niedziela, 24 lipca 2016

Dzwony Einsteina

Kim są „my" a kim „oni"? Po czyjej jestem stronie? Możliwe że po żadnej, czym ściągam na siebie nienawiść jednych i drugich. W czasie rewolucji trzeba się bowiem opowiedzieć: albo rybka, albo akwarium, „my" lub „oni" nie ma trzeciej drogi. Kto nie należy tu, ten należy tam, nawet jeśli subiektywnie nie należy nigdzie. Bez zastanowienia zgłosiłem więc akces do grupy „my", bo przecież lepiej trzymać z wygranymi. „Oni" zaś na razie niech dadzą mi spokój. Później, kiedy już ucichną spory, usiądę z nimi przy ognisku, usmażymy sobie słoninkę i wszystko im wyjaśnię. [s. 87]


Wyjaśnić - właśnie. Bohater Dzwonów Einsteina wyjątkowo często musi tłumaczyć się z gaf, dziwnych zbiegów okoliczności i niezręcznych sytuacji, w które bezustannie się pakuje. I tak od dziecka, kiedy to po raz pierwszy odezwało się jego niedoścignione Ja i zasugerowało, że powinien zostać Leninem. Z czasem przyjęło ono postać Einsteina i doradzało Frankowi w trudnych chwilach, niestety najwyraźniej było bezsilne wobec jego pecha.

Naturalnie ku uciesze czytelnika, który śledzi „karierę” gapowatego marksisty w szwalni będącej przykrywką dla badań nad rozwojem dojrzałego socjalizmu, po rewolucji przemianowanej na instytut przyszłościowy. Nie ma większego znaczenia, czy bohater Grendela występuje pod pseudonimem Cara Piotra czy Rzeźnika, ani po czyjej stronie opowie się podczas kolejnej zawieruchy politycznej, ponieważ - jak w kolejnej krytycznej chwili stwierdziło niedoścignione Ja - i tak, znając logikę dziejów, prędzej czy później „oni” staną się „nami”, a „my” „nimi” [s. 106]. Czysty obłęd, nie można dziwić się biedakowi, że przestał nadążać za przemianami i nieco się pogubił.

Dzwony Einsteina są zabawne, ale kiedy pojawia się refleksja, że życie bywa równie groteskowe co Absurdystan Grendela, dobry nastrój pryska. W świetle wydarzeń na świecie ta książka nabiera dość gorzkiej wymowy - pokazuje, że historia niczego nas nie uczy i powtarzamy wciąż te same błędy. Na to nie poradzi prawdopodobnie niczyje niedoścignione Ja, więc może lepiej wzorem autora obrócić wszystko w żart.

_______________________________________________
Lajos Grendel Dzwony Einsteina. Opowieść z Absurdystanu
przeł. Miłosz Waligórski
Biuro Literackie, Stronie Śląskie 2016

poniedziałek, 18 lipca 2016

Czytelnik woli brzydkie

W piątkowej Gazecie Wyborczej zamieszczono wywiad z Januszem Górskim, grafikiem, projektantem książek, profesorem Gdańskiej ASP oraz współzałożycielem wydawnictwa słowo/obraz. Oto kilka fragmentów tej ciekawej rozmowy zatytułowanej "Dlaczego Polacy wolą brzydkie":


Marek Górlikowski: Pięć najgorszych i najlepszych pod względem graficznym książek w ostatnim roku?

Janusz Górski: Nie namówi mnie pan na znęcanie się nad niedobrymi okładkami. Często brzydkie projekty są rozsądnym wyborem z punktu widzenia wydawcy. Dobrze zaprojektowana okładka nie zawsze sprzedaje książkę, często wręcz przeciwnie, kieruje do czytelnika sygnał: to jest książka trudna, jej lektura wymaga większego wysiłku niż ta, którą chciałbyś kupić.

Złe są okładki nieczytelne albo tak banalne, że mimowolnie omijamy je wzrokiem. Zdarzyło się, że zaprojektowano serię książek, których górne połowy były puste, a wszystko, co ważne, znalazło się na dole i jakiś księgarz idiota tak je ułożył na wystawie, że przykrywając dół każdej książki kolejnym tomem, zbudował białą ścianę.

Boi się pan oceniać konkretnie, bo jest częścią tego rynku jako wydawca i projektant książek?

