąd) atrakcyjne dla turystów: ukryte lub wymarłe, ziemie niczyje, pływające wyspy, enklawy oraz miejsca o specjalnym statusie.


Najbardziej zafrapowała mnie ta ostatnia kategoria, obejmująca m.in. magazyn wolnocłowy w Genewie, międzynarodową przestrzeń powietrzną, więzienie CIA w Bukareszcie oraz bazę wojskową Camp Zeist. Standardowe reguły nie mają w tych miejscach zastosowania, zdarza się, że rządy prowadzą tu działania dość tajemnicze i/lub niedozwolone w innych okolicznościach. Nasuwa się pytanie, ile podobnych tworów może znajdować się w naszym kraju.

Równie ciekawy wydał mi się rozdział o ukrytej geografii, do której autor zaliczył miejsca tak zwyczajne jak lisia nora oraz te całkowicie niezwyczajne czyli struktury zamknięte (kompleks produkcyjny plutonu Żeleznogorsk), trudno dostępne (podziemne miasta Kapadocji) lub zaskakujące ze względu na infrastrukturę (Cmentarz Północny w Manili zamieszkany przez okoliczną biedotę).

Bonnett opisał 47 lokalizacji, w większości mało znanych i chwała mu za to. Pokazał, jak ważnym aspektem ludzkiej tożsamości jest miejsce, choć obecnie pojęcie to często się deprecjonuje i zastępuje ideą przestrzeni. „Poza mapą” to bardzo dobra książka, dająca bodziec do dalszych poszukiwań, a może nawet i wycieczek.

____________________________________________________
Alastair Bonnett Poza mapą. Utracone przestrzenie, niewidzialne miasta, zapomniane wyspy, dzikie miejsca, tłum. Jacek Żuławnik, Dom Wydawniczy PWN, Warszawa 2015