sobota, 9 listopada 2013

Doniesienia z poligonu nowoczesności

Znajomi moich rodziców wyemigrowali w latach 80-tych do Szwecji. Ich wizyty za każdym razem wywoływały małe poruszenie w towarzystwie, a opowieści o tamtejszych warunkach życia słuchano jak bajek – z podziwem, lekkim niedowierzaniem i w rozmarzeniu. Z czasem okazało się, że tak bajecznie nie jest: dobrobyt został okupiony wysokimi podatkami, przekonać do siebie Szwedów było trudno, a państwu zdarzało się zbyt często ingerować w życie obywateli.


Mit Szwecji jako kraju bogatego, przyjaznego i bezpiecznego upadł już dawno temu, jednak książka Macieja Zaremby Bielawskiego dobitnie pokazuje, że zmiany poszły znacznie dalej i Szwecja stała się również krajem absurdów. „Polski hydraulik” jest przedrukiem reportaży z prasy szwedzkiej, a nie – jak zaznacza autor – pisanych ku pokrzepieniu Polaków narzekających na Polskę. Niemniej po lekturze można odetchnąć z ulgą, że np. polska służba zdrowia nie podchodzi do zadań biznesowo i nie skupia się jedynie na opłacalnych kuracjach, opiekunki społeczne mogą bezkarnie okazywać życzliwość pacjentom, mobbing, choć trudny do udowodnienia, podlega karze, a w szkołach pracują nauczyciele, którzy odróżniają dzielenie od odejmowania.

Właściwie każdy reportaż i opisywane w nim zjawisko bulwersuje. Najciekawszym dla mnie fenomenem okazało się pojęcie „urażenia”, czyli narzędzie umożliwiające czerpanie rozmaitych korzyści: od legalnych zwolnień chorobowych (także grupowych, zgłaszanych miesiąc wcześniej), przez usuwanie ze stanowisk niewygodnych osób po dość hojne wypłacane odszkodowania finansowe. Powody do niezadowolenia czy "urażenia" zawsze się znajdą:

(...) młoda para czuje się urażona, bo ksiądz wspomniał o Bogu. Gdzie indziej ktoś czuje się urażony, ponieważ znalazł nieapetyczną grudę w słoiku dżemu malinowego. Mieszkańcy Skvöde czują się urażeni, bo Linneusz dwa wieki temu napisał o ich miasteczku „mała plamka”. Oficer marynarki na Gottlandii doznał „pogwałcenia” swoich uczuć, kiedy łodzie podwodne przeniesiono do Sztokholmu. Podobnie ktoś, komu psa zgwałcił (sic!) wilk. Obecnie przestępców uraża aresztowanie, ateistów zaś egzemplarz Biblii w pokoju hotelowym. (s. 346)

Powyższy fragment może wywoływać uśmiech, niestety cały zbiór robi przygnębiające wrażenie. Szwecja według Zaremby to państwo bezduszne i ślepo posłuszne przepisom, w którym roi się od przykładów dyskryminacji, korupcji i zwykłej niesprawiedliwości. I choć trudno stwierdzić, jak powszechne są opisywane zjawiska (swoją drogą autora zbadał je nadzwyczaj wnikliwie i rzetelnie), nasuwa się wniosek, że kraj słynący niegdyś z opiekuńczości i nowoczesności od dłuższego czasu zjada własny ogon. Warto przyjrzeć się Szwedom bliżej, zwłaszcza mając takiego przewodnika jak Zaremba.

_____________________________________________________________________________________

Maciej Zaremba Bielawski „Polski hydraulik i nowe opowieści ze Szwecji", Wyd. Agora, Warszawa 2013
_____________________________________________________________________________________



40 komentarzy:

  1. Myślałem, że masz to już przeczytane. Sam się zabieram po Posmyszowej, więc nie wczytuję się w Twój tekst. Potem się wypowiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W 2008 r. czytałam pierwsze wydanie, a teraz nastąpiła powtórka z racji wzbogacenia książki o cztery nowe teksty. Wiele zdążyłam zapomnieć, więc czytałam całość.;)

      Usuń
    2. Ech, zabiłaś mi koncepcję początku:) Też mieliśmy sąsiadkę, która wróciła ze Szwecji; pierwszy raz spróbowałem u niej sznurkowatych żelków. I oranżady z puszki. I video też miała pierwsza.