- Jeżeli wydawca robi brzydką okładkę, to ja jako człowiek, który stracił wiele pieniędzy na wydawaniu książek, całkowicie to rozumiem. On chce tę książkę sprzedać, chce dotrzeć do swego czytelnika, a ten woli brzydkie.

Dlaczego lubimy brzydkie?

- Kończyłem architekturę. Na pierwszych zajęciach z urbanistyki dostaliśmy zadanie: naszkicuj widok z okna rodzinnego domu. Większość rysunków wypełniały jakieś bloki, chaotycznie ustawione niewiadomego przeznaczenia budynki. Profesor powiedział: teraz widzicie, dlaczego tak trudno będzie wam zostać dobrymi projektantami. Coś w tym jest. […]

***

W dalszej wywiadu części mowa jest m.in. o wpływie tradycji romantycznej oraz wystroju kościołów na gust Polaków i wreszcie o starannie opracowywanych książkach, w tym o pierwszej wydanej wspólnie ze Stanisławem Rośkiem w 1995 r.:

Co to było?

- „Paryskie pasaże” Krzysztofa Rutkowskiego. Chcieliśmy, by była inna niż wszystkie na rynku. Pierwszą decyzją był wybór czcionek. W tamtych latach książki łamało się niemal wyłącznie Timesem, ja wybrałem nieznane tu wtedy fonty Gamma i Esprit zaprojektowane przez Jovicę Veljovicia. Następnie papier - byłem chyba pierwszym polskim grafikiem, który do druku wysokonakładowej książki użył kremowego papieru objętościowego i barwionego kartonu ozdobnego. Materiały sprowadzano dla nas z zagranicy.

Pamiętam, jakie wrażenie zrobiły wtedy na mnie reprodukcje zdjęć przyklejone do kartek „Paryskich pasaży”.

- To dzieło przypadku, bo na tym drogim papierze objętościowym nie udało się dobrze wydrukować zdjęć. Zdecydowałem się te arkusze wyrzucić i zrobić je jeszcze raz ręcznie, wklejając ilustracje na papierze kredowym.

I był sukces?

- Finansowo była to zupełna klęska. „Paryskie pasaże” i inne książki, które wtedy wydaliśmy, pochłonęły pieniądze na mieszkanie mojego syna. Rynek był nieprzygotowany na takie ekstrawagancje, a ja byłem idealistą. Myślałem, że da się połączyć pasję wydawania ładnych i dobrych książek z zarabianiem pieniędzy.

Całość wywiadu TU.

wtorek, 12 lipca 2016

Herbatka na Saharze

Szczęście, o ile jeszcze się ostało, istniało gdzie indziej: w oddzielnych pokojach wychodzących na jasne uliczki, gdzie koty chrupały rybie głowy; w cienistych kawiarenkach zawieszonych matami, w których dym haszyszu mieszał się z miętowym oparem gorącej herbaty; w dokach, w namiotach na skraju sebki (przywołał biały wizerunek Marhni, jej łagodnej twarzy); za górami na wielkiej Saharze, w bezkresnych, prawdziwie afrykańskich krainach

Pod osłoną nieba to dla mnie przede wszystkim film Bernardo Bertolucciego, oglądany po raz pierwszy jakieś 20 lat temu: nastrojowy, pełen zjawiskowych ujęć i jak się okazało, mocno zapadający w pamięć. Niedawno usłyszałam fragment ścieżki dźwiękowej autorstwa Ryuichi Sakamoto i wpadłam jak śliwka w kompot – przyjemne wspomnienia z kina odżyły i sięgnęłam wreszcie po pierwowzór literacki. Warto było.


Książka powstała w 1949 r., była pisarskim debiutem Paula Bowlesa. I tu duże zaskoczenie, bo u rzecz jest bardzo świeża (choć w środku dominuje upał i kurz;), a na dodatek dojrzała. Może nie powinnam dziwić się tej dojrzałości, bo autor w chwili wydania Pod osłoną nieba miał 39 lat, sporo opowiadań na koncie i niejedno w życiu widział. Saharę widział na pewno, co zresztą doskonale daje się zauważyć i odczuć w powieści: pustynia u Bowlesa to coś więcej niż bezbrzeżne pustkowie pokryte piachem, to miejsce żywe, pulsujące światłem i kolorem, miejsce, w którym wszystko zdarzyć się może.

