poniedziałek, 24 lipca 2017

Hopper

Szymon Słomczyński

Edward Hopper, The Hotel Room

Boże tak nieobecny jak ruch
w tym pokoju, chroń Madryt,
a jeśli się nie da, ocal chociaż
tego jednego Hoppera i może
jeszcze della Francescę, a jeśli
uniesiesz, to też czarnego Goyę,
i Botticellego, a Guernicę zostaw
potrzebującym jej do szczerbatego
szczęścia, nie mnie. Ja usłyszałem,
gdy tuż obok przemknęło tajemnicze
ktoś, rodem z Almodóvara, próxima
esctación – Atocha. To stacja, gdzie
nie należy się wychylać, pomyślałem,
i pobiegłem w nieudaną pogoń po peronie
za tym kimś. Nagle spod stóp, na schodach,
wychynął stalowy napis „ThyssenKrupp”.

Odtąd wiem, skąd się biorą tak wyszukane,
cenne kolekcje, jak Thyssen-Bornemisza
(wtedy internet nie działał w telefonie
za granicą, wtedy należało wszystkiego
doświadczyć bezpośrednio). Prado to
inna historia, zamierzchła, królewska –
nie pytaj, komu bije palma,
no komu kieszonkową palmę
ze skrzyżowania między galeriami?

(Latakia, Biuro Literackie 2016)



czwartek, 20 lipca 2017

Sztuczki

Z pewną nostalgią czytam dzisiaj książki o dorastaniu w erze przedcyfrowej. O dzieciach, które nie miały gadżetów i były zdane na własną pomysłowość, a więc najczęściej bawiły się z innymi dziećmi. Jeśli zmęczyły się kopaniem piłki i jazdą na rowerach, grały w kapsle lub w karty, biły się kijkami, zbierały pety, strzelały z procy. Albo namiętnie bawiły się w umieranie.


Taki właśnie jest świat narratorki Sztuczek, dziewczynki bawiącej się głównie z chłopcami, wiecznie zabieganej i kapkę niesfornej. Skaranie boskie nie dziecko, jak mówią najbliżsi. Czytelnik wie więcej, więc dostrzeże, że nastolatka jest również nieśmiała, wycofana i może dlatego ma trudności z komunikowaniem się oraz relacjami. Jej przyjaźń z Andym jest chropowata, ale mimo nieporozumień wyjątkowo trwała. Z Ulą jest już inaczej, także dlatego, że „dziewczyńskie” przyjaźnie rządzącą się innymi prawami. Obie znajomości wygasną z powodu zwykłych młodzieńczych zgrzytów, niemniej dla bohaterki będą kluczowe.

Dorastanie u Joanny Lech jest jednocześnie liryczne i niepokojące, i to właśnie atmosfera książki najlepiej zapada w pamięć. Wrażenia z lektury byłyby niewątpliwie lepsze, gdyby nie kompozycja powieści –chyba nie do końca przemyślana, a przez to niezbyt spójna. Na niedociągnięcia przymykam oko i trzymam kciuki za autorkę, bo potencjał niewątpliwie ma.

__________________________________________
Joanna Lech, Sztuczki, Nisza, Warszawa 2016


piątek, 14 lipca 2017

Alabama song

Alabama song to oparta na faktach króciutka powieść o Zeldzie Fitzgerald. W mojej ocenie książka bardzo dobra, ponieważ świetnie pokazuje skomplikowany charakter głównej bohaterki i równie skomplikowany charakter jej burzliwego związku z Francisem Scottem.


Ona – panienka z dobrego domu, bezczelna i bezpruderyjna jak na standardy skostniałego Południa. Chce się wyrwać z rzekomego raju, który dla niej jest cmentarzyskiem ambicji. A Zelda ambicje ma: marzy o tańcu i pisaniu. On – przystojniak z Północy, zdeklasowany, ale wciąż z klasą, będzie szansą na ucieczkę do zupełnie innego świata. Scott wkrótce odniesie literacki sukces, oboje staną się ulubieńcami Ameryki, nie na długo niestety.

U Gillesa Leroya opowiada Zelda czterdziestoletnia i, co znaczące dla całej historii, od ponad dekady leczona psychiatrycznie. Nieobecnego męża darzy  jeszcze pewnym sentymentem, niemniej pretensje biorą górę. Uważa, że zniszczył jej życie i nie pozwolił realizować się artystycznie. Jej opowieść brzmi bardzo przekonująco i trudno nie współczuć tej biednej kobiecie, która mało szczęśliwie ulokowała uczucia i dokonywała kiepskich wyborów.

