niedziela, 19 listopada 2017

Jesień

[..] Jesień to tęsknota duszy ludzkiej do materialności, do istotności, do granic. Gdy z niezbadanych przyczyn metafory, projekty, marzenia ludzkie zaczynają tęsknić do reali­zacji, przychodzi czas jesieni. Te fantomy, które dotychczas rozprószone w najdalszych sferach ludzkiego kosmosu zabarwiały jego wysokie sklepienia swymi widmami – ściągają teraz do człowieka, szukają ciepła jego oddechu, ciasnego przytulnego schronienia jego domu, niszy, w której stoi jego łóżko. Dom człowieka staje się, jak stajenka betlejemska, jądrem, dookoła którego zagęszczają przestwór wszystkie demony, wszystkie duchy górnych i dolnych sfer. Skończył się czas pięknych klasycznych gestów, łacińskiej frazeologii, południowych teatral­nych zaokrągleń. Jesień szuka sobie jędrności, prostackiej siły Dürerów i Breughelów. Pęka ta forma od nadmiaru materii, twardnieje w węzły i sęki, chwyta ona materię w swe szczęki i kleszcze, gnębi ją, gwałci, ugniata i wypuszcza z swych rąk z śladami tej walki, kłody na wpół obrobione z piętnem nie­samowitego życia w grymasach, które im wycisnęła na drewnia­nych twarzach.

Bruno Schulz Jesień w: Opowiadania, wybór Esejów i listów. oprac. J. Jarzębski, wyd.Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław

Bruno Schulz 
(12 lipca 1892 - 19 listopada 1942)


wtorek, 14 listopada 2017

Kopciuchy i karaluchy

Panie Głowacki
Przeczytałem to Pana opowiadanie Wielki brudzio. Swoje fochy stroi Pan w „Kulturze”, którą czyta kilkaset tysięcy ludzi. Już z tego, co Pan napisał, wyłania mi się Pana portret. Jest Pan lizusem, karierowiczem bez zasad moralnych. Pana postać przypomina gibona w charakterystycznej pozie. Niemyje Pan nóg i innych części ciała. Niech się Pan nie obraza, że nazywam Pana po imieniu, tylko spojrzy na siebie krytycznie.
Nie podpisuję się, bo gdybym to zrobił, dostałbym od Pana taki sam list. Żegnam Pana.
P.S. Początkowo chciałem do Pana napisać kulturalnie, ale pomyślałem, co się będę wysilał dla chama.

Podobno list powyższej treści nadszedł do redakcji Kultury" po opublikowaniu pierwszego opowiadania Janusza Głowackiego w 1964 r. Równie dobrze mógł być wymysłem samego pisarza, który przecież stale posługiwał się ironią i żartem. Inna rzecz, że dla wielu polskich czytelników twórczość Głowackiego była nie do zaakceptowania: obśmiewanie mitów i patosu do dzisiaj zresztą jest u nas kiepsko przyjmowane, tymczasem autor Wielkiego brudzia czyli powodu zamieszania, zawsze wolał groteskę i absurd, na dodatek w tonacji buffo.


Co innego za granicą: Kopciuch, Polowanie na karaluchy i Antygona w Nowym Jorku były wystawiane z powodzeniem w kilkunastu krajach, w Stanach Zjednoczonych przyniosły autorowi uznanie. Na tych niełatwych, zniuansowanych dramatach poznali się Amerykanie, Europa Zachodnia i Wschodnia, natomiast Polacy, wyćwiczeni w dostrzeganiu aluzji i czytaniu między wierszami – niekoniecznie. Nawet Rosjanom spodobała się Czwarta siostra, która według rodzimych krytyków niemożebnie kpiła z naszych sąsiadów i szargała Czechowa.

Elżbieta Baniewicz dość dokładnie prześledziła ten fenomen – Dżanus nie jest bowiem biografią (jak sugeruje podtytuł i okładkowa notka), to raczej przegląd twórczości artysty w oparciu o życiorys, z obszernymi streszczeniami utworów, opisami adaptacji i licznymi fragmentami recenzji. Taki układ mi nie przeszkadza, ponieważ autorka pisze o rzeczach, które mnie interesują, niemniej jej brak krytycyzmu wobec przedmiotu badań jest nieznośny. Głowackiemu – jak większości twórców – zdarzały się także i potknięcia, o nich niestety krytyczka nie pisze.

