wtorek, 29 lipca 2014

Dwaj panowie B.

Z dwóch panów Beksińskich przez lata kojarzyłam wyłącznie Tomasza, jego charakterystyczny głos pamiętam zresztą do dziś. W radiowej Trójce prezentował dość ciekawą muzykę i niestrudzenie tłumaczył dla słuchaczy teksty piosenek. Z czasem zasłynął także jako tłumacz filmów Monty Pythona oraz wielbiciel wampirów i tu już straciłam zainteresowanie postacią pana dziennikarza: mężczyznę po 40-tce paradującego w płaszczu Draculi i sztucznych kłach (fakt, tylko od czasu do czasu) trudno traktować poważnie. W międzyczasie okazało się, że autorem hipnotycznej reprodukcji wiszącej u znajomych jest ojciec „tego Beksińskiego”, Zdzisław, i że podobnych prac ma na swoim koncie sporo. Przyznaję, kilka zrobiło na mnie wrażenie, większość wydała mi się niestety wtórna: tak samo zimna, pusta i martwa. Malarz być może oryginalny, dla mnie tylko do pewnego stopnia.


Mój odbiór obu Beksińskich zmienił się po lekturze „Portretu podwójnego” Magdaleny Grzebałkowskiej: notowania ojca wzrosły, syna spadły. Dużym zaskoczeniem była dla mnie artystyczna wszechstronność tego pierwszego – oprócz obrazów tworzył rzeźby, maski, fotografie, grafikę komputerową, ba! nagrywał także prywatne audycje i próbował sił w literaturze. W skrócie: artysta poszukujący, otwarty na nowinki i eksperymentujący z nowymi możliwościami technicznymi. Syn – cóż, z pewnością spec od muzyki, horrorów oraz tłumaczeń z języka angielskiego, natomiast prywatnie człowiek dość trudny w obyciu, oględnie mówiąc.

W książce Grzebałkowskiej najciekawsza była dla mnie relacja ojcowsko-synowska, jako że bardzo odbiegała od normy. Zdzisław – nieporadny w roli ojca, cierpliwie wspierał zainteresowania jedynaka (od hodowli kogutów i papużek po muzykę i filmy) oraz dawał chłopcu ogromną swobodę, Tomasz – niemożebnie rozpieszczony, korzystał z niej ponad miarę, w zasadzie od dziecka wykorzystywał dobre intencje rodziców. Właśnie – rodziców, bo w domu mieszkała przecież i matka, Zofia Beksińska, totalnie zdominowana przez męża i syna, choć w rzeczywistości to na jej kruchych barkach spoczywała rodzinna logistyka. Osoba cicha za życia, nieodgadniona po śmierci.

Czytając „Portret podwójny” trzeba pamiętać, że zgodnie z intencją autorki mamy do czynienia z reportażem biograficznym czyli gatunkiem, który z jednej strony nie wymaga wieloletniego zbierania materiałów i uwzględniania absolutnie wszystkich odkryć w ostatecznej wersji, z drugiej strony pozwala na pisanie dowolnym stylem. Grzebałkowska z tych możliwości skorzystała, w drugiej kwestii na szczęście wykazała się pewnym brakiem konsekwencji i szybko zrezygnowała z pseudo-oryginalnych chwytów literackich. Mnie one drażnią, bo nie akrobacji słownych oczekuję od reportażysty, ale faktów. Poza tym to bardzo dobra książka.;)

_________________________________________________________
Magdalena Grzebałkowska „Beksińscy. Portret podwójny”
Wydawnictwo Znak, Kraków 2014


czwartek, 24 lipca 2014

Gogol w nowej odsłonie

Wydawnictwo Znak opublikowało niedawno „Martwe dusze” Nikołaja Gogola w nowym przekładzie Wiktora Dłuskiego. We wtorkowej audycji (Gogol - genialny pisarz, który nie umie po rosyjsku) w radiowej Dwójce tłumacz przez godzinę tak zajmująco opowiadał o swojej pracy, że nie mogłam nie zajrzeć do nowego wydania. I już po kilku akapitach trafił się opis obiadu:

