wtorek, 13 grudnia 2011

Żałuję

W takich chwilach żałuję, że nie znam francuskiego. W takich tzn. kiedy kończę "O sztuce oraz sposobach usidlenia kierownika działu w celu upomnienia się o podwyżkę” Pereca i okazuje się, że z autora był pomysłowy Dobromir. Co książka, to inna konstrukcja, inna gra z czytelnikiem. Niestety w Polsce przetłumaczono tylko kilka książek Pereca. A tu by się z chęcią poczytało takie La Disparition czyli powieść napisaną bez użycia litery "e". Albo choćby taki Un cabinet d'amateur wykorzystujący wielokrotne powtórzenie obrazu w obrazie. Książka ukazała się w Polsce pod tytułem "Gabinet amatora", nawet w dwóch przekładach, oba niestety są najwyraźniej wadliwe*. Kłania się stara prawda: języki obce warto znać. W przypadku lektury książek Pereca - zdecydowanie warto.


Co zatem aż tak ujęło mnie w tej czerwonej książeczce, że zaczęłam pomstować na językowe lenistwo? Głównie forma i humor. Otóż Perec postanowił w literacki sposób przedstawić schemat organizacyjny, za cel zadania stawiając sobie - czy też raczej potencjalnemu pracownikowi - poproszenie szefa o podwyżkę. Forma graficzna zajmuje jedną stronę, opis wszystkich możliwości dotarcia do kierownika - 75 stron. Treść jest tu mniej istotna, a dokładne jej śledzenie może przyprawić o zawrót głowy, zgrzytanie zębami, a nawet o atak wściekłości. Autor uparł się bowiem, aby utrudnić realizację zadania i mnoży przed śmiałkiem trudności. To, że szef może być w złym humorze, zbyć pracownika, przełożyć spotkanie, jest niczym w porównaniu z ryzykiem, jakie stanowi świat zwierząt i minerałów. Szef może wszak zatruć się nieświeżym jajkiem, a jeśli nie zatruje się jajkiem, może udławić się ością, a jeśli nie udławi się ością, może zarazić się odrą od jednej z czterech córek, a jeśli nie... I tak dalej, i tak dalej czytelnik podąża tropem nieszczęśliwych wypadków, o ile starcza mu naturalnie wytrwałości. A wszystko to podane jednym ciągiem, bez znaków interpunkcyjnych i wielkich liter.

Przyznaję się bez bicia, że całość bywa nużąca i irytująca, na szczęście bywa także dowcipna. Mam ogromny szacunek i słabość do literatów eksperymentatorów, toteż od czasu do czasu dużą frajdę sprawia mi sięgnięcie po książki w rodzaju wyżej opisanej. Kombinatoryki w matematyce nie lubiłam, ale w literaturze - bardzo. Perec kombinuje nie tylko z możliwościami w schemacie, ale i z językiem; na miano literata w pełni sobie zasłużył. Już się cieszę na "Człowieka, który śpi" - książkę złożoną podobno wyłącznie z cytatów oraz na "Życie instrukcję obsługi" zorganizowane wg ruchu skoczka szachowego. Może z czasem znajdą się chętni na przetłumaczenie innych utworów Pereca.


------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
*Polecam artykuł Jana Gondowicza w Magazynie Literackim w nr 49 "Tygodnika Powszechnego". Wyrywkowe porównanie pokazuje duże rozbieżności między tłumaczeniami "Gabinetu amatora". I tak np. "forma świecznika" u Markowskiego jest "wzorem na szkliwie" u Brzozowskiego, natomiast "sekretne przesłanie" Brzozowskiego to według Markowskiego "skradziony list". Nie wiadomo też, czy w oryginale chodziło o "ulicznego antykwariusza w Lille" (Markowski) czy raczej o "antykwariusza przy ulicy de Lille" (Brzozowski). Podobnych przykładów jest więcej, Perec pewnie w grobie się śmieje.



