czwartek, 25 czerwca 2026

Śledzie u Wasiakiny

Mama lubiła ryby: śledzie, lipienie, kilki. Zawsze jadłyśmy śledzie albo ciasto z kilką, a na święta mieliśmy jedną z ryb jesiotrowatych. Zazwyczaj mama kupowała kilka śledzi, sama je patroszyła. Pamiętam zapach patroszonej ryby, jest duszący i delikatnie zalatuje krwią. Pamiętam czarniawą rybią krew pod maminymi paznokciami. Zawsze miała piękne ręce i zadbane paznokcie. W żółtym szlafroku patroszyła ryby, a gdy ość wbiła jej się w palec, wydawała z siebie okrzyk niezadowolenia. Następnie należało pokroić tuszkę, nikt w naszym domu nie śmiał wyrzucać głów, mama zasalała kawałki śledzi razem z głowami. Po kilku godzinach zalewała je olejem i mieszała z krążkami cebuli. Matka jadła rybę uważnie, wysysała z łbów soki.

Raz zasoliła dwulitrowy słoik śledzi. Innego jedzenia, poza białym, napowietrzonym chlebem, w domu nie było, dlatego zjedliśmy ten słoik wieczorem, a potem męczyły nas mdłości. Byłam dzieckiem i nie przepadałam za śledziem. Przepadałam za to za mamą i robiłam wszystko tak jak ona. I tak, oglądając telewizję, zjadłyśmy słój śledzi. Pamiętam ciepłe, żółte światło lampy podłogowej, zimne światło bijące z ekranu i ciężkie mdłości po tłustym śledziu. Śmiałyśmy się z siebie i mówiłyśmy, że obżarłyśmy się śledziem.

[…]

Mama wstała ostatni raz w swoim życiu, aby zasolić śledzie. Potem się położyła, a ziemniaki do śledzi gotowałam już ja. Lubię skórki ziemniaków gotowanych w mundurkach — są suche i pachną papierem. Ziemniaków nie ruszyła, ale z apetytem zjadła śledzia i poprosiła o dokładkę. Powiedziałam, że śledzie są bardzo słone, a z jej wątrobą za wiele słonego może jej zaszkodzić. Ale poprosiła o dokładkę, więc ją przyniosłam. Jadła śledzie i jadła. A potem przestała jeść i zupełnie przestała wstawać.

Oksana Wasiakina, Rana, tłum. Agnieszka Sowińska, Gdańsk 2025 s. 108-109 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz