czwartek, 23 października 2014

Ulica Ciemnych Sklepików

Po falstarcie, jakim była płytka i bezbarwna „Zagubiona dzielnica” Patricka Modiano, mój wybór padł na „Ulicę Ciemnych Sklepików”, laureatkę Nagrody Goncourtów w 1978 r. Cóż, olśnienia nie było, raczej małe déjà vu. Narrator znowu szuka śladów dawnego życia, znowu podąża tropami podrzucanymi przez osoby, które gdzieś, kiedyś spotkał i naturalnie znowu błądzi. Wygląda na to, że od rozwiązania zagadki ważniejsze są same poszukiwania.


W „Ulicy…” ciekawostką jest fakt, że przeszłości oraz własnej tożsamości, szuka mężczyzna cierpiący na amnezję. Jego żmudne śledztwo nawet intryguje, przynajmniej do chwili, kiedy pewne chwyty nie zaczną się powtarzać i nasuwać wątpliwości. Pewnie wymagam za dużo od autora, ale aż chce się zapytać: dlaczego Guy rozpoczyna poszukiwania z dziesięcioletnim opóźnieniem? Co w nim takiego jest, że nowo poznane osoby bez wahania wpuszczają go do swoich mieszkań, obdarowują starymi zdjęciami i hojnie dzielą się informacjami? Od strony psychologicznej książka kompletnie zawodzi, za powieść sensacyjną czy detektywistyczną także trudno ją uznać. Pozostaje atmosfera tajemniczości i nostalgii – tu akurat Modiano całkiem nieźle sobie radzi. Dość atrakcyjnie, choć bardzo skrótowo przedstawił również paryski światek arystokracji i rosyjskiej emigracji.

Więcej dobrego o tej książce nie mogę powiedzieć, chyba nie po drodze mi z melancholijnym Francuzem. Wątek odtwarzania przeszłości ze strzępów wspomnień nie uderza oryginalnością, z kolei główny bohater jest zbyt mdły, aby poruszyć czytelnika. To rodzaj prozy, która nie stawia istotnych pytań, pozwala natomiast zastanowić się nad naturą ludzkiej (nie)pamięci. Oby nie był to jedyny temat poruszany przez Modiano w innych powieściach.

_________________________________________
Patrick Modiano „Ulica Ciemnych Sklepików”
tłum. Eligia Bąkowska
Wyd. Czytelnik, Warszawa 1981


sobota, 18 października 2014

W powietrzu

Za bohaterką najnowszej powieści Ingi Iwasiów trudno nadążyć – co rozdział to nowy kochanek lub kochanka, czasem nawet kilkoro jednocześnie. Gdyby miała stworzyć miłosne cv, pod względem różnorodnych doświadczeń i długości stażu byłoby imponujące. Warto zaznaczyć, że nie jest ślicznotką ani nimfomanką; ot, ma ponadprzeciętne potrzeby, a i okazji do ich realizowania też jakby więcej. Pora uwierzyć, że instytut (uniwersytecki?) oraz redakcja czasopisma literackiego mogą być ekscytującymi miejscami.;)


Bezimienna narratorka „W powietrzu” nie ma w sobie nic ze stereotypu, co jest pierwszym dużym plusem książki. Jeszcze większą zaletą jest wszechobecna erotyka: soczysta, bezpruderyjna i jednocześnie pozbawiona wulgaryzmów. Okazuje się, że można pisać o orgazmach, nie używając dosadnych słów lub – dla odmiany – eufemizmów, i nie wprowadzać czytelnika w zakłopotanie. Iwasiów pisze zresztą jakby od niechcenia i bez zadęcia, w opowieść o dojrzewaniu seksualnym bohaterki zgrabnie wplatając przebitki z obyczajowości polskiej z przestrzeni trzech dekad. Wszystko tu jest akuratne, napisane z ikrą i delikatną ironią.

Kto będzie szukał w powieści Iwasiów serioznego portretu sfrustrowanej i zmęczonej życiem Polki, może poczuć się zawiedziony. „W powietrzu” to spotkanie z kobietą inteligentną i niesamowicie wolną, poszukującą spełnienia, które mylnie można brać wyłącznie za spełnienie seksualne. Bohaterka książki jest znacznie bardziej złożoną postacią i nie daje się łatwo zaszufladkować. Na szczęście dla czytelnika, bo nie musiał brnąć przez oczywistości. Dobra robota.