Na kartach powieści też się oczywiście wiele wydarza; nie może być inaczej, jeśli zachodnia cywilizacja spotyka się z północną Afryką, w tym przypadku lat 40-tych. Bohaterowie Bowlesa nie mają konkretnego celu ani planu wyprawy, łatwiej powiedzieć, dlaczego zdecydowali się wyjechać z Ameryki: Port ucieka od codziennych trudności, Kit liczy na uratowanie ich więdnącego związku, z kolei Tunner towarzyszy im chyba bardziej z fascynacji obojgiem niż z ciekawości świata. Cała trójka doczeka się swojej herbatki na Saharze, dla każdego będzie miała mniej lub bardziej gorzki smak

Bohaterów powieści trudno polubić, początkowo trudno nawet zrozumieć motywy ich postępowania, ale historia wciąga, nawet gdy już wiadomo, że szczęśliwego zakończenia zabraknie. Pesymistyczna aura jest zresztą stale obecna w Pod osłoną nieba, niepokój i poczucie przegranej to drugie imię Kit i Porta. Mnie ten dramat owiany duchem egzystencjalizmu bardzo się spodobał, jeszcze dzisiaj słyszę ziarnka piasku wysypujące się spomiędzy stronic.

________________________________________________________________________
Paul Bowles Pod osłoną nieba tłum. Tomasz Bieroń, Wyd. Zysk i S-ka, Poznań 1995


czwartek, 7 lipca 2016

Grzybowska 6/10

Przy ulicy Grzybowskiej 6/10 w Warszawie stoi potężny blok z wielkiej płyty, wybudowany ponad 50 lat temu. Nic szczególnego go nie wyróżnia, Aleksandrę Domańską zaciekawiła jednak przeszłość budynku, w którym mieszka jej matka: „Bo przecież - pomyślałam - ten skrawek ziemi zadeptany jest pospiesznymi krokami tysięcy ludzkich istnień, starających się niegdyś, jak my dziś, nadać sens swojemu życiu i poddanych przez los różnym próbom.”


Z informacjami dotyczącymi samej Grzybowskiej i okolicy w zasadzie nie ma kłopotu. Dość szybko dało się na przykład ustalić, że podczas I wojny światowej kilka podwórek dalej, na ulicy Krochmalnej, mieszkała rodzina I.B. Singera, który w kilku powieściach (m.in. Urząd mojego ojca, Szumowiny) odmalował okolicę – tętniącą życiem i biedną. Przytoczone w książce opisy żydowskiego mikroświatka są naturalnie literacką fikcją, ale dają wyobrażenie o specyficznym charakterze dzielnicy i wnoszą niezwykłą aurę do opowieści Domańskiej.

Materiałów źródłowych na temat działki spod numeru 6/10 było niewiele: stare plany, kilka fotografii, przedwojenna książka telefoniczna, wypisy z ksiąg rachunkowych i listy. Okazało się, że jeszcze na początku okupacji niemieckiej stała tu duża kamienica należąca do Salomona Graffa, właściciela składu żelaza. Autorce udało się dotrzeć do mieszkającego w Izraelu Jerzego Glassa, który przez osobę ojca, lekarza, był powiązany z rodziną Graffów i pomógł odtworzyć losy kilkorga mieszkańców z Grzybowskiej. Losów na ogół tragicznych, ponieważ ulica znalazła się w obrębie getta.

Domańska wydobywała fakty niemal z nicości, mając najczęściej do dyspozycji zaledwie szczątki informacji. Żmudne poszukiwania przyniosły kilka ciekawych, acz smutnych historii i jedną ważną znajomość. Przygnębia świadomość, że niektóre nazwiska, a więc osoby, ocalały od zapomnienia tylko dzięki temu, że figurowały na liście dłużników warszawskiej gazowni. A przecież po dziesiątkach innych mieszkańcach nie pozostał nawet tak nikły ślad.

____________________________________________
Aleksandra Domańska Grzybowska 6/10. Lament 
Wyd. Krytyki Politycznej, Warszawa 2016

sobota, 2 lipca 2016

Czereśnie

Julian Tuwim

Czereśnie

Rwałem dziś rano czereśnie,
Ciemno-czerwone czereśnie,
W ogrodzie było ćwierkliwie,
Słonecznie, rośnie i wcześnie.