W czasie gdy słudzy urządzali się i krzątali, pan udał się do ogólnej sali. Jak wyglądają takie ogólne sale, każdy podróżny wie bardzo dobrze: wszędzie takie same ściany pomalowane olejną farbą, u góry pociemniałe od dymu fajkowego, a w dole zatłuszczone plecami różnych przejezdnych, a jeszcze bardziej miejscowymi, kupieckimi plecami, bo kupcy w dni targowe przychodzili tu po sześciu czy siedmiu na swoją herbatę, podawaną, jak się należy, w dwóch imbrykach, dużym i małym; taki sam zasmolony sufit, taki sam zakopcony żyrandol z mnóstwem wiszących szkiełek, które podskakiwały i brzęczały, ilekroć posługacz przebiegał po wytartych ceratowych chodnikach, raźno wywijając tacą obsiadłą przez tyle filiżanek, ile mew na brzegu morza; takie same malowidła na całą ścianę, olejnymi farbami malowane, słowem – wszystko takie samo jak wszędzie, z tą tylko różnicą, że na jednym obrazie ukazana była nimfa z takimi ogromnymi piersiami, jakich czytelnik nigdzie pewnie nie widział. […]
Odwinąwszy chustę, przyjezdny pan kazał podać sobie obiad. Kiedy mu podawano różne zwykłe w gospodach dania, jako to kapuśniak z pasztecikiem z francuskiego ciasta, specjalnie dla podróżnych przechowywany przez kilka tygodni, móżdżek z groszkiem, parówki z kapustą, pieczoną pulardę, ogórek kiszony i niezmienny, zawsze gotów do usług słodki pierożek z francuskiego ciasta, kiedy to wszystko mu podawano, to odgrzane, to znów po prostu na zimno, gość zmusił posługacza czy tam fagasa do opowiadania najrozmaitszych bzdur o tym, do kogo przedtem gospoda należała, a do kogo teraz, i czy dużo przynosi dochodu, i czy z gospodarza wielki podlec, na co posługacz, jak to zazwyczaj, odpowiadał: „O, wielki, dobrodzieju, łajdak”. Zarówno w oświeconej Europie, jak i w oświeconej Rosji bardzo wiele szacownych osób nie może teraz zjeść w gospodzie, żeby nie porozmawiać ze sługą, a nawet zabawnie z niego nie pożartować.
N. Gogol "Martwe dusze", przeł. W. Dłuski, Kraków 2014

W „Martwych duszach” je się nieustannie, słowo „obiad” pojawia się nadzwyczaj często, czasem nawet kilkakrotnie na jednej stronie. W audycji była mowa m.in. właśnie o kulinariach, tłumacz zwracał uwagę na różnorodność kuchni rosyjskiej, a co za tym idzie – bogate słownictwo. Ze względu na specyfikę pracy Władysława Broniewskiego, którego przekład „Martwych dusz” był dotąd w Polsce jedynym, pewne niuanse (np. w nazewnictwie potraw) nie zawsze były przez niego uwzględniane.

Dla porównania ten sam fragment „Martwych dusz” w tłumaczeniu Władysława Broniewskiego:

Podczas gdy służący krzątali się zapobiegliwie, pan udał się do ogólnej sali. Jakie bywają te ogólne sale – każdy przejezdny wie bardzo dobrze. Takie same ściany, wymalowane olejną farbą, pociemniałe u góry od fajczanego dymu i wyświecone u dołu plecami różnych przejezdnych, a zwłaszcza miejscowymi kupieckimi, kupcy bowiem w dni targowe przychodzili tu w sześciu albo w siedmiu wypijać wiadomą ilość herbaty; taki sam zakopcony żyrandol z mnóstwem wiszących szkiełek, które dygotały i dzwoniły za każdym razem, gdy numerowy przebiegał po wytartych chodnikach, żwawo wymachując tacą, na której było takie mnóstwo szklanek do herbaty, jak ptaków na brzegach morza; takie same obrazy na całą ścianę, malowane olejnymi farbami; słowem, wszystko to samo co i wszędzie; ta tylko różnica, że na jednym obrazie była namalowana nimfa z takimi ogromnymi piersiami, jakich czytelnik zapewne nigdy nie oglądał. […]
Odwiązawszy szalik, pan kazał sobie podać obiad. Podczas gdy podawano mu różne zwykłe w restauracjach potrawy, jako to: kapuśniak z kruchym pierożkiem, umyślnie w ciągu kilku tygodni przechowywanym dla przejezdnych, móżdżek z groszkiem, kiełbaski z kapustą, pieczoną pulardę, kiszone ogórki i odwieczny kruchy, słodki pierożek zawsze gotów do usług; podczas gdy mu to wszystko podawano i na gorąco, i na zimno, kazał służącemu, czyli numerowemu, opowiadać sobie różne głupstwa o tym, kto dawniej prowadził tę restaurację, a kto teraz, i czy dużo daje dochodu, i czy gospodarz wielki łajdak, na co numerowy zazwyczaj odpowiadał: „O, wielki złodziej, proszę pana!” Jak w oświeconej Europie, tak samo i w oświeconej Rosji istnieje teraz wielu szanownych ludzi, którzy nie mogą zjeść w restauracji, żeby nie pogadać ze służącym, a niekiedy nawet zabawnie sobie z niego pożartować.
N. Gogol "Martwe dusze", przeł. W. Broniewski, Warszawa 2005

