środa, 27 maja 2015

O poranku

Szymon Słomczyński

Edward Hopper, The Morning Sun

Poranne światło z łatwością rozdziela
wstyd od zdumienia. Ona się czerwieni,
bo pozwoliła najśmielej się dotknąć.
Dziwi się świetlnie, bo to było milsze
niż wszystko wcześniej. Pod ceglanym dachem

gnieżdżą się ludzie, którzy po dniu pracy
nie zwykli się myć. Cuchną robotniczo,
ona pachnie mydłem, miejscami wczorajszym
mężczyzną i snem. Oni się wciąż mnożą,
ona jest jedyna, tli się pojedynczo

od stóp aż po kok, ciągle podglądana
i oskarżana o lekką dziewczęcość
(Jo Hopper, żona, była tą modelką;
i miała wtedy siedemdziesiąt jeden
lat). Czy to jest żart, bezwzględne szyderstwo,

na które sobie nie malarz pozwolił,
tylko ja, teraz, sprowadzając obraz
na niski poziom mojej wyobraźni,
gdzie modelka-żona nie ma zupełnie nic
pod tą sukienką, czyli nie ma nawet

ani jednej piersi, żadnej gładkiej skóry,
płytkiego pępka, a niżej jest tylko
powietrze, więc swąd - palonych za oknem
traw i benzyny, zapach umierania
tak doskonale, właśnie tu, ujęty?

______________________________________________________
Szymon Słomczyński, Nadjeżdża, Biuro Literackie, Wrocław 2014, s. 41


 Edward Hopper, The Morning Sun (źródło)

piątek, 22 maja 2015

Noc przed festynem

Nasz festyn Anny. Co tak naprawdę świętujemy, tego nie wie nikt. Nie ma żadnej rocznicy, nic się nie kończy ani nigdy nie zaczęło w tym konkretnym dniu. Świętej Anny obchodzi się kiedyś w lecie, a święci już nie są dla nas żadną świętością. Może po prostu świętujemy fakt, że ono jest: Fürstenfelde. I to, co o nim opowiadamy. [s. 30]

Fürstenfelde w rzeczywistości nie istnieje, w powieści Stanišić jest natomiast zapomnianą przez Boga i ludzi wioską we wschodnich Niemczech. Pięknie położoną pośród lasów i dwóch jezior, ale powoli wymierającą. Być może właśnie dlatego mieszkańcy kurczowo trzymają się tradycji corocznego festynu oraz podań związanych z ich regionem. Samo Fürstenfelde także można włożyć między bajki: jest zbieraniną tak barwnych postaci i sceną tak osobliwych zdarzeń, że dostarczyłyby materiału na niejedną legendę.


„Noc przed festynem” jest zresztą utrzymana w nieco baśniowym tonie. Od pierwszych stron jest tu co najmniej dziwnie: wiadomo, że zmarł przewoźnik (pierwsze dwa zdania brzmią: Jesteśmy smutni. Nasz przewoźnik nie żyje), we wsi daje się wyczuć niepokój i napięcie, mieszkańcy z różnych powodów wyruszają w noc. Coś wisi w powietrzu, zapewne coś się stanie i przypuszczalnie, nie będzie to nic dobrego. Emerytowany wojskowy, astmatyczka Anna, hodowca kur, dwaj rymujący przybysze znikąd, strażniczka archiwum, uczeń dzwonnika, miejscowi chuligani i lisica wyruszająca na łowy tylko potęgują wrażenie niesamowitości. Do tego co chwilę odzywają się bliżej nieokreśleni „my”, wprowadzając do opowieści dość złowieszczy nastrój. Jest tajemniczo, groźnie, ale na szczęście też zabawnie.

Stanišić stworzył niezwykłą mozaikę: przeszłość wymieszał z teraźniejszością, dramat z komedią, baśń z prawdą. Można tę książkę traktować jako hiperbolę małej ojczyzny lub wschodnioniemieckiej rzeczywistości ćwierć wieku po zjednoczeniu Niemiec. Mnie „Noc przed festynem” zachwyciła przede wszystkim formą – to powieść skonstruowana bardzo misternie, zróżnicowana językowo i stylistycznie. Dzięki autorowi trafiłam do pozornie mrocznego świata, w którym nic nie było takie, jakim się wydawało. Warto było.


