środa, 21 lipca 2010

Miłość po polsku - Manuela Gretkowska


Mimo szczerych chęci nie byłam w stanie wgryźć się w tę powieść. Pierwsze 73 strony przeczytałam sumiennie, później starałam się już tylko dobrnąć do końca. A przecież punkt wyjścia był interesujący: 43-letni mężczyzna po przejściach, mieszka od lat w Szwecji, poznaje kobietę życia. Nowa miłość, nowe życie.


Przede wszystkim uderzyło mnie rozproszenie - obok głównego wątku są tu dziesiątki innych. Gretkowska pisze o rozbitych rodzinach, toksycznych związkach, nowotworach, depresjach, zdradzie, emigracji, small biznesie, a nawet o polskiej demokracji i szpiegostwie. Niby wszystko wiąże się z życiem głównego bohatera, Miłosza, a jednak przytłacza i spycha tytułową miłość na boczne tory. Całość rozłazi się w szwach i oprócz kilku bon motów (np.: Szczęściarz, poznać kobietę swojego życia w wieku, gdy nie będzie już obwiniać ciebie za swoją przeszłość (s. 82)) nic tu dla siebie nie znalazłam. No, może jeszcze dobre, otwarte zakończenie.

Manuela Gretkowska, "Miłość po polsku", Świat Książki, 2010

poniedziałek, 19 lipca 2010

Drobne szaleństwa - Kaja Malanowska


Wyobraź sobie takie pobudki:

Budzi mnie światłowstręt i ból głowy przed szóstą rano. Kac po jednym piwie. Rozwolnienie. Kręgosłup. Jak zwykle moja własna fizjologia obraca się przeciwko mnie. Odkąd schudłam, ciągle się dziwię, że takie małe ciałko może dostarczyć tyle przykrości. W ogóle nie umiem panować nad własnymi uczuciami. Jest ich po prostu zbyt dużo. Wyciekają na zewnątrz, nawet kiedy staram się uszczelniać, zatykać i korkować. Parę razy dziennie mam napady paniki tak silne, że drętwieją mi palce u rąk, wargi i język. Trudno mi się wtedy utrzymać na nogach. W nocy budzę się, jęcząc i narzekając. Jego też budzę. Wstyd. (s. 26)


Albo inne dolegliwości:

Jazda metrem i przemarsz przez plac Bankowy wymagają wielkiego wysiłku woli. Męczą mnie ludzie wokół, chrząkania, nieznośne pomruki, jaki wydają, zapach ich nieświeżych oddechów, zbyt głośne rozmowy, ruch na przystankach autobusowych. Wydaje mi się, że nie zniosę płyt chodnikowych, krawężników, plackowo wyłysiałych trawników. Wytrącają mnie z równowagi witryny sklepowe, odłażące ze ścian plakaty, odpadający tynk. Świat wokół staje się zbyt agresywny i nie potrafię się odizolować od natłoku szczegółów, które wciskają mi się do głowy. (s. 150)


Nie jest lekko, a to tylko wierzchołek góry lodowej. Główną bohaterkę, a zarazem narratorkę, dopada załamanie nerwowe. Nic jej się nie chce, jest rozchwiana emocjonalnie, zaniedbuje dom i pracę. Nie jest to jednak totalny zjazd w dół, bo czasem stara się opanować i szuka dla siebie ratunku. Jeśli jednak przyjrzeć się dokładnie "historii choroby" Mai, to łatwo da się zauważyć, że źródłem problemów jest ona sama. Skupia się całkowicie na sobie i natarczywej miłości do męża, jego nieobecność rozbija ją. Inni są irytujący, stają się ważni tylko wtedy, gdy mają czas i cierpliwość ją wysłuchać. Nawet kilkunastoletnia córka pojawia się w polu widzenia niczym duch, Mai na rękę jest jej zaradność i przedwczesna dojrzałość. Można się zastanawiać, jak długo rodzina i przyjaciele wytrzymają z taką osobą.

W jednej z recenzji przeczytałam, że powieść dość szybko staje się nudna. Nic podobnego. Niewiele w niej się dzieje, otrzymujemy za to bardzo szczegółowy zapis poczynań głównej bohaterki (notatki mają służyć terapii) z jej szarego życia. A jednak czyta się to z zainteresowaniem, mimo że chciałoby się potrząsnąć tą marudą (gdyby była dzieckiem, dodałabym: rozwydrzoną) i kazać się opamiętać. Krótkie zdania i prosty język nadają książce dobry rytm, natomiast wspomnienia z dzieciństwa i opowieści o znajomych (tak, tak, czasem uwaga Mai skupia się na także innych;) pozwalają na złapanie oddechu i oderwanie się od cierpień narratorki. Przy całej swojej obsesyjności Maja pozostaje bystrą obserwatorką otoczenia, jej spostrzeżenia są celne, choć często złośliwe.

