poniedziałek, 27 maja 2013

Nasze histerie, nasze nadzieje

Ja wiem, że niejednokrotnie drażnię, irytuję, ale trzymam wodze w silnej ręce. To, co robię, robię całkiem świadomie. Oczywiście wywołuje to zdumienie i gniew, dlatego, że jesteśmy przyzwyczajeni do ciepłych klusek, do haniebnego zaniżania wymagań; nasza sztuka to są wypracowanka na stopień dostateczny. Strasznie daleko odstaliśmy od poziomu światowego. Nasza sztuka to salaterki z budyniem. Jeszcze za mało drażnię, za mało odpycham, za mało atakuję. A przecież sztuka nie składa się z samych piękności, z urody, sztuka składa się z bólu, z gniewu, z rozpaczy, z tych wszystkich właśnie nieapetycznych składników. [s. 319]

Pod wypowiedzią Konwickiego z 1972 r. jest wiele prawdy: jego książki i filmy, z nielicznymi wyjątkami, mogą drażnić. Enigmatyczne, często wręcz niejasne, są dość trudne w odbiorze i interpretacji. Niejasność powoduje, że potrafią także niepokoić. Niewątpliwie wymagają skupienia i wysiłku intelektualnego, być może nawet ponownej lektury czy seansu. Te starania są jednak wynagradzane: zawsze coś można odkryć lub odczytać utwór na nowo. Innymi słowy: to źródła niewyczerpanej inspiracji.


Wywiady zamieszczone w „Naszych histeriach, naszych nadziejach” mogą do pewnego stopnia ułatwić odbiór twórczości Konwickiego, a przynajmniej zrozumieć, dlaczego wybierał takie, a nie inne rozwiązania. W ogóle tę książkę dobrze jest studiować partiami i jako uzupełnienie, dajmy na to, do obejrzanego właśnie „Salta” czy przeczytanej „Małej apokalipsy”. Smakowicie czyta się opowieści i anegdoty towarzyszące ich powstawaniu, zwłaszcza że spisywane były niemal na gorąco – najstarsze wywiady w zbiorze pochodzą z lat 60-tych.

Zakres materiałów zgromadzonych przez Kanieckiego pozwala traktować „Nasze histerie…” również jako biografię artystyczną jednego z najważniejszych polskich twórców. Z rozmów wyłania się uznany artysta z czasów PRL-u, później pisarz podziemny, a w dobie transformacji - ponownie pełnoprawny reżyser i literat. Nie zabrakło wspomnień z dzieciństwa i wojny, ankiet lekturowych, wypowiedzi jubileuszowych czy notki o legendarnym kocie Iwanie. To zdecydowanie lektura wielokrotnego użytku, zachęcająca do odświeżenia znajomości z twórczością Konwickiego i ewentualnego wykorzystania podpowiedzianych przez niego tropów. Takich jak ten o Conradzie:

Po prostu bałbym się zagłębić w tego człowieka, tak wspaniale skomplikowanego i tak nasyconego człowieczeństwem, uczciwym kompleksem polskim. „Lord Jim” – nikt mi nie wytłumaczy, że to nie jest o sobie, o kraju. To jest Polak, tylko angielski. Zaszyfrowany niedbale.
Trzeba przeczytać wspomnienia jego żony, żeby to zrozumieć. To jest wspaniałe. Ona, nie chcąc, opisuje cały nasz polski syndrom. Pisze tak: w piątek po południu ktoś zadzwonił do drzwi. Otworzyłam. Stało trzech dziwnych panów, w płaszczach do ziemi, każdy trzymał w ręku teczkę. Nie znali żadnego europejskiego języka, więc pobiegłam na górę po Josepha. Joseph zszedł i okazało się, że to są Polacy. Wprowadził ich do siebie i powiedział, żebym przez trzy dni do niego nie wchodziła. Ale po dwunastu godzinach oni nagle wyszli i już nigdy się nie pokazali. Ona to opisuje jako rzeczy zupełnie niezrozumiałe, a my wiemy: Polacy na delegacji przyszli do rodaka, pokłócili się, mieli być trzy doby, wyszli, poszli do domu.
Conrad jest wspaniały w tych swoich zmaganiach.
[s. 200-201]


_________________________________________________________________________________________

Przemysław Kaniecki „Nasze histerie, nasze nadzieje. Spotkania z Tadeuszem Konwickim” Iskry, Warszawa, 2013
_________________________________________________________________________________________


