niedziela, 31 maja 2015

Na wysokich obrotach

W tytule tomiku Szymona Słomczyńskiego długo widziałam Nadieżdę. Pisownia w zasadzie nie pozostawia wątpliwości, ale zważywszy na częste dwuznaczności w wierszach krakowskiego poety, równie dobrze może chodzić o nadjeżdżającą Nadieżdę. Sprytny zabieg, który z jednej strony daje czytelnikowi więcej możliwości interpretacyjnych, z drugiej sugeruje, że autor ma poczucie humoru.


Słomczyński bawi się słowem i rolami, często bywa przewrotny. Bez zająknięcia potrafi zestawić w jednym utworze bułgarskie tirówki z muzyką Bartóka (Wysokie obroty), klienta baru mlecznego z biblijnym Izaakiem (DNA), Philipa Rotha z Czesławem Miłoszem (Mutacje), zawody łyżwiarskie z twórczością literacką (Oceny za styl. Brudnopis). Pozwala sobie na zapożyczenia i aluzje, charakterystyczne stają się wtrącenia i dygresje. Jest w tej poezji duża (do)wolność i lekkość, choć dokładne oględziny ujawniają dyscyplinę oraz precyzję. Nie tylko za sprawą powracającego wątku motoryzacyjnego wiersze Słomczyńskiego pełne są ruchu i „dziania się” – one żyją i przy całym swym liryzmie mocno przystają do mniej lub bardziej szarej codzienności.

„Nadjeżdża” zaskakuje i intryguje, a przy okazji dowodzi, że poezja nie musi być koturnowa, aby oddziaływać na czytelnika. Przeciwnie, świat Słomczyńskiego wydaje się bardzo znajomy. W moim odczuciu tomik jest doskonały – od tytułu i zdjęcia na okładce przez treść i formę aż po układ wierszy. Nie dziwi mnie, że w ubiegłym roku poeta znalazł się wśród finalistów Nagrody Nike – zapracował na to wyróżnienie. Brawo!

_________________________________________________________
Szymon Słomczyński, Nadjeżdża, Biuro Literackie, Wrocław 2014



Nadjeżdża

Zbliża się. Halogeny ostrzą się w lusterku
i przechodzą na przestrzał. Zwarcia będą długo,
donośnie kłuć mnie w oczy; a jeśli je zamknę,
to jeszcze bardziej (kręcę, wykręcam, podwórko
jest ciasne, czy to przejdzie?). Dostatecznie szczupły,
by się zmieścić w każdej z nich; czekają otwarte
trumny (wybierz mi którąś) – coś migocze, drażni
do nieuchwytnej chwili, kiedy się zasypia;
śni się zapach zakrystii, kontrola drogowa,
coś jeszcze (nie pamiętam). Też leżę jak kłoda –
budzik szybko (nie słyszę) nadjeżdża. Nadieżda,

Nadzieja – takie imię damy młodej damie,
jeśli się dziś zalęgnie. Halo, czy tu geny?
Przekażcie się. A rano? Wtedy się okaże,
niedoszła matko głupiej (jeśli będzie rano,
co wcale nie jest pewne), że całą noc byłem
sam. sam to taki pojazd, samochód domowej
roboty (tak jak kompot), którego żal, kiedy
się rozbije; bo nie ma jak (teraz będzie koda)
odkupić, odbić znowu, brakuje matrycy;
ukrywam się dość zręcznie, ale wciąż tu jeszcze
jestem. A ty? Co z tobą? Niewinne pytanie,

a przyprawia o wrzody. Tu już nie wykręcę.