Gałęzie, jak opryskane
Dojrzałą wiśni jagodą,
Zwieszały się omdlewając,
Nad stawu odniebną wodą.

Zwieszały się, omdlewając
I myślą tonęły w stawie,
A plamki słońca migały
Na lśniącej, soczystej trawie.


 


poniedziałek, 27 czerwca 2016

Dać z siebie wszystko

Ganbare! to od 11 marca 2011 roku najczęściej powtarzane słowo w Tōhoku – zniszczonym przez tsunami północno-zachodnim regonie Japonii.
Zapisywane na tablicach ustawionych wzdłuż dróg, drukowane w lokalnych gazetach, wypowiadane przez przedstawicieli rządu, artystów, dziennikarzy, wolontariuszy.
Cała Japonia woła:
Ganbare!
Dajcie z siebie wszystko! Trzymajcie się! Walczcie! Dacie radę!
[s. 5]

Po takim wstępie spodziewałam się kolejnego reportażu o dzielnych i zdyscyplinowanych Japończykach, którzy bez problemu poradzili sobie ze skutkami tsunami, ale spotkała mnie niespodzianka. Katarzyna Boni pokazała bowiem drugą stronę medalu – mało optymistyczną i prawie w ogóle nie sygnalizowaną w polskich przekazach prasowych z Japonii.


Historie zebrane w książce nie pozostawiają wątpliwości, że bez względu zaangażowanie państwa w przywrócenie dawnego ładu powrót do „normalnego” życia dla tysięcy poszkodowanych nie jest możliwy. Niektórzy załamali się i popełnili samobójstwo, wielu cierpi na zespół stresu pourazowego. Jeszcze inni uporczywie szukają śladów po bliskich, których ciał nie odnaleziono, piszą wspomnienia, rugując z języka zakazane słowa (trup, trumna, mucha, kruki), tworzą poradniki przetrwania. Albo odwiedzają mnicha Kanekę, żeby ponarzekać i zrzucić ciężar z serca lub w tym samym celu chodzą do specjalnej białej budki telefonicznej i mówią do słuchawki.

Te opowieści są przejmujące, bo pokazują skalę tragedii, która wciąż trwa, choć najczęściej pozostaje niezauważona. Najbardziej poruszył mnie jednak reportaż z drugiej części Ganbare!, poświęconej katastrofie w Fukushimie (dla przypomnienia: po tsunami doszło tam do wybuchu reaktorów atomowych). Jeden z mieszkańców małego miasteczka wbrew zaleceniom i naciskom władz pozostał w napromieniowanej strefie, aby opiekować się zwierzętami porzuconymi przez sąsiadów. W historii pana Matsumury uderza nie tyle poświęcenie, co los setek psów, kotów, kur, świń, krów itp. pozostawionych samym sobie czyli w istocie skazanych na śmierć głodową. Ktoś powie, że ludzie są ważniejsi i naturalnie ma rację, ale…

Trzeba zaznaczyć, że mimo ponurego wydźwięku książka nie epatuje drastycznymi ani łzawymi scenami, przeciwnie, daje się tu zauważyć pewna powściągliwość i dbałość o formę. Opisując Japończyków w sytuacji kryzysowej, Boni przybliżyła polskiemu czytelnikowi wciąż egzotyczny naród i pozwoliła lepiej go zrozumieć. To dużo, a Ganbare! ma znacznie więcej do zaoferowania.

____________________________________________________________________
Katarzyna Boni, Ganbare! Warsztaty umierania, Wyd. Agora, Warszawa 2016

wtorek, 21 czerwca 2016

Było gorąco

Choć publikacja Czarnego w chwili ukazania się nie była nowością (książka pierwszy raz opublikowana została w 2001 r. przez Wyd. Znak), smakuje jak świeże bułeczki. Tadeusz Konwicki wystąpił jak zwykle w świetnej formie, już na wstępie nadając rozmowie właściwy sobie ton. Na pytanie „Kiedy pan poczuł, że chce być reżyserem?” odparł:
Nie pamiętam, dlatego przytoczę anegdotę wyczytaną u Władysława Kopalińskiego, którego znam od lat, bardzo szanuję i którego czasem okradam z różnych rzeczy. On, o dziwo, albo nie spostrzega moich złodziejstw, albo traktuje mnie ulgowo. Otóż, starego grenadiera napoleońskiego pytano kiedyś o wyprawę na Moskwę, w tym zimnie, mrozach, gigantycznych śniegach: - „Jak tam było?". A on mówi: - „Nic nie pamiętam, ale pamiętam, że było gorąco".
Więc ja też nic nie pamiętam, ale pamiętam, że było gorąco
.