________________________________________________________________________________________

Georges Perec "O sztuce oraz sposobach usidlenia kierownika działu w celu upomnienia się o podwyżkę”, tłum. Wawrzyniec Brzozowski, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011
________________________________________________________________________________________


piątek, 9 grudnia 2011

Klub czytelniczy (odc. 12) - Matka Joanna od Aniołów


Garść informacji dotyczących dzisiejszej lektury:

Kanwą opowiadania Iwaszkiewicza są wydarzenia z początku XVII w. w Loudun we Francji, gdzie odbył się proces księdza Urbana Grandiera, oskarżonego przez matkę przełożoną klasztoru Urszulanek o opętanie zakonnic i konszachty z diabłem. Te same wydarzenia opisał również Aldous Huxley w powieści "Diabły z Loudun" (1952) oraz John Whiting w sztuce teatralnej "Demony" (1961). Książka Iwaszkiewicza została sfilmowana przez Jerzego Kawalerowicza, a Huxleya - przez zmarłego w listopadzie br. Kena Russela ("Diabły"). Temat okazał się wyjątkowo nośny - w 1969 r. Krzysztof Penderecki skomponował operę "Diabły z Loudun". Wniosek jest jeden: "Matkę Joannę od Aniołów" warto znać;)



Pytania do dyskusji:

1. Jakie są Wasze ogólne wrażenia po lekturze „Matki Joanny od Aniołów”?

2. W opowiadaniu pojawiają się różne koncepcje dotyczące zła. Czy któraś z nich wydała Wam się szczególnie interesująca?

3. Czy Matka Joanna była rzeczywiście opętana?

4. Cadyk – mędrzec czy szatan w przebraniu?

5. Dlaczego ksiądz Suryn poniósł klęskę?

6. Co dla Was pozostanie sednem opowiadania Iwaszkiewicza?

7. Pytanie dla osób, które widziały ekranizację Jerzego Kawalerowicza – jak według Was wypada porównanie filmu z pierwowzorem literackim?

8. Miejsce na wasze pytania.



Zapraszam wszystkich chętnych do dyskusji;)



środa, 7 grudnia 2011

Niewygodny spadek

Dziedzictwo jest trudne, składa się ze zbyt wielu nieszczęść, w których zbyt wielu ludzi odziedziczyło udziały, a nikt nie wie, jak je zainwestować i co w ogóle z nimi zrobić. Dotyczy to zwłaszcza upokorzeń, które chciałoby się po prostu wykreślić z inwentarza, a jeśli to niemożliwe, pozbyć się ich, oddając komuś innemu. Lecz wiadomo, że nawet najsłabszy nie przyjmie ich po dobroci, w tej sprawie bez przemocy się nie obędzie. [str. 77]


Bohaterka opowiadań Magdaleny Tulli otrzymała w spadku wojenną traumę matki, włoskie pochodzenie ojca i postanowienia jałtańskie. To spore obciążenie, zwłaszcza dla dziecka dorastającego w Polsce w latach 60-tych ubiegłego stulecia. Wiąże się z nieodwzajemnioną miłością do matki, rozdarciem między dwoma kulturami i szykanami. Żadne tam dolce vita - o istnieniu innych światów boleśnie przypominają tytułowe włoskie szpilki.

Podoba mi się sposób Tulli na snucie opowieści. Szarą nicią, gęstym ściegiem, dobrze maskującym to, co znajduje się pod spodem. Gruba tkanina jest szorstka w dotyku i nieco krępuje ruchy, ale dobrze się nią opatulić. Posiada bowiem cenną właściwość - grzeje. Tak jest właśnie z "Włoskimi szpilkami" - pełnymi metafor i oryginalnych skojarzeń. U Tulli wojna może być wojną pianistów, wydarzenia marcowe 1968 r. - polowaniem na lisy, a postępująca choroba Alzheimera - rozpadem imperium:

Jej choroba była jak schyłek imperium. Armie cofały się, opuszczały przyczółki zajęte w czasach minionej świetności, posągi kruszały, pałace zarastały zielskiem. Urzędnicy cesarstwa nie myśleli już o wielkości, tylko o przetrwaniu, to znaczy o tym, co najbardziej doczesne i najbliższe ciału, a przez opuszczone punkty graniczne przenikali obcy - wirusy, bakterie - i przejmowali rządy. [str. 22]

Proza nieprzeciętna, w swojej oryginalności bezpretensjonalna. Do sączenia dzień po dniu, do smakowania. Dla mnie cymes.

Zachęcam do przeczytania wywiadu z autorką.

______________________________________________________________

Magdalena Tulli "Włoskie szpilki", Wydawnictwo Nisza, Warszawa, 2011
______________________________________________________________


poniedziałek, 5 grudnia 2011

Ośma półka od dołu


Czytam wywiad z Michałem Witkowskim w piątkowej Gazecie Wyborczej, a tam taki fragment:

Czy pan pisze dla inteligenta?

- Zdecydowanie trudno powiedzieć żebym pisał dla inteligenta, bo inteligent czytał raczej Konwickiego, Herberta czy Miłosza i nie potrzebował żadnych wabików typu, że będzie seks, przemoc i kamp. Wszelkie ozdóbki i przyprawy były mu wręcz wstrętne. Teraz są nadobecne, bo przecież książki pisze się w kontekście półki w Empiku.