Warto podkreślić, że autor dobrze wczuł się w postać swojej bohaterki i zgrabnie zróżnicował jej stany emocjonalne. Nie jest to postać do lubienia i taka chyba była Zelda w rzeczywistości. Ale to już trzeba będzie sprawdzić w fachowej biografii Fitzgeraldów, do czego Leroy skutecznie mnie zachęcił.

_______________________________________________________________________
Leroy Gilles Alabama Song, przeł. Wojciech Gilewski, Wyd. Czytelnik, Warszawa 2009

niedziela, 9 lipca 2017

Paryskie niedziele

Tak Sándor Márai pisał o Paryżu lat 20. ubiegłego stulecia:
Czasami nawiedza mnie i straszy lodowata, mglista nuda niedzielnych popołudni paryskich. To okrutne wspomnienie pachnie jak wilgotne, zimne łóżko, w którym nie mogłeś zasnąć. Bistra, gdzie alkoholicy grają w karty, paryskie kawiarnie z ich szczególną oschłością i złośliwością, straszliwe godziny, podczas których chodziłem w kółko po tym ogromnym mieście, z Montmartre'u na Montparnasse, albo włóczyłem się po przedmieściach, gdzie śmierdziało moczem, prostytutki, kręcący się w pobliżu francuscy alfonsi i francuscy kapitaliści (nie było łatwo odróżnić jednych od drugich), popołudniowe wydania niedzielnych gazet z głupimi wiadomościami sportowymi i głupimi przemówieniami ministrów, z fotografiami świeżo odsłoniętych pomników bohaterów, zimne światła na fasadach domów przy Champs-Élysées, dozorcy w spodniach na szelkach na trawnikach Bois, z dziećmi na kolanach i butelką wina, bez butów, zasmradzający wonią zapoconych nóg okoliczne zarośla, wyścigi konne, podczas których człowiek zawsze najpierw nałyka się kurzu, a po ostatniej gonitwie, przepychając się w tłumie, pędzi do autobusu, ta pustynność i niepocieszenie, ta ucywilizowana bezdomność, ta mglista i zimno-kleista, gorzka beznadziejność — w tym wszystkim było coś z niedziel w więzieniach, domach poprawczych i szpitalach. Londyn jest w niedzielę cokolwiek pusty, ale cieplejszy, bardziej ludzki. Paryż jest w niedzielę okrutny i przerażający. To miasto, w którym można tylko pracować i używać. Na odpoczynku się tu nie znają.
Sándor Márai, W podróży, wybór i przekład Teresa Worowska, Zeszyty Literackie, Warszawa 2011, s. 44

zdj. Pierre-Yves Petit (źródło: Wikipedia)

 

wtorek, 4 lipca 2017

Egzorcyzmy warszawskiego pisarza

Krzysztof Varga jest jak zwykle czujny i dobrze zorientowany w warszawskiej rzeczywistości. Opowiadania ze zbioru Egzorcyzmy księdza Wojciecha pokazują, że bacznie obserwuje ulice, osiedla, biura i kawiarnie, wychwytuje aktualne trendy i mody, a później wszystko to uwiecznia na papierze w charakterystycznym dla siebie stylu. Niby jest interesująco, ale zachwycić się trudno.


Vargę czytam od lat i może dlatego od jakiegoś czasu mam wrażenie, że – przynajmniej jeśli idzie o beletrystykę – pisarz wciąż drąży te same tematy, nie oferując czytelnikowi w zasadzie nic nowego. No bo tak: z korporacyjnej kultury, Facebooka oraz kultu młodości i zdrowia niejednokrotnie już się natrząsał, grzechy polskiego kleru i rodziny obśmiewa regularnie. Bohaterowie opowiadań również wydają się znajomi – czy będzie to Malwina z Mąciwód szukająca szczęścia w stolicy, telewizyjny wróżbita zatroskany słabą oglądalnością programu, apatyczny księgowy czy emeryt podglądający młodzież na basenie – wszyscy oni są samotni i sfrustrowani.

Varga mocno się powtarza i coraz częściej jeździ po bandzie – przyciężkawy humor, pseudo-erotyka oraz jednowymiarowe postaci znacząco odbijają się na poziomie zbioru. Autor powoli zaczyna przypominać bardziej starego tetryka niż ironistę. Albo gorzej: przegranego bohatera własnego tekstu. Szkoda było zgrabnych aluzji do Prousta, Eliota i paru innych tuzów literatury, zaprawdę szkoda.