Na stronie PR2 można wysłuchać również audycji „Przewodnik po krainie martwych dusz”, z kolei „Martwe dusze” w nowym przekładzie czyta codziennie w radiowej Dwójce o godz. 19.10 Krzysztof Globisz. A książka jest dostępna chyba w każdej bibliotece.;)


niedziela, 20 lipca 2014

Z [politycznym] fasonem

Zawsze mi się wydawało, że szarzyzna i słaba jakość ubrań w Polsce socjalistycznej była skutkiem braku lepszych materiałów oraz sensownych projektantów (Hase, Hoff i Antkowiak to jednak niewiele nazwisk jak na kilka dekad), tymczasem prawda jest nieco inna. Jak pokazuje książka Anny Pelki „Z [politycznym] fasonem”, za taki stan rzeczy odpowiadała przede wszystkim gospodarka planowa oraz zalecenia władz dotyczące stylu produkowanej odzieży.


O ile materiałów i dodatków rzeczywiście brakowało, wykwalifikowani projektanci z czasem się pojawili i pracowali w zawodzie. Niestety często natrafiali na bardzo prozaiczne przeszkody. Tak swoją pracę na rzecz wzornictwa odzieżowego wspominała Zofia Butrymowicz, artystka i projektantka tkanin:
Najsmutniejszą rzeczą byty kontakty z przemysłem, kompletne niezrozumienie celu tego, co robimy, przez ludzi pracujących w przemyśle. Warunki były bardzo ciężkie, maszyny stare, surowiec fatalny, więc według mnie było absolutną utopią wprowadzenie nowych wzorów do produkcji przemysłowej. Bardzo często jeździłam do Łodzi i do Żyrardowa, widziałam, jak się tkaczom mata osnowa, taki był fatalny len. Tracili masę czasu na reperowanie tej osnowy, a byli premiowani od ilości wyprodukowanych metrów, a nie od jakości. Jeśli im się kazało robić nowy wzór, to zanim go opracowali, zanim ustawili warsztat na ten nowy wzór, to nie dostawali premii, więc byli oporni, ze względów czysto ekonomicznych. Była to jedna z głównych przeszkód wprowadzania nowych wzorów do produkcji. [s. 64]

kloszowe sukienki na halce z lat 50.

Projektanci na szczęście wykazywali się zaradnością i niejednokrotnie z kiepskiej jakości półproduktów tworzyli coś, co było chętnie noszone przez młodzież, a nawet wpisywało się w trendy mody światowej. Były zatem m.in. sukienki w duże nadrukowywane wzory, spódniczki mini i spodnium, był styl ludowy i hipisowski oraz wiele innych fascynujących zjawisk. Niesamowite są opowieści o pomysłach projektantów, którzy chcieli zaoferować młodym ludziom coś oryginalnego i cieszącego oko (polecam wywiad z Barbarą Hoff), oraz dziewcząt, które domowymi sposobami uatrakcyjniały niezbyt ładną odzież zakupioną w sklepach.

