środa, 31 grudnia 2025

Czerwona woda

Czerwona woda doskonale pokazuje, jak zaginięcie jednej osoby może wpłynąć na życie wielu innych. Nie tylko najbliższych, ale również podejrzanych, świadków i śledczych. Sprawa jest tym bardziej poruszająca i zagadkowa, że siedemnastoletnia Silva z małego chorwackiego miasteczka zniknęła niemal bez śladu. Kilkuletnie poszukiwania nie przyniosły efektów, po wojnie na Bałkanach zabrakło już motywacji do kontynuowania oficjalnego śledztwa.

środa, 24 grudnia 2025

Tymczasem gdzieś w Pradze

Na barze stoi mała choinka, która nie pochodzi ani z Karkonoszy, ani z Wysokiego Jesionika, z cała pewnością nie z Czeskiego Raju, tylko z Azji. Poza tym nic w lokalu nie wskazuje na to, że mamy Boże Narodzenie. Ludzie w Kotwicy siedzą tu tak samo, jak każdego innego dnia. Z szafy grającej dobiega heavy metal.

 – Nie wiem, dlaczego w dzisiejszych czasach ludzie nie pilnują wartościowych rzeczy. A potem się dziwią się, że wiecznie coś ginie. Nie mam pojęcia, dlaczego ludzie są tak głupi. A jak smakował wigilijny karpik?

 – Nie jem karpia – odpowiada Kafka.

 – Ja też nie. Jest dla mnie za tłusty. Jem tylko kiełbaski z rusztu. Znaleźliście już jakiś ładny prezent pod choinką?

 – Wciąż czekamy na Dzieciątko – mówię.

poniedziałek, 15 grudnia 2025

O świętach w dobie cenzury

W książce Ślepa kuchnia. Jedzenie i ideologia w PRL Monika Milewska pokazuje m.in. jak w latach 60. ubiegłego wieku, a więc w okresie złych relacji między władzami państwa a Kościołem, zwalczano wszelkie przejawy religijności w oficjalnych przekazach, w tym w prasie:

Komunistyczne władze starały się zatrzeć religijne konotacje nawet w samym nazewnictwie świąt. W prasie i książkach kucharskich jeszcze w latach 60. Boże Narodzenie najchętniej nazywano „świętami zimowymi”. Na wiosnę Polacy obchodzili oczywiście „święta wiosenne”, bo nazwy „Wielkanoc” władze obawiały się jak diabeł święconej wody. Często więc tylko jadłospis na dany dzień wskazywał, z jakim świętem mamy do czynienia. Cenzurę jednak dawało się sprytnie obejść i „świąteczny” numer pisma można było stworzyć, posiłkując się wyłącznie kulinariami.

Taki chwyt zastosowała redakcja miesięcznika „Ty i Ja” w grudniu 1967 roku, a więc w okresie, w którym relacje państwo – Kościół nie układały się najlepiej z powodu trwającego wciąż konfliktu o Millennium Polski. Miesięcznik, aby podzielić się z czytelnikami świąteczną atmosferą, uciekł się do kilku podstępów. Na stronie redakcyjnej opublikował – bez żadnego komentarza – stylizowane na ludową sztukę meksykańską wycinanki, z których można było stworzyć oryginalną, latynoską szopkę. Rozbudowany dział kulinarny natomiast, prowadzony przez Marię Lemnis i Henryka Vitry (czyli – w jednej osobie – Tadeusza Żakieja), składał się w tym numerze z przepisu na barszcz kiszony z cebulą, „ponieważ ani wigilia, ani święcone nie byłyby kompletne bez tej staropolskiej zupy”. Obok figurowały dwie zagraniczne receptury: na włoską grzybowo-rybną zupę burridę i norweskiego łososia z wody, które miały „dyskretnie urozmaicić” świąteczny stół ciekawych nowinek czytelników miesięcznika, nie naruszając zarazem wymogów „polskiej kuchni wigilijnej, łączącej zasadę «postu» z narodowym zamiłowaniem do dobrego i obfitego jadła”. Zauważmy, że słowo „post” autor (a może cenzor?) wziął w ostrożny cudzysłów. Choć może cudzysłów ten nie miał w sobie nic z politycznej ostrożności, a był tylko ironicznym komentarzem do tradycyjnego katolickiego postu, który w wielu wypadkach skutkował wzywaniem karetek pogotowia do pękających od świątecznego jadła brzuchów obywateli PRL-u. Clou numeru był prawie trzystronicowy artykuł zatytułowany Świąteczne wariacje piernikowe, zawierający nie tylko kilka przepisów na staropolskie pierniki, ale i świąteczne życzenia dla czytelników i czytelniczek, które być może jedynie w tej formie dało się przemycić.

Monika Milewska, Ślepa kuchnia. Jedzenie i ideologia w PRL,  PIW, Warszawa 2021

 

czwartek, 4 grudnia 2025

Opowieści z Wilżyńskiej Doliny

Opowieści z Wilżyńskiej Doliny sprawiły mi ostatnio sporo frajdy, przede wszystkim za sprawą Macieja Kowalika, który okazał się znakomitym lektorem audiobooka. Czyta do tego stopnia rewelacyjnie, że samodzielna lektura nie smakuje już tak dobrze. Kowalik umiejętnie oddaje głosy wszystkich postaci, ale w przypadku w przypadku głównej bohaterki osiągnął mistrzostwo. Nie ma wątpliwości, że wiekowa Jagódka potrafi być prawdziwą zołzą, choć to zaledwie jedna strona jej przewrotnego charakteru.