____________________________________________________________________
Krzysztof Varga, Egzorcyzmy księdza Wojciecha, Wielka Litera, Warszawa 2017


środa, 28 czerwca 2017

Księga japońskich strachów

Tajemnicze stwory to nie moja bajka, ale Yōkai przeczytałam. Przeczytałam, ponieważ dziwne postacie w twórczości Japończyków niejednokrotnie mnie zaskakiwały. O ile przedstawienia demonów w malarstwie są w miarę zrozumiałe, a nawet fascynujące, to czytanie np. o kobietach-wężach pełzających po suficie, na dodatek we współczesnym opowiadaniu obyczajowym, wprawia mnie w konsternację.


Okazuje się, że yōkai są bardzo mocno zakorzenione w kulturze japońskiej, co według M. D. Fostera ma łatwą do wyjaśnienia przyczynę: mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni wciąż chcą opowiadać o monstrach i wymyślać je na nowo. I rzeczywiście, nie tylko tworzą kolejne anime i mangi poświęcone duchom, ale prowadzą szeroko zakrojone badania nad tematem. Materiału badawczego stale przybywa, w ostatnich dekadach do galerii straszydeł dołączyła dziewczynka-widmo strasząca w szkolnych toaletach oraz kobieta z rozciętymi ustami.

Dziwne zjawy najwyraźniej na dobre wrosły w kulturę Japonii, skoro ich oswojone i uładzone wizerunki wykorzystywane są dzisiaj jako symbol lokalnej tożsamości – od logo i gadżetów po święta i festiwale. Yōkai mają na tyle dużą siłę przebicia, że zdobyły popularność także poza granicami Nipponu i ze świata komiksów trafiły wprost na duży ekran (pojawiły się choćby w filmach Spirited Away. W krainie bogów, Ring, Harry Potter i Więzień Azkabanu) – fenomen godny uwagi.

Autor, który jest badaczem i wielbicielem japońskiego folkloru, fachowo przybliżył i usystematyzował świat japońskich potworków. Sporządził nawet „kompletnie niekompletny bestiariusz” ważniejszych yōkai z wykorzystaniem ilustracji. Na marginesie dodam, że w 1963 r. wydano w Polsce klasyczną już powieść Ryūnosukego Akutagawy Kappy, opowiadającą o rzecznych dzieciach – można skonfrontować odkrycia Fostera z czysto japońskim ujęciem zagadnienia.

_____________________________________________________________
Michael Dylan Foster Yōkai. Tajemnicze stwory w kulturze japońskiej
przeł. Agnieszka Szurek
Wyd. Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2017

piątek, 23 czerwca 2017

Ojcowskie niedole

Ojcowie mają czasem ciężki los, zwłaszcza z córkami.;) W październiku 1958 r. Jarosław Iwaszkiewicz tak oto skarżył się w liście do Jerzego Błeszyńskiego:
[…] Czuję się pod zdechłym medorkiem - na dobitkę ujrzałem dziś wieczorem u Teresy jej amanta, dla którego ona rozstaje się z mężem. Coś tak okropnego, jakieś chamisko z nieprawdziwego zdarzenia. Jak do naszego brzegu co przypłynie, to albo trzaska, albo gówno. Naprawdę córki „największego" domu w Polsce mogłyby mieć trochę bardziej udanych mężów. Pierwszy mąż Marysi, na którego narzekaliśmy w swoim czasie, wydaje się dzisiaj szczytem lordostwa. Możesz sobie wyobrazić, jak mnie szalenie przygnębia sytuacja Teresy, ten cały jej głupi rozwód, złe postępowanie jej męża (któremu się zresztą nie bardzo dziwię) i ten cały galimatias, który ona sobie bierze na głowę - i nie umie absolutnie rozwiązać. Moje córki jak moje siostry są zupełnie w sprawach życiowych- nie umieją układać sobie życia, tak aby byto choć trochę znośne. Teresa zawsze otacza się smarkaterią, najwięksi przyjaciele to Wiesio i Stasio Kępińscy, i jakieś okropne typy zawsze się u niej widzi. Ach, mój drogi, naprawdę my z moją żoną zasługiwalibyśmy na mniej kłopotów chociażby pod tym względem.
Wszystko jak chcesz. O miłości Jarosława Iwaszkiewicza i Jerzego Błeszyńskiego
Warszawa 2017, s. 269
 
Jarosław Iwaszkiewicz z kilkuletnimi córkami


Najlepsze życzenia dla wszystkich ojców w dniu ich Święta.;)