      Usuń
    3. Akurat ci znajomi nie byli tak bliscy, żeby ich objadać, ale co się nasłuchaliśmy, to nasze. Przypomniałeś mi przy okazji, że dalsza rodzina również ze Szwecji przywiozła magnetowid - wtedy przedmiot pożądania.;) Kulinariów szwedzkich chyba nikt nie promował.;(

      Usuń
    4. Oranżada i żelki były jednorazowe, ale jaką musiały mieć moc egzotyki, skoro pamiętam do dziś:) A szwedzkie kulinaria poznałem dopiero w Ikei, ich śledziki są niezrównane:)

      Usuń
    5. W Ikei z art. spożywczych odpowiada mi tylko glog.;)

      Usuń
    6. A tego nie próbowałem:) Za to śledziki i żelki lukrecjowe - sam cymes:)
      Jestem w drugim reportażu i muszę stwierdzić, że pisze ten Zaremba tak sobie, ale pisze rzeczy, od których włos się jeży.

      Usuń
    7. Wreszcie trafiłam na kogoś, kto oprócz mnie lubi lukrecję.;) Inni na samo hasło wykrzywiają twarze.;( Rozumiem, że żelki są nadal dostępne w sprzedaży?
      Trunek poprawnie nazywa się glögg - na obecną porę roku jest znakomite.

      Masz rację - pisze tak, że włos się jeży, nie tylko na głowie. Styl ma przeciętny, ale uznaję go za normalny. Reportaż literacki to chyba jednak polska specjalność.;)

      Usuń
    8. Zdecydowanie my, lukrecjowi skrytożercy, jesteśmy w mniejszości.
      Styl się nieco poprawia, im dalej w głąb. W zasadzie to właśnie jest prawdziwy reportaż, bez narzucania się przez reportera.

      Usuń
    9. Otóż to - od jakiegoś czasu mam wrażenie, że polscy reportażyści zapomnieli na czym polega sztuka pisania reportażu: albo pchają się przed bohatera, albo popisują się stylem. Nie podoba mi się to. Tymczasem Zaremba pisze prosto, ale na temat, znacząco wzbogacając wiedzę czytelnika.

      Usuń
    10. No właśnie. Chropowatości tekstu zrzucam na karb tłumaczy, chyba najsłabiej spisał się ten najbardziej przez autora wychwalony. Za to nie spodziewałem się, że mnie te reportaże tak pochłoną, trzeci dzień, a ja dobijam do końca.

      Usuń
    11. Przyznam, że nie zauważyłam chropowatości, czasem tylko gubiłam się w nazwach firm i organizacji, ale w końcu to teksty pisane dla Szwedów. Ale wciągają, bez dwóch zdań. Podobnie (tj. z oczami szeroko otwartymi) czytałam "Gomorrę" Saviano, która wbrew pozorom nie jest poświęcona tylko handlowi bronią i narkotykami.

      Usuń
    12. Czasem zdarzają się jakieś niezgrabności. Po Vardze i Zarembie mam ochotę na więcej reportażu na jesień.

      Usuń
    13. Na brak wyboru na pewno nie można narzekać, chyba łatwiej u nas ostatnio trafić na dobry reportaż ni dobrą prozę.

      Usuń
    14. Na brak dobrej prozy krajowej, chociaż lekko przeterminowanej, nie narzekam, ale reportaży też mam zapasik, samą śmietankę:)

      Usuń
    15. W takim razie - przyjemnego łasuchowania.;)

      Usuń
    16. Dzięki, Hanna Krall mnie tu kłuje w oczy:)

      Usuń
    17. Ja już muszę w opasce na oczach chodzić, bo zbyt wiele książek mnie kłuje w oczy.;(

      Usuń
    18. Ja mam na parapecie przed sobą taką barykadkę książek, które muszę przeczytać już i koniecznie. Nie muzę dodawać, że one stoją najdłużej?

      Usuń
    19. Nie musisz, to się rozumie.;)
      Moja barykada z czasem pokrywa się kurzem, po czym zastępuje ją nowa.;( Dlatego ostatnio staram się czytać książki od razu po zakupie.

      Usuń
    20. Sprytny sposób i dobry. Ja też właśnie przeczytałem pod rząd aż trzy świeżo otrzymane i sam jestem pod wrażeniem. No, ale dwie z nich to książki Szczygielskiego, a to wiele wyjaśnia w moim wypadku :D

      Usuń
    21. Grunt, że przeczytane, barykada pomniejszona o trzy tomy.