Ogromnej kreatywności wymagały kolekcje zamawiane od czasu do czasu przez władze, np. z okazji 50. rocznicy Rewolucji Październikowej (to nie żart). Debiutancki pokaz Grażyny Hase z 1967 r. okazał się jednak sukcesem: projektantka przygotowała nowatorskie jak na ówczesne czasy widowisko łączące modę i popularny wtedy bigbit – modelki w strojach inspirowanych postaciami z historii i literatury Rosji chodziły, tańczyły i skakały w takt znanych piosenek radzieckich przeplatanych z przebojami Beatlesów. Przykład kreacji z tejże kolekcji poniżej:

kolekcja łącząca modę z historią i polityką

Pisząc na wstępie o szarzyźnie mody okresu PRL-u naturalnie bazowałam na własnych wspomnieniach, które odnoszą się do schyłku tej epoki. Warto zaznaczyć, że bywały bardzo kolorowe i eleganckie okresy w polskiej modzie, co widać dobrze w starych filmach, które odzwierciedlały aktualną modę, a czasem, zwłaszcza zagraniczne, były inspiracją. Taką inspiracją obok aktorów bywali także wykonawcy muzyki młodzieżowej: kopiowano fasony sukienek popularnych piosenkarek, ale i styl Beatlesów (szczególnie fryzury), kilka dekad później punków, przedstawicieli glam-rocka itp. Fascynacje te nie zawsze były aprobowane przez władze, niekiedy były wręcz tępione – na spodnie dziewczęce typu dżinsy szkoły zgodziły się np. dopiero w latach 70.

moja ulubiona fotografia z książki
czyli dzianinowo-skórzany komplet „Dunajec” z 1975 r.


Książka Anny Pelki jest kopalnią podobnych ciekawostek i daje niezły wgląd w świat mody i zainteresowań młodzieży w drugiej połowie ubiegłego wieku. Przy okazji uzmysławia, jak wiele czynników wpływa na powstawanie kolejnych trendów, co akurat dla mnie jest o wiele bardziej frapujące niż nowe linie. Swoją drogą ciekawe byłoby także opracowanie modowego słownika - szmizjerki, bolerka, rybaczki, cygaretki, legginsy, czeszki, trumniaki i dziesiątki innych uroczych określeń bezsprzecznie na to zasługują.;)


P.S. Nie ukrywam, że rozdziały o wzornictwie niemieckim interesowały mnie znacznie mniej, ale dla porównania trendów warto je chociaż przejrzeć.

__________________________________________________________________
Anna Pelka Z [politycznym] fasonem. Moda młodzieżowa w PRL i w NRD
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk, 2014


Wszystkie zdjęcia zamieszczone powyżej pochodzą z TEJ strony.

środa, 16 lipca 2014

Podgórnik na lato

prognoza optymistyczna

duszny spokój pensjonatu obumarłego na czas
plażowego szczytu. siedzieć i patrzeć w wyłączony
czarno-biały telewizor, pukając w czoło i w ścianę,
zza której dobiegają jęki.

jutro stąd wyjechać – wsiąść do pociągu i się
wdzięczyć lub udać zaczytanie w oczach i gazetach,
z mądrą miną kogoś, kto wie dużo więcej.

albo wytrwać, karmiąc się prognozą zasłyszaną w radiu:
„przyszły tydzień przyniesie spodziewane zmiany".
że też to zawsze musi przytrafiać się latem, kiedy
powinno się tylko na piwo pod parasole, gdzie jego

smak po raz pierwszy nie różni się od żadnego innego
smaku, upalne popołudnie przyjemnie bez perspektyw
jak wizja ucieczki z czeskim wesołym miasteczkiem.
na złość wszystkim przemaka się na swoim leżaczku
do suchej nitki, nikogo to jednak nie porusza.


lipiec

wyratuj mnie z powodzi tandetnych poruszeń
zbyt łatwo wpadających w ucho lejtmotiwem, bo
rzucona z nagła na głęboką wodę
utonę z brzytwą w zębach ciągnąc świat za nogę

(za sobą); usta-usta, gdy wreszcie je zamknę
nie nabiorę w nie wody, tymczasem to lipiec
jakże (okrutnie) piękny, nikt nie myśli nawet
mącić palcem na wodzie kreślonych rozpisek.

pierwsza wypłucze z mola zdradzieckich kochanków
ty przyjdziesz z drugą falą, jak słowa pod wiatr:

jestem mokra z miłości i dopóki kocham
żadnych wierszy o powodzi na południu kraju.