______________________________________
Saša Stanišić Noc przed festynem
przeł. Alicja Rosenau, Wyd. PWN, Warszawa 2015

niedziela, 17 maja 2015

Głosy Marrakeszu

- E-li-as Ca-ne-ti? - powtórzył ojciec pytająco i z wahaniem. Kilka razy wypowiedział moje nazwisko, osobno wymawiając każdą sylabę. W jego ustach miano to zabrzmiało dostojniej i piękniej. Nie patrzył przy tym na mnie, ale prosto przed siebie, jakby nazwisko było bardziej rzeczywiste niż ja i jakby warte było zbadania. Słuchałem zdumiony i poruszony. W jego zaśpiewie brzmiało tak, jakby należało do jakiego specjalnego języka, którego nie znałem. Zważył je wielkodusznie cztero- albo pięciokrotnie; wydawało mi że słyszę brzęk odważników. Nie czułem żadnej obawy, ojciec Elie’ego nie był sędzią. Wiedziałem, że odnajdzie sens i wagę mojego nazwiska; a kiedy już się to stało, podniósł wzrok i z uśmiechem spojrzał mi w oczy. [s. 80]


Żyd w skupieniu powtarzający nazwisko gościa to jedna z wielu "słyszalnych" scen zaobserwowanych przez Canettiego podczas podróży do Maroka w 1954 r. W „Głosach Marrakeszu” jest ich wiele - czytelnik usłyszy m.in. rozbawionych chłopców ze szkoły żydowskiej, wielbłądy na targu, żebrzących ślepców albo schorowaną, niezakwefioną kobietę szepcącą tęskne słówka przez zakratowane okno. Gdzie indziej słychać będzie gwar suku, pomieszane języki w barze, recytacje opowiadaczy lub po prostu ciszę jak u skrybów piszących w milczeniu.

„Głosy” to właściwie mało powiedziane, ponieważ z każdej relacji Canettiego wyłania się natychmiast obraz, a wraz z nim często także zapach i smak. Czerwone Miasto z jego rozgrzanymi, ruchliwymi placami, wąskimi uliczkami i hałaśliwymi mieszkańcami staje przed oczami czytelnika jak żywe. I choć od wyprawy pisarza minęło już ponad 60 lat, idę o zakład, że współczesny turysta nadal mógłby tam spotkać kobiety z koszami pełnymi chleba na sprzedaż, dzieci ciekawe cudzoziemców, Marokańczyków tresujących osły czy golarzy czekających na klientów. Pewne rzeczy nie znikają szybko z miejskiego krajobrazu, na szczęście.

Ta książka działa na zmysły i na wyobraźnię, mimo że autor posługuje się prostym językiem i nad rozległe opisy przedkłada krótką formę. Całość kończy się równie nagle co rozpoczyna i może sprawiać wrażenie luźnych notatek, ale to zupełnie nie przeszkadza w odbiorze, wręcz przeciwnie. Klimat Marrakeszu został świetnie oddany - nie trzeba opuszczać domowych pieleszy, żeby się nim nacieszyć.

___________________________________________________
Elias Canetti Głosy Marrakeszu, przeł. Maria Przybyłowska
Wyd. Słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2014