__________________________________________________________
Inga Iwasiów „W powietrzu”, Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2014 

wtorek, 14 października 2014

Siłaczka, Pimko i inni

    Wyjścia z panem Andrewsem nie przypominały wycieczek geograficznych ani wizyt w muzeum nauk przyrodniczych, gdzie pan Boyle rozdawał nam długie kwestionariusze do wypełnienia, a potem sprawdzał każdą odpowiedź, żeby się przekonać, czy nie opuściliśmy żadnych eksponatów. Podczas wyjść z panem Andrewsem słyszeliśmy:
    Jeśli się znudzicie, idźcie do baru na colę.
    Albo wysyłał nas do galerii z poleceniem, by wybrać tylko jeden obraz – taki, który w ogóle nam się nie podoba – i stać przed nim dopóty, dopóki nie spisze się wszystkich rzeczy, które nam w nim przeszkadzają. I kiedy wykonało się jego polecenie, czasem okazywało się, że obraz zaczyna trochę bardziej nam się podobać.
    Po takiej wyprawie rozdawał nam notatki i cytaty związane z obejrzaną właśnie wystawą. Mówił:
    Przeczytajcie te rzeczy zastanówcie się nad nimi i omówicie je; a następnym razem, kiedy będziecie coś malować, całkowicie wyrzućcie je z głowy.
Martyn Bedford „Repetycje”, Rebis, Poznań 2002, s. 188

Zawsze lubiłam powieści o nauczycielach, a pan Andrews wydał mi się jednym z oryginalniejszych przedstawicieli tej profesji. W literaturze to dość częsty wątek, a przypadające dzisiaj Święto Edukacji Narodowej skłania do przypomnienia sobie co ciekawszych książkowych belfrów.

Maggie Smith jako panna Brodie w ekranizacji Ronalda Neame'a

W czasach szkolnych najbardziej zapadła mi w pamięć naturalnie Stanisława Bozowska vel Siłaczka Żeromskiego oraz gombrowiczowski profesor Pimko, jakiś czas później nauczycielka z „Konopielki” Redlińskiego i Marian Grzyb z „Awansu” tego samego autora. O dziwo, nauczyciel zagościł także w poezji pod postacią „Pana od przyrody” Herberta. Jest jeszcze fantastyczny Pan Kleks i niewiele więcej: polonista-kobieciarz ze „Spisu cudzołożnic” Pilcha, tytułowa „Madame” Libery, a ostatnio Srebroń w „Sto dni bez słońca” Szostaka.

Co innego literatura światowa, zwłaszcza anglosaska. Tu nauczyciele są od lat znacznie lepiej widoczni. Pierwsze skojarzenia to bohaterki i bohaterowie następujących książek (wszystkie sfilmowano):

Nancy H. Kleinbaum „Stowarzyszenie Umarłych Poetów”
Elfriede Jelinek „Pianistka”
Zoe Heller „Notatki o skandalu”
Evelyn Waugh „Zmierzch i upadek”

Liczniejszą reprezentację stanowią wykładowcy akademiccy, często przedstawiani mniej lub bardziej ironicznie:

Kingsley Amis “Jim Szczęściarz”, „Gruby Anglik”, „Dziewczyna taka jak ty”
Malcolm Bradbury „Homo Historicus” i „Kursy wymiany”
David Lodge “Zamiana”, “Mały światek” i „Fajna robota”
Vladimir Nabokov „Pnin”
Michael Chabon „Cudowni chłopcy”
Richard Russo „Prawy człowiek”
Javier Marias „Wszystkie dusze”

Akademików sportretowanych w poważnym, a nawet dramatycznym tonie, znajdziemy tu:

John Williams „Pan Stoner”
Carol Joyce Oates „Zbłocona”
Philip Roth “Ludzka skaza”, “Konające zwierzę”
John Coetzee “Hańba”

Profesja nauczyciela pomniejszą rolę odgrywa również w powieściach:

John Updike “Centaur”
Saul Bellow “Herzog”
Jose Saramago “Podwojenie”
Stephen King “Dallas'63"
Magda Szabo “Świniobicie”
Alison Lurie “Sprawy zagraniczne”

I nie zapominajmy o pedagogach starej daty, także o guwernantkach:

Emily Bronte “Dziwne losy Jane Eyre”,
Anne Bronte “Agnes Grey”
Charlotte Bronte “Vilette”, “Professor”
Willa Cather “Dom pana profesora”

Gdyby ktoś chciał dodać swoje nauczycielskie typy (z literatury dla dorosłych), będę wdzięczna za podpowiedzi.