_____________________________
Marta Podgórnik, Pięć opakowań
Biuro Literackie, Wrocław 2008

sobota, 12 lipca 2014

Odpowiednie nastawienie

Zawsze miałam w głowie, że to, co człowiek robi, powinien polubić. Zwłaszcza gdy sytuacja jest nie do zmiany. Mam sytuację przymusową i nie ma innego wyjścia. Wyrzucałam z głowy rzeczy nieprzyjemne, nie rozmyślałam, mówiłam: „To jutro…”. Zapewniam pana – ta metoda daje efekty. Moje życie potwierdziło, że to jedyny sposób, żeby uchronić się przed nieszczęściem. […] W każdej sytuacji znaleźć swoje miejsce, odkryć, że to, co nas spotyka, nie jest złe. Przeżyć można tylko dzięki odpowiedniemu nastawieniu. Trzeba mocno popracować nad sobą. [s.10]

Wywiad z Alicją Gawlikowską-Świerczyńską to lekcja historii i mini-poradnik życia w jednym, a powiedzieć, że rozmówczyni Dariusza Zaborka jest osobą niezwykłą, to nic nie powiedzieć. Gdyby większość z nas przejawiała tyle energii, hartu ducha i optymizmu co ta emerytowana dziewięćdziesięciotrzyletnia lekarka, bylibyśmy wspaniałym społeczeństwem.


Popijając whisky albo koniak, pani Alicja ze swadą opowiada o dramatycznym dzieciństwie, działalności w konspiracji, kilkuletnim pobycie w obozie Ravensbrück, zdobywaniu zawodu po wojnie oraz życiu osobistym. Do bolesnych tematów podchodzi zawsze racjonalnie, często dowcipkuje, rzeczy nazywa po imieniu. Jest osobą bardzo nowoczesną, co daje się zauważyć na przykład w rozmowie o małżeństwie i wychowywaniu dzieci; jest też otwarta, na mój gust chwilami nawet za bardzo. Najbardziej zaskakują opowieści o Ravensbrück, a dokładniej ich ton nie tylko pozbawiony nuty martyrologicznej, ale niemal pogodny. Bohaterka wywiadu skupia się bowiem za każdym razem na pozytywnych aspektach sprawy, sztukę dopatrywania się plusów w najtrudniejszych sytuacjach opanowała do perfekcji.

Najlepiej przekonać się o tym osobiście, sięgając po książkę. „Czesałam ciepłe króliki” to lektura wciągająca i pouczająca, na zachętę przytaczam garść cytatów:

o tym, czym był dla Alicji Gawlikowskiej-Świerczyńskiej obóz koncentracyjny:
Miejscem odosobnienia. Z różnymi szykanami. Że trzeba było codziennie rano wstać o czwartej, że było zimno, bo nie było opalane i człowiek marzł. Ale mówić: „Byłam w piekle"? Ja wolę mówić inaczej. Można opowiedzieć, że było trudno, że człowiek ciężko pracował. Obóz nie był przyjemnością, jednak z tą nieprzyjemnością trzeba było walczyć. Było ciężko, lecz unikam tragizujących opisów. Wiem, że niektóre kobiety bardzo cierpiały. A ja mówiłam: „A skąd. Nie. Nie. Nie. Na złość Niemcom ja muszę przeżyć". Zawsze miałam chęć zaprzeczenia temu wszystkiemu. [s. 86]
o obojętnieniu na drastyczne sceny i widoki:
Człowiek obojętnieje. Na wszystko można zobojętnieć, do wszystkiego można się przyzwyczaić. I nie można inaczej. Bo gdybym siedziała i tak sobie uzmysławiała, że w krematorium palą się ludzie, to powoli by mnie to zabiło. A ja tylko myślałam, żeby mieć co zjeść, żeby się w coś ubrać żeby nie zmarznąć, nie zamarznąć, nie zarazić się i móc się przespać. Przecież nie rozmyślałam wiecznie, jak mną tu pomiatają. Trzeba było pomyśleć, jak się wykręcić, jak się schować, jak coś wykombinować. [s. 95]
o leczeniu i chorowaniu:
Niestety niektórzy lekarze traktują pracę tak, jakby byli ekspedientami w sklepie, i to kiepskimi, bo tylko czekają, żeby pacjent się odczepił. Tak nie można, bo choroba przede wszystkim jest w głowie. Skłonność do pewnych dolegliwości jest w głowie. Nastawienie do leczenia też jest w głowie. Wszystko od tego się zaczyna i jak to się dalej potoczy, zależy od podejścia lekarza. Nie zawsze jest łatwo, ale można i ja się o tym w życiu przekonałam. [s. 146]
o dbałości o wygląd:
Niech mi mówi, co kto chce: duch duchem, ale wygląd jest ważny. Sprawia, że człowiek jest dla otoczenia milszy, wzbudza większe zaufanie. Te zewnętrzne sprawy działają optycznie. Ludzie ładnie wyeksponowani zewnętrznie łatwiejsi są do kontaktu. Zaniedbany nie daje łatwości zbliżenia. Człowiek, który nie dba o wygląd, ma w charakterze coś niekorzystnego, coś tu jest nie tak. Nie przepadam za obdartusami. [s. 189]