wtorek, 12 maja 2015

Arystokratyzm piwny à la Krzysztof Varga

[...] Stefan popił piwem orkiszowym, miało wyjątkowy smak, przypomniał mu się wieczór sprzed kilku miesięcy, gdy spędził wiele godzin w Kuflach i Kapslach na Nowogrodzkiej, wraz z Marianem testując wyrafinowane odmiany piw warzonych przez prawdziwie oszalałych geniuszy piwowarstwa w niszowych browarach. Stefan przez dekady wlewał w siebie mocno gazowane piwa przemysłowe, masowo produkowane w wielkich korporacjach, i znajdował w tym wlewaniu wielkie ukontentowanie. Przez lata wlał w siebie przynajmniej Morze Bałtyckie przemysłowych, chemicznych piw, od których wzdymał mu się brzuch, a gaz uchodził rozlicznymi otworami jego udręczonego ciała. Teraz peregrynował po ekskluzywnym świecie piw elitarnych, warzonych w krótkich, rzec można kolekcjonerskich, seriach. Było to tym bardziej ekscytujące, iż oferta w nowo powstałych wielokranowych pijalniach zmieniała się praktycznie codziennie. Jeśli zatem dzień po dniu chodziło się do Kufli i Kapsli, można było ze smakiem testować kolejne wytwory chmielowych, pszenicznych, żytnich, orkiszowych, owsianych fermentacji, dymione koźlaki, piwa ciemne, a czasem wręcz czarne, nawet ryżowe i jęczmienne, upichcone przez współczesnych alchemików. Stąd też zapewne zwiększająca się lawinowo liczba koneserów, smakoszy, kiperów owych arystokratycznych wytworów małego browarnictwa. Coraz więcej było ich widać, spoglądających na świat spod opadających powiek z perspektywy baru bądź kiwających się przy stolikach, lecz z drapieżną determinacją wciąż testujących premierowe wytwory browarów, których nazwy Stefan dopiero poznawał. A potem biorących jeszcze kilka butelek na wynos i miękkim krokiem wychodzących w ponurość ulicy Nowogrodzkiej, by kończyć smakowanie już w okolicznościach domowych, a potem zasypiać snem łagodnym, spokojnym i bezgrzesznym. Stefan nie rozróżniał nawet fermentacji dolnej od fermentacji górnej, nie rozumiał specjalnie, czym się różni piwo fermentujące bardzo krótko od tego fermentującego wyjątkowo długo, lubił jednak wsłuchiwać się w pełne retorycznej pasji tyrady barmanów, którzy z elokwencją właściwą raczej winnym sommelierom objaśniali niuanse pochodzenia napoju właśnie przed nim stawianego w wykwintnej szklance bądź frymuśnym kielichu.


Niebywale podobało się Stefanowi to, iż każde z owych piw w innym naczyniu było podawane, a więc niektóre piwa jasne w smukłych szklankach, inne, te o barwie miedzianej bądź ciemnobursztynowej, w pękatych kielichach, jeszcze inne w przysadzistych kuflach, aby bukiet odpowiednio się w nich układał. Pił więc z zacięciem i uporem prawdziwego odkrywcy owe nierzadko ośmioprocentowe czy nawet dziesięcioprocentowe piwa ze specjalnego chmielu nowozelandzkiego i wyjątkowych drożdży z klasztoru belgijskich trapistów, zagryzając podgrzanym preclem z musztardą i ostrą marynowaną papryką lub pogryzając chrupki prażony słód. Nie myślał o tym, że znów się upija (a tak myślał, kiedy pił masowe piwa przemysłowe), lecz że uprawia swoisty piwny arystokratyzm, tym się jednak różniący od typowego polskiego nuworyszostwa, że nie napawa się luksusową whisky single malt ze znanej wszystkim światowcom szkockiej gorzelni, lecz piwem z nikomu nieznanego mazowieckiego, podlaskiego czy też pomorskiego browaru. Tamtego dnia, gdy testowali z Marianem owe wymyślne, mało gazowane niszowe piwa, wypił ich iście przemysłową ilość. Potem pojechali jeszcze na Pragę, by testować kolejne wyszukane piwa w kolejnym wielokranowym pubie. Stefan nie pamiętał dokładnie powrotu do domu, lecz swojego upiornego kaca wynikłego z mieszania rozlicznych piw o różnorakim poziomie alkoholu i mocy ekstraktu chmielowego potraktował wówczas o wiele wyrozumialej, jako konieczny efekt uboczny swych badań antropologicznych. Niewątpliwie podły kac spowodowany wlaniem w siebie dziesięciu półlitrowych piw przemysłowych był o wiele mniej szlachetny niż kac po wypiciu dwudziestu szklanek, kufli i kielichów piw wyrafinowanych i ekskluzywnych. Owszem, efekt zatrucia alkoholowego pozostawał tym samym efektem zatrucia alkoholowego, ale jakże piękniejsze było ono niż zatrucie obrzydliwymi chemicznymi szczynami z puszek kupionych w hipermarkecie.[...]