piątek, 24 maja 2013

Bruno Schulz wiosennie

W maju były dni różowe jak Egipt. Na rynku blask wylewał się ze wszystkich granic i falował. Na niebie spiętrzenia letnich obłoków klęczały skłębione pod szczelinami blasku, wulkaniczne, obrysowane jaskrawo, i — Barbados, Labrador, Trinidad — wszystko zachodziło w czerwień, jakby widziane przez rubinowe okulary, i przez te dwa, trzy pulsy, zmroczenia, przez to czerwone zaćmienie krwi, uderzającej do głowy, przepływała przez całe niebo wielka korweta Gujany, eksplodując wszystkimi żaglami. Sunęła wzdęta, prychając płótnem, holowana ciężko wśród wypiętych lin i krzyku holowników, przez wzburzenia mew i czerwony blask morza. Wtedy wyrastał na całe niebo i rozbudowywał się szeroko ogromny, pogmatwany takielunek sznurów, drabin i żerdzi, i grzmiąc wysoko rozpiętym płótnem, rozbijał się wielokrotny, wielopiętrowy spektakl napowietrzny żagli, rejów i brasów,w którego lukach ukazywali się przez chwilę mali zwinni Murzynkowie i rozbiegali się w tym płóciennym labiryncie, gubiąc się wśród znaków i figur fantastycznego nieba zwrotników.


Potem sceneria zmienia się, na niebie, w masywach chmur kulminowały aż trzy na raz różowe zaćmienia, dymiła lśniąca lawa, obrysowując świetlistą linią groźne kontury obłoków, i — Kuba, Haiti, Jamajka — rdzeń świata szedł w głąb, dojrzewał coraz jaskrawiej, docierał do sedna i nagle wylewała się czysta esencja tych dni: szumiąca oceaniczność zwrotników, archipelagijskich lazurów, szczęśliwych roztoczy i wirów, ekwatorialnych i słonych monsunów.

Z markownikiem w ręku czytałem tę wiosnę. Czyż nie był on wielkim komentarzem czasów, gramatyką ich dni i nocy. Ta wiosna deklinowała się przez wszystkie Kolumbie, Kostaryki i Wenezuele, bo czymże jest w istocie Meksyk i Ekwador, i Sierra Leone, jeśli nie jakimś wymyślnym specyfikiem, jakimś zaostrzeniem smaku świata, jakąś krańcową i wyszukaną ostatecznością, ślepą uliczką aromatu, w którą zapędza się świat w swych poszukiwaniach, próbując się i ćwicząc na wszystkich klawiszach. [...]


Bruno Schulz, Sanatorium pod Klepsydrą, [w:] Opowiadania; Wybór esejów i listów, Wrocław 1989, s.135-136

wtorek, 21 maja 2013

Chodź, opowiem ci bajeczkę

Baśń (inaczej: bajka magiczna) - utwór narracyjny, którego fabuła, zdarzenia, postacie są rodem z krainy wyobraźni; przekazujący czytelnikowi ważne myśli, pouczenia, przesłania. Przedstawia cudowne zjawiska, w których autor umieścił piękno i marzenia człowieka o świecie dobrym, pięknym i pełnym prawdy.

Powyższa definicja doskonale pasuje do książki Kathryn Stockett opisującej los kilku czarnych służących z Mississippi. Jest to powieść obyczajowa osadzona w konkretnym miejscu (Jackson) i w konkretnych czasach (lata 1963-1964), niemniej nagromadzenie niesamowitych postaci i zrządzeń losu każe mi traktować „Służące” właśnie jako utwór o charakterze baśniowym. Żeby nie być gołosłownym: u Stockett mamy pozytywne bohaterki (tytułowe służące) toczące nierówną walkę ze złymi mocami (białe chlebodawczynie), których ucieleśnieniem jest zła czarownica (panienka Hilly). Uciśnionym pomaga dobra wróżka (Skeeter) i po pokonaniu licznych przeciwności losu dobro i sprawiedliwość mogą wreszcie zatriumfować.


Być może to wszystko by mi nie przeszkadzało, gdyby autorka wykazała się większym polotem. Niestety najwyraźniej uparła się oddać hołd swojej czarnej niani z dzieciństwa i milionom innych służących, często źle traktowanych przez białych pracodawców. Jej bohaterki są uczciwe, pracowite i pobożne, w pokorze znoszą swój ciężki los. Jeśli postępują źle (co zdarza się niezmiernie rzadko), powodowane są wyłącznie poczuciem krzywdy ze strony białych. A białe panie (panowie prawie nie występują w świecie Stockett) są skuteczniejsze od Ku-Klux-Klanu, jako że potrafią zniszczyć człowieka bez użycia przemocy. Na dodatek są złośliwe, głupie i perfidne.

Oprócz jednowymiarowych postaci autorka z upodobaniem powiela stereotypy. Jeśli w powieści pojawia się czarny mężczyzna, to nadużywa alkoholu i bije żonę. Jeśli jest bohaterem pozytywnym, szybko ginie śmiercią tragiczną lub okazuje się księdzem. Czarne kobiety świetnie gotują, a dzięki zaradności z gospodarstwem radzą sobie lepiej niż ich wykształcone panie. Te z kolei to zarozumiałe damulki, którym zależy jedynie na założeniu rodziny i dostatnim życiu. Wyrywająca się z tego szablonu Skeeter wpada z kolei w inny schemat: oto zakompleksiona panna z prowincji przeradza się pewną siebie kobietę, a dzięki inteligencji i niezłomnemu charakterowi zaczyna robić karierę w wielkim świecie.