      Usuń
    22. Raczej: barykada nie powiększyła się o te trzy tomy. No ale zawsze ruch w interesie:)

      Usuń
    23. Niech Ci będzie, nie powiększyła się.;)

      Usuń
  2. Czytałam te reportaże już jakiś czas temu, w "starym" wydaniu (obecne podobno zostało ubogacone o parę nowych, wrrr!). Wtedy zamieściłam o książce tylko krótką notkę w biblionetce, ale pamiętam, że wcale nie oddychałam z ulgą, bo nie odniosłam wrażenia, aby to wszystko opisywało kraj inny od naszego. Moim zdaniem, wszystko przed nami i do opisanego tam świata zmierzamy szybkim i dziarskim krokiem, nie wyciągając żadnych wniosków z doświadczeń innych.
    Zaremba to dla mnie dobry przykład świadomego dziennikarza, doskonale wiedzącego o tym, że za każde słowo trzeba wziąć odpowiedzialność. U nas rzadkość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, nowe wydanie wzbogacone jest o cztery teksty m.in. o szkolnictwie. Jakiś czas temu w GW pojawił się fragment dot. szkoły Minerva, a zupełnie niedawno w DF o szpitalnym leczeniu (Co zabiło Gustava B.?) - może je czytałaś.
      Pocieszam się, że w Polsce nie jesteśmy aż tak zbiurokratyzowani, choć z drugiej strony znieczulica postępuje. I (niestety) masz rację - wszystko przed nami.
      Co do samego Zaremby - jego wnikliwość, dokładność i wytrwałość są godne podziwu. Zastanawiałam się, czy polskie gazety pozwalają (czyli mają fundusze) na tak długie badanie jednej sprawy - bo te reportaże - ze względu na objętość - musiały być chyba drukowane w odcinkach.

      Usuń
    2. Ten dot. szkoły Minerva nijak mi się nie kojarzy, najwyraźniej pominęłam (ale też nie kupuję GW regularnie), natomiast ten dot. Gustava B. mam. Był w DF, z którego nie przeczytałam ani zdania (nawet Vargi i Szczygła, zgroza), z uwagi na niesprzyjające okoliczności życiowe. Nadrobiłam teraz. I mam dojmujące wrażenie, że pisząc o zmierzaniu do takiej rzeczywistości szybkim krokiem, otarłam się o profetyzm:P
      Z przyczyn zawodowych wiem o polskiej służbie zdrowia więcej niż bym chciała. O swojej branży także wiem nieco za dużo. I dlatego jestem głęboko przekonana, że za 10, a może już za 5 lat będziemy w tym samym miejscu, w którym Szwecja znalazła się parę lat temu. A nie jest to dobre miejsce. Ok, ma trochę racji Marek Balicki (rozmowa z nim była opublikowana w DF obok fragmentu reportażu Zaremby), mówiąc że różnimy się od Szwedów tym, że przywykliśmy do kombinowania i radzenia sobie w tego rodzaju sytuacjach. Ja myślę jednak raczej o tym, jak biernie temu wszystkiemu poddają się ci, których dotyczą odgórne oddziaływania. Czyli konkretnie lekarze, ale i ci z mojej działki także. I jak niewielu jest takich, którzy mają siłę, ale i w ogóle ochotę na to, by powiedzieć, że to bzdura i robić swoje, mimo konsekwencji, z jakimi mogą się spotkać.
      A to wiąże się też z ostatnim akapitem Twojego komentarza. Może i są polskie gazety, które dają fundusze na tak długie badanie jednej sprawy, a może i nie. Nie wiem jednak, czy w Szwecji też są takie gazety (trzeba by zapytać, albo posłuchać Zaremby, może gdzieś o tym mówił). Sądzę, że to raczej kwestia jednostkowej determinacji i tego, jak kto rozumie swoją pracę. Gdyby wszyscy lekarze (to przykład nawiązujący do konkretnego reportażu, można tu podstawić dowolną profesję) byli takimi dziennikarzami jak Zaremba, nie musielibyśmy rozmawiać o tej książce, bo by nie powstała.