Krzysztof Varga Masakra, Wielka Litera, Warszawa 2015


czwartek, 7 maja 2015

Gorączka sierpniowej nocy

Czy my mamy, Docencie, jakąś współczesną Wielką Polską Powieść na wzór Wielkiej Amerykańskiej Powieści, czy mamy taką, a nade wszystko, czy ktoś planuje taką napisać? Czy w debacie o literaturze istnieje w ogóle postulat napisania Wielkiej Polskiej Powieści, czy istnieje potrzeba epickiego arcydzieła, czy też wystarczają nam powieści raczej średniej wagi, powieści dobre, niezłe oraz fajne? Czyż nie wydaje ci się, drogi Docencie, iż jesteśmy zbyt mało ambitni w swoich potrzebach i mamy zbyt zachowawcze postulaty co do polskiej prozy współczesnej?

Krzysztof Varga z pewnością jest ambitny, bo w „Masakrze” poprzeczkę ustawił i sobie, i czytelnikom wysoko. Napisał powieść z rozmachem: obszerną, aktualną, gęstą od aluzji oraz pełną literackich odniesień. Fabułę osadził w upalnej, sierpniowej Warszawie, zaludnił osobliwymi postaciami i obficie doprawił ironią. W rezultacie powstała rzecz inteligentna (acz chwilami przegadana), będąca w pewnym stopniu pamfletem na polską inteligencję.


Oto główny bohater Stefan, o jakże wymownym nazwisku Kołtun, rusza w miasto bez pieniędzy i telefonu komórkowego, za to z potwornym kacem i ogromnymi lukami w pamięci. Nie on jest tu jednak najważniejszy, ale znajomi, których spotyka podczas tej warszawskiej odysei. Prezes, Prorok, Docent, Wiedźma, magister Wątroba i tajemniczy Lucjan reprezentują różne światopoglądy, w istocie dali autorowi okazję do zaprezentowania własnych opinii. Kto czyta felietony Vargi w Gazecie Wyborczej, podczas lektury „Masakry” niejednokrotnie odniesie wrażenie déjà vu. Znowu dostanie się bowiem obrońcom krzyża smoleńskiego, hipsterom, narodowcom, lewakom, poetom i krytykom, a nawet zwolennikom zdrowego stylu życia. Nie po raz pierwszy Varga będzie narzekać na niski poziom czytelnictwa w Polsce i opłakany stan przemysłu muzycznego, kpić z polskiego teatru i telewizyjnych programów kulinarnych, wyśmiewać „warszawkę” i wszelkie mody.

Komentarz pisarza do współczesności jest celny i zabawny, niestety brzmi aż nadto znajomo, podobnie jak znajomy wydaje się Stefan, muzyk o przebrzmiałej sławie. Można uznać, że to podstarzała wersja wcześniejszych bohaterów Vargi: mimo upływu lat nadal niedojrzały i skłócony z życiem ochlapus. I choć „Masakra” jest bez wątpienia dobrą książką, nuży mnie już powtarzalność autora. Przydałaby się jakaś znacząca odmiana w przyszłości, zdecydowanie.