Mimo tego zgrzytu książka Baniewicz jest dla mnie cenna ze względu na analizy literackie, z pewnością przydadzą się podczas czytania dramatów i opowiadań Głowackiego.

________________________________________________________________________________
Elżbieta Baniewicz, Dżanus. Dramatyczne przypadki Janusza Głowackiego, Marginesy 2016

środa, 8 listopada 2017

Ich krakowski szał

Obie powieści Aleksandry Zielińskiej wiele łączy. Przede wszystkim jest to choroba psychiczna u głównej bohaterki, krakowskie Podgórze, wieś w południowej Polsce, bezbarwna codzienność i bardzo, bardzo mroczny nastrój. Mimo podobieństw te książki są na tyle różne, że czytane w odstępie roku w żaden sposób nie nużą, przeciwnie – pobudzają apetyt na więcej.


Przypadek Alicji to dość makabryczna wariacja na temat Alicji w Krainie Czarów. Bohaterka Zielińskiej najwyraźniej wpadła do niewłaściwej nory, jako że po studenckiej imprezie przytrafia się jej szereg przykrych rzeczy: zachodzi w niechcianą ciążę, wszędzie widzi koty i krew, względnie krew i szczury, co rusz spotyka niepokojących osobników. I choć akcja nieuchronnie zmierza ku wyjątkowo paskudnej katastrofie, udział w tej jeździe bez trzymanki jest dużą czytelniczą frajdą.


W Burej i szale sytuacja jest odwrotna: bohaterka od dziecka uchodząca za wariatkę mozolnie i wbrew najbliższym wygrzebuje się z choroby. Kanciasta, poobijana wkracza do powieści prosto z rzeki, bo to dziewczyna z wody i wiatru. Być może dlatego właśnie podczas lektury ma się wrażenie obcowania z wilgocią, brudem i zimnem, co jednocześnie podkreśla chłód rodzinnego domu Burej. Domu, w którym wszyscy mijali się z uczuciami i banalizowali problemy najbliższych.

Zielińska równie umiejętnie stwarza świat odrealniony, co świat widziany oczami osoby chorej, na dodatek swoje historie opisuje w kapitalnym stylu, często przy użyciu cytatów z filmu, literatury i popkultury. Obie książki są na tym samym, wysokim poziomie, jednak ze względu na grę konwencjami i gatunkami wolę demoniczny Przypadek Alicji. I już się cieszę na opowiadania, które wydano kilka tygodni temu.

___________________________________________________________________
Aleksandra Zielińska, Przypadek Alicji, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2014
Aleksandra Zielińska, Bura i szał, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2016

czwartek, 2 listopada 2017

Iwaszkiewicz na cmentarzu Père-Lachaise

[...] Dzień pierwszego listopada był w Paryżu niebieski i pogodny. Lekkie przymglenie perspektyw, tak charakterystyczne dla tego miasta, nie stwarzało nastrojów jesiennych. Dopiero tłumy ludzi, które się spotykało u wejścia na cmentarz Pere-Lachaise i liczne groby ustrojone późnymi kwiatami — zwłaszcza nowymi gatunkami chryzantem — świadczyły, że i tutaj dzień ten obchodzony jest jako święto umarłych.

Ile razy wchodzę w bramę tego cmentarza, przypominam sobie nieśmiertelną scenę Ludzi bezdomnych — i sakramentalne pytanie wędrownych Polaków: „Szopę u e?". Bo przecież i ja tu tylekroć przychodzę na grób Fryderyka Chopina.

Choć byliśmy tu wiele razy, zawsze mamy pewną trudność w odnalezieniu tej bocznej alejki, w której znajduje się grób twórcy Polonezów. Cmentarz ma wygląd odświętny, ale brak mu blasku tych świateł, którymi u nas płoną Powązki i wiejskie, najskromniejsze cmentarze.

W mglistym i szarym tłumie wysokich pomników błądzi się przez chwilę. W końcu długiej alei błyska z daleka jednak jakieś światło. Mówię do żony: „Patrz, tam palą się świece. To może być tylko u Chopina".