 
A wszystkim nauczycielom, wykładowcom i pedagogom składam serdeczne życzenia w dniu ich święta – oby kaganek oświaty nie była dla Was zbyt uciążliwy.;)



piątek, 10 października 2014

Kolega o koledze

Przez długi czas sądziłem, że Patrick Modiano pisze ciągle takie same książki; a tak naprawdę to jest wciąż jedna i ta sama książka. Buduje domek z kart, a potem na niego dmucha. Gdyby czytelnicy chcieli być lojalni wobec jego marzenia, musieliby układać te powieści jedną na drugiej, żeby wznieść z nich miniaturową katedrę. Modiano to Proust lakoniczny. Jego książki opowiadają tę samą historię co "W poszukiwaniu…": w jaki sposób nieobecność matki kształtuje pisarza. Nade wszystko lubię ów bezbrzeżnie smutny paragraf, który jednakże wywoływał salwy śmiechu wśród publiczności wszędzie tam, gdzie Edouard Baer czytał go na scenie: „Była to ładna dziewczyna o zimnym sercu. Narzeczony kupił jej psa rasy chow-chow, ale ona nie zajmowała się nim i podrzucała go rożnym ludziom, tak jak później będzie robiła ze mną. Chow-chow popełnił samobójstwo, skacząc z okna”.

Tyle Frédéric Beigbeder o rodzimym koledze po fachu i od wczoraj laureacie literackiej Nagrody Nobla, którego książkę Un pedigree umieścił na 50. pozycji swojej listy stu książek, które trzeba przeczytać na papierze zanim będzie za późno" (do obadania niebawem w "Pierwszym bilansie po apokalipsie”). Pociesza fakt, że Modiano w ogóle znalazł się na tej liście.;)

Na stronie Polskiego Radia można odsłuchać wczorajszą audycję o Patricku Modiano. Tymczasem w sobotę i niedzielę będzie można wysłuchać adaptacji najsłynniejszej powieści "Ulica ciemnych sklepików". Więcej informacji TU.

Patrick Modiano (źródło zdjęcia)

wtorek, 7 października 2014

Kup mi serce

Mowa będzie o jednym z najpiękniejszych świadectw kultury odpustowej, o sercach. Serca bywają z pszennej mąki, a także z piernika. Malutkie i ogromniaste. Barwne i słodkie. Do konsumpcji i do kontemplacji. Po brzegach lukrowe zawijasy, po środku jakaś sentencja albo fotografia, albo jedno i drugie. Dzisiejszość, która zaatakowała odpusty dywizjami Klossów i Pancernych, która serwuje Gołasa lub Gajosa w miejsce Wiary, Nadziei i Miłości, niewiele oszczędziła z dawnych jarmarcznych kolorków. Po dalekich wsiach, na malejących powiatowych peryferiach trafiają się jeszcze odpusty, rozumiane jako wielka towarzyska okazja i przegląd sił matrymonialnych, i demonstracja kawalerskiego gestu. Tamtejsi jeszcze prowadzą grę w odpust, ale bliżej miasta impreza ma charakter czysto nawykowy. Idzie się do tych straganów, jak na każdy kiermasz. Boże, gdzie są czasy, kiedy człowiek z łaski kupował glinianego Pana Jezusa na glinianym osiołku, i ten osiołek gwizdał, jeśli mu zadmuchano w pupę... Odpust naszych lat to już metal, fotografia i sztuczne tworzywa. Tylko patrzeć, jak ostatni święty Antoni abdykuje na korzyść Mikulskiego. [s. 185-6]