      Usuń
    3. Z opóźnieniem dotarło do mnie, że w ostatnim zdaniu posłużyłam się zbyt dużym skrótem myślowym:) Chodziło mi oczywiście o to, że gdyby wszyscy lekarze byli takimi lekarzami, jak Zaremba dziennikarzem, to...
      Najgorzej, jak człowiek chce tak strasznie mądrze gadać; zawsze się wygłupi:P

      Usuń
    4. Proszę Cię, nie strasz mnie.;( Słyszę o bulwersujących praktykach w szpitalach, ale głównie w mediach, wśród znajomych to są na szczęście odosobnione przypadki. Na szczęście słyszę także o pozytywnych zjawiskach, choć zdaję sobie sprawę, że to kropla w morzu. Coraz częściej słyszę natomiast o biurokratyzacji i przeróżnych bzdurach w szkołach.
      Od Szwecji różnimy się również poziomem dobrobytu: wydaje mi się, że gdybyśmy mieli fundusze Szwedów, służba zdrowia byłaby o niebo lepsza. Polska umiejętność do radzenia sobie w trudnych warunkach, o czym wspominasz, też jest ważna - w końcu tak od lat funkcjonują różne instytucje (że o gospodarstwach domowych nie wspomnę). Znajomi mieszkający W USA i Europie Zach. wolą leczyć się u nas, bo twierdzą, że mogą tu liczyć na fachowców. Zaznaczam, że nie korzystają z wypasionych, drogich lecznic.
      Cóż, niepokorni łatwo nie mają, wychylać się mało kto ma ochotę (odwaga to inny temat). Podobnie jest od dołu czyli w sytuacji, gdy petent chce zakłócić istniejący porządek (zdarza mi się interweniować w przeróżnych sprawach "obywatelskich" i rozbijać o obojętność). Za chwilę dojdę do wniosku, że nikomu się nie chce.;(

      Usuń
    5. Spokojnie, skrót myślowy zrozumiałam - może czytałam też w skrócie.;)

      Usuń
    6. Ja niestety widzę funkcjonowanie systemu jako całości - zarówno z perspektywy pacjenta, i tego wielkomiejskiego, i wiejskiego, jak i lekarza. Nie jest to budujący widok. To wszystko, o czym pisze Zaremba u nas też funkcjonuje, choć może (jeszcze) nie w takiej skali. Kwestia czasu. Jeśli zaś idzie o wielkość funduszy, mam niestety wrażenie, że zwiększenie ich ilości przełożyłoby się przede wszystkim na wzrost poziomu patologii (o tym też mówi Balicki we wspomnianej przeze mnie rozmowie, i doskonale wiem, o czym mówi). Ale nie straszę już więcej:P
      Ale myślę sobie (nawiązując też do tematu szkolnictwa, o którym wspominałaś), że nie chodzi tu o "niepokorność" (swoją drogą, jakżeż u nas ostatnio ten rzeczownik się zdewaluował, brr!), ale po prostu o normalność. O bycie po prostu dobrym, zwyczajnym człowiekiem, który nie czyni drugiemu temu, co jemu samemu niemiłe. Mówiąc zaś mądrzej, o tzw. miękkie kompetencje, którym nie poświęca się u nas ostatnio najmniejszej uwagi. Także w szkołach. Co nie rokuje dobrze, niestety.

      Usuń
    7. W takim razie muszę przeczytać rozmowę z Balickim, bo ominęłam ją. Cykl DF o bulwersujących sytuacjach w polskiej służbie zdrowa wprawiał mnie w stan osłupienia, ale naiwnie liczę na to, że nie opisywał powszechnego stanu. Wierzę, że Twoje doświadczenie wskazuje na coś innego - ja na szczęście mam mało do czynienia z lekarzami.
      Co do normalności - obawiam się, że bycie dobrym jest obecnie kojarzone z frajerstwem. Ja już nawet nie oczekuję życzliwości od bliźnich, ale nieuprzykrzania życia innym - jak najbardziej. Zaczęłam się teraz zastanawiać, czy np. istnieje wciąż coś takiego jak pomoc uczniowska. Wiem, że są zajęcia wyrównawcze prowadzone przez nauczycieli, ale czy dzieciom pokazuje się, że słabszym trzeba pomagać? I nie myślę tu o klasach integracyjnych.