Pan żartuje?

- Nie. Pisząc wiem, że moja książka będzie stała na ósmej półce od dołu, w piątym pomieszczeniu. I że facet, który ma wydać 30 zł, mając do wyboru trzypoziomowy Empik, musi je wydać właśnie na tą ósmą półkę, a nie na kubek z Marilyn Monroe czy najnowszy kompakt.

Pan się nie wstydzi mówić o tym?

- A czego mam się wstydzić?

Że pan pisze pod półkę.

- Przepraszam, ale pani jest naiwna. Literatura współczesna ma bardzo dobrze wpisaną świadomość półki w Empiku. Ona cała krzyczy, jak bardzo jest atrakcyjna. Kiedyś pisało się bez takiej potrzeby.

Krzyczy?

- Tytułem krzyczy, żeby tylko się rozniosło, że ja też jestem atrakcyjna, a ci obok mnie to już mniej. Pierwszym zdaniem krzyczy, okładką i tym, co napisane z tyłu na okładce. Teraz już się nie da pisać tak jak kiedyś.

Pełny tekst wywiadu tutaj.


piątek, 2 grudnia 2011

Iwaszkiewiczowie

Dzieliło ich prawie wszystko - stan majątkowy, poglądy polityczne i religijne, ciągoty seksualne. Połączyło uczucie i zamiłowanie do sztuki, dzięki temu przetrwali razem 58 lat. Po drodze przytrafiło im się samobójstwo teścia Jarosława, poważne tarapaty finansowe i wreszcie choroba psychiczna Anny, którą w dużej mierze uratował (przynajmniej na dłuższy czas) małżonek i - paradoksalnie - wojna. Związek intrygujący, daleki od wzorca: on - artysta i egoista, ona - pokorna towarzyszka doli i niedoli, zawsze w cieniu geniusza.


Z książki Mitznera o Iwaszkiewiczach wynika, że to Jarosław głównie zabiegał o trwałość małżeństwa, i że to on wykazywał się większą zapobiegliwością. Annie co prawda nie można odmówić zdolności organizacyjnych, w końcu to na jej głowie było prowadzenie domu, który w czasie wojny stał się schroniskiem dla wielu osób. Przy okazji - mało kto wie, że za pomaganie Żydom oboje pośmiertnie zostali uhonorowani tytułem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.


Sekret tego małżeństwa polegał na dużym szacunku i tolerancji dla odmiennych upodobań. I tak na przykład Jarosław akceptował gorliwą religijność żony, ta z kolei godziła się na jego fascynacje chłopcami. Tu ciekawostką jest fakt, że Anna swego czasu zdobyła się na homoerotyczny flirt z Marią Morską, wycofała się jednak z powodu wyrzutów sumienia. Było między Iwaszkiewiczami także partnerstwo na poziomie sztuki - Anna była pierwszą czytelniczką i krytykiem utworów męża, sama pisywała eseje, przekładała na polski literaturę francuską. Mimo różnic i przeciwności losu (m.in. postępującej choroby Iwaszkiewiczowej), z wzajemnymi pretensjami, poczuciem osamotnienia - trwali razem.

Iwaszkiewiczowie widziani przez Witkacego

Para bardzo interesująca, książka Mitznera niestety przeciętna. W moim odczuciu za dużo w niej w cytatów z utworów Iwaszkiewicza, za mało faktów - autora usprawiedliwia jedynie określenie całości mianem eseju. Pewne tematy ledwie zasygnalizowano, a szkoda. Narzeczeństwo Anny z Krzysztofem Radziwiłłem zasługuje na większą uwagę, bo wiele mówi o przyszłej żonie poety. O córkach Iwaszkiewiczów dowiemy się tylko tyle, że się urodziły, a przecież rodzicielstwo jest ważnym elementem małżeństwa, nieprawdaż? Jak na badacza, który swoich bohaterów znał i niejednokrotnie odwiedzał, książka pozostawia wiele do życzenia. Mam nadzieję, że późniejsze wydanie (2008) zostało zmienione i zgodnie z zapowiedzią wydawcy "książka stała się jedną z najważniejszych prac biograficznych w polskiej literaturze".

Zachęcam do zajrzenia na stronę o Iwaszkiewiczach i Stawisku.
_______________________________________________________________________________________

Piotr Mitzner "Hania i Jarosław Iwaszkiewiczowie: esej o małżeństwie", Wyd. Literackie, Kraków, 2000
_______________________________________________________________________________________