Powyższy fragment pochodzi z tytułowego reportażu w zbiorze „Kup mi serce”, zawierającym teksty z początku lat 70-tych pisane dla „Polityki”. Fragment nieco długi, ale w moim odczuciu dobrze oddaje ducha książki i koloryt epoki. Czy Strońska pisze o jarmarkach czy o malarzach naiwnych ze śląskich kopalń, o turystycznych początkach Krynicy Morskiej czy o legendarnych już wystawach fotografii erotycznej „Venus” w Krakowie, za każdym razem udaje jej się oddać klimat miejsca i osobowość bohatera. Można wręcz odnieść wrażenie oglądania filmu dokumentalnego, zwłaszcza wówczas, gdy Strońska oddaje głos swoim rozmówcom. Takim jak hutnik Łągwa, który relacjonuje swoją ścieżkę kariery, jak pacjentki ze szpitalnego oddziału hematologii, albo dyrektor przedsiębiorstwa i skonfliktowani z nim przedstawiciele rady zakładowej. Tu dokładnie widać znaczenie języka w reportażu: nowomowa biurokratyczna i propagandowa, żargon zawodowy i potoczny język zwykłych ludzi są w „Kup mi serce” tym, czym aktorski kostium w filmie.

Mimo wyraźnej dbałości o styl Strońska nie jest reportażystką idealną (może lepszym określeniem byłoby: publicystką). Nie zawsze panuje nad materiałem, trafiają się teksty przegadane i z lekka chaotyczne. Jakkolwiek stara się przedstawić problem z różnych perspektyw, o obiektywizmie nie ma mowy: dziennikarka przemyca własne zdanie, sugeruje rozwiązania. Tak jest m.in. w przypadku artykułu o kierowaniu dzieci trudnych do poprawczaków, o skomplikowanej kwestii narodowościowej na Śląsku albo o epidemii chorób wenerycznych w Małopolsce. Całkowicie bezstronna bywa rzadko, wyjątkiem jest chyba jedynie reportaż o rozrywkach na wsi („Mała czarna w Jaśkowicach”). I choć obecnie pisze się inaczej, także dla pism opiniotwórczych, obrazki odmalowane przez Strońską są cennym i atrakcyjnym świadectwem peerelowskiej rzeczywistości. Na koniec jeszcze jeden fragment z tytułowego reportażu – autorka zastanawiała się nad odległą przyszłością czyli naszą teraźniejszością:

Ciekawe, co też zaserwuje swoim współczesnym odpust z lat dwutysięcznych. Martwą naturę z Marsa? Różańce z księżycowych kamieni? Golemów z piernika? Ktoś znowu będzie się wybrzydzał na jelenie przy kosmicznym wodopoju i międzyplanetarne statki o zachodzie nam nie znanych słońc; ktoś znowu ujmie się za przemijającym I ogłosi videoreportaż z pochwałą tej prawdziwej, tej pięknej kultury odpustowej, do której mieli jeszcze szczęście obywatele XX wieku. [s. 192]

____________________________________________________
Anna Strońska „Kup mi serce”, Czytelnik, Warszawa 1975


czwartek, 2 października 2014

Testament Marii

Maria w interpretacji Colma Toibina jest starą, zgorzkniałą kobietą, która stroni od ludzi i pragnie jedynie spokoju. Ma szczerze dosyć nachodzących ją opiekunów, jeszcze bardziej dość ma ich opowieści o wydarzeniach sprzed lat. Owszem, ubolewa nad śmiercią syna, ale nie dopatruje się w tym traumatycznym zdarzeniu większego znaczenia. Gdy słyszy, że ukrzyżowanie Jezusa zbawiło świat, odpowiada bez wahania, że nie było warto.


Pokazać postać obdarzoną kultem jako zwykłą matkę to ciekawy zabieg. Bohaterka, w Biblii niema i bierna, w opowiadaniu Toibina otrzymuje prawo głosu i korzysta z niego bez skrępowania. Daje upust goryczy i złości, ironizuje i kpi. Syna uważa za pyszałka, który włóczył się z grupą nieudaczników, spod krzyża uciekła ze strachu, a w zmartwychwstanie nie wierzy. Rzekome zbawienie ludzkości nie jest dla kobiety żadną pociechą, wolałaby widzieć syna żywym. Podejście być może egoistyczne, ale jakże ludzkie. Ta prawdziwość odczuć jest zresztą największą siłą „Testamentu…” - nie ma wątpliwości, że mówi matka, która straciła dziecko.