      Usuń
  3. Z tym, to bym ostro polemizowała: "niemniej po lekturze można odetchnąć z ulgą, że np. polska służba zdrowia nie podchodzi do zadań biznesowo i nie skupia się jedynie na opłacalnych kuracjach". Jak słyszę teraz opowieści o Szwecji to mi się włos jeży na karku. Ale mity upadają dosyć wolno... Zastanawiam się też na jaką skalę i jak częste są te zjawiska.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty znasz służbę zdrowia na pewno lepiej ode mnie, więc pewnie bliżej Ci do opinii Momarty (komentarze wyżej). Mnie również b. ciekawi, na ile opisywane przez Zarembę zjawiska są powszechne. Niektóre z nich nadawałyby się do czarnych komedii. Scenka w recepcji przychodni, w której dziennikarz robił rozeznanie i przy okazji chciał się zapisać na wizytę, skojarzyła mi się ze skeczem Kabaretu Moralnego Niepokoju (http://www.youtube.com/watch?v=F9RPKYxgFxM) - nie może pan zarezerwować wizyty, to robimy tylko telefonicznie. Niewiarygodne po prostu.

      Usuń
  4. Pamietam, ze mna najbardziej wstrzasnal tekst, jak pielegniarze szpitala psychiatrycznego pozwali chora psychicznie pacjentke, przez ktora czuli sie "zniewazeni" i zadali wysokich odszkodowan za cierpienia fizyczne i psychiczne.

    "Za każdym razem, gdy Lisa się zamachnie, plunie lub użyje brzydkiego wyrazu, powiadomiona zostaje policja. Zdarza się, że są wyciągane stare krzywdy.
    Na przykład 15 lipca 2004 roku policja otrzymuje list, że miesiąc wcześniej Lisa wykonywała groźne gesty i oblała kogoś kawą. Czy kawa była gorąca? - docieka policja. Nie, zimna. Czy komuś coś się stało? Nie, ale zamoczyło się ubranie. Poza tym powiedziała: "Ale jesteś brzydki", a nawet "ty cholerny kutasie". Jest mu przykro, czuje się znieważony.
    Dwudziestu różnych policjantów przyjmuje zgłoszenia, interweniuje lub przesłuchuje osoby z Torggatan 3. Czasem Lisa tylko rzuci pomarańczą, ale zdarza się, że uderzy, ugryzie albo kopnie, najczęściej, gdy się ją do czegoś zmusza. Na przykład, żeby wstała, kiedy leży. Po szamotaninach zostają siniaki, niekiedy podbite oko, raz czy drugi pokazałą się krew.
    W grudniu 2005 roku ma to wszystko rozpatrzyć sąd. Dwadzieścia osób, które złożyły ponad trzydzieści zgłoszeń, chce, by Lisa za swoje zachowanie poniosła karę. Ponadto ofiary chcą pieniędzy. Łącznie dwieście pięćdziesiąt tysięcy koron (sto dziesięć tysięcy złotych) za ból, obrazę i cierpienia psychiczne. Muller został, na przykład, kopnięty w nogę oraz nazwany obleśnikiem, gwałcicielem i demonem. Musiał przerobić to z psychologiem. Za cierpienie żąda dwunastu tysięcy stu koron plus odsetki."

    Te dwadziescia osob to personel psychiatryka, Lisa to pacjentka szpitala na Torggatan 3 w Molndal. Obled, nie? ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obłęd, masz rację. Na dobrą sprawę to skarżących powinni przebadać. I tak sobie myślę, że łatwa "urażalność" niektórych Szwedów wynika z przyzwyczajenia do dobrobytu. U nas to nie do pomyślenia, bo jesteśmy zahartowani i np. z powodu opóźniającego się o 30 min. autobusu ludzie nie biorą zwolnienia chorobowego. Co innego płatna fucha na boku.;(

      Usuń
  5. Z dużym zainteresowaniem czytam "Vademecum" na blogu Sygrydy Dumnej (39 odcinków). Sygryda zna Szwecję od podszewki, więc jestem przyzwyczajona do rozmaitych niespodzianek na temat kraju, który na pierwszy rzut oka wydaje się oazą szczęśliwości. Zarembę mam w starym wydaniu, jak nadejdzie jego pora, będę musiała uzupełnić braki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się, Sygryda też odczarowuje mit Szwecji. Nie ma miejsc idealnych, ale trawa u sąsiada zawsze wydaje się bardziej zielona.;) Myślę też sobie, że chyba nie jest w Szwecji tak źle, skoro dawni polscy emigranci nie wracają do kraju - wspomniani przeze mnie znajomi nadal tam mieszkają.

      Usuń
  6. Miałam tą książkę w ręce na targach stojąc w pobliżu autora, niestety nie kupiłam. Teraz żałuje i chyba muszę naprawić błąd.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz sobie pomyślałam, że dobrze byłoby pójść na spotkanie z Zarembą - na pewno coś ciekawego by dopowiedział. Może kiedyś.;)

      Usuń