Wywiad z bohaterką wywiadu przeczytać można TU.

_____________________________________________________________________________
Dariusz Zaborek, Czesałam ciepłe króliki. Rozmowa z Alicją Gawlikowską-Świerczyńską
Wyd. Czarne, Wołowiec 2014

środa, 9 lipca 2014

Wszystko o Sally

Powieść Arno Geigera być może nie jest wybitnym dziełem literatury, ale jedna rzecz szczególnie mnie tu ujęła. Otóż autor zdecydował się na raczej niepopularne posunięcie: bohaterami uczynił pięćdziesięciolatków. Najczęściej czyta się o ludziach młodych i bardzo młodych, czasem o czterdziestolatkach, z rzadka o emerytach, brak natomiast historii o pięćdziesięciolatkach, jakby nie zasługiwali na uwagę.


„Wszystko o Sally” dowodzi, że jest inaczej. Po przekroczeniu wieku średniego można prowadzić interesujące życie, wchodzić w nowe związki, podejmować nowe wyzwania. Wszystko jest możliwe, o ile się tego pragnie i nie ogranicza działań wyłącznie do obowiązków czyli rodziny oraz pracy. Taka jest właśnie tytułowa Sally – na co dzień żona, matka i nauczycielka, od czasu do czasu kochanka i przyjaciółka. To typ kobiety, która w miarę możliwości korzysta z uciech życia życia, nie sumitując się przy tym co chwila. Podobny styl bycia wymaga pewnej dawki egoizmu i nielojalności, co czyni jej postać Sally mało sympatyczną, ale za to interesującą dla czytelnika. Z drugiej strony – u Geigera trudno o bohatera, którego dałoby się lubić.

Powieść znakomicie pokazuje, na czym polega trwałość małżeństwa z wieloletnim stażem, a dokładniej – czym jest okupiona. Recepta nie dla wszystkich do przyjęcia, jako że autor nie ma w sobie nic z romantyka i patrzy na związki bardzo realistycznie, żeby nie powiedzieć z goryczą. Dla mnie to kolejny (i nie ostatni), duży plus „Wszystko o Sally”.


Na koniec fragment o stanie austriackiego szkolnictwa, brzmi znajomo:
Jako nauczycielka wiedziesz życie niepozorne. Uczniowie nie biorą cię na poważnie, choćby dlatego że jesteś nieudacznicą. Owa cicha, czasem nieco głośniejsza pogarda jest im przekazywana przez społeczeństwo, przede wszystkim przez rodziców. Kiedyś człowieka poważano, gdy pomógł w nauce dzieciom sąsiadów, dziś rodzice zaniedbują dzieci, nie szanują nauczycieli. Lekceważenie odnosi się do wszystkich, także do tych, którzy wykonują świetną robotę, jak na przykład Sally, w tym jej koledzy są zgodni. Pytanie, jak to się stało, że tak ważny zawód stracił znaczenie, przyprawiało ją o ból głowy. Zwłaszcza że dla wielu dzieci szkoła była jedynym miejscem, gdzie czuły się dobrze. […]