Konwicki naturalnie pamiętał początki swojej kariery (zapewne wykpiłby to określenie), pamiętał zresztą wiele innych rzeczy, i wiedzą tą chętnie podzielił się z Katarzyną Bielas i Jackiem Szczerbą. Wywiad oscyluje głównie wokół świata filmu, bo trzeba pamiętać, że Konwicki przez wiele lat – oprócz bycia pisarzem – był kierownikiem literackim w zespole filmowym Kadr, a od czasu do czasu także scenarzystą i reżyserem (Ostatni dzień lata, Zaduszki, Salto, Jak daleko stąd, jak blisko, Dolina Issy, Lawa).

Z jednej strony czytelnik ma szansę poznać wycinek historii polskiej kinematografii od bardzo nieoficjalnej strony, z drugiej – prześledzić ścieżkę zawodową znanego i na swój sposób „osobnego” artysty. Konwicki opowiada o środowisku filmowym, często je przy okazji demitologizując, przytacza anegdoty i mało znane fakty, „tłumaczy” dziennikarzom swoje filmy. Wywołany do odpowiedzi porusza tematy bardziej osobiste: mówi o Wilnie, twórczości literackiej, zmarłej żonie (piękne, acz wyważone wspomnienie), przyjaźniach, a nawet zabobonach. Jest zajmująco i dowcipnie, a przy tym mądrze - po prostu cymes.

Kilka fragmentów do posmakowania:

o pozie:
Ja należę do pokolenia, które się wstydziło pozy. Pozerstwo i samochwalstwo to były największe zbrodnie. Ktoś, kto się chwalił, był skreślony cło końca życia. Ktoś, kto pozował, był pośmiewiskiem. I dlatego myśmy pozy unikali jak ognia. To znaczy z pewnymi wyjątkami. Nasz styl powojenny to było lekkie zaznaczenie rodowodu partyzanckiego czy wojskowego. Battledressy się nosiło, kurtki o kroju wojskowym. To był rodzaj uniformu pokolenia. Ja nie wyglądałem jak reżyser na planie. Wyglądałem jak jakiś literat z Warszawy, który się przybłąkał do ekipy filmowej.
o grafomanii:
Pamiętajmy, że w każdym, nawet w Fellinim, siedzi grafoman. Jak jest totalna wolność, to grafoman jest agresywny, wyłazi nieraz i z czcigodnych artystów. Elity uprawiające terror artystyczny trzymały w szachu grafomana, który w nas siedzi. Teraz grafomania szaleje. Ja jestem miłośnikiem demokracji i wolności, więc myślę: dlaczego nie, niech grafomani też mają coś z życia.
o „artyzmie”:
Słuchajcie, w całej naszej rozmowie jest niewygodny dla mnie wątek - wy mnie traktujecie jak poważnego artystę. A ja w tym, co robię, boję się przeintelektualizowania. Kiedy robiłem filmy czy pisałem książki, działał, po prostu, tak zwany instynkt, przeczucie, jakieś wewnętrzne upodobanie, że człowiek woli raczej to niż co innego. Nie wszystko jest wytłumaczalne. Nie wszystko mogę w sobie zinterpretować. Gdyby tak było, to bym był nieszczęśliwy.
oraz o podobaniu się:
Ja jeszcze coś powiem. Bardzo wcześnie zorientowałem się, że nie warto podobać się wszystkim. Mnie się zdarza mieć oddanych czytelników czy widzów, a na innych nie zwracam uwagi, a nawet czasami, jak widzę kogoś na ulicy, to myślę sobie: chwała Bogu, że ten mnie na pewno nie czyta.

Jutro przypada 90. rocznica urodzin Tadeusza Konwickiego.


_______________________________________________________
Pamiętam, że było gorąco. Rozmowa z Tadeuszem Konwickim
Katarzyna Bielas, Jacek Szczerba, Wydawnictwo Czarne, 2015