Cudowna powieść. W starym, dobrym angielskim stylu - z obowiązkową rezydencją na wsi, herbatką, różami i deszczem. Napisana została w 1962 r. i nic nie straciła na aktualności, ale tak to bywa z tematem zawirowań miłosnych.

Początek nie zapowiada burzy uczuć, jaka przetoczy się przez życie dziesięciorga bohaterów tej książki. Wszyscy spotykają się na pogrzebie, po czym szybko wracają do swojego normalnego życia. Powoli jednak pewne sprawy dadzą o sobie znać i najwyraźniej śmierć nestorki rodu stanie się katalizatorem dalszych wydarzeń. Tak, wszystko kręci się wokół miłości, ale nie oznacza to, że Murdoch zafundowała czytelnikom ckliwe romansidło. Skupia się przede wszystkim na miłości wieku dojrzałego, mamy tu więc pozamałżeński romans, niespełnioną miłość sprzed lat, skrywane uczucia do mężatki, a nawet frustrację żonatego mężczyzny o skłonnościach homoseksualnych. Wyjątkiem jest zauroczenie dwojga nastolatków, choć niekoniecznie wzajemne.
Niektóre sympatie są na tyle dobrze maskowane, że pozostają niezauważone przez większość towarzystwa. Ale od czego są kobiety i ich spostrzegawczość! Potrafią wiele zauważyć, rewelacyjnie czytać między wierszami i z przebiegłością, acz niewinną miną, pokierować poczynaniami innych. I właśnie kobiety są u Murdoch o wiele bardziej wyraziste niż mężczyźni. Oprócz Anny, podobnej do tytułowej skromnej róży, pozostałe bohaterki to sprytne manipulantki, prowadzące zmyślne gierki w celu zrealizowania swoich planów. Panowie są natomiast niezdecydowani i niepewni, a także - o dziwo - dość romantyczni w swoich zapatrywaniach na miłość.
Murdoch nie byłaby sobą, gdyby nie stawiała swoich bohaterów przed moralnymi dylematami. Kilkoro z nich musi zdecydować, czy lepiej kierować się własnym szczęściem postępując zarazem egoistycznie wobec innych czy też poświęcić się w imię dobra rodziny. Czy można zakazywać dziecku występków, które samemu kiedyś się popełniło, o czym to dziecko dobrze wie? I czy można wreszcie zdobyć ukochaną osobę uiszczając w tym celu pokaźną sumę pieniędzy? Niełatwe to wybory, nie dziwi więc, że bohaterowie powieści tak się miotają, co z kolei czyni "Skromną różę" tak interesującą.
Świetna proza, z kilkoma scenami głęboko zapadającymi w pamięć, jak na przykład ta, w której starsza pani wychodząc z gościny przewraca z premedytacją, czubkiem parasolki, lalki usadzone na podłodze przez córkę gospodarzy albo ta, w której roznamiętniony mężczyzna sprawdza wszystkie kąty mieszkania, żeby się upewnić, czy nie ma w nim chlebodawczyni jego kochanki. Podoba mi się również dbałość o szczegóły, bo podobnie jak u Czechowa strzelba pojawiająca się w pierwszym akcie musi wystrzelić w ostatnim, tak i u Murdoch pewne rekwizyty odegrają swoją rolę w dalszej części powieści. Tak będzie z obrazem Tintoretta, dwiema maskotkami czy niemieckim nożem. A wszystko to zatopione w deszczu i aromacie róż o pięknie brzmiących nazwach: Agatha Incarnata, Belle de Crecy, Vierge de Clery, Tricolore de Flandre.
Jedyne, co mogę zarzucić książce to nadużywanie słowa "moralny" i "moralność" w dialogach - to jednak brzmiało chwilami sztucznie. Mam również nadzieję, że w późniejszych wydaniach tłumaczenie było przynajmniej poprawione, bo to w wykonaniu Krystyny Tarnowskiej jest przede wszystkim przestarzałe, a niekiedy także błędne. Tak czy owak, mam przeczucie, że tego lata nie raz sięgnę po powieści tej autorki.
Na koniec taki cytacik:
Niewiele jest osób, nawet wśród tych najbardziej pruderyjnych, którym nie daje satysfakcji pogwałcenie jakiegoś konwenansu i których w głębi duszy nie cieszy myśl, że w ich społeczeństwie są pożałowania godne elementy. [s. 222]
Iris Murdoch, "Skromna róża", PIW, Warszawa 1974