Zdaniem Sally nauczyciele nie stali się gorsi, byli pewnie tacy sami od zawsze, uczniowie także, stanowili jedynie komentarz do istniejącej sytuacji kryzysowej, dostali za mało wsparcia i przywiązania. Winni byli rodzice i społeczeństwo. Ale rodzice też odczuwali zbyt wielką presję, w pracy, wszędzie, wieczorem brakowało energii, nie starczało nerwów dla potomków. Krzyczeli na dzieci, zamiast do nich mówić. Za mało rozmawiali z nauczycielami. Wielu rodziców w ciągu całego roku pojawiło się zaledwie raz, to utrudniało wspólne bycie. [s. 195-196]

____________________________________
Arno Geiger Wszystko o Sally
przeł. Elżbieta Kalinowska, Maria Przybyłowska
Wyd. Świat Książki, Warszawa 2014


piątek, 4 lipca 2014

Obiad à la Sylvia Plath

Godzina poprzedzająca uroczysty obiad zeszła nam na wizytowaniu eksperymentalnej kuchni magazynu. „Dzień Kobiety" był miesięcznikiem kobiecym, poświęcającym całe kolumny reklamie i opisom cudownych dań, fotografowanych w technikolorze. Każdy numer miał główny temat i zajmował się sztuką kulinarną jakiegoś kraju czy rejonu. Prowadzono nas z jednej wspaniale wyposażonej kuchni do drugiej, demonstrowano, jakie trudności kryje w sobie fotografowanie chociażby zwykłego tortu z lodami. Silne światła rozpuszczają lody, trzeba je więc podtrzymywać od tyłu co chwilę zmienianymi wykałaczkami.

Widok tych wszystkich potraw przyprawiał mnie o zawrót głowy. Wprawdzie karmiono nas w domu do syta, ale moja babka była kobietą szalenie oszczędną i przeważnie robiła klopsy albo gulasz, a na dodatek mówiła w momencie, kiedy przełykaliśmy pierwszy kęs:
– Mam nadzieję, że wam smakuje. To mięso kosztuje czterdzieści jeden centów za funt.
 Miałam czasem wrażenie, że jem pieniądze, a nie obiad niedzielny.

Gdy stałyśmy przed naszymi nakryciami, wysłuchując powitalnego przemówienia, pochyliłam głowę i intensywnie studiowałam miseczki z kawiorem. Jedna z nich ustawiona była strategicznie pomiędzy nakryciem moim i Doreen.


 Stwierdziłam, że sytuacja jest dobra. Dziewczyna siedząca naprzeciwko nie sięgnie po kawior z powodu ogromnej wazy, pełnej marcepanowych owoców, stanowiącej dekorację stołu, a siedząca po mojej prawej ręce Betsy jest zbyt dobrze wychowana, żeby zażądać swej porcji, jeśli przysunę kawior do siebie. Poza tym zauważyłam na prawo od Betsy drugą miseczkę z kawiorem. Jeżeli chce, to niech się częstuje z tamtej.

Mieliśmy z dziadkiem taki jeden żarcik. Ale najpierw powiem, że dziadek był kelnerem w wytwornym podmiejskim klubie, niedaleko mojego rodzinnego miasteczka. Co niedziela babka jechała po niego samochodem i przywoziła go do domu na wolny poniedziałek. Brat i ja towarzyszyliśmy jej na zmianę. Dziadek podawał nam kolację klubową, obsługując nas równie starannie jak swoich płatnych gości. Z przyjemnością częstował mnie różnymi frykasami i tak mając zaledwie dziewięć lat, pasjami lubiłam jadać zimną kartoflankę, zwaną vichyssoise, kawior i pastę z anchois.


A żarcik był taki. Moim prezentem ślubnym od dziadka miała być kolosalna miska kawioru, tak żebym się mogła raz w życiu najeść do syta moją ulubioną potrawą. Był to jednakże tylko żart, przede wszystkim dlatego, że nie zamierzałam w ogóle wychodzić za mąż, dziadka zaś nie stać by było na tak kosztowny prezent, chyba że włamałby się do klubowej lodówki i uciekł z walizką pełną kawioru.

