Studium
przypadku to powieść znakomicie udająca literaturę faktu. Pamiętnik
młodej kobiety oraz biografia niesławnego brytyjskiego psychoterapeuty podparte
przedmową sugerują, że mamy do czynienia z prawdziwą historią. Nic bardziej
mylnego. Zapiski głównej bohaterki, która udaje pacjentkę, wcielając się w
tym celu w wykreowaną przez siebie Rebekę, w połączeniu z biografią fikcyjnego psychiatry,
który nawet nie był psychiatrą, dają fantastyczne (sic) spiętrzenie fikcji
udającej prawdę. Co więcej, wszystko jest świetnie osadzone w epoce (lata 60-te
ubiegłego stulecia), cytuje się autentycznych naukowców i autentyczne
publikacje, a sugestie Burneta, że wynurzenia kobiety nie są do końca wiarygodne,
tym bardziej uwiarygodniają jego samego.

O ile pod względem formalnym, książka jest majstersztykiem, to
z treścią jest już gorzej. Owszem, postać pacjentki jest równie fascynująca, co
niepokojąca, opis środowiska psychiatrycznego w dobie kontrkultury stanowi
dobre uzupełnienie głównej fabuły, warto też poczytać o maskach oraz alter ego,
niemniej lekturę skończyłam rozczarowana, z pytaniem: czemu to wszystko miało służyć?
Wydmuszka i tyle. Po ponad czterech miesiącach myślę już nieco inaczej, tak czy
owak, traktuję Studium przypadku
głównie jako wyrafinowaną i dowcipną grę z czytelnikiem, który nieustannie musi
decydować, co jest prawdą, a co fikcją. Czytałam bez bólu, cieszyły mnie
odniesienia literackie (Nabokov, Poe, Bronte, itp.), ale oczekiwałam czegoś
więcej.
____________________________________________________________________
Graeme Macrae Burnet, Studium przypadku; przełożył Łukasz
Witczak, Wyd. Czarne 2025
Uwielbiam takie nawarstwienia! Choć szkoda ogromna, że za formą nie idzie w parze treść. Podobne (może ciut delikatniejsze) rozczarowanie odczułem kończąc "Prawdziwą powieść" Minae Mizumury.
OdpowiedzUsuńJa również lubię, w ogóle lubię wszelkie gry z czytelnikiem.
Usuń"Prawdziwą powieść" mam nawet w ebooku, ale że jest obszerna, to zostawia m ją sobie na spokojniejszy okres. Dzięki za podpowiedź.