I rzeczywiście, na pomniku Chopina jakaś tkliwa ręka ustawiła sześć zapalonych świeczek. Pomnik tonie dosłownie pod stosami kwiatów. Obok wspaniałego wieńca z czerwono-białych kwiatów od konsulatu polskiego nie brak polnych rumianków i skromnych roślinek zerwanych gdzieś przy drodze. Ktoś w opuszczone ręce żałobnej figury siedzącej na pomniku wetknął kłosy owsa i żyta, na pól zwiędłą gałązkę grabiny. Zapewne przywieziono to z Polski.

Stawiamy i my tutaj woskową świeczkę przywiezioną z Warszawy, kładziemy gałązkę świerku ułamanego w Stawisku. Trochę to nas krępuje — taka sentymentalna manifestacja — bo pomnik otoczony jest gęstym tłumem.

Ludzie — Polacy i cudzoziemcy — stoją w skupieniu, w milczeniu, w zamyśleniu nad losem artysty i jego sztuki.
Przychodzi duża niemiecka wycieczka. Przewodniczka powiada: „To jest grób Chopina. Jest to jedyny grób na całym cmentarzu, na którym nigdy nie brak świeżych kwiatów".

Tak jest w istocie. Tylu tu spoczywa wielkich ludzi, pisarzy, artystów.

Czczą ich wszyscy. Ale Chopinowi kładą kwiaty, Chopina kochają.

Jarosław Iwaszkiewicz, Rachunki włóczęgi, Zeszyty Literackie, 2017

niedziela, 29 października 2017

Dużo Auschwitzu we krwi

Wszyscy myślą, że wyzwolenie to szczęście. Mają rację, ale wyzwolenie to też moment, kiedy się orientujesz, że jesteś sam i że nie ma już twojego świata. Nie ma nic i nikogo. Koniec

W Ocalonych z XX wieku Mikołaj Grynberg rozmawiał z tymi, którzy przeżyli Holokaust, w Oskarżam Auschwitz oddał głos dzieciom ocalonych. Łączy ich żydowskie pokolenie oraz domy pogrążone w smutku i ciągłej żałobie; życie obok rodziców, którzy nie okazywali czułości, nie rozmawiali, być może nawet się nie kochali. Wojenna trauma, choć nienazwana, dotykała całe rodziny.


W moich żyłach płynie — od najwcześniejszych lat — bardzo dużo Auschwitzu. Nie wydaje mi się, żebym potrzebował go więcej. Ci, którzy tam jadą, to ci, którzy chcą więcej zrozumieć. Ja już nie chcę więcej zrozumieć. Oskarżam Auschwitz o pozbawienie mnie ojca. Auschwitz jest dla mnie zarówno konkretem, jak i symbolem całego Holokaustu.

Rozmówcy Grynberga niejednokrotnie wspominają o nadmiernym lęku o życie najbliższych oraz o nieuzasadnionym poczuciu winy wobec rodziców z powodu tego, co przeszli. Wspólna jest im również nostalgia za czymś, czego nie znali – za dziadkami, wujkami, kuzynami. Ta genealogiczna wyrwa bywa dotkliwa, zwłaszcza że po wymordowanych członkach rodziny często nie pozostał żaden namacalny ślad.

Kiedyś powiedziałam mojej terapeutce, że gdy jestem w Auschwitz, to czuję się, jakbym wreszcie wróciła do domu. Bardzo się obruszyła. A ja się tam naprawdę czuję spokojna i wyciszona. Marzę, by się położyć na ziemi i powoli się w nią zapadać, tak by poczuć ciepło tych wszystkich, którzy tam zostali. 

Kilka razy odzywa się w rozmowach głos, że Hitler mógłby być z siebie dumny: jego wojna niszczy Żydów do dziś. Czytając wywiady z Oskarżam Auschwitz, nie miałam wątpliwości, że tak jest. Trzeba jednak zaznaczyć, że rozmówcy nie narzekają, próbują żyć z uśmiechem na twarzy. I o tym właśnie jest książka Mikołaja Grynberga, także przedstawiciela tego pokolenia. Znakomita lektura.