Wśród powszechnego brzęku sztućców, szklanek i porcelany starannie wyłożyłam talerz plastrami zimnej kury, po czym posmarowałam je tak grubo kawiorem, jakby to były powidła. Następnie zwijałam plaster mięsa tak, żeby kawior nie mógł wypłynąć, brałam go do ręki i zajadałam.

Odkryłam, po dłuższych zresztą trudnościach z łyżkami i widelcami, że najlepiej jeść, jak się człowiekowi żywnie podoba, ale za to z wielką pewnością siebie oraz z dużą dozą arogancji, jak gdyby się doskonale wiedziało, co należy robić, ale miało to w głębokiej pogardzie. Nikomu nie wpadnie nawet do głowy, że jest się źle wychowaną osobą albo że się ma złe maniery. Po prostu zyskuje się opinię osoby oryginalnej i zabawnej.
 
Nauczyłam się tego podczas obiadu ze słynnym poetą, na który zaprosiła mnie Jotka. Poeta miał na sobie okropną, wymiętą i wyplamioną marynarkę tweedową, szare spodnie, koszulkę polo w czerwono-niebieską kratkę, restauracja była niezwykłe wytworna, z fontanną i kryształowymi żyrandolami, a wszyscy pozostali goście ubrani byli w ciemne garnitury i nieskazitelnie białe koszule.

Poeta jadł sałatę palcami, listek po listku i przez cały czas mówił do mnie o tym, że przyroda jest antytezą sztuki. Nie mogłam oderwać oczu od jego krótkich, białych paluchów, które przenosiły z salaterki poety do ust poety ociekające oliwą i octem listki sałaty. Po chwili byłam zupełnie przekonana, że jedzenie sałaty palcami jest jedynym naturalnym i sensownym sposobem. Tak sugestywna była osobowość tego człowieka.

Żadna z redaktorek „Dnia Kobiety" nie siedziała blisko, Betsy zaś była dziewczyną miłą i łagodną, nie przepadała poza tym za kawiorem, więc nabierałam coraz większej pewności siebie. Skończyłam pierwszą porcję kury z kawiorem i nałożyłam sobie drugą. Potem zabrałam się do sałatki z krabów.

Awokado to mój ulubiony owoc. Każdej niedzieli dziadek przywoził mi jedno. Kładł go na dno walizki i nakrywał sześcioma brudnymi koszulami i niedzielnymi komiksami. Nauczył mnie robić znakomity sos. W tym celu należy w małym rondelku na wolnym ogniu rozpuścić galaretkę z winogron, zmieszać z winegretem, przekroić owoc, usunąć wielką pestkę i wlać rubinowy sos w wyżłobienie. Jakże zachciało mi się teraz tego sosu! W porównaniu z nim sałatka z krabów była zupełnie pozbawiona smaku.
 Sylvia Plath "Szklany klosz" przeł. Mira Michałowska, Warszawa 1989


Ze względu na następstwa opisanego obiadu najważniejszym daniem okazała się – mimo braku smaku – sałatka z krabów. Przepis można sprawdzić m.in. na tej stronie. Mnie bardziej zaciekawiła kartoflanka, na oko bliższa naszemu klimatowi i zasobom naturalnym.;) Przepis jest następujący:

Kartoflanka vichyssoise

2 łyżki masła
4 średnie ziemniaki
4 duże pory (białe i lekko zielone części)
4 łodygi selera naciowego
1 duża cebula
1 litr bulionu warzywnego
1/2 litra tłustego mleka
250 ml śmietanki kremówki
sól, pieprz

Na maśle udusić pokrojonego w plastry pora i selera naciowego. Dodać ziemniaki pokrojone w kostkę, zalać bulionem i mlekiem. Gotować do miękkości, następnie całość zmiksować na gładki krem, przecedzić przez sitko, aby pozbyć się włóknistych części pora i selera. Doprawić solą i białym pieprzem.
Schłodzić do temperatury pokojowej, ozdobić kleksem śmietany. Podawać z natką pietruszki lub szczypiorem, równie dobrze mogą to być ulubione zioła.