środa, 27 maja 2015

O poranku

Szymon Słomczyński

Edward Hopper, The Morning Sun

Poranne światło z łatwością rozdziela
wstyd od zdumienia. Ona się czerwieni,
bo pozwoliła najśmielej się dotknąć.
Dziwi się świetlnie, bo to było milsze
niż wszystko wcześniej. Pod ceglanym dachem

gnieżdżą się ludzie, którzy po dniu pracy
nie zwykli się myć. Cuchną robotniczo,
ona pachnie mydłem, miejscami wczorajszym
mężczyzną i snem. Oni się wciąż mnożą,
ona jest jedyna, tli się pojedynczo

od stóp aż po kok, ciągle podglądana
i oskarżana o lekką dziewczęcość
(Jo Hopper, żona, była tą modelką;
i miała wtedy siedemdziesiąt jeden
lat). Czy to jest żart, bezwzględne szyderstwo,

na które sobie nie malarz pozwolił,
tylko ja, teraz, sprowadzając obraz
na niski poziom mojej wyobraźni,
gdzie modelka-żona nie ma zupełnie nic
pod tą sukienką, czyli nie ma nawet

ani jednej piersi, żadnej gładkiej skóry,
płytkiego pępka, a niżej jest tylko
powietrze, więc swąd - palonych za oknem
traw i benzyny, zapach umierania
tak doskonale, właśnie tu, ujęty?

______________________________________________________
Szymon Słomczyński, Nadjeżdża, Biuro Literackie, Wrocław 2014, s. 41


 Edward Hopper, The Morning Sun (źródło)

piątek, 22 maja 2015

Noc przed festynem

Nasz festyn Anny. Co tak naprawdę świętujemy, tego nie wie nikt. Nie ma żadnej rocznicy, nic się nie kończy ani nigdy nie zaczęło w tym konkretnym dniu. Świętej Anny obchodzi się kiedyś w lecie, a święci już nie są dla nas żadną świętością. Może po prostu świętujemy fakt, że ono jest: Fürstenfelde. I to, co o nim opowiadamy. [s. 30]

Fürstenfelde w rzeczywistości nie istnieje, w powieści Stanišić jest natomiast zapomnianą przez Boga i ludzi wioską we wschodnich Niemczech. Pięknie położoną pośród lasów i dwóch jezior, ale powoli wymierającą. Być może właśnie dlatego mieszkańcy kurczowo trzymają się tradycji corocznego festynu oraz podań związanych z ich regionem. Samo Fürstenfelde także można włożyć między bajki: jest zbieraniną tak barwnych postaci i sceną tak osobliwych zdarzeń, że dostarczyłyby materiału na niejedną legendę.


„Noc przed festynem” jest zresztą utrzymana w nieco baśniowym tonie. Od pierwszych stron jest tu co najmniej dziwnie: wiadomo, że zmarł przewoźnik (pierwsze dwa zdania brzmią: Jesteśmy smutni. Nasz przewoźnik nie żyje), we wsi daje się wyczuć niepokój i napięcie, mieszkańcy z różnych powodów wyruszają w noc. Coś wisi w powietrzu, zapewne coś się stanie i przypuszczalnie, nie będzie to nic dobrego. Emerytowany wojskowy, astmatyczka Anna, hodowca kur, dwaj rymujący przybysze znikąd, strażniczka archiwum, uczeń dzwonnika, miejscowi chuligani i lisica wyruszająca na łowy tylko potęgują wrażenie niesamowitości. Do tego co chwilę odzywają się bliżej nieokreśleni „my”, wprowadzając do opowieści dość złowieszczy nastrój. Jest tajemniczo, groźnie, ale na szczęście też zabawnie.

Stanišić stworzył niezwykłą mozaikę: przeszłość wymieszał z teraźniejszością, dramat z komedią, baśń z prawdą. Można tę książkę traktować jako hiperbolę małej ojczyzny lub wschodnioniemieckiej rzeczywistości ćwierć wieku po zjednoczeniu Niemiec. Mnie „Noc przed festynem” zachwyciła przede wszystkim formą – to powieść skonstruowana bardzo misternie, zróżnicowana językowo i stylistycznie. Dzięki autorowi trafiłam do pozornie mrocznego świata, w którym nic nie było takie, jakim się wydawało. Warto było.