Książki nie miałam w planach czytelniczych, po prostu wpadła w moje ręce w bibliotece i okazała się bardzo miłą (i dobrą) niespodzianką. Wreszcie trafiłam na opis życia człowieka z ulicy, a nie z okładek kolorowych magazynów. Chciałoby się prosić o lepszą szatę graficzną i staranniejszą korektę (np. tytuł filmu wspominany na str. 151 to raczej 'True romance', a nie 'Truth romance' ; jeśli zaczynamy "po pierwsze" (str. 21), to wypadałoby kontynuować wyliczankę, a więc "po drugie" itp.), ale składam to na karb ograniczonych finansów młodego wydawnictwa. Jednego jestem pewna po lekturze: nie chciałabym być w skórze ani głównej bohaterki, ani jej bliskich.

Kaja Malanowska, "Drobne szaleństwa", Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2010

piątek, 16 lipca 2010

Erynie - Marek Krajewski

To prawda, że opis Lwowa bardzo przypomina Wrocław z serii Krajewskiego o Breslau. Prawdą jest również, że Popielski to kalka tamtejszego komisarza policji Mocka: przesadnie dba o wygląd, potrafi być i brutalny, i szarmancki, nie stroni od wszelakich rozkoszy ciała, a na dodatek uwielbia ćwiczenia translatorskie z łaciny. Obaj są także podobni z wyglądu. To jednak zupełnie nie przeszkadzało mi podczas lektury "Erynii". Ba! Po rozczarowującej "Głowie Minotaura" czytało się je świetnie.


Jako że autor jak zwykle reprezentuje dobry poziom i o zbytnich zaskoczeniach nie ma tu mowy, skupię się na luźnych uwagach.

Po pierwsze, pojawiają się dwaj bohaterowie samotnie wychowujący niepełnosprawnych synów. Ciekawy szczegół. Inna rzecz to wątek bezrobocia (jest maj 1939 r.) oraz wiążące się z nim wyrzucenie na margines życia społecznego. Zjawisko to dotyka jednego z samotnych ojców i poniekąd ma fatalny wpływ na jego losy. Muszę przyznać, że spodobał mi się taki "społecznikowski" gest pisarza, szczególnie że nie trąci dydaktyzmem. W Polsce mało jest literatury na podobne tematy, a przecież to ważne problemy dotykające sporą grupę osób w naszym kraju.

Po drugie, w epizodzie pojawia się autentyczna postać abp metropolity lwowskiego Bolesława Twardowskiego. Stara się zapobiec atakom lokalnej endecji na Żydów w związku z podejrzeniami o rytualny mord dokonany na chrześcijańskim dziecku. O ile Twardowski wiele dobrego zdziałał dla społeczeństwa (m.in. czynnie przeciwdziałał bezrobociu), o tyle nic nie wyczytałam na temat jego ewentualnych wystąpień przeciw antysemityzmowi. Naturalnie nie świadczy to o braku takowych, ale zastanawiam się, dlaczego autor zamieścił ten wątek. Czy był to ukłon w stronę kleru, czy raczej specyficzne zarysowanie tła wydarzeń?

Po trzecie, od kryminału oczekuję precyzyjnej konstrukcji i wychodzę z założenia, że każda postać ma czemuś służyć i stąd wątek policyjnego patologa Podhirnego wydaje mi się niedokończony. Przez pewien czas można odnieść wrażenie, że stanie się ważny dla dalszego rozwoju akcji, tymczasem autor dość nieoczekiwanie i ostro usunął go z gry. Zupełnie jakby stracił pomysł na bohatera, który miał wszak swoją małą tajemnicę. Ale może się czepiam.

Suma sumarum lektura bardzo udana. Wartka akcja, ciekawe postaci i tło wydarzeń - czegóż chcieć więcej. Dodatkowe plusy to zakończenie i piękna szata graficzna (niestety wydanie w twardej oprawie jest tylko klejone, książka ma skłonności do rozpadania się;). Jeśli w sprzedaży pojawi się audiobook w interpretacji Roberta Więckiewicza (czytał powieść w radiowej Trójce), nie omieszkam go przesłuchać.

Marek Krajewski, "Erynie", Wydawnictwo Znak, 2010

środa, 14 lipca 2010

Lista pana Rosenbluma - Natasha Solomons


Żeby stać się Brytyjczykiem, wystarczy spełnić zaledwie (sic!) 115 warunków, począwszy od mówienia wyłącznie po angielsku, poprzez dbałość o higienę, noszenie ubrań szytych na miarę, niewyróżnianie się, a na przynależności do klubu golfowego kończąc. Tak przynajmniej wydaje się głównemu bohaterowi powieści Natashy Solomons.


Jack Rosenblum wraz z żoną Sadie i malutką córeczką Elisabeth przybywa do Londynu w 1937 r., szukając schronienia przed antysemicką nagonką w nazistowskich Niemczech. Bierze sobie do serca zalecenia urzędnika z żydowskiej organizacji i za wszelką cenę stara się zasymilować. Proces trudny i kosztowny, zwłaszcza jeśli robi się to z zapałem neofity, jaki reprezentuje Jack. Można powiedzieć, że chce być bardziej angielski niż Anglicy. Nic nie jest w stanie go powstrzymać nawet wówczas, gdy wszystkie kluby golfowe odrzucają jego prośbę o członkostwo, a tym samym uniemożliwiają spełnienie ostatniego punktu z listy. Przecież można wybudować swoje własne pole golfowe, nieprawdaż?