Jak przystało na baśń, w „Służących” nie mogło obejść się bez cudów. Czarne pracownice przełamują strach i z narażeniem życia pracują nad książką białej panienki. Książka naturalnie robi zawrotną furorę wśród białych Amerykanek, nie tylko tych ze stanu Mississippi. Bulwersujący i głęboko niesmaczny akt upokorzonej służącej uchodzi jej na sucho, ta sama postać staje się aniołem stróżem i powiernicą białej bidulki. Jednym z bardziej spektakularnych cudów w powieści jest gwałtowna poprawa zdrowia chorej umierającej na raka.

W książce Stockett nie ma miejsca na złożone postaci i dylematy, które zmusiłyby czytelnika do refleksji, a tym bardziej do zajęcia stanowiska. Wszystko jest wyłożone jasno i dobitnie, a gdyby ktoś nie zrozumiał przekazu powieści, został on dwukrotnie objawiony w finale (bez względu na kolor skóry jesteśmy tylko dwiema istotami ludzkimi). „Służące” to typ literatury operującej tanimi chwytami, jawnie grającej na emocjach czytelnika. O ile lektura sprawia przyjemność i działa kojąco, to temat ważny i rzadko poruszany potraktowany został w sposób niezwykle uproszczony i infantylny. Czyli zupełnie jak w bajce dla dzieci.

__________________________________________

Kathryn Stockett ‘The Help’, Penguin Books, 2010
__________________________________________

piątek, 17 maja 2013

Klub Czytelniczy (odc. 29) - Poczucie kresu

Pamiętam, niekoniecznie w tej kolejności:
- błysk po wewnętrznej stronie nadgarstka;
- parę unoszącą się z mokrego zlewu, gdy ktoś wrzuca do niego ze śmiechem gorącą patelnię;
- krople spermy, wirujące w kratce ściekowej, nim zostaną spłukane i powędrują w dół wysokiego domu;
- rzekę płynącą absurdalnie pod prąd, jej fale oświetlone myszkującymi światłami kilku latarek;
- inną rzekę, szeroką i szarą, bieg jej nurtu zamaskowany przez uporczywy wiatr, który marszczy powierzchnię;
- wodę w wannie, od dawna wystygłą za zamkniętymi drzwiami.

Tego ostatniego nie widziałem na dobrą sprawę, ale to, co pozostaje w pamięci, nie zawsze jest równoznaczne z tym, czego człowiek był świadkiem.
[s. 9]


Pytania do dyskusji:

1. Czy Tony jest wiarygodnym narratorem? Dlaczego?

2. W powieści pojawia się kilka definicji historii. Według narratora to kłamstwa zwycięzców, według jego nauczyciela - iluzja pokonanych (s. 24). Adrian uważał, że historia jest pewnością, która rodzi się w chwili, gdy niedoskonałość pamięci spotyka się z niedostatkami dokumentacji (s. 24). Po latach Tony zmienił zdanie i stwierdził, że to raczej wspomnienia ocalałych, którzy w większości ani nie odnieśli zwycięstwa, ani nie doznali klęski (s. 68). Która z definicji najlepiej pasuje do opowiedzianej historii?

3. Matka głównego narratora zasugerowała, że Adrian popełnił samobójstwo, ponieważ był zbyt inteligentny (s. 60). Zgadzacie się z tą opinią?

4. Dlaczego pani Ford pozostawiła Tony’emu spadek? Dlaczego Veronica zapisane mu pieniądze określiła mianem „krwawych pieniędzy” (s. 98)?

5. Dlaczego Tony zabiegał o zwrot pamiętnika Adriana?

6. Veronica od początku znajomości zachowywała się wobec Tony’ego dość obcesowo. Czy miała ku temu powody?

7. Jak interpretujecie tytuł powieści? Czy tytuł dobrze oddaje jej treść?

8. Jak oceniacie powieść Barnesa? Czy będziecie ją polecać innym?

9. Wasze pytania



Zapraszam do dyskusji.

środa, 15 maja 2013

Antywiosennie

Miron Białoszewski

Nowa wiosenna słabocha
czyli
wiersze antywiosenne





PRZEŁOM WIOSENNY
dobry

Ale się przecisnąć!
ze słabochą.



Kochacie siebie na wiosnę?
bo ja nie



wiosna jasna
jak cholera
działa na mnie
katrupiąco



za wiosennym podmuchem
poczułem się pół-duchem
pół-dupem



TAKI DZIEŃ

między nudą a siłami
między wstawaniem
a pobolewaniem
ziemia w potłuczonej wodzie
powie, ślisko
niebo


zimy nie lubię
wiosny nie lubię

po co mnie jeszcze
trzyma na czubie
moja gałąź



ta wiosna jest za długa a nie za wygodna
najpierw była
prościutka tramwajowa oddeszkowo-zmęczenkowa
wprost planetka
potem się popsuła zmarzła
potem jak odniebiała
to ja się zepsułem zgrzałem


Wiersze wybrane z tomu Białoszewskiego „Oho” (1985)