______________________________________
Saša Stanišić Noc przed festynem
przeł. Alicja Rosenau, Wyd. PWN, Warszawa 2015

niedziela, 17 maja 2015

Głosy Marrakeszu

- E-li-as Ca-ne-ti? - powtórzył ojciec pytająco i z wahaniem. Kilka razy wypowiedział moje nazwisko, osobno wymawiając każdą sylabę. W jego ustach miano to zabrzmiało dostojniej i piękniej. Nie patrzył przy tym na mnie, ale prosto przed siebie, jakby nazwisko było bardziej rzeczywiste niż ja i jakby warte było zbadania. Słuchałem zdumiony i poruszony. W jego zaśpiewie brzmiało tak, jakby należało do jakiego specjalnego języka, którego nie znałem. Zważył je wielkodusznie cztero- albo pięciokrotnie; wydawało mi że słyszę brzęk odważników. Nie czułem żadnej obawy, ojciec Elie’ego nie był sędzią. Wiedziałem, że odnajdzie sens i wagę mojego nazwiska; a kiedy już się to stało, podniósł wzrok i z uśmiechem spojrzał mi w oczy. [s. 80]


Żyd w skupieniu powtarzający nazwisko gościa to jedna z wielu "słyszalnych" scen zaobserwowanych przez Canettiego podczas podróży do Maroka w 1954 r. W „Głosach Marrakeszu” jest ich wiele - czytelnik usłyszy m.in. rozbawionych chłopców ze szkoły żydowskiej, wielbłądy na targu, żebrzących ślepców albo schorowaną, niezakwefioną kobietę szepcącą tęskne słówka przez zakratowane okno. Gdzie indziej słychać będzie gwar suku, pomieszane języki w barze, recytacje opowiadaczy lub po prostu ciszę jak u skrybów piszących w milczeniu.

„Głosy” to właściwie mało powiedziane, ponieważ z każdej relacji Canettiego wyłania się natychmiast obraz, a wraz z nim często także zapach i smak. Czerwone Miasto z jego rozgrzanymi, ruchliwymi placami, wąskimi uliczkami i hałaśliwymi mieszkańcami staje przed oczami czytelnika jak żywe. I choć od wyprawy pisarza minęło już ponad 60 lat, idę o zakład, że współczesny turysta nadal mógłby tam spotkać kobiety z koszami pełnymi chleba na sprzedaż, dzieci ciekawe cudzoziemców, Marokańczyków tresujących osły czy golarzy czekających na klientów. Pewne rzeczy nie znikają szybko z miejskiego krajobrazu, na szczęście.

Ta książka działa na zmysły i na wyobraźnię, mimo że autor posługuje się prostym językiem i nad rozległe opisy przedkłada krótką formę. Całość kończy się równie nagle co rozpoczyna i może sprawiać wrażenie luźnych notatek, ale to zupełnie nie przeszkadza w odbiorze, wręcz przeciwnie. Klimat Marrakeszu został świetnie oddany - nie trzeba opuszczać domowych pieleszy, żeby się nim nacieszyć.

___________________________________________________
Elias Canetti Głosy Marrakeszu, przeł. Maria Przybyłowska
Wyd. Słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2014