Państwo Rosenblum przeprowadzają się zatem do hrabstwa Dorset, gdzie rozpoczyna się nie tylko budowa pola, ale kolejny proces asymilacji, tym razem ze społecznością wiejską. Jack jest na tyle owładnięty myślą o swoim klubie, że nie zauważa swojej śmieszności. Podobnie jak nie zauważa, że jego pojęcie o byciu dżentelmenem odbiega od panujących zwyczajów. Jedynie żona opiera się asymilacji i mimo upływu lat nie może przeboleć utraty rodziny z Berlina. W przeciwieństwie do męża nadal czuje się Żydówką i hołduje dawnym zwyczajom, które przekładają się m.in. na obchodzenie świąt religijnych i gotowanie potraw według rodzinnych przepisów. Muszę przyznać, że opisywane specjały bardzo pobudzają wyobraźnię (oraz pracę ślinianek;), a przepis na kurczaka koronacyjnego - choć akurat nie wywodzi się z tradycji żydowskiej - zamierzam kiedyś wypróbować.

Powieść jest napisana z humorem, aczkolwiek nieprzesłodzona. Zmagania głównego bohatera bardzo wciągają i można tylko podziwiać jego niezłomność. W moim odczuciu ta książka jest właśnie o realizacji marzeń i wierności ideałom, mimo że w przypadku Jacka i Sadie obie kwestie oznaczają coś innego. Ważnym bohaterem powieści są Anglicy i ich kultura, autorka pisze o nich z dużą dawką realizmu, ale i pobłażliwością. Jedno jest pewne - koloryt życia na wsi udało jej się przedstawić bardzo dobrze.

Podsumowując - kolejna idealna lektura na lato. Świetnie napisana, ciepła i dowcipna, a co ważne - zmuszająca do refleksji.

Natasha Solomons, "Lista pana Rosenbluma", Rebis, 2010

poniedziałek, 12 lipca 2010

Fala upału - Penelope Lively


Tytuł jak najbardziej pasuje do obecnej pogody i jak najbardziej oddaje treść powieści. Główni bohaterowie spędzają lato na wsi licząc na chwile wytchnienia. Na próżno. Pogoda jest wyjątkowo piękna i upalna, a wraz ze wzrostem temperatury otoczenia wzrasta także temperatura emocji. O idylli na wsi można tylko pomarzyć.


Paulina spędza wakacje w wiejskim domku z dorosłą córką Teresą, jej sporo starszym mężem i 2-letnim synkiem. Mieszkając pod wspólnym dachem ma okazję zaobserwować ich relacje małżeńskie, które nie napawają jej optymizmem. Z niepokojem zauważa, że przypominają jej własne małżeństwo, które zakończyło się rozwodem wiele lat wcześniej. Rozpoznaje znaki ostrzegawcze i nadciągające zagrożenie, ale stara się nie wtrącać; z dystansem, a zarazem czujnością, obserwuje rozwój wypadków. Nasuwa się pytanie: czy córka musi powtarzać błędy matki? Teresa jest przecież inteligentna i świadoma postępowania męża. A jednak...

Lively doskonale pokazuje niuanse zdrady małżeńskiej i związanej z nią wojny nerwów. Akcja rozwija się powoli, co tylko dodaje książce smaczku. Powstał całkiem przyzwoity obraz życia inteligencji brytyjskiej pod koniec XX w., nakreślony - co ważne - przy pomocy skromnych środków. Drażnić mogą nachalne przejścia do retrospekcji, ale warto przymknąć na nie oko, bowiem w zamian otrzymujemy solidnie skonstruowaną powieść obyczajową. Gdybym miała wskazać na pewne podobieństwa literackie, byłaby to proza Anity Brookner - obie autorki z podobną powściągliwością i wprawą piszą o komplikacjach uczuciowych.

Na szczególną uwagę W "Fali upału" zasługuje życie na wsi, które jest tematem książki zięcia Pauliny. Autorka przemyciła kilka niezmiernie ciekawych spostrzeżeń dotyczących konceptu samej wsi: przede wszystkim wieś stała się mitem. Wyobrażenia o sielskiej atmosferze życia na prowincji odbiegają od realiów: cisza i bezpieczeństwo należą do przeszłości, a zdrowa, ekologiczna żywność pozostawia wiele do życzenia. A jednak mit ten jest intensywnie podtrzymywany przez reklamę i coraz bardziej pomysłowe atrakcje turystyczne. Zdecydowanie do rozważenia.

Powieść nie jest pozbawiona wad, nie jest też tak złożona jak omawiany tu niedawno 'Moon Tiger', ale godna polecenia. Przeczytać nie zawadzi.

Penelope Lively, "Fala upału", Świat Książki, 2000