Choć monolog Marii jest w rzeczywistości świadectwem niewiary, punkt widzenia autora raczej nie szokuje, co najwyżej zaskakuje. Pisarz „wyrwał” swoją bohaterkę z roli świętej i dostrzegł w niej człowieka – tylko tyle albo aż tyle. Mimo kilku nieścisłości formalnych pomysł broni się, zwłaszcza że całość jest wysmakowana stylistycznie. Książka nie robi piorunującego wrażenia (głównie za sprawą monotonnej narracji), ale działa na wyobraźnię i zachęca do spekulacji: a jeśli Toibin się nie mylił?


_____________________________
Colm Toibin Testament Marii
przeł. Jerzy Kozłowski
Wydawnictwo PWN, Warszawa 2014


niedziela, 28 września 2014

Chiński rarytas à la Mo Yan

     Na okrągłym, oddzielonym przepierzeniem stoliku o średnicy trzech metrów w restauracji Huai Yang Chun na trzecim piętrze luksusowego hotelu stoi kilkanaście wspaniałych dań. Na ścianie naprzeciwko drzwi, obitej czerwonym aksamitem, wytłoczony jest pozłacany wzór z przynoszącymi szczęście smokami i feniksami. Dokoła stołu stoi dwanaście krzeseł, lecz siedzi przy nim tylko szef Lan.
    Obiema rękami podpiera brodę, a spojrzenie ma przygnębione i smutne. Niektóre z wyśmienitych przysmaków wciąż jeszcze parują, inne zupełnie już wystygły. Do środka wchodzi kelner w białym ubraniu, prowadzony przez hostessę w czerwonej garsonce. Niesie w rękach wielki pozłacany talerz, na którym znajduje się mniejsze naczynie, a w nim z kolei leży kawałek pływającego w złocistym sosie jedzenia, wydzielający niebiańską woń. Hostessa zdejmuje mniejszy talerz z większego i stawia go przed szefem Lanem, mówiąc cicho:
    - Panie Lan, oto chrząstka z nosa słynnego jesiotra z Amuru, nazywana potocznie smoczą kością. W społeczeństwie feudalnym danie to jadał tylko cesarz. Przygotowanie jest bardzo trudne. Należy moczyć ją w białym occie przez trzy dni i noce, po czym dusić przez całą dobę w rosole z bażanta. Tę smoczą kość przygotował własnoręcznie szef, proszę spróbować, póki gorące.
    Szef Lan odpowiada jednak obojętnie:
    - Podzielcie na dwie porcje i zapakujcie na wynos, a potem dostarczcie do rezydencji na Górze Feniksa. Jedną porcję dajcie Napoleonowi*, drugą - Vivien Lee**.
    Hostessa unosi ze zdumieniem długie brwi, lecz nie ma odwagi oponować. Szef Lan wstaje i mówi:
    - Przygotujcie miskę makaronu z sosem i zanieście ją do mojego pokoju.

Mo Yan, Bum!, przeł. Agnieszka Wulik, WAB, Warszawa 2013 [s. 363-364]
________
*)**) Napoleon i Vivien Lee - pieski należące do kochanki szefa Lana


Smocza kość za droga, makaron z sosem za skromny i za chudy, ale makaron z dodatkami to już coś. Przepis na Bami Goreng wypróbowywałam niejednokrotnie, zawsze z pozytywnym skutkiem. Szczególnie dobrze smakuje jesienią.

Bami Goreng (proporcje na 2 porcje):
30 g makaronu nitki
100 g marchwi
100 g pora
50 g cebuli
1 ząbek czosnku
100 g kapusty pekińskiej
1/2 pęczka natki pietruszki
250 g schabu bez kości
1 łyżka oleju
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżeczka soku z limet
sól, świeżo zmielony pieprz

Makaron gotować w osolonej wodzie 5 min., potem odcedzić i odlać przy tym 150 mi wody. Cebulę i pora obrać, pokroić w piastry, marchew w słupki. Czosnek obrać i zmiażdżyć. Kapustę pekińską pokroić w paseczki. Natkę pietruszki posiekać. Mięso pokroić w cieniutkie plasterki.
Rozgrzać olej, podsmażyć w nim silnie mięso i wyjąć. Włożyć do tłuszczu marchew, pora, cebulę, smażyć. Dolać osoloną wodę pozostałą z gotowania makaronu i sos sojowy. Dusić 5 min. bez przykrycia.
Dodać mięso, makaron nitki, kapustę chińską i natkę pietruszki. Doprawić do smaku sokiem z limety, pieprzem i solą.