wtorek, 12 maja 2015

Arystokratyzm piwny à la Krzysztof Varga

[...] Stefan popił piwem orkiszowym, miało wyjątkowy smak, przypomniał mu się wieczór sprzed kilku miesięcy, gdy spędził wiele godzin w Kuflach i Kapslach na Nowogrodzkiej, wraz z Marianem testując wyrafinowane odmiany piw warzonych przez prawdziwie oszalałych geniuszy piwowarstwa w niszowych browarach. Stefan przez dekady wlewał w siebie mocno gazowane piwa przemysłowe, masowo produkowane w wielkich korporacjach, i znajdował w tym wlewaniu wielkie ukontentowanie. Przez lata wlał w siebie przynajmniej Morze Bałtyckie przemysłowych, chemicznych piw, od których wzdymał mu się brzuch, a gaz uchodził rozlicznymi otworami jego udręczonego ciała. Teraz peregrynował po ekskluzywnym świecie piw elitarnych, warzonych w krótkich, rzec można kolekcjonerskich, seriach. Było to tym bardziej ekscytujące, iż oferta w nowo powstałych wielokranowych pijalniach zmieniała się praktycznie codziennie. Jeśli zatem dzień po dniu chodziło się do Kufli i Kapsli, można było ze smakiem testować kolejne wytwory chmielowych, pszenicznych, żytnich, orkiszowych, owsianych fermentacji, dymione koźlaki, piwa ciemne, a czasem wręcz czarne, nawet ryżowe i jęczmienne, upichcone przez współczesnych alchemików. Stąd też zapewne zwiększająca się lawinowo liczba koneserów, smakoszy, kiperów owych arystokratycznych wytworów małego browarnictwa. Coraz więcej było ich widać, spoglądających na świat spod opadających powiek z perspektywy baru bądź kiwających się przy stolikach, lecz z drapieżną determinacją wciąż testujących premierowe wytwory browarów, których nazwy Stefan dopiero poznawał. A potem biorących jeszcze kilka butelek na wynos i miękkim krokiem wychodzących w ponurość ulicy Nowogrodzkiej, by kończyć smakowanie już w okolicznościach domowych, a potem zasypiać snem łagodnym, spokojnym i bezgrzesznym. Stefan nie rozróżniał nawet fermentacji dolnej od fermentacji górnej, nie rozumiał specjalnie, czym się różni piwo fermentujące bardzo krótko od tego fermentującego wyjątkowo długo, lubił jednak wsłuchiwać się w pełne retorycznej pasji tyrady barmanów, którzy z elokwencją właściwą raczej winnym sommelierom objaśniali niuanse pochodzenia napoju właśnie przed nim stawianego w wykwintnej szklance bądź frymuśnym kielichu.


Niebywale podobało się Stefanowi to, iż każde z owych piw w innym naczyniu było podawane, a więc niektóre piwa jasne w smukłych szklankach, inne, te o barwie miedzianej bądź ciemnobursztynowej, w pękatych kielichach, jeszcze inne w przysadzistych kuflach, aby bukiet odpowiednio się w nich układał. Pił więc z zacięciem i uporem prawdziwego odkrywcy owe nierzadko ośmioprocentowe czy nawet dziesięcioprocentowe piwa ze specjalnego chmielu nowozelandzkiego i wyjątkowych drożdży z klasztoru belgijskich trapistów, zagryzając podgrzanym preclem z musztardą i ostrą marynowaną papryką lub pogryzając chrupki prażony słód. Nie myślał o tym, że znów się upija (a tak myślał, kiedy pił masowe piwa przemysłowe), lecz że uprawia swoisty piwny arystokratyzm, tym się jednak różniący od typowego polskiego nuworyszostwa, że nie napawa się luksusową whisky single malt ze znanej wszystkim światowcom szkockiej gorzelni, lecz piwem z nikomu nieznanego mazowieckiego, podlaskiego czy też pomorskiego browaru. Tamtego dnia, gdy testowali z Marianem owe wymyślne, mało gazowane niszowe piwa, wypił ich iście przemysłową ilość. Potem pojechali jeszcze na Pragę, by testować kolejne wyszukane piwa w kolejnym wielokranowym pubie. Stefan nie pamiętał dokładnie powrotu do domu, lecz swojego upiornego kaca wynikłego z mieszania rozlicznych piw o różnorakim poziomie alkoholu i mocy ekstraktu chmielowego potraktował wówczas o wiele wyrozumialej, jako konieczny efekt uboczny swych badań antropologicznych. Niewątpliwie podły kac spowodowany wlaniem w siebie dziesięciu półlitrowych piw przemysłowych był o wiele mniej szlachetny niż kac po wypiciu dwudziestu szklanek, kufli i kielichów piw wyrafinowanych i ekskluzywnych. Owszem, efekt zatrucia alkoholowego pozostawał tym samym efektem zatrucia alkoholowego, ale jakże piękniejsze było ono niż zatrucie obrzydliwymi chemicznymi szczynami z puszek kupionych w hipermarkecie.[...]

Krzysztof Varga Masakra, Wielka Litera, Warszawa 2015