___________________________________________________________________________
Mikołaj Grynberg, Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne, Czarne, Wołowiec 2014 


 Wszystkie cytaty z pochodzą z książki Oskarżam Auschwitz.


wtorek, 24 października 2017

Szukając Michela F. w Warszawie

Michel Foucault (1926-1984) był filozofem i intelektualistą światowego formatu. Mało kto wie, że od jesieni 1958 do połowy roku 1959 kierował warszawskim Ośrodkiem Kultury Francuskiej oraz wykładał na uniwersytecie. Fakt ten jest mało znany może dlatego, że Foucault opuścił Warszawę nagle i w niesławie, czego powodem był romans z pewnym chłopcem. A być może dlatego, że w instytucjach i prasie zachowało się wyjątkowo mało śladów tego pobytu.


Po długich poszukiwaniach wiodących m.in. przez archiwa IPN Remigiusz Ryziński wpadł na trop tajemniczego młodzieńca (dziś już nieżyjącego) oraz kilku panów, którzy mieli okazję poznać Foucault w Warszawie lub znali tych, którzy go znali. Książka jest przede wszystkim kroniką żmudnego śledztwa oraz opisem inwigilowanego w PRL-u środowiska homoseksualistów. Najmniej miejsca w tej skądinąd wciągającej opowieści zajmuje sam filozof. Stąd też wynika moje lekkie rozczarowanie lekturą, bo i tytuł, i notka na okładce sugerują zdecydowanie inne rozłożenie akcentów.

Poza tym autor zrobił coś, czego w rodzimych reportażach wyjątkowo nie lubię: główny wątek zagęścił masą informacji i anegdot luźno związanych z właściwym bohaterem, a dziury załatał gdybaniem i domysłami. Skopiował stylistykę oraz chwyty z upodobaniem stosowane przez innych polskich twórców literatury faktu, co w moim odczuciu staje się już nieznośne. Reportaż naprawdę nie musi być „ładniusi”, żeby zainteresować czytelnika.

_____________________________________________________________________________
Remigiusz Ryziński, Foucault w Warszawie, Wyd. Dowody na Istnienie, Warszawa 2017

środa, 18 października 2017

Inne ochoty

Inne ochoty zapowiadały się na powtórkę z rozrywki, na szczęście książka pozytywnie zaskakuje. Wizyta w mieszkaniu na Hożej stała się okazją do rozmowy o bardziej prywatnych aspektach życia Pilcha, a dzięki zamieszczonym zdjęciom można obejrzeć fragment jego biblioteki albo "pamiątkową" ścianę. Jest szansa podejrzeć pisarza w bardziej przyziemnym świetle – wiedza, że czekoladowe batoniki zawsze kupuje w liczbie dziesięciu sztuk, dziwnie mnie uspokaja.


Pilch w domowej odsłonie nie oznacza bynajmniej Pilcha trywialnego. Dużo mówi się tu o jego mało znanych zainteresowaniach muzyką klasyczną (Bach, Haydn, Schubert), malarstwem (Bosch, Bruegel, Hopper) oraz fotografią. Znać, że nie jest to gadanie na potrzeby publiczności, ale opinie poparte wiedzą. I musi to być prawdziwa pasja, skoro Pilch maniakalnie zbiera albumy (ja bym czegoś nie miał?), kupuje wariackie książki na temat sztuki i laminuje reprodukcje. Twierdzi też, że pisanie zaczął od rysowania Woli Justowskiej.

Aż połowa wywiadu poświęcona jest twórczości Pilcha i literaturze w ogóle. Dowiemy się, że według głównego zainteresowanego jedną z fundamentalnych szkół pisania jest felieton, że łatwiej machnąć reportaż niż wymyślić historię od zera oraz że poglądy prawicowe literaturze szkodzą. Jest mowa o wciąż niezrealizowanym pomyśle stworzenia salonu literackiego i pisanej właśnie powieści antyutopijnej. A poza tym: o namiętnym czytaniu przypisów i nieczytaniu fantastyki, o słabości do nadawania bohaterom znaczących nazwisk oraz o głębokiej niechęci do pożyczania książek.

Każdy z podrozdziałów jest ciekawy – nawet jeśli rozmowa dotyczy mniej istotnych zagadnień (dla mnie np. sport), wiadomo, że prędzej czy później padnie błyskotliwe stwierdzenie albo pojawi się anegdota. Cieszy mnie bardzo ten powrót Pilcha do dobrej formy.

_______________________________________________________________
Inne ochoty. Jerzy Pilch w rozmowach z Eweliną Pietrowiak. Część 2
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017