***

Jeden z dowcipniejszych fragmentów „Masakry”:

Wszyscy czytają skandynawskie kryminały, prawdziwy skandynawski potop kryminalny tu mamy. Wystarczy napisać na okładce książki, że autor jest godnym następcą Stiega Larssona albo Jo Nesbø i sukces rynkowy murowany. Niedługo zaczną tu wydawać książki telefoniczne Sztokholmu i Oslo, reklamując je jako kolejne sensacyjne odkrycia szwedzkiej i norweskiej literatury kryminalnej. Będą drukować kwity z pralni i listy zakupów ze szwedzkich dyskontów, przepisy na gravlax, na śledzie w musztardzie, köttbullar taki smaczny jak ten z bistro w IKEI, klappgröt, czyli owsiankę z jagodami, jakby ktoś nie wiedział, ale klappgröt brzmi lepiej, prawie kryminalnie, a przede wszystkim przepisy na surströmming, czyli przepyszne i cudownie śmierdzące sfermentowane śledzie. Każdy tu będzie czytał przepis na sfermentowane śledzie w przekonaniu, że czyta kolejne arcydzieło skandynawskiej literatury kryminalnej. No i oczywiście pokusa Janssona, czyli, drodzy panowie, prostacka zapiekanka ziemniaczana, ale każdy, kto zobaczy hasło „Pokusa Janssona, będzie przekonany, że to tytuł wybitnego szwedzkiego kryminału, azaliż nie?

__________________________________________________
Krzysztof Varga Masakra, Wielka Litera, Warszawa 2015




niedziela, 3 maja 2015

Automat z wodą gazowaną z syropem lub bez

Mało kto dostawał takie cięgi, jak ten pierwszy w Mińsku automat z sodówką. I to tylko dlatego, że jedynie w ten sposób można było coś z niego wydusić. Sam Bóg nie wiedział jednak, czy będzie to szklanka wody z syropem, czy bez... [str. 18]

Automat z powieści Uładzimira Niaklajewa przyciągał klientów z dwóch powodów: pozwalał – przynajmniej od czasu do czasu – posmakować syropu ananasowego, częściej bywał okazją do spotkania z przyjaciółmi lub tymi, którzy bardzo chcieli takowymi zostać. W Mińsku początku lat 60-tych w gronie znajomych może znaleźć się bowiem żydowski sklepikarz, charakterna Tatarka, zakochany uczniak, a ponadto rzekomy pułkownik, były łagiernik i aspirujący kagiebista. Towarzystwo na pierwszy rzut oka nieco wymyślne, trzeba jednak pamiętać, że mowa o stolicy Białorusi.


W Mińsku cięgi dostawał nie tylko automat z wodą gazowaną, dostawali je również – dosłownie i w przenośni – chyba wszyscy bohaterowie powieści. W Związku Radzieckim wszystko miało wymiar polityczny (czyli wywrotowy): radio znalezione w internacie, czarnoskóry student, wąskie spodnie i bezczynne stanie na ulicy. A że w pobliżu zawsze kręcił się milicjant lub tajniak, o cięgi było łatwo. Autor pisze o tych niewesołych czasach bez martyrologicznego zadęcia, ponurość epoki łagodząc odrobiną humoru i fantastyki (czy mińscy studenci wraz Lee Oswaldem mogli planować zamach na Chruszczowa? czy Chruszczow mógł wymykać się z wieców do sklepu po ogórki i wino? u Niaklajewa wszystko jest możliwe;)). Najważniejsza była bowiem przyjaźń i – w miarę możliwości – zabawa, które pozwalały przetrwać trudne czasy.

Po przeczytaniu posłowia książka nabiera szczególnie gorzkiego posmaku, ponieważ – jak się okazuje – wiele z opisanych wydarzeń miało miejsce naprawdę. Łącznie z „incydentem” z 2010 r., kiedy Niaklajeu ubiegający się o fotel prezydenta Białorusi w dniu wyborów został brutalnie pobity, a następnie porwany ze szpitala. Kto wie, w jakim stopniu bolesne wydarzenia wpłynęły na kształt „Automatu…” – książki niełatwej w odbiorze, ale dającej czytelnikowi dużą satysfakcję.


____________________________________________________________________________
Uładzimir Niaklajeu, Automat z wodą gazowaną z syropem lub bez. Powieść mińska
przeł. Jakub Biernat
Kolegium Europy Wschodniej, Wrocław 2015




wtorek, 28 kwietnia 2015

Kto przeżył tamten rok

Słowa jednego z rozmówców Magdaleny Grzebałkowskiej: Szczęście w 1945 roku miał ten, kto przeżył tamten rok mogłyby posłużyć za motto do jej książki „1945. Wojna i pokój”. Nie jest przecież prawdą, że 9 maja 1945 r. jak za dotknięciem magicznej różdżki na ziemie polskie powrócił ład i harmonia. Przeciwnie, czasy pokoju bywały nadal bardzo niebezpieczne. Dla wielu wojna jeszcze trwała (choć dla niektórych skończyła się już w 1944 r.), a w miejsce starych problemów pojawiły się nowe.

Nieczęsto mówi się o gehennie Polaków przesiedlanych na Ziemie Odzyskane lub tych mieszkających na pograniczu polsko-ukraińskim, rzadko mówi się o zagospodarowywaniu poniemieckich miast i wsi czy o zakrojonym na szeroką skalę szabrownictwie. Dawnego okupanta zastąpił nowy, który nagminnie i niemal całkowicie bezkarnie nadużywał władzy. Dodajmy do tego wszechobecny chaos, brak żywności i środków finansowych, często także brak choćby namiastki mieszkań, i otrzymamy zarys powojennej rzeczywistości. To wszystko daje pełniejsze wyobrażenie o okresie powojennym, który często przez propagandę był przedstawiany jako czas ogólnej szczęśliwości.


Grzebałkowska podparła się archiwalnymi wspomnieniami oraz wywiadami, które przeprowadziła osobiście. Warto zaznaczyć, że o świadków wydarzeń było trudno – po pierwsze, jest ich już niewielu, po drugie, wiele osób odmawiało rozmowy, niektórzy wycofali się po wstępnej zgodzie. Mimo to powstała bardzo ciekawa praca, dość barwna ze względu na przekrojowość i różnorodność zebranego materiału. Są tu historie przejmujące jak np. chłopca uciekającego z rodziną z Prus Wschodnich lub Kaszuba-dezertera z Wehrmachtu, są też bulwersujące jak np. ta o 20-letnim komendancie obozu przesiedleńczego w Łambinowicach. Najbardziej zapadł mi w pamięć rozdział o pierwszym prezydencie Wrocławia, Bolesławie Drobnerze oraz o otwockim sierocińcu dla żydowskich dzieci.

Obrazu codzienności 1945 r. dopełniają zamieszczone na początku każdego z 12 rozdziałów ogłoszenia drobne z prasy. Powtarzają się prośby o zwrot zguby lub o informacje o zaginionych, powtarzają się również oferty oddania dziecka „za swoje” lub przyjęcia pod opiekę sieroty. Urzędy zachęcają do zbiórki pieniędzy na rzecz odbudowy stolicy, informują o zaciemnieniu, dystrybucji kartek żywnościowych lub planowanych ekshumacjach. Daje się jednak zauważyć, że życie powoli wracało do normy: działalność wznawiały teatry, kluby sportowe i biblioteki, poszukiwano pracowników, odradzał się handel. W tych – wydawałoby się – ubogich czasach można było wybrać się na odczyt Sztaudyngera, polecieć samolotem do Bydgoszczy, zrobić „wieczną ondulację” i pójść na bal sylwestrowy. Zaradność i energia mieszkańców była godna podziwu.

Grzebałkowska opowiada o 1945 r. zajmująco i w przystępny sposób, dbając przy tym o atrakcyjność opowieści kierowanej ewidentnie do szerokiego kręgu odbiorców. Mnie z czasem zaczęła drażnić fabularyzacja i niepotrzebna dramatyzacja opisywanych wydarzeń, nie odpowiadała mi także obecność autorki i jej rodziny w tle reportaży. Pewne zastrzeżenia budzi wybór niektórych tekstów, ale ostatecznie plusy biorą górę – „1945. Wojnę i pokój” będę polecać.

______________________________________________________________________________
Magdalena Grzebałkowska, 1945. Wojna i pokój, Wydawnictwo Agora